ROZDZIAŁ XX
Bez pancerza
Narcyza nadal płakała, Draco z uporem powtarzał, że otrzymał zaszczyt, a Bellatrix próbowała przekonać siostrę, że chłopak powinien myśleć o zwycięstwie, zamiast jeszcze przed rozpoczęciem misji wyobrażać sobie własną śmierć.
Trixie nie potrafiła słuchać ich dłużej.
Opuściła zachodni salon, zanim ktokolwiek zdążył ją zatrzymać. Nie biegła, chociaż miała ochotę znaleźć się jak najdalej od głosu kuzyna, urywanego oddechu Narcyzy i chłodnych słów Voldemorta, które wciąż powracały w pamięci.
Ty zażądałaś możliwości ukończenia edukacji i ją otrzymasz. On otrzymał zadanie.
Jakby te dwie rzeczy można było postawić obok siebie i zważyć.
Jeszcze kilka godzin wcześniej gotowa była znienawidzić Dracona za sam fakt, że we wrześniu wróci do Hogwartu, podczas gdy jej własne życie zostało odesłane z Durmstrangu w trzech kufrach. Teraz wiedziała już, dlaczego kuzyn ponownie przekroczy bramy szkoły. Voldemort potrzebował go po drugiej stronie murów.
Lekcje, dormitorium i egzaminy były jedynie dodatkiem do rozkazu, który mógł go zabić.
Trixie weszła do swojej sypialni i zamknęła drzwi. Odruchowo pomyślała o zaklęciu blokującym zamek. Wystarczyłby jeden ruch różdżki, może dodatkowe wyciszenie ścian, i przez kilka godzin nikt nie mógłby wejść bez jej zgody. Natychmiast jednak porzuciła ten zamiar. Nadal miała piętnaście lat, trwały wakacje, a przepisy dotyczące używania magii przez niepełnoletnich czarodziejów nie przestały obowiązywać tylko dlatego, że otrzymała Mroczny Znak i brała udział w walce w Ministerstwie.
Nie potrzebowała kolejnego problemu z brytyjskim prawem.
Pozostawiła więc drzwi jedynie zamknięte i usiadła na brzegu łóżka, układając obolałe dłonie na kolanach.
Knykcie nadal pulsowały po bójce. Eliksir Narcyzy złagodził opuchliznę, lecz przy mocniejszym zaciśnięciu palców ból powracał. Draco zapewne został już opatrzony; po świeżym Mrocznym Znaku rozbity nos musiał być najmniejszym z jego problemów.
Nie chodziło jednak o samą bójkę.
Najgorsze było to, że Draco w końcu powiedział prawdę.
Bał się, że kiedy ludzie dowiedzą się o niej, zaczną inaczej patrzeć również na niego.
Przez pięć lat mógł wracać do Hogwartu i opowiadać o Malfoyach, rodzie Blacków, wpływach ojca, pieniądzach, czystej krwi i krewnych, których nazwiska robiły odpowiednie wrażenie. Sam wybierał fragmenty rodzinnej historii, które chciał pokazywać innym. Trixie do tej starannie przygotowanej opowieści nie pasowała. Jej istnienie natychmiast pociągało za sobą pytania o Bellatrix, Rudolfa, Azkaban, Narcyzę, Durmstrang i niepełnosprawność wzroku.
Draco nie chciał na nie odpowiadać.
Trixie przesunęła palcami po bransoletce od Anji. Drewniane koraliki stuknęły cicho o metalowy krążek noszony nadal na nadgarstku.
Anja wiedziała o Draconie od początku.
Wiedziała, że Trixie mieszkała z nieznośnym kuzynem, który potrafił mówić o nazwisku Malfoy tak długo, jakby samo jego wypowiadanie było szczególnym osiągnięciem. Słyszała historie o pierwszych listach Dracona z Hogwartu, jego niekończącej się wojnie z Harrym Potterem, pogardzie wobec Weasleyów i niezachwianym przekonaniu, że Lucjusz potrafił załatwić każdą sprawę w Ministerstwie.
Trixie opowiadała nawet o drobiazgach. O kłótniach o miejsce przy kominku, książkach pozostawianych na stole, słodyczach, których każde z nich lubiło inny rodzaj, i dziecięcych awanturach o rzeczy tak nieważne, że po kilku latach stawały się śmieszne.
Draco ją irytował. Doprowadzał do furii. Niekiedy sprawiał, że miała ochotę przycisnąć mu poduszkę do twarzy i nie zdejmować jej przez kilka minut.
Pozostawał jednak częścią domu.
Nigdy nie przyszło jej do głowy, żeby przed Anją udawać, że go nie ma.
Dla niej Draco istniał także poza murami Malfoy Manor.
Dla niego ona istniała wyłącznie po ich wewnętrznej stronie.
Na korytarzu rozległy się kroki.
Bellatrix nie próbowała poruszać się cicho. Po karze Voldemorta nadal stawiała jedną nogę ostrożniej, dlatego Trixie rozpoznała ją jeszcze zanim matka zatrzymała się przed drzwiami.
Zapukała jeden raz.
— Nie chcę teraz z nikim rozmawiać — oznajmiła Trixie.
Po drugiej stronie na chwilę zapadła cisza.
— To niedobrze. Ja chcę rozmawiać z tobą.
Klamka opadła.
Trixie mogła wcześniej zablokować drzwi w sposób niemagiczny, gdyby naprawdę zależało jej na zupełnej samotności. Nie zrobiła tego. Nie miała więc prawa być zaskoczona, kiedy Bellatrix weszła do pokoju i zamknęła drzwi za sobą.
Matka podeszła do łóżka, lecz nie usiadła natychmiast. Przez kilka sekund stała obok, a Trixie słyszała jedynie jej oddech i cichy szelest czarnej szaty.
— Narcyza zabrała Dracona na górę. Próbuje opatrzyć Znak, a on z jakiegoś powodu uznał, że pełnoprawny sługa Czarnego Pana powinien gardzić maścią łagodzącą.
— Czyli naznaczenie nie wyleczyło go z głupoty.
— Obawiam się, że na to nie istnieje odpowiednie zaklęcie.
Kącik ust Trixie drgnął, lecz zaraz przypomniała sobie głos kuzyna, kiedy zapewniał Voldemorta, że zabije Dumbledore’a.
— Będzie go długo bolało.
Bellatrix usiadła obok. Materac ugiął się pod jej ciężarem.
— Pierwsze dni są najgorsze. Później przestaje przypominać świeżą ranę. Zostaje tylko wtedy, kiedy Czarny Pan chce, żebyś go poczuła.
Trixie przesunęła kciukiem po własnym przedramieniu.
— Kiedy dostałam swój, byłaś szczęśliwa, mamo.
— Byłam dumna. Czekałam na chwilę, w której Czarny Pan uzna cię za gotową.
— Draco też jest teraz dumny.
Milczenie matki trwało nieco za długo.
Trixie zwróciła twarz w jej stronę.
— Myślisz, że Narcyza ma rację? Że jego zadanie jest karą dla Lucjusza?
Bellatrix poruszyła się niespokojnie.
— Myślę, że Czarny Pan jest wściekły na Lucjusza i nie zamierza udawać, że porażka w Departamencie Tajemnic nie miała znaczenia. Myślę również, że Draco dostał sposobność zrobienia czegoś, czego żaden dorosły Śmierciożerca nie może dokonać tak łatwo jak on. Wejdzie do Hogwartu jako uczeń. Będzie spał pod tym samym dachem co Dumbledore, siedział przy stole z jego ludźmi i chodził korytarzami, do których my nie mamy dostępu.
Urwała na moment.
— Jeżeli odniesie sukces, przywróci nazwisku Malfoy wartość w oczach Czarnego Pana. Jeżeli zawiedzie, zapłaci za własną porażkę i za porażkę ojca. Obie rzeczy są prawdziwe.
— Mówisz o tym tak spokojnie.
— Bo histeria nie zmieni rozkazu.
— On jest w moim wieku.
Tym razem w głosie Trixie zabrzmiała złość.
— Ma piętnaście lat, mamo. Tak jak ja.
— Wiem dokładnie, ile macie lat. Ty sama od miesięcy domagasz się, żeby przestać traktować cię jak dziecko tylko dlatego, że nie ukończyłaś siedemnastu.
— Nie wysłano mnie przeciwko Dumbledore’owi.
Bellatrix nabrała w płuca powietrza, lecz córka nie pozwoliła jej jeszcze odpowiedzieć.
— Czarny Pan sam walczył z nim w atrium i go nie pokonał. Teraz wysyła Dracona do jego własnej szkoły i daje mu rok na wykonanie rozkazu. Jak mam uwierzyć, że naprawdę oczekuje zwycięstwa?
— Nie musisz rozumieć każdego zamiaru Czarnego Pana, żeby wykonać jego rozkaz.
— To wygodne.
W głosie Bellatrix natychmiast pojawiło się ostrzeżenie.
— Uważaj, dziecko.
Trixie zacisnęła palce na brzegu łóżka.
— Narcyza nie widzi w nim Śmierciożercy. Widzi swojego syna i wie, że może go stracić.
— Narcyza zawsze najpierw widzi syna.
— A ty? –zapytała nastolatka.
Materiał szaty zaszeleścił pod dłonią Bellatrix.
— Widzę mojego siostrzeńca. Aroganckiego, rozpieszczonego i zbyt pewnego siebie, ale nadal mojego siostrzeńca. Nie zamierzam z radością patrzeć, jak ginie. Jednocześnie widziałam, jak przed Czarnym Panem przyjął Znak i zapewnił, że wykona zadanie. Nie mogę udawać, że nie podjął tej decyzji tylko dlatego, że jest mi bliski.
Trixie oparła dłonie mocniej o materac.
— A gdyby chodziło o mnie?
Bellatrix znieruchomiała.
— Nie zaczynaj.
— Chcę wiedzieć.
— Chcesz zmusić mnie do udzielenia odpowiedzi na pytanie, którego nie ma. Czarny Pan nie wydał ci takiego rozkazu.
— Czyli nie odpowiesz.
— Nie pozwolę ci zamienić strachu o Dracona w kolejną próbę sprawdzenia, czy kiedyś wybiorę pomiędzy tobą a Czarnym Panem. To nie jest gra, Trixie.
Ostrość głosu matki zatrzymała ją skuteczniej niż krzyk.
Przez kilka sekund obie milczały.
— Nie wiem, co zrobiłabym, gdyby kiedyś kazał mi zrobić coś, czego nie potrafię — powiedziała w końcu dziewczyna.
Bellatrix odpowiedziała już spokojniej.
— I właśnie dlatego nie składaj dziś wielkich deklaracji dotyczących dnia, który jeszcze nie nadszedł. Najpierw naucz się rozpoznawać własne granice, zanim zaczniesz opowiadać wszystkim, gdzie się znajdują.
— Ty też je masz?
Matka prychnęła cicho.
— Każdy człowiek ma. Tylko głupiec pokazuje innym dokładnie, gdzie należy uderzyć.
Trixie obróciła bransoletkę Anji na nadgarstku.
— Tata też zadawał ci takie pytania?
Wystarczyło jedno słowo, żeby atmosfera w pokoju zgęstniała.
— Twój ojciec ma nieznośny talent do znajdowania pytań, których wolałabym nigdy nie usłyszeć.
— Kiedy go wsadzą do więzienia?
Matka milczała przez moment, zanim odpowiedziała.
— Ministerstwo nie podało terminu. Mogą przenieść go jutro, mogą za kilka dni. Nie będę udawała, że wiem więcej, niż napisano w dokumentach.
Trixie mocniej zacisnęła dłonie.
— Miałam ojca przez pięć miesięcy.
Bellatrix przesunęła się bliżej, lecz nie wyciągnęła ręki.
— Nie powiem ci, że wiem dokładnie, co czujesz. Znałam Rudolfa przed Azkabanem. Miałam z nim lata, których ty nigdy nie dostałaś. Później przez czternaście lat był zamknięty obok mnie. Ty przez całe dzieciństwo znałaś go z opowieści, nazwiska i kilku rzeczy, które Narcyza zdecydowała się ci przekazać. Kiedy wreszcie mogłaś zacząć poznawać własnego ojca, dostałaś pięć miesięcy.
Głos Trixie zadrżał.
— Wszyscy ciągle mówią, że go uwolnimy.
— Bo zrobię wszystko, co będzie konieczne, żeby do nas wrócił.
— Ale nie wiesz, kiedy będziesz miała sposobność.
Bellatrix nie próbowała natychmiast odpowiedzieć.
Trixie czekała.
— Nie wiem — przyznała w końcu.
Właśnie ta odpowiedź zabolała najmocniej.
Trixie próbowała przełknąć narastający ucisk w gardle.
— Miał mnie nauczyć rodzinnych zaklęć. Opowiadał o starym zbiorze run Lestrange’ów i o domu, w którym dorastał. Obiecał, że kiedy wrócę do Durmstrangu, będzie pisał do mnie regularnie, nawet jeśli miałabym coraz częściej przyjeżdżać tutaj. Mieliśmy wreszcie mieć wspólny czas.
Bellatrix nie przerywała.
— On prawie niczego o mnie nie wie — ciągnęła Trixie, a oddech powoli wymykał się spod kontroli. — Zna kilka książek, które lubię, wie, czego chcę się uczyć i że potrafię godzinami siedzieć nad jednym zaklęciem. Ale nie zna mnie naprawdę. Nie był przy żadnym ważnym egzaminie. Nie wie, jak zachowuję się przed występem, kiedy wszystko mnie drażni. Nie słyszał, jak gram, kiedy jestem naprawdę zdenerwowana. Nie zdążył się dowiedzieć, jaka jestem wtedy, kiedy nie próbuję komuś udowodnić, że daję sobie radę.
Jej głos załamał się przy ostatnich słowach.
Bellatrix przesunęła dłonią po narzucie. Zatrzymała ją tuż obok palców córki, ale nie dotknęła jej.
— Chciałam, żeby tym razem naprawdę zdążył być moim ojcem — wyszeptała Trixie.
Pierwsza łza spłynęła po jej policzku. Starła ją szybkim, rozdrażnionym ruchem, jakby łzy również były czymś, nad czym wystarczyło odzyskać kontrolę.
Pojawiła się następna.
— Nie umiem tego naprawić — powiedziała Bellatrix.
Trixie roześmiała się krótko przez łzy.
— To chyba pierwszy raz, kiedy nie próbujesz.
— Mogę zacząć grozić Ministerstwu, jeżeli dzięki temu poczujesz się lepiej. Grożenie wychodzi mi znacznie lepiej niż pocieszanie.
Krótki śmiech Trixie załamał się w połowie i przeszedł w szloch.
Bellatrix nie powiedziała, żeby przestała.
Nie zapewniała, że wszystko będzie dobrze.
Nie próbowała odbierać bólowi znaczenia tylko dlatego, że nie potrafiła go usunąć.
Trixie wytrzymała jeszcze kilka sekund.
Potem wszystko, co przez ostatnie dni próbowała utrzymać w ryzach, runęło na nią jednocześnie.
Rudolf wracający do Azkabanu.
Trzy kufry z Durmstrangu.
List Anji.
Śmierć Karkarowa.
Przeprosiny Dumbledore’a, które przyszły o kilka lat za późno.
Mroczny Znak wypalony na przedramieniu Dracona.
Rozkaz zabicia dyrektora Hogwartu.
I własna przyszłość zawieszona na obietnicy, że gdzieś w Rosji znajdzie się człowiek gotowy dopuścić ją do dalszej nauki.
Trixie zakryła twarz dłońmi, lecz szloch wyrwał się z niej tak gwałtownie, że nie była już w stanie go zatrzymać.
Bellatrix przysunęła się i objęła córkę. Początkowo zrobiła to z pewną ostrożnością, jakby bała się, że zbyt nagły gest sprawi, iż Trixie znowu się odsunie. Kiedy jednak dziewczyna sama zacisnęła palce na czarnej szacie i wtuliła twarz w jej szyję, wahanie zniknęło.
Ramiona matki zamknęły się wokół niej mocno i pewnie.
— Nie umiem przestać — wydusiła Trixie.
Bellatrix przycisnęła policzek do jej włosów.
— Nie musisz.
Te dwa słowa wystarczyły, żeby ostatnia resztka opanowania pękła.
Trixie zapłakała jeszcze gwałtowniej. Matka nie próbowała jej uciszać. Przytrzymywała ją przy sobie, a po chwili zaczęła przesuwać dłonią po jej włosach. Ruch był trochę zbyt szybki, czasami nierówny, pozbawiony tej naturalnej wprawy, z jaką Narcyza potrafiła uspokajać ją od dzieciństwa.
Nie miało to znaczenia.
Bellatrix nie wypuściła córki z objęć.
Minęło kilka minut, zanim oddech Trixie uspokoił się na tyle, by znów mogła mówić.
— Nie rozumiem, jak Draco mógł przez tyle lat milczeć – chlipnęła.
Bellatrix prychnęła.
— Lucjusz całe życie uczył go, że nazwisko i reputacja są warte więcej, niż powinny. Draco bardzo pilnie odrobił tę lekcję.
— Nie obrażaj go.
Dłoń przesuwająca się po włosach córki zatrzymała się.
— Kilka godzin temu rozbiłaś mu nos.
— To co innego.
— Oczywiście. Ty możesz rozbić mu nos, bo jesteś pokrzywdzoną kuzynką. Ja mam natomiast zachować godną podziwu bezstronność?
Trixie parsknęła śmiechem przez łzy.
— Ja zawsze o nim mówiłam.
Bellatrix nie skomentowała tego od razu.
Dziewczyna opowiedziała jej o Anji. O tym, że przyjaciółka znała Dracona z dziesiątek historii, choć nigdy nie spotkała go osobiście. Wiedziała, jaki był zarozumiały, jak często wspominał Harry’ego Pottera i jak bardzo starał się naśladować Lucjusza. Słyszała o kłótniach, jego przyzwyczajeniach, rzeczach śmiesznych i irytujących.
— Opowiadałam o nim, bo był częścią mojego życia — powiedziała Trixie. — Nawet kiedy byłam na niego wściekła, nie przyszło mi do głowy, żeby udawać, że go nie mam. A on przez pięć lat uważał, że moje istnienie może mu zaszkodzić.
Bellatrix otarła kciukiem mokry ślad na policzku córki.
— I właśnie dlatego tak cię to zraniło. Nie dlatego, że zależało ci na Potterze czy Pansy. Draco dostał od ciebie miejsce w życiu, którego sam nie chciał dać tobie.
Trixie zacisnęła palce na jej szacie.
— Wstydził się mnie.
— Bał się tego, co ludzie powiedzą o nim, kiedy poznają ciebie. To wystarczająco paskudne. Nie zamierzam go usprawiedliwiać.
Dziewczyna milczała przez chwilę.
— Jestem na niego tak wściekła, że znowu mogłabym go uderzyć — powiedziała wreszcie. — A kiedy Czarny Pan powiedział, że ma zabić Dumbledore’a, pierwszą rzeczą, o której pomyślałam, było to, że może zginąć.
Bellatrix objęła ją mocniej.
— Bo gniew nie kasuje przywiązania. Możesz przez pół dnia marzyć o rozbiciu mu drugiej połowy twarzy i jednocześnie nie chcieć, żeby ktokolwiek naprawdę ci go odebrał.
Trixie wypuściła drżący oddech.
— Czarny Pan może go zabić, jeżeli zawiedzie.
— Może również ukarać go w sposób, którego teraz nie potrafimy przewidzieć.
Matka nie łagodziła prawdy.
— Draco jest przekonany, że został wybrany.
— Ty również byłaś o tym przekonana, kiedy otrzymałaś swój Znak.
— Nadal jestem.
Bellatrix nie próbowała się z nią spierać.
— W takim razie zapamiętaj coś, czego wtedy jeszcze nie wiedziałaś. To, że Czarny Pan dostrzega twoją wartość, nie oznacza, że przestaje wymagać za nią ceny. Czasami jest dokładnie odwrotnie. Im więcej widzi w człowieku użyteczności, tym więcej jest gotów od niego zażądać.
Trixie przesunęła palcem po jednym z drewnianych koralików.
— Kiedy dostałaś swój Znak, myślałaś o tym?
Bellatrix zaśmiała się krótko.
— Gdyby ktoś wtedy zapytał mnie o cenę, uznałabym, że próbuje obrazić moją lojalność. Chciałam służyć Czarnemu Panu i wszystko inne wydawało mi się mniej ważne.
— A teraz?
Matka przez chwilę milczała.
— Teraz wiem, że każde oddanie ma swoją cenę. Nadal nie żałuję, że wybrałam jego stronę.
Bellatrix nie próbowała przepisywać własnej przeszłości tylko dlatego, że teraźniejszość stała się trudniejsza.
Szloch Trixie powoli słabł. Przez pewien czas obie siedziały w milczeniu, aż inna strata, dotychczas przykryta przez wszystko pozostałe, ponownie wypłynęła na powierzchnię.
— Jest mi też przykro z powodu Karkarowa.
Bellatrix zesztywniała nieznacznie.
— Karkarowa? – zapytała, jakby chciała się upewnić.
— Nie mówię, że nie zdradził Czarnego Pana. Wiem, co zrobił i dlaczego uciekł.
— W takim razie nie rozumiem, skąd ten żal – odparła Bellatrix szorstko.
— Bo kiedy Dumbledore uznał, że Hogwart nie jest dla mnie odpowiednim miejscem, Karkarow zgodził się mnie zobaczyć.
Opowiedziała o pierwszym spotkaniu z dyrektorem Durmstrangu. Karkarow nie był serdeczny. Nie zapewnił Narcyzy, że wszystko na pewno się uda i że szkoła bez problemu dostosuje się do nowej uczennicy. Zadawał pytania, które niemal doprowadziły ciotkę do rzucenia na niego klątwy: czy Trixie potrafi samodzielnie się ubierać, jeść, poruszać w nieznanym miejscu i pracować bez nieustannej pomocy innych osób.
Później jednak zrobił coś, czego nie zrobił Dumbledore.
Sprawdził jej umiejętności.
Poprosił ją o wykonanie prostych zaklęć, zbadał pamięć, słuch, znajomość podstawowych run i sposób orientowania się w przestrzeni. Nie założył z góry, że sobie poradzi. Nie założył również, że sobie nie poradzi.
— Powiedział, że jeśli przez pierwszy miesiąc nie dam rady, odeśle mnie do domu. Był okropny, ale pozwolił mi spróbować.
— I nie odesłał.
— Bo sobie poradziłam.
Trixie westchnęła i mówiła dalej.
— To on podpisał moje przyjęcie. Dał mi miejsce, kiedy Dumbledore zdecydował za mnie. Później wszystko się zmieniło, Karkarow zaczął się bać, a w końcu uciekł. Nie udaję, że był dobrym człowiekiem. Ale kiedyś zrobił dla mnie coś ważnego i jego śmierć tego nie wymaże.
Bellatrix przez chwilę nie odpowiadała.
— Nie podoba mi się, że znajdujesz powody, żeby żałować zdrajcy.
— Nie szukam powodów. Pamiętam to, co naprawdę się wydarzyło.
Matka zaczerpnęła tchu, ale nie podjęła dalszej dyskusji.
— Teraz Karkarow nie żyje, Durmstrang mnie zawiesił w prawach ucznia, a Dumbledore przeprosił o kilka lat za późno. Nie mam żadnego formalnego potwierdzenia, że jesienią będę jeszcze gdziekolwiek mogła się uczyć.
Bellatrix przesunęła dłonią po jej włosach.
— Masz słowo Czarnego Pana i konkretny plan. To więcej niż obietnica rzucona po to, żebyś przestała się martwić. Jeżeli człowiek odpowiedzialny za program Koldovstoretz wcześniej zgodził się współpracować, bardzo szybko przypomni sobie powody tej decyzji, gdyby nagle zaczęło brakować mu odwagi.
Nie było w tej odpowiedzi ciepłego pocieszenia.
Była za to groźba skierowana do człowieka, którego Trixie nawet nie znała.
Paradoksalnie uspokoiło ją to bardziej niż kolejne zapewnienie, że wszystko na pewno się ułoży.
— Boję się, że znowu coś się wydarzy i zostanę bez szkoły — wyznała po chwili. Sama możliwość, że mogłaby zostać pozbawiona dalszej nauki, budziła w niej większy lęk niż większość zagrożeń, z którymi zetknęła się w ostatnich miesiącach.
Bellatrix powoli przesunęła palcami po jej włosach.
— W takim razie będziesz się bała i nadal przygotowywała do egzaminów. Strach nie musi znikać, żebyś mogła robić swoje. Ty akurat potrafisz pracować nawet wtedy, kiedy doprowadzasz samą siebie do szaleństwa.
— To zabrzmiało prawie jak komplement – powiedziała i uśmiechnęła się słabo.
Po chwili Bellatrix wspomniała, że Narcyza poprosiła ją o rozpoczęcie lekcji oklumencji z Draconem. Nie chodziło jedynie o ukrycie konkretnego zadania. Chłopak był zbyt łatwy do sprowokowania, zbyt dumny i zbyt przyzwyczajony do okazywania każdej urazy natychmiast. W Hogwarcie wystarczyłoby kilka trafnych pytań, by zaczął zdradzać napięcie.
— Tobie również się przyda — dodała matka. — Zamierzałam zacząć cię uczyć jeszcze przed zadaniem w Ministerstwie. Teraz nie widzę powodu, żeby dłużej czekać.
— Przez Pottera? – zapytała nastolatka.
— Między innymi. Potrzebował kilku zdań, żeby wyciągnąć cię ze stanowiska, które miałaś utrzymać. Nie był w twoim umyśle, a mimo to znalazł dokładnie to, czym mógł cię sprowokować. Oklumencja nie polega tylko na wyrzucaniu ludzi z głowy. Uczy porządku. Oddzielania tego, co czujesz, od tego, co pokazujesz.
Trixie oparła policzek o ramię matki.
— Czyli nie mam przestać czuć?
— Gdyby o to chodziło, dementor byłby najlepszym nauczycielem.
Dziewczyna parsknęła śmiechem.
— Czyli mam wiedzieć, co jest moje, i nie pozwalać komuś grzebać w tym bez mojej wiedzy — podsumowała.
— Tak, wreszcie zaczynasz rozumieć.
Trixie zastanowiła się chwilę.
— Czarny Pan też potrafi wejść do czyjegoś umysłu?
Ręka Bellatrix zatrzymała się na jej włosach.
— Oczywiście, że potrafi.
— A jeżeli nie będę chciała, żeby czegoś się dowiedział?
Przez kilka sekund matka niczego nie mówiła.
— Nauczę cię oklumencji tak dobrze, jak tylko potrafię. Nie zamierzam celowo zostawiać w twoim umyśle otwartych drzwi tylko dlatego, że ktoś kiedyś może przez nie przejść. Ale jeżeli postanowisz użyć tej umiejętności przeciwko Czarnemu Panu, musisz rozumieć, czym ryzykujesz.
— Życiem? – zapytała.
— Jeżeli spróbujesz go oszukać i cię na tym przyłapie, życie może być najmniejszą rzeczą, którą stracisz.
Trixie przestała pytać, a Bellatrix mówiła dalej spokojniej.
— Lojalność wobec niego jest moim wyborem. Chcę, żebyś również wiedziała, dlaczego dokonujesz własnych wyborów. Nauczę cię zamykać umysł przed Dumbledore’em, aurorami, Ministerstwem i każdym, kto spróbuje dostać się tam bez twojej zgody. Nauczę cię również takiej kontroli, żebyś sama decydowała, co pozostaje na powierzchni, a co głębiej. Co zrobisz z tą wiedzą kiedyś, będzie już należało do ciebie.
Nie było w tych słowach zachęty do zdrady.
Nie było też matczynej zgody na to, by córka pozostała bezbronna tylko dlatego, że Bellatrix ufała Voldemortowi bardziej, niż Trixie potrafiła.
Dziewczyna nie próbowała dalej rozstrzygać tej sprzeczności, ponieważ była zbyt zmęczona.
Po kilku minutach oparła się wygodniej o matkę. Łzy wyschły na policzkach, a nagromadzony przez ostatnie dni gniew po raz pierwszy zaczynał ustępować zwykłemu wyczerpaniu.
— Nie chcę dzisiaj zostać sama — powiedziała cicho.
Bellatrix nie zażartowała ani nie skomentowała, że córka jeszcze przed chwilą kazała jej odejść.
— Nie zostaniesz.
Przesunęła się dalej na łóżko i bez dodatkowych pytań zaczęła układać poduszki. Nie skierowała się z powrotem do drzwi.
Trixie zrozumiała, że matka również nie miała ochoty wracać do własnej sypialni.
Tam czekała pusta połowa łóżka Rudolfa.
Przez zaledwie pięć miesięcy zdążył pozostawić po sobie wystarczająco wiele drobiazgów, by jego brak był obecny w każdym kącie: rzeczy odkładane zawsze w to samo miejsce, ubrania, przyzwyczajenia, nocne rozmowy i obecność drugiego człowieka, która bardzo szybko zaczęła wydawać się czymś oczywistym.
— Zostań tutaj — powiedziała Trixie.
Bellatrix nie potrzebowała ponownej zachęty.
Położyła się obok, nadal w szacie, jakby nie była pewna, czy naprawdę zamierza zasnąć. Trixie ułożyła głowę na jej ramieniu i przez chwilę słuchała spokojnego oddechu matki.
Dopiero wtedy przyszło jej do głowy pytanie, którego nigdy wcześniej nie zadała.
— Czy płakałaś kiedyś przy swojej matce?
Bellatrix zaśmiała się cicho, lecz bez rozbawienia.
— Druella nie tolerowała łez. Uważała, że człowiek, który pokazuje rozpacz innym, sam podaje im broń do ręki. Gdyby zobaczyła mnie płaczącą, kazałaby mi się opanować, a później zadbałaby o to, żebym drugi raz nie pozwoliła sobie na podobną słabość przy niej.
— Narcyza mówiła tylko, że była surowa.
— Narcyza od dzieciństwa potrafiła znajdować łagodniejsze określenia na rzeczy, których nie chciała nazywać po imieniu.
Trixie przesunęła palcami po rękawie matki.
— A w Azkabanie? Tam płakałaś?
Tym razem Bellatrix nie odpowiedziała od razu.
— Bywały noce, kiedy rozpacz była silniejsza od wściekłości — przyznała w końcu. — Nawet ja nie potrafiłam przez czternaście lat zamieniać wszystkiego w gniew.
Trixie wyczuła w głosie matki coś, czego ta zwykle pilnowała znacznie skuteczniej.
— A przy tacie też?
— Czasami.
— Co wtedy robił?
Bellatrix wyraźnie zesztywniała, jakby wspomnienie pojawiło się zbyt nagle.
— Nic. I właśnie za to byłam mu wdzięczna. Nie pytał, nie próbował mnie pocieszać i nie wypowiadał żadnego z tych bezsensownych zdań o tym, że wszystko będzie dobrze. Odwracał głowę i udawał, że niczego nie zauważył. Wiedział, że jeśli będę chciała do niego podejść, zrobię to sama.
Trixie poczuła znajome ukłucie pod żebrami.
— Mnie też powiedział, że nie widział moich łez.
Bellatrix roześmiała się tym razem naprawdę.
— I obiecał, że nikomu nie powie – dodała córka.
— W takim razie będziesz musiała poważnie porozmawiać z nim po powrocie, ponieważ mnie opowiedział o tym niemal natychmiast. Był nieznośnie zadowolony, że pozwoliłaś mu zobaczyć siebie w takim stanie.
Trixie uniosła głowę.
— Czyli złamał słowo.
— Technicznie rzecz biorąc, twierdził, że nie widział łez. Opowiedział mi jedynie o rozmowie, podczas której rzekomo żadnych łez nie było.
— To oszustwo.
— To Lestrange, a Lestrange’owie rzadko mówią o łzach.
Trixie roześmiała się cicho.
— Kiedy wróci, zemszczę się.
— Będzie zachwycony. Prawdopodobnie uzna to za dowód, że wreszcie zaczynasz traktować go jak ojca.
Śmiech powoli ucichł.
Po chwili Trixie spoważniała.
— Nadal go kochasz?
— Nie przestałam ani na jeden dzień. Nie przed Azkabanem, nie w środku tych czternastu lat i nie teraz.
— Narcyza powiedziała, że Czarny Pan zawsze będzie dla ciebie ważniejszy.
Ciało matki napięło się.
— Narcyza była wściekła. Wiedziała, gdzie uderzyć, więc właśnie tam uderzyła.
— A gdybym naprawdę kazała ci powiedzieć, kto pierwszy zajmuje miejsce w twoim sercu, to co byś powiedziała?
Bellatrix westchnęła.
— Powiedziałabym, że próbujesz ułożyć trzy zupełnie różne więzi na jednej skali. Czarnemu Panu służę, ponieważ w niego wierzę i sama wybrałam jego sprawę. Rudolf jest człowiekiem, z którym spędziłam życie i czternaście lat więzienia. Ty jesteś moją córką. Nie kocham Rudolfa tak, jak służę Czarnemu Panu, i nie kocham ciebie tak, jak kocham Rudolfa. To nie są rzeczy, które można ustawić jedną nad drugą i przyznać im miejsca.
Trixie przez chwilę milczała.
— Czyli nadal jesteś lojalna wobec Czarnego Pana?
— tak, całkowicie i nieodwołalnie.
Kobieta nie zawahała się ani na moment, jednak ramię obejmujące Trixie zacisnęło się odrobinę mocniej.
— Lojalność nie sprawia, że przestałam kochać twojego ojca albo że nie obchodzi mnie, co stanie się z Draconem — dodała Bellatrix. — To właśnie Narcyza próbuje mi wmówić, kiedy jest wściekła. Jakbym miała miejsce w sercu tylko na jedną miłość.
Trixie przesunęła się bliżej i wtuliła mocniej w matkę.
— O Dracona naprawdę się boisz?
— Boję się, że jego pycha jest większa niż rozsądek, i o to, że zadanie, które zlecił mu Czarny Pan jest grubo ponad miarę jego możliwości. Nie zamierzam jednak mówić mu tego codziennie. Narcyza wystarczająco skutecznie przypomina mu o możliwości porażki.
— A o tatę?
Bellatrix zamilkła.
Nie musiała odpowiadać natychmiast. Trixie czuła napięcie jej ciała i wiedziała wystarczająