Rozdział 1. “Cienie w lochach”.

Cześć, czas na to, by opowiadanie dorosło wraz ze mną. Czas na ostateczne jego poprawienie, rozbudowanie i w końcu zakończenie całości. co wy na to? Zapraszam do lektury, ponieważ rozdziały będą poprawiane i rozbudowane.

"Życie Toma Riddle’a"

Rozdział 1. "Cienie w lochach".

Tom Riddle nigdy nie lubił patrzeć w lustro zbyt długo. Nie dlatego, że bał się tego, co widzi – przeciwnie. Widział doskonałość i to go irytowało. Bo doskonałość powinna być narzędziem, a nie czymś, co samo w sobie przyciąga uwagę.
Wysoki, smukły, o idealnie prostej postawie – nawet w znoszonej szkolnej szacie wyglądał jak ktoś, kto urodził się w aksamitach, a nie w sierocińcu. Czarne włosy, zawsze starannie zaczesane do tyłu, blade rysy twarzy, które zdawały się wyrzeźbione z marmuru, i te oczy… Głębokie, prawie czarne, z zimnym blaskiem, który sprawiał, że ludzie mimowolnie odwracali wzrok – albo wręcz przeciwnie, nie potrafili oderwać spojrzenia. Każda dziewczyna w Hogwarcie, która choć raz spotkała się z nim wzrokiem, później godzinami odtwarzała ten moment w głowie. Tom wiedział o tym. I wykorzystywał to bez najmniejszego skrępowania.
Był w piątej klasie, a Hogwart pod rządami starego Armando Dippetta wydawał mu się jednocześnie zbyt ciasny i zbyt łatwy do opanowania. Dippet – niemal łysy, kruchy jak suchy liść, o oczach, które kiedyś były bystre, a teraz patrzyły na świat przez mgłę wieku i naiwności – darzył Toma szczególną sympatią. „Przykładowy uczeń”, „prefekt z prawdziwego powołania”, „chłopak, który kiedyś zrobi wielką karierę”. Tom uśmiechał się wtedy uprzejmie, pochylał głowę w geście fałszywej skromności i w duchu kalkulował, ile jeszcze miesięcy musi znosić tę żałosną pobłażliwość.
Nie czuł skruchy. Nie czuł winy. Nie czuł właściwie niczego, co inni nazywali „sumieniem”. Dla niego istniała tylko siła i jej brak. Dobro i zło były słowami dla słabych – wygodnymi etykietkami, które pozwalały owcom udawać, że mają moralność. Tom miał własne zasady. I miał wizję świata, w którym te zasady staną się prawem. Nikt nie ośmielał się ich podważać. Przynajmniej nie na głos.
Już od trzeciego roku budował wokół siebie sieć. Nie była to przyjaźń – Tom nie wierzył w przyjaźń. Była to lojalność. Czysta, bezwarunkowa, wymuszona strachem albo fascynacją. A czasem jednym i drugim naraz.
Bellatriks Black była tego najlepszym przykładem. Drugi rok, a już patrzyła na niego tak, jakby był bogiem, który zszedł do lochów Slytherinu tylko po to, by ją zauważyć. Drobna, dzika, z tymi niesfornymi czarnymi lokami i oczami płonącymi fanatyzmem. Tom lubił to w niej. Lubił, jak słuchała każdego słowa, jak powtarzała jego rozkazy z religijną pieczołowitością. Uczył ją rzeczy, których nie uczono nawet w tajnych zakątkach biblioteki w dziale ksiąg zakazanych. Zaklęcia, które rozrywały ciało i umysł. Zaklęcia, które zostawiały blizny niewidoczne dla oka, ale trwałe w duszy.
Najczęściej spotykali się nocą. Opuszczona sala na piątym piętrze albo – jeszcze lepiej – Izba Pamięci, gdzie echo krzyków ginęło w kamiennych ścianach. Wybierali jakąś szlamę z Gryffindoru – najlepiej taką, która była zbyt dumna, zbyt głośna w dzień. Wciągali ją pod pretekstem „rozmowy” albo „pomocy w lekcjach”. Potem zaczynała się lekcja. Bella rzucała pierwsza – zawsze z entuzjazmem, który graniczył z szaleństwem. Tom korygował jej ruchy, poprawiał intonację, pokazywał, jak wydobyć z Cruciatus maksimum bólu bez tracenia kontroli. Po wszystkim – Obliviate. Czysta karta. Ofiara wracała do dormitorium z bólem głowy i niejasnym poczuciem, że coś jest nie tak… ale bez dowodów.
