ROZDZIAŁ XVI
Pierwszy rozkaz
Mroczny Znak zapłonął po raz pierwszy trzeciego czerwca 1996 roku, podczas zajęć ze starożytnych run.
Trixie siedziała przy długim stole i przesuwała palcami po znakach wyrytych w kamiennej tabliczce, kiedy pod skórą lewego przedramienia pojawiło się ciepło. Początkowo uznała je za zwykłe podrażnienie. Znak nie zagoił się jeszcze całkowicie, a materiał szkolnej szaty czasami ocierał świeże linie, pozostawiając po sobie nieprzyjemne pieczenie. Po chwili ciepło zaczęło jednak narastać. Czarny wzór jakby zacisnął się pod skórą, a ból dotarł głębiej, wyraźnie odmienny od wszystkiego, co czuła od dnia ceremonii.
Trixie znieruchomiała.
Profesor Steiner nadal wyjaśniał znaczenie symbolu umieszczanego na nagrobkach dawnych czarodziejów. Kilkanaście piór przesuwało się po pergaminach, ktoś przy sąsiednim stole westchnął nad błędnym tłumaczeniem, a Anja odłożyła własną tabliczkę. Zwyczajne dźwięki klasy nie zniknęły, lecz ból przyciągał coraz większą część uwagi Trixie.
Nie był równie silny jak podczas naznaczenia. Wystarczał jednak, by nie mogła pomylić go z przypadkowym otarciem.
Voldemort ją wzywał.
Nie otrzymała obrazu, słowa ani wskazówki dotyczącej miejsca. Wiedziała jednak, co powinna zrobić. Kilka dni po ceremonii Rudolf przesłał jej niewielkie drewniane pudełko wraz z krótkim poleceniem: miała przechowywać je na dnie kufra i otworzyć podczas pierwszego wezwania.
— Trixie? — szepnęła Anja.
Dziewczyna zacisnęła prawą dłoń na brzegu stołu. Nie mogła podwinąć rękawa ani sięgnąć po różdżkę przy całej klasie. Spróbowała uspokoić oddech i skupić się na głosie profesora, lecz następny impuls przeszył przedramię ostrzej niż poprzednie.
Podniosła rękę.
— Profesorze, źle się czuję. Czy mogę wyjść?
Steiner przerwał wykład. Gdy podszedł do stołu, jego kroki zwolniły, jakby dopiero z bliska zauważył napięcie na jej twarzy.
— Powinna pani zgłosić się do uzdrowicielki — powiedział. — Panna Anja może pani towarzyszyć.
— Nie trzeba. Najpierw wrócę do dormitorium i zobaczę, czy mi przejdzie.
Odmowa padła zbyt szybko. Anja poruszyła się obok, a w klasie ucichło kilka piór. Trixie wiedziała, że następne pytania zwróciłyby na nią jeszcze większą uwagę.
— Poradzę sobie — dodała spokojniej. — Jeśli nie poczuję się lepiej, pójdę do uzdrowicielki.
Steiner zawahał się, lecz w końcu zezwolił jej odejść. Trixie wsunęła tabliczkę do torby, sięgnęła po laskę i ruszyła w stronę wyjścia. Starała się iść zwyczajnym krokiem, chociaż Znak ponownie zapłonął, przypominając, że Voldemort nie zamierzał czekać, aż lekcja dobiegnie końca.
Anja dogoniła ją na korytarzu.
— Co się dzieje?
— Muszę wrócić do pokoju.
— To nie jest odpowiedź.
Trixie przyspieszyła, lecz przyjaciółka nie zostawała w tyle. Przez kilka kroków szła obok niej w milczeniu, a kiedy znów się odezwała, w jej głosie nie było już zwykłej ciekawości.
— Boli cię ręka.
Trixie zatrzymała się.
— Skąd wiesz?
— Od tygodnia odsuwasz ją, kiedy ktoś przypadkiem cię dotknie. Teraz trzymasz ją tak, jakby każdy ruch sprawiał ci ból.
Dziewczyna nie odpowiedziała. Nie chciała okłamywać Anji, ale prawda zmusiłaby ją do wyjaśnienia, co znajdowało się pod rękawem i dlaczego właśnie zaczęło płonąć.
— Co zrobili ci podczas ostatniego wyjazdu? — zapytała Anja.
— Sama się na to zgodziłam.
— Na co?
Kolejny impuls wyrwał z Trixie cichy syk. Anja natychmiast wyciągnęła rękę, lecz dziewczyna odsunęła lewe ramię.
— Pokaż mi.
— Nie mogę.
— Nie możesz mi powiedzieć czy nie możesz pokazać?
— Jednego i drugiego.
Anja opuściła dłoń. W jej oddechu pojawiło się zmęczenie, którego Trixie nie słyszała podczas ich pierwszych rozmów o wyjazdach do Anglii. Od kilku miesięcy każda próba zbliżenia się do prawdy kończyła się tak samo: pytaniem Anji i odpowiedzią, że niczego nie wolno wyjaśnić.
— Muszę iść — powiedziała Trixie ciszej.
— Dokąd?
— Do dormitorium.
— A później?
Trixie nie odpowiedziała.
Anja odsunęła się o krok.
— Wiesz, dokąd zamierzasz pojechać.
— Tak.
— I znowu nie możesz mi powiedzieć.
Trixie zacisnęła szczękę. Chciała zapewnić przyjaciółkę, że wróci, ale zdanie, które dawniej ją uspokajało, z każdym kolejnym wyjazdem traciło znaczenie.
— Zrobię wszystko, żeby wrócić — powiedziała.
— Pewnego dnia możesz nie wrócić, a ja nawet nie będę wiedziała, gdzie cię szukać.
Nie było na to dobrej odpowiedzi. Trixie nie mogła obiecać, że nic jej się nie stanie, ani wskazać miejsca, do którego zmierzała. Nie mogła również zapewnić, że następne wezwanie nie nadejdzie podczas egzaminu, posiłku albo rozmowy z Anją.
Wyciągnęła prawą rękę, chcąc dotknąć ramienia przyjaciółki, lecz ta cofnęła się.
— Idź — powiedziała. — Skoro i tak już wybrałaś.
Trixie nie próbowała jej zatrzymywać. Ruszyła w stronę dormitorium, czując, że każdy rozkaz Voldemorta zabierał jej coś, czego nie potrafiła później odzyskać zwyczajnym zapewnieniem, że wróci.
Drewniane pudełko czekało na dnie kufra, ukryte pod ubraniami. Pieczęć Lestrange’ów była ciepła, a gdy Trixie dotknęła jej różdżką, wieko odskoczyło.
W środku znajdował się czarny metalowy krążek pozbawiony oznaczeń. Pod palcami przypominał ciężką monetę, lecz kiedy zacisnęła na nim dłoń, przedmiot zadrżał i rozłożył się w cienką obręcz.
Świstoklik.
Rudolf zadbał wcześniej, by przedmiot mógł zadziałać wewnątrz szkolnych zabezpieczeń. Karkarow nie znał dokładnej chwili podróży, ale musiał wiedzieć o jego istnieniu. To wyjaśniało, dlaczego od kilku dni omijał Trixie i nie próbował dowiadywać się, kiedy nastąpi następny wyjazd.
Dziewczyna zdążyła jedynie zarzucić torbę na ramię. Magia świstoklika natychmiast zacisnęła się wokół jej ciała, wyrywając ją z dormitorium.
Chwilę później uderzyła kolanami o miękki dywan.
Metalowa obręcz wypadła jej z dłoni, potoczyła się po podłodze i ponownie zwinęła w krążek. Trixie nie zdążyła się podnieść, kiedy usłyszała szybkie kroki Bellatrix.
— Dlaczego klęczysz?
— Świstoklik nie uprzedził mnie o lądowaniu.
Matka pomogła jej wstać, a następnie objęła ją na krótką chwilę. Zaraz potem jej uwaga przeniosła się na lewe przedramię córki.
— Znak zapłonął?
— Tak.
W głosie Bellatrix natychmiast pojawił się zachwyt.
— Pierwsze wezwanie.
— Nie nazwałabym go przyjemnym doświadczeniem.
— Nie powinno być przyjemne. Musisz poczuć je bez względu na to, gdzie się znajdujesz i co robisz.
— Poczułam aż nadto wyraźnie.
Bellatrix ostrożnie podciągnęła rękaw.
— Mogę?
— Tak, ale ostrożnie.
Dotknęła skóry tuż obok Znaku, sprawdzając jej temperaturę.
— Jest ciemniejszy niż wtedy, gdy wracałaś do Durmstrangu.
— Podczas wezwania zaczął mocniej piec. Pewnie dlatego.
Bellatrix opuściła rękaw córki, uważając, żeby materiał nie przesunął się po wypukłych liniach.
Do salonu wszedł Rudolf. Najpierw zauważył metalowy krążek leżący na dywanie, a potem spojrzał na Trixie.
— Zadziałał.
— Tak. Znak również.
Podszedł i objął córkę krótko, lecz jego reakcja nie przypominała zachwytu Bellatrix. Natychmiast zapytał, gdzie znajdowała się w chwili wezwania i czy ktoś widział jej zniknięcie.
— Byłam na zajęciach — wyjaśniła. — Profesor pozwolił mi wrócić do dormitorium.
— A Anja?
Trixie spuściła głowę.
— Domyśliła się, że coś jest nie tak.
Rudolf westchnął. Bellatrix natomiast uznała, że Karkarow i nauczyciele nie odważą się sprawdzać, dlaczego uczennica nagle opuszcza lekcje.
— Nie chodzi wyłącznie o nauczycieli — przypomniał jej Rudolf. — Im częściej Trixie będzie znikała bez wyjaśnienia, tym trudniej będzie jej zachować normalne relacje z ludźmi w szkole.
— Poradzę sobie — powiedziała Trixie, choć po rozmowie z Anją nie brzmiało to przekonująco nawet dla niej.
Ojciec nie naciskał. Wyjaśnił jedynie, że Voldemort jeszcze nie przybył, a wezwanie miało sprowadzić ją wcześniej, by poznała nowe zadanie i rozpoczęła przygotowania.
— Jakie zadanie? — zapytała.
Bellatrix odetchnęła z ekscytacją.
— Pierwszą prawdziwą misję.
— Wiesz, czego będzie dotyczyła?
— Tylko częściowo.
Trixie uniosła brwi.
— I nie możesz mi powiedzieć?
— Czarny Pan sam przedstawi szczegóły.
— Rozumiem, że tajemnice są łatwiejsze do zaakceptowania, kiedy to ty nie możesz ich zdradzić.
Bellatrix prychnęła, zapewniając, że nie miało to nic wspólnego z wygodą. Rudolf nie zdołał ukryć krótkiego uśmiechu, lecz szybko wrócił do poważnego tonu.
— Lucjusz zbiera ludzi w dawnej sali balowej. Narada rozpocznie się za godzinę.
Wymienił nazwiska uczestników: Bellatrix, Rudolf, Rabastan, Rookwood, Dołohow, Macnair, Avery i pozostali ludzie wyznaczeni do udziału. Sama liczba wezwanych wystarczyła, by Trixie zrozumiała, że nie chodziło o kolejną lekcję ani wyprawę do opuszczonego domu.
— Dokąd jedziemy?
— Czarny Pan sam przedstawi plan — odpowiedział Rudolf. — Nie powiedział nam jeszcze, jaką rolę ci wyznaczył.
Trixie nie próbowała zgadywać. Pierwsze wezwanie sprowadziło ją do Anglii, a Voldemort najwyraźniej zamierzał umieścić ją w przedsięwzięciu obejmującym znaczną część swoich ludzi. Tylko tego mogła być pewna.
Narada odbywała się w dawnej sali balowej. Tym razem nie przygotowano podestu ani krzesła. Na środku pomieszczenia stał długi stół, na którym rozłożono plan Ministerstwa Magii. Nad pergaminem unosiły się półprzezroczyste poziomy budynku, a metalowe znaczniki przesuwały się między nimi pod wpływem zaklęcia.
Rudolf postawił przed Trixie niewielki przestrzenny model. Dziewczyna przesunęła palcami po układzie atrium, wind oraz korytarzy prowadzących na niższe piętra, nie wiedząc jeszcze, której części planu będzie potrzebowała.
W sali znajdowało się kilkunastu Śmierciożerców. Po głosach rozpoznała Lucjusza, Rabastana, Rookwooda, Dołohowa i Macnaira. Pozostali rozmawiali zbyt cicho albo wcale się nie odzywali.
Kiedy Voldemort wszedł, wszyscy uklękli.
— Wstańcie.
Przez pomieszczenie przeszedł szelest szat. Voldemort nie tracił czasu na przypominanie o lojalności ani znaczeniu służby. Oznajmił, że w Departamencie Tajemnic przechowywano przepowiednię dotyczącą zarówno jego, jak i Harry’ego Pottera. Kulę mogła zdjąć z półki jedynie osoba, której dotyczyła, dlatego Harry miał zostać zwabiony do Ministerstwa i zmuszony do jej zabrania.
Lucjusz miał dowodzić grupą. Rookwood wykorzysta swoją znajomość Departamentu, aby przeprowadzić pozostałych przez zabezpieczenia, a Śmierciożercy ukryją się w Sali Przepowiedni i zaczekają na Pottera.
— Nie wolno go zabić, dopóki przepowiednia nie znajdzie się w waszych rękach — zakończył Voldemort.
Bellatrix poruszyła się przy stole. Nie zaprotestowała, ale Trixie wiedziała, że matka najchętniej sama zajęłaby się Harrym, gdy tylko przestałby być potrzebny.
Voldemort przesunął jeden ze znaczników na najwyższy poziom mapy.
— Trixie.
Dziewczyna zwróciła się ku niemu.
— Mój Panie.
— Nie zejdziesz do Departamentu Tajemnic.
Bellatrix natychmiast się napięła. Trixie również spodziewała się, że zostanie wysłana w pobliże przepowiedni, dlatego potrzebowała chwili, żeby zrozumieć polecenie.
— Gdzie mam pozostać?
— W atrium. Rookwood przygotuje osłonę ukrywającą cię przy Fontannie Magicznego Braterstwa. Będziesz pilnowała kominków, wejść i wind. Masz ostrzec grupę, jeśli do Ministerstwa przybędą pracownicy, aurorzy albo członkowie Zakonu Feniksa.
Po drugiej stronie stołu Nott poruszył się z niedowierzaniem.
— Nie zobaczy, kto wchodzi.
Bellatrix odwróciła się ku niemu gwałtownie, lecz Voldemort uciszył ją, zanim zdążyła odpowiedzieć.
— Nie prosiłem o twoją opinię — powiedział do Notta. — Rookwood sprawdził jej możliwości. W pustym atrium usłyszy otwarcie kominka, ruch windy albo wejście grupy wcześniej niż ktoś polegający wyłącznie na obserwacji wzrokowej.
— Jak mam was ostrzec? — zapytała Trixie.
Rookwood położył na stole trzy metalowe krążki.
— Będą połączone. Jeden otrzymasz ty, drugi Lucjusz, a trzeci Rudolf. Jedno dotknięcie oznacza pojedynczą nieznaną osobę, dwa — grupę, a trzy — bezpośrednie zagrożenie wymagające natychmiastowego ostrzeżenia. Po sygnale podstawowym odczekasz chwilę, a następnie wystukasz liczbę ludzi: raz, dwa, trzy albo tyle razy, ile zdołasz ich pewnie policzyć.
— A jeśli nie będę znała dokładnej liczby?
— Przekażesz tylko sygnał podstawowy — odpowiedział Rookwood. — Nie będziesz zgadywała.
— Co zrobię, jeśli połączenie zostanie zerwane?
Voldemort odpowiedział zamiast niego:
— Pozostaniesz na stanowisku.
— Jak długo?
— Dopóki nie otrzymasz rozkazu odwrotu albo bezpośrednie zagrożenie nie dotrze do atrium.
Bellatrix wystąpiła naprzód.
— Mój Panie, będzie zbyt daleko od pozostałych.
Voldemort nie zwrócił ku niej głowy.
— Taki jest cel.
— Mogłaby zejść z nami i zostać przy wejściu do Sali Przepowiedni. Nadal pilnowałaby drogi, a ja…
— Nie.
Jedno słowo nie zakończyło protestu.
— W atrium zostanie sama. Jeżeli osłona zawiedzie, nie będzie miała nikogo, kto mógłby jej pomóc.
Voldemort uniósł głowę.
— Jest moją służebnicą, Bellatrix. Nie dzieckiem, które zabierasz na rodzinną wycieczkę.
W pomieszczeniu zapadła cisza.
Oddech matki na moment się urwał. Słowa Voldemorta nie były głośne, ale trafiły dokładnie w miejsce, którego Bellatrix broniła najbardziej. Chciała widzieć w córce oddaną służebnicę Czarnego Pana, dopóki służba nie wymagała od niej zaakceptowania, że Trixie znajdzie się poza jej ochroną.
— Oczywiście, mój Panie — odpowiedziała w końcu. — Nie kwestionuję rozkazu.
— Właśnie to robiłaś.
Bellatrix skłoniła głowę.
— Martwię się o nią.
— Twoje uczucia nie są częścią planu.
Trixie zacisnęła palce na krawędzi modelu. Wiedziała, ile wysiłku kosztowało matkę przyjęcie upomnienia bez dalszej odpowiedzi.
— Wykonam zadanie — powiedziała.
Bellatrix zwróciła się ku niej.
— Nie musisz udowadniać, że potrafisz działać beze mnie.
W Trixie pojawiło się rozdrażnienie, którego nie zdążyła całkowicie powstrzymać.
— Nie robię tego dla ciebie.
Matka znieruchomiała. Trixie natychmiast zrozumiała, że zabrzmiało to ostrzej, niż zamierzała, ale nie wycofała decyzji.
— Otrzymałam zadanie, w którym mogę wykorzystać wszystko, czego uczyłam się przez ostatnie miesiące — dodała spokojniej. — Nie zejdę z wami tylko dlatego, że chcesz mieć mnie obok siebie.
— Tam mogłabym cię chronić.
— A kto ostrzeże was, jeśli ktoś wejdzie do Ministerstwa?
Bellatrix nie odpowiedziała.
Voldemort obserwował je przez chwilę.
— Rozumiesz zadanie — powiedział do Trixie.
— Tak.
— Nie opuścisz atrium tylko dlatego, że usłyszysz odgłosy walki na niższych poziomach.
Trixie poczuła chłód w żołądku.
— Nawet jeżeli moi rodzice znajdą się w niebezpieczeństwie?
Bellatrix gwałtownie wciągnęła powietrze.
— Nawet wtedy.
Trixie nie odpowiedziała od razu. Wyobraziła sobie matkę i ojca odciętych od wyjścia, podczas gdy ona siedziała kilka pięter wyżej. Wiedziała jednak, że opuszczenie stanowiska mogłoby pozbawić całą grupę ostrzeżenia przed nadchodzącymi przeciwnikami.
— Zostanę — powiedziała w końcu.
Rudolf podszedł o pół kroku bliżej, lecz nie próbował zmienić jej decyzji.
— To twój pierwszy rozkaz — oznajmił Voldemort. — Nie ma sprawdzić, ile potrafisz zrobić. Ma pokazać, czy zdołasz nie zrobić tego, czego w danej chwili będziesz pragnęła najbardziej.
Trixie zrozumiała.
Najtrudniejsze nie miało być usłyszenie otwierającego się kominka ani rozpoznanie nadjeżdżającej windy. Miała pozostać na miejscu, kiedy ludzie, których kochała, znajdą się poza jej zasięgiem.
— Wykonam go — odpowiedziała.
Voldemort przesunął znacznik symbolizujący ją na środek atrium.
— Przekonamy się.
Przez następne dwa tygodnie Trixie trzykrotnie wracała do Malfoy Manor.
Rookwood uczył ją planu atrium. Nie opisywał wyglądu złotych kominków ani kolorów posadzki. Interesowały ich odległości, liczba wejść, położenie wind oraz sposób, w jaki dźwięk odbijał się od ścian i fontanny.
Lucjusz przyniósł dokładny model pomieszczenia. Trixie badała go palcami, zapamiętując ustawienie cokołu, punktu kontroli różdżek i rzędów kominków. Wybrała miejsce przy podstawie fontanny, częściowo osłonięte kamieniem i oddalone na tyle od spadającej wody, żeby jej szum nie zagłuszał całego atrium.
Bellatrix uczestniczyła w każdym ćwiczeniu, choć formalnie nikt jej o to nie prosił. Podważała wybrane miejsce, domagała się drugiego świstoklika i wielokrotnie proponowała, by Trixie ukryła się bliżej wind. Dziewczyna za każdym razem cierpliwie wyjaśniała, że z korytarza nie usłyszałaby wszystkich kominków, a dodatkowa magia mogłaby zostać wykryta przez zabezpieczenia Ministerstwa.
— Zaczynasz mówić jak Czarny Pan — zauważyła któregoś dnia Bellatrix.
Trixie odsunęła dłonie od modelu.
— To źle?
Matka nie odpowiedziała od razu.
— Nie.
Zwłoka sprawiła jednak, że słowo zabrzmiało mniej przekonująco, niż powinno.
Rudolf przygotował później serię prób z zaklętymi figurkami. Poruszały się po modelu z różną prędkością, zatrzymywały przy kominkach i znikały za miniaturowymi ścianami. Trixie miała określać ich liczbę oraz kierunek na podstawie dźwięku, nie używając szerokiego impulsu magicznego.
Podczas pierwszej próby pomyliła poruszającą się figurkę z echem wody. Za drugim razem nie zauważyła jednej z postaci, która zatrzymała się i pozostała całkowicie nieruchoma. Przy trzeciej poprawnie wskazała sześć z siedmiu.
— Brakuje jednej — powiedział Rudolf.
Trixie ponownie nasłuchiwała, ale nie otrzymała żadnej wskazówki.
— Nie wiem, gdzie się znajduje — przyznała.
— Stoi za ścianą i nie porusza się.
Opuściła różdżkę.
— W takim razie nie mogłam jej usłyszeć.
— Właśnie.
Bellatrix, siedząca przy oknie, natychmiast się napięła.
— W prawdziwym atrium ludzie nie będą stali nieruchomo przez całą noc.
— Mogą się ukrywać — odpowiedział Rudolf. — Trixie ma poznać ograniczenia, a nie zakładać, że warunki zawsze będą dla niej korzystne.
Dziewczyna powtórzyła próbę. Tym razem Rudolf polecił jej zapamiętać miejsce, w którym figurka zniknęła z zasięgu, ale nie traktować wcześniejszego położenia jako dowodu, że nadal tam pozostawała.
Pod koniec ćwiczeń Trixie poprawnie wskazywała większość poruszających się postaci. Nadal nie była w stanie odnaleźć całkowicie nieruchomej figurki ukrytej za przeszkodą.
Nikt nie udawał, że potrafiła.
Osiemnastego czerwca wieczorem Mroczny Znak zapłonął po raz drugi.
Trixie siedziała w dormitorium razem z Anją. Gdy pod skórą pojawiło się znajome pieczenie, przerwała czytanie i wstała. Przygotowana wcześniej torba leżała pod łóżkiem.
Anja odłożyła pióro.
— Znowu musisz wyjść?
Trixie zarzuciła torbę na ramię.
— Tak.
— Dokąd?
— Nie pytaj mnie teraz.
W głosie Anji pojawiło się zmęczenie.
— Kiedy mam pytać? Zawsze później okazuje się, że nadal nie możesz odpowiedzieć.
Trixie zacisnęła palce na pasku torby. Nie miała czasu na następną rozmowę, lecz nie chciała zostawić przyjaciółki z kolejnym chłodnym zapewnieniem, że nic się nie działo.
— To może być niebezpieczne, ale zamierzam wrócić — powiedziała.
— To wszystko, co mi powiesz?
— Tak.
Anja nie próbowała jej zatrzymywać. Trixie opuściła dormitorium i dopiero w pustej sali kominkowej wyjęła z torby drewniane pudełko. Zamknęła drzwi, dotknęła pieczęci różdżką i ujęła metalowy krążek, gdy rozłożył się w cienką obręcz.
Świstoklik zabrał ją z Durmstrangu, zanim Znak zdążył zapłonąć ponownie.
W Malfoy Manor trwały ostatnie przygotowania. Śmierciożercy przenosili eliksiry, maski i zaczarowane przedmioty pomiędzy komnatami. Lucjusz kilkakrotnie sprawdzał listę uczestników, Rookwood poprawiał połączenia pomiędzy krążkami, a Bellatrix nie odstępowała córki niemal na krok.
Narcyza obserwowała wszystkich z boku.
Po kolacji Voldemort wezwał Lucjusza, Bellatrix i pozostałych do sali narad. Ciotka wykorzystała ich nieobecność i zabrała Trixie do swojej sypialni.
Zamknęła drzwi zaklęciem wyciszającym. Trixie usiadła na brzegu łóżka, podczas gdy Narcyza przez dłuższą chwilę chodziła po pokoju, przesuwając palcami po przedmiotach stojących na komodzie. Nie potrzebowała żadnego z nich. Próbowała jedynie opanować dłonie, które nie chciały pozostać nieruchome.
— Chcesz, żebym została w domu — powiedziała Trixie.
Narcyza zatrzymała się.
— Tak.
— Mam rozkaz.
— W tej chwili nie obchodzi mnie rozkaz.
Trixie uniosła głowę. Nigdy wcześniej nie słyszała, by ciotka wypowiedziała podobne zdanie tak otwarcie.
— Wiem, że się boisz.
— Nie wiesz.
Narcyza usiadła obok niej.
— Wszyscy ludzie, których kocham, wejdą dzisiaj do Ministerstwa przekonani, że plan Czarnego Pana nie może zawieść. Ty będziesz czekała sama w atrium, Bellatrix i Rudolf zejdą do Departamentu Tajemnic, a Lucjusz będzie dowodził wyprawą.
Ujęła dłoń Trixie.
— Draco jest w Hogwarcie i nie wie o niczym. Pisze mi o egzaminach, ocenach i o tym, że po powrocie chce porozmawiać z ojcem o Mrocznym Znaku. Nie mogę mu powiedzieć, że tej nocy Lucjusz może nie wrócić.
— Plan jest przygotowany — odpowiedziała Trixie, choć słowa zabrzmiały słabo nawet dla niej.
Narcyza zaśmiała się cicho, bez radości.
— Twój ojciec mówi dokładnie to samo. Lucjusz również. Bellatrix zachowuje się tak, jakby sama służba Czarnemu Panu czyniła ją nietykalną.
— Nie uważa, że nic nie może jej się stać.
— Uważa, że każda cena jest właściwa, jeśli płaci ją dla niego. To niemal to samo.
Trixie ścisnęła jej palce.
— Nie będę walczyła. Mam obserwować atrium.
— Masz siedzieć sama w Ministerstwie, kiedy na niższych poziomach będą walczyli twoi rodzice. Nie próbuj przekonywać mnie, że to bezpieczne zadanie.
— Będę ukryta.
— Zaklęcia można przełamać.
— Usłyszę, jeżeli ktoś nadejdzie.
— A jeżeli pojawi się Dumbledore?
— Wyślę sygnał.
— A potem?
Trixie nie odpowiedziała natychmiast.
— Pozostanę na miejscu.
Narcyza cofnęła dłoń.
— Nawet wtedy?
— Taki otrzymałam rozkaz.
— Naprawdę wierzysz, że jeżeli będziesz wiedziała, iż Bellatrix albo Rudolf potrzebują pomocy, zdołasz nie ruszyć za nimi?
Pytanie wywołało chłód w żołądku Trixie.
— Nie będę wiedziała — odpowiedziała. — Z atrium nie usłyszę ich przez kilka pięter. Mogą do mnie dotrzeć tylko silne uderzenia zaklęć albo drżenie konstrukcji. Nie będę wiedziała, kto został trafiony i co dokładnie dzieje się na dole.
— To ma być lepsze?
— Nie.
Właśnie niepewność miała okazać się najtrudniejsza. Trixie nie będzie wiedziała, czy milczenie krążka oznaczało bezpieczeństwo, zerwane połączenie czy śmierć człowieka, który powinien wysłać wiadomość.
Narcyza usłyszała napięcie w jej głosie i nieco złagodniała.
— Boisz się.
— Tak.
— Dlaczego więc jedziesz?
Trixie zacisnęła palce.
— Przyjęłam Znak, wiedząc, że nie będzie tylko ozdobą. Jeżeli odmówię pierwszego zadania dlatego, że jest niebezpieczne, cała moja decyzja okaże się pustym gestem.
— Możesz uznać, że popełniłaś błąd.
— Nie uważam tak.
Narcyza odwróciła głowę.
— Jeszcze.
Trixie nie zaprzeczyła. To samo słowo pojawiło się w jej myślach po ceremonii.
Jeszcze nie żałowała.
— Zazdrościł ci — powiedziała po chwili Narcyza. — Draco zazdrościł Znaku, lekcji i tego, że Czarny Pan cię zauważył. Wydawało mu się, że najważniejszy jest sam symbol. Nie rozumiał, że później przychodzą takie noce.
— Wiem.
— Cieszę się, że jest w Hogwarcie. Przynajmniej jedno z moich dzieci znajduje się daleko od tego domu.
Trixie zwróciła ku niej twarz.
— Powiedziałaś „moich dzieci”.
Narcyza zamilkła.
— Wychowałam cię — odpowiedziała w końcu. — Nie potrafię myśleć inaczej.
Trixie oparła głowę o jej ramię.
— Zrobię wszystko, żeby wrócić.
— Nie składaj obietnicy, której możesz nie dotrzymać.
— Nie obiecuję, że nic mi się nie stanie. Mówię tylko, że nie zrezygnuję z powrotu.
Narcyza objęła ją mocno.
— Chciałabym zamknąć cię tutaj do rana.
— Otworzyłabym drzwi.
— Wiem.
— Nawet gdybyś zabrała mi różdżkę.
— To również wiem.
Przez chwilę trwały w uścisku, nie próbując już przekonywać się nawzajem. Narcyza rozumiała, że nie zatrzyma Trixie bez użycia siły, a użycie jej oznaczałoby odebranie dziewczynie dokładnie tej samodzielności, której przez całe dzieciństwo próbowała ją nauczyć.
— W takim razie wróć — wyszeptała. — Ty, Bellatrix, Rudolf i Lucjusz. Wróćcie wszyscy, zanim Draco przyjedzie ze szkoły i odkryje, że rodzina, której tak bardzo chciał dorównać, już nie jest taka sama.
Przed północą Śmierciożercy zebrali się w zachodnim salonie. Wszyscy mieli czarne szaty i maski. Plan zakładał, że pozostaną ukryci aż do chwili, w której Harry zdejmie przepowiednię z półki.
Trixie również ubrano na czarno, ale nie otrzymała maski. Bellatrix przyniosła jedną z własnych, jednak Voldemort zabronił córce jej zakładać, uznając, że zasłonięte uszy i ograniczenie swobodnego poruszania głową utrudniłyby wykonanie zadania.
Rookwood rozpoczął nakładanie osłony. Magia spływała wzdłuż ciała Trixie chłodnymi warstwami, tłumiąc dźwięki jej ruchów i sprawiając, że uwaga patrzącego miała ześlizgiwać się z miejsca, w którym przebywała. Nie czyniła jej całkowicie niewidzialną i nie chroniła przed przypadkowym dotykiem. Działała najlepiej, dopóki pozostawała w wyznaczonym punkcie.
Lucjusz dodał zaklęcie wyciszające.
— Będziesz słyszała wszystko na zewnątrz — wyjaśnił. — Twój głos i ruchy nie wydostaną się poza osłonę, dopóki nie przekroczysz jej granicy.
— Jak duży będzie obszar?
— Nieco ponad dwa kroki od cokołu fontanny.
— Mogę przesunąć osłonę?
— Nie. Zostanie zakotwiczona w jednym miejscu.
Bellatrix zacisnęła dłonie.
— A jeśli ktoś podejdzie wystarczająco blisko i odkryje zaklęcie?
— Wtedy będę się broniła — odpowiedziała Trixie, zanim Rookwood zdążył się odezwać.
Matka zwróciła się ku niej.
— Użyjesz różdżki bez wahania?
— Zrobię to, co będzie potrzebne, żeby wydostać się z bezpośredniego zagrożenia.
Nie obiecywała więcej, niż rzeczywiście wiedziała.
Rudolf przywiązał metalowy krążek do prawego nadgarstka córki i jeszcze raz przypomniał jej ustalony rytm. Ostrzegł, że podczas walki może przypadkowo uderzyć dłonią o jakiś przedmiot, dlatego powinna odpowiadać wyłącznie na wyraźnie powtórzoną wiadomość.
Przesunął kciukiem po jej palcach.
— Nie schodź za nami, nawet jeśli zaczniesz wyobrażać sobie najgorsze.
Trixie ścisnęła jego dłoń.
— Wiem.
Nie dodali niczego więcej. Oboje rozumieli, że powtarzanie rozkazu nie uczyni go łatwiejszym.
Bellatrix stanęła po drugiej stronie. Chciała powiedzieć córce, że w sytuacji nieprzewidzianej powinna sama ocenić, czy nadal ma pozostawać na miejscu. Voldemort wszedł jednak do salonu, zanim zdążyła dokończyć.
Wszyscy uklękli.
— Rozkaz został wydany — powiedział. — Trixie pozostanie w atrium, dopóki nie otrzyma sygnału odwrotu albo zagrożenie nie dotrze bezpośrednio do jej stanowiska. Nie ty będziesz decydowała, co było przewidziane, Bellatrix.
— Tak, mój Panie.
Voldemort zwrócił się do Lucjusza, który potwierdził gotowość grupy. Harry otrzymał już fałszywy obraz Syriusza przetrzymywanego w Departamencie Tajemnic i powinien znajdować się w drodze do Londynu.
Bellatrix zaśmiała się cicho, nazywając go głupcem.
Trixie nie podzielała jej rozbawienia. Harry zmierzał do pułapki, ponieważ uwierzył, że człowiek, którego kochał, cierpiał. Nie świadczyło to o braku rozumu, lecz o tym, że Voldemort prawidłowo odnalazł rzecz ważniejszą dla niego niż własne bezpieczeństwo.
W ten sam sposób mógłby wykorzystać Bellatrix, Rudolfa albo Narcyzę przeciwko niej.
— Ruszajcie — rozkazał.
Świstoklik przeniósł ich do Ministerstwa.
Atrium nocą brzmiało zupełnie inaczej niż w godzinach pracy. Nie było setek kroków, rozmów, trzasku kominków ani szelestu papierowych samolotów przenoszących wiadomości. Rozległa przestrzeń odpowiadała wielokrotnym echem na każdy ruch przybyłych.
Trixie zajęła miejsce przy cokole Fontanny Magicznego Braterstwa. Woda szumiała obok równym strumieniem i spływała po kamiennych postaciach do misy. Znała ich układ z modelu, ale nie próbowała odtwarzać wyglądu fontanny w wyobraźni. Znaczenie miały położenie cokołu, odległość od kominków i droga prowadząca do wind.
Lucjusz zakotwiczył osłonę.
Powietrze zacisnęło się wokół Trixie. Na jego polecenie wykonała dwa kroki w prawo. Dźwięk pozostał stłumiony. Kiedy przesunęła stopę odrobinę dalej, czubek buta przekroczył granicę i echo natychmiast rozeszło się po atrium.
Cofnęła się.
Rookwood sprawdził ostatnią warstwę zaklęcia i przypomniał, żeby nie używała szerokich impulsów, ponieważ zabezpieczenia Ministerstwa mogłyby je wykryć. Trixie zamierzała polegać przede wszystkim na słuchu, a po magię sięgnąć dopiero wtedy, gdy nie zdoła rozpoznać źródła dźwięku.
Bellatrix podeszła do granicy osłony. Trixie wyciągnęła ku niej prawą rękę, a matka natychmiast zacisnęła palce na jej dłoni.
— Powinnam zostać z tobą — powiedziała.
— Twoje zadanie jest na dole.
Bellatrix przyznała cicho, że córka była dla niej ważniejsza niż przepowiednia. W pobliżu Lucjusz wstrzymał oddech, a Rudolf znieruchomiał. Trixie wiedziała, jak niebezpieczne były te słowa, nawet jeśli Voldemorta nie było już w atrium.
— Nie mów tego tutaj — poprosiła.
Matka przez chwilę nie odpowiadała. W końcu obiecała, że po nią wróci, i niechętnie wypuściła jej dłoń.
Rudolf zatrzymał się przy osłonie jako ostatni. Sprawdził, czy Trixie wyraźnie słyszała jego głos, windy oraz kominki, a później przez chwilę trwał w milczeniu.
— Tato, wróć — powiedziała.
— Postaram się.
Nie obiecał. Trixie była mu za to wdzięczna.
Śmierciożercy ruszyli w stronę wind. Bellatrix szła ostatnia. Jej kroki oddalały się wolniej niż pozostałe, jakby kilkakrotnie odwracała się jeszcze w stronę fontanny.
Potem drzwi windy się zamknęły, a mechanizm ruszył w dół.
Trixie została sama.
Pierwsza godzina nie przyniosła niczego. Atrium trwało w nocnej ciszy. Woda spływała do misy fontanny, gdzieś daleko pracował zaczarowany mechanizm, a przez sieć kominków przepływała słaba magia podtrzymująca połączenia.
Trixie siedziała przy cokole z różdżką ułożoną na kolanach. Nie mogła chodzić po pomieszczeniu ani opuścić niewielkiego obszaru osłony. Jej zadaniem było słuchanie i czekanie.
Wydawało się proste, dopóki nie zaczęła myśleć o tym, co działo się na niższych poziomach. Śmierciożercy zajmowali miejsca pomiędzy regałami. Harry znajdował się jeszcze w drodze albo właśnie próbował dostać się do Londynu. Syriusz pozostawał w domu Blacków, nieświadomy, że obraz jego cierpienia prowadził chrześniaka do pułapki.
Metalowy krążek na nadgarstku pozostawał chłodny.
Po pewnym czasie jeden z kominków zapłonął. Zielony ogień wypełnił palenisko na kilka sekund, ale nikt z niego nie wyszedł. Prawdopodobnie było to automatyczne sprawdzenie sieci. Magia Ministerstwa przesunęła się po atrium, dotknęła osłony i odpłynęła, nie uruchamiając alarmu.
Rookwood skonstruował zaklęcie dobrze.
Kilka minut później ruszyła jedna z wind. Kabina zjechała z wyższego poziomu i zatrzymała się przy atrium. Drzwi się otworzyły, ale nikt nie wysiadł. Po chwili zamknęły się ponownie.
Ministerstwo sprawdzało puste piętra, nieświadome, że na najniższym poziomie czekała grupa zamaskowanych ludzi.
Trixie nie wysłała ostrzeżenia.
Harry przybył z pięciorgiem przyjaciół.
Usłyszała ich, zanim weszli do głównej części atrium. Sześć par kroków poruszało się szybko, ale bez pewności ludzi znających budynek. Ktoś oddychał ciężko po długim biegu, inna osoba co kilka sekund zwalniała, jakby próbowała rozejrzeć się po nieznanym miejscu.
Byli młodzi.
Zbyt młodzi, by przypominać grupę aurorów.
— Tędy — powiedział chłopak. Jego głos był napięty i stanowczy.
Jedna z dziewcząt zapytała, czy był pewien drogi. Druga przypomniała, że miejsce widział jedynie w wizji i nadal mogli zmierzać prosto w pułapkę.
— Syriusz tam jest — odpowiedział chłopak, nie pozostawiając miejsca na dalszą dyskusję.
Trixie wiedziała, że słyszy Harry’ego Pottera. Nie dlatego, że znała jego głos, lecz dlatego, że nikt inny nie prowadziłby tej grupy z tak rozpaczliwą pewnością.
Nie dotknęła krążka. Harry i jego towarzysze byli oczekiwani. Lucjusz wiedział, że nadejdą.
Grupa przeszła przez atrium kilkanaście kroków od fontanny. Jedna z dziewcząt zwolniła, twierdząc, że usłyszała coś w pobliżu. Trixie wstrzymała oddech, lecz osłona utrzymała ciszę. Harry ponaglił przyjaciół, a po chwili cała szóstka dotarła do wind.
Drzwi zamknęły się za nimi. Kabina ruszyła w dół.
Trixie dotknęła Znaku ukrytego pod rękawem. Pozostawał chłodny.
Nie wiedziała, ile czasu minęło później. W pustym atrium każda minuta brzmiała podobnie. Woda szumiała w tym samym rytmie, kominki pozostawały wygaszone, a windy nie wracały.
W końcu krążek na jej nadgarstku rozgrzał się jednym wyraźnym impulsem.
Lucjusz potwierdzał, że Potter dotarł do wyznaczonego miejsca.
Trixie odpowiedziała pojedynczym dotknięciem. Atrium było czyste.
Niedługo później przez konstrukcję budynku przebiegło odległe drżenie. Nie potrafiła stwierdzić, jakie zaklęcie je wywołało ani kto je rzucił. Kolejne uderzenie było silniejsze, a potem dołączyło do niego kilka słabszych.
Walka się rozpoczęła.
Trixie wyprostowała się. Nie słyszała głosów ani kroków z Departamentu Tajemnic. Docierały do niej wyłącznie stłumione wibracje i odległe reakcje zabezpieczeń Ministerstwa.
Krążek rozgrzał się ponownie. Tym razem sygnał był nierówny i urwał się w połowie. Mógł oznaczać przypadkowy nacisk podczas walki albo próbę przekazania wiadomości. Trixie zaczekała, ale impuls się nie powtórzył.
Odpowiedziała jednym dotknięciem.
Nadal jestem na miejscu.
Nie otrzymała potwierdzenia.
Od tej chwili zadanie stało się znacznie trudniejsze. Nie wiedziała, czy Lucjusz nadal kontrolował sytuację, czy Rudolf walczył, ani gdzie znajdowała się Bellatrix. Każde silniejsze drżenie podłogi mogło oznaczać uderzenie zaklęcia, rozbitą ścianę albo czyjąś śmierć.
Nie mogła tego sprawdzić.
Nie mogła zejść na dół.
Pozostała przy fontannie.
Kilka minut później jeden z kominków wybuchł zielonym ogniem. Z płomieni wyszło pięcioro dorosłych. Poruszali się szybko i bez wahania, a ich różdżki były już wyciągnięte. Nie rozmawiali głośno, lecz sposób, w jaki natychmiast skierowali się ku windom, świadczył, że znali układ Ministerstwa i przybyli w konkretnym celu.
Trixie dotknęła krążka dwa razy, odczekała i dodała pięć kolejnych uderzeń.
Grupa. Pięć osób.
Nie wiedziała, czy wiadomość dotarła.
Jeden z przybyłych zatrzymał się w pobliżu fontanny. Trixie usłyszała stuk drewnianej nogi o posadzkę, a chwilę później osłona Rookwooda zadrżała.
— Coś jest przy fontannie — powiedział mężczyzna.
Moody.
Nie znała jego głosu, ale opis charakterystycznego sposobu poruszania nie pozostawiał wielu możliwości.
Pozostali również się zatrzymali. Ktoś rzucił krótkie zaklęcie sprawdzające, które przemknęło po granicy osłony, lecz nie przedostało się do środka. Jeden z czarodziejów uznał zakłócenie za część zabezpieczeń fontanny, ale Moody przez kilka sekund nie ruszał się z miejsca.
Trixie miała świadomość, że jego magiczne oko nadal zwrócone było w jej stronę. Zaklęcie Rookwooda nie czyniło jej całkowicie niewykrywalną. Wystarczyło, by Moody podszedł bliżej albo spróbował przełamać osłonę.
Z najniższych poziomów dobiegło kolejne, silniejsze drżenie.
— Harry — odezwał się jeden z mężczyzn.
Ruszył w stronę wind. Pozostali podążyli za nim. Moody został przy fontannie odrobinę dłużej, a potem również odszedł.
Trixie wypuściła powietrze dopiero wtedy, gdy drzwi windy się zamknęły.
Wysłała ostrzeżenie po raz drugi.
Dwa sygnały. Przerwa. Pięć.
Tym razem krążek na moment się ogrzał. Ktoś odebrał wiadomość.
Po przybyciu Zakonu drżenie budynku stało się gwałtowniejsze. Zaklęcia uderzały w ściany i drzwi, ale Trixie nadal nie potrafiła rozpoznać ich rodzaju ani ludzi, którzy je rzucali.
Właśnie wtedy w pełni zrozumiała naturę pierwszego rozkazu.
Najtrudniejsze było nie robić niczego.
Krążek na nadgarstku zapłonął trzema chaotycznymi impulsami, a następnie natychmiast ostygł. Nie był to żaden z ustalonych sygnałów. Mogła to być próba ostrzeżenia albo przypadkowy nacisk. Nie wiedziała nawet, który z dwóch połączonych krążków odpowiedział.
Trixie wstała. Granica zaklęcia znajdowała się zaledwie pół kroku przed nią. Mogła ją przekroczyć, dotrzeć do windy i zjechać na dół.
Na tym skończyłyby się jej możliwości.
Nie znała układu Departamentu Tajemnic. Po opuszczeniu windy nie wiedziałaby, w którą stronę się udać ani które z licznych drzwi prowadziły do pomieszczenia, w którym trwała walka. Hałas zaklęć odbijałby się od korytarzy i zamiast wskazać drogę, jedynie zwiększałby chaos. Nie potrafiła odnaleźć Rudolfa przez kilka pięter ani wyczuć go za ścianami.
Najprawdopodobniej zgubiłaby się, zanim zdołałaby komukolwiek pomóc.
Pozostań na stanowisku.
Cofnęła stopę i ponownie usiadła przy cokole.
Nie wiedziała, czy podjęła właściwą decyzję. Wiedziała jedynie, że opuszczenie atrium nie byłoby akcją ratunkową, lecz ślepym wejściem do labiryntu.
Po pewnym czasie atrium ponownie ucichło.
Trixie nadal siedziała przy cokole, kiedy po przeciwnej stronie pomieszczenia otworzyło się wejście prowadzące z bocznego korytarza. Nie poprzedził tego trzask kominka ani ruch windy. Usłyszała tylko szybkie, pewne kroki pojedynczego człowieka.
Wraz z jego przybyciem osłona Rookwooda zadrżała.
Nie dlatego, że przybysz próbował ją przełamać. Otaczała go magia tak silna i skupiona, że zaklęcia w pobliżu reagowały na samą jego obecność. Woda w fontannie na moment zmieniła rytm, a ochronna warstwa otaczająca Trixie naprężyła się jak materiał wystawiony na gwałtowny podmuch.
Czarodziej nie odezwał się. Szedł w stronę wind bez wahania, jakby dokładnie wiedział, gdzie odbywała się walka.
Trixie nie znała jego głosu ani sposobu poruszania. Nie potrafiła mieć całkowitej pewności. Wiedziała jednak, że do Ministerstwa wkroczył samotny człowiek o mocy wystarczającej, żeby poruszyć zaklęcia Rookwooda bez świadomego dotykania ich.
Tylko jedno nazwisko pasowało do wszystkich wskazówek.
Dumbledore.
Natychmiast dotknęła krążka trzy razy. Odczekała i powtórzyła sygnał.
Bezpośrednie zagrożenie.
Metal pozostał chłodny.
Dumbledore minął fontannę. Na moment zwolnił, a Trixie poczuła, jak osłona ponownie się napina. Nie wiedziała, czy zauważył zakłócenie, czy jedynie sprawdzał drogę. Po sekundzie ruszył dalej.
Drzwi windy się otworzyły. Wszedł do środka, a mechanizm natychmiast zaczął zjeżdżać w stronę Departamentu Tajemnic.
Trixie wysłała ostrzeżenie po raz trzeci.
Tym razem krążek rozgrzał się na moment.
Ktoś na dole odebrał wiadomość.
Nie wiedziała, czy zdąży ją wykorzystać.
Walka trwała jeszcze przez pewien czas. Wibracje dochodzące z podziemi zmieniły się jednak po przybyciu Dumbledore’a. Uderzenia stawały się rzadsze, lecz silniejsze, a później zaczęły urywać się jedno po drugim.
Trixie nie potrafiła określić, co działo się na dole. Nie wiedziała, kto został pokonany, kto nadal walczył ani czy jej rodzice byli przytomni.
Czekała.
W końcu jedna z wind ruszyła gwałtownie ku górze.
Kabina jechała z najniższego poziomu i zatrzymywała się nierówno, jakby ktoś wielokrotnie uderzał w mechanizm albo próbował przyspieszyć jego działanie zaklęciem. Wewnątrz znajdowała się jedna osoba. Trixie słyszała ciężki oddech i gwałtowny ruch materiału.
Winda dotarła do atrium.
Drzwi otworzyły się z metalicznym zgrzytem.
Bellatrix wybiegła na posadzkę.
Trixie rozpoznała ją natychmiast po krokach, urywanym oddechu i śmiechu, który matka próbowała powstrzymać, a jednocześnie pozwalała mu rozbrzmiewać po całym Ministerstwie.
Nie miała maski. Musiała ją zgubić albo zdjąć podczas walki.
— Chodź, Potter! — zawołała. — Spróbuj mnie dogonić!
Jej głos odbił się od ścian.
Nie zauważyła Trixie.
Osłona nadal działała.
Bellatrix przebiegła kilka kroków od fontanny. Na szacie niosła zapach kurzu, dymu i krwi. Oddychała ciężko, ale nie sprawiała wrażenia poważnie rannej.
Trixie wyciągnęła dłoń.
Mogła przekroczyć granicę i zawołać matkę. Nie wiedziała jednak, dlaczego Bellatrix uciekała sama ani czy otrzymała sygnał o przybyciu Dumbledore’a.
Rozkaz pozostawał ważny.
Trixie nie opuściła osłony.
Następna winda zbliżała się do atrium. Wewnątrz biegł jeden człowiek. Zanim drzwi otworzyły się całkowicie, wyskoczył na posadzkę z różdżką w dłoni.
Jego oddech był urywany. Nie tylko z powodu zmęczenia. Płakał albo próbował powstrzymać płacz, nie mając już pełnej kontroli nad głosem.
Bellatrix cofała się w stronę fontanny.
— Zabiłaś go! — krzyknął chłopak.
Rozpacz rozdarła ciszę atrium.
Trixie zwróciła głowę w jego stronę.
Harry Potter.
Nie musiała wcześniej znać jego głosu, żeby zrozumieć.
Bellatrix zaśmiała się.
— Sam wpadł za zasłonę!
— To przez ciebie!
Dopiero teraz Trixie dowiedziała się, że Syriusz znalazł się w Departamencie i nie wrócił z miejsca, które Harry nazwał zasłoną.
Chłopak uniósł różdżkę. Trixie usłyszała gwałtowny ruch ręki i początek wypowiadanej inkantacji. Nie znała zaklęcia przed jego rzuceniem i nie mogła przewidzieć jego toru.
— Crucio!
Klątwa przecięła atrium i uderzyła Bellatrix.
Matka krzyknęła.
Dźwięk był krótki, urwany i prawdziwy. Straciła równowagę i upadła na wypolerowaną posadzkę. Jej różdżka uderzyła o kamień, ale nie wypadła z dłoni.
Trixie poderwała się.
Jedna stopa niemal przekroczyła granicę osłony.
Zatrzymała się.
Harry dyszał kilka metrów dalej. Klątwa wygasła niemal natychmiast, zbyt słaba, by utrzymać Bellatrix w długim cierpieniu.
Matka uniosła się na łokciu. Najpierw zaśmiała się cicho, a potem coraz głośniej.
— To za mało, Potter — powiedziała, podnosząc się z podłogi. — Sam gniew nie wystarczy. Musisz naprawdę pragnąć cudzego cierpienia.
Harry nadal trzymał różdżkę skierowaną w jej stronę.
Trixie stała ukryta przy fontannie, słuchając oddechu chłopaka, który właśnie próbował torturować jej matkę.
Po raz pierwszy znajdowała się zaledwie kilka kroków od Harry’ego Pottera.
On nadal nie wiedział, że ona tam była.
Takiego potrzebowałam, są te zaklęcia zmieniające, kameleona.
Ale to jest to, w takim momencie należy kończyć rozdziały, żeby. 🙂
“Bellatrix przyznała cicho, że córka była dla niej ważniejsza niż przepowiednia.”
Lindo! Dlaczego ona po prostu tego nie powie? To dużo lepiej zadziałałoby na dramaturgię. No i bardziej wybiłoby się to w tekście. Przecież to ważny, nawet bardzo ważny moment.
A cóż to za genialne zaklęcie, które działa lepiej niż niewidka Pottera?