Tom był z niej dumny. Jak z dobrze wytresowanego psa.
Ale Bella nie była jedyną osobą, która zajmowała jego myśli.
W jego wnętrzu – tam, gdzie inni trzymali serce – znajdowało się miejsce tylko dla jednej osoby. Tylko jednej. Na więcej nie miał miejsca ani ochoty.
Ingrid Austen.
Ona była inna. Nie klękała przed nim jak Bella. Nie płonęła fanatyzmem. Patrzyła na niego spokojnie, piwnymi oczami, które zdawały się widzieć więcej, niż chciała pokazać. Długie, czarne włosy opadały jej na ramiona prostymi pasmami – nigdy nie kręciła ich lokówką, nigdy nie bawiła się nimi nerwowo. Była opanowana. Precyzyjna. Jak on.
Chodzili do tej samej klasy, oboje w Slytherinie, oboje zawsze na pierwszych miejscach w rankingach. Oboje dostawali nagrody – Tom za „zasługi dla szkoły”, Ingrid za… cóż, za wszystko inne. Dumbledore wiedział o niej więcej, niż powinien. Tom wyczuwał to w spojrzeniach starego profesora – te przelotne, badawcze spojrzenia rzucane w stronę Ingrid podczas kolacji. Ale ona zdawała się tym nie przejmować. Jakby jej tajemnice były zbyt głęboko ukryte, by ktokolwiek mógł ich naprawdę dotknąć.
Jej największa tajemnica miała mugolskie korzenie.
Gdy miała dziewięć lat, rodzice – czystej krwi, z długą linią Slytherinu – pozwolili jej (a może zmusili?) uczęszczać do mugolskiego technikum masażu. Brzmiało to absurdalnie. Dziewięciolatka w szkole dla dorosłych? Ale Ingrid zawsze była wyjątkiem. Zdała egzaminy wstępne, które dla większości mugoli byłyby nie do przejścia. Uczyła się szybciej niż ktokolwiek inny. Zachwycała wykładowców inteligencją, pamięcią, precyzją ruchów.
W wieku dziesięciu lat miała już dyplom. Potem, co wakacje, wracała do mugolskiego świata i dokształcała się, poznawała techniki, o których magomedycy nawet nie śnili. Masaż leczniczy, rehabilitacja ruchem, punkty akupresurowe… Wiedza, która w Hogwarcie była uważana za „brudną” i „niegodną czarodzieja”.
Tom wiedział o tym wszystkim. I fascynowało go to, bo Ingrid potrafiła leczyć. Naprawiać ciała, które inni rozbijali. A jednocześnie – w tych samych dłoniach – kryła moc, której on jeszcze nie rozumiał do końca. Czasem, gdy mijali się na korytarzu, dotykała jego ramienia przelotnie – niby przypadkiem. I wtedy czuł, jak napięcie w mięśniach znika, jakby ktoś odkręcił niewidzialny zacisk. Nigdy nie pytał, czy robi to celowo. Ona nigdy nie wyjaśniała.
Była jego przeciwieństwem… i jego lustrzanym odbiciem zarazem.
Tom Riddle nie wierzył w przeznaczenie. Ale jeśli coś takiego istniało – to Ingrid Austen była jedyną rzeczą, która mogła je kiedyś potwierdzić. Albo zniszczyć.

5 comments

  1. Na moich polskich, taka wzmianka, bo potem o tym nie będzie raczejj mowy. Chciałam, by Ingrid miała swoją tajemnicę, by umiała leczyć. Ja pewnie i tak potem się pogubię w tych moich zawiłościach, bo zadużo napisałam. 🙂

  2. A nie no, to jak zmieniamy kanon, to nie widzę powodu komentować w tym temacie. Jeszz tylko jedno, czy Ty to technikum masażu oparłaś na jakichś realiach brytyjskich? Bo tu to jednak mam się ochotę poczepiać.

  3. A już tym bardziej nie 40. Wiem, które by wynikały z wyliczeń. Wiem, że czarodzieje ogóln żyją dłużej, ale to już jednak wygląda na przesadę. Chyba że z góry zakładamy, że kanonu trzymasz się luźno,to już nic więcej nie będę komentować.

  4. Eee… Ale przecież Bellatrix należała do kolejnego pokolenia, raczej jej opisy wskazują,że była mniej więcej w wieku Syriusza, jeśli starsza, to o kilka lt, nie 30.

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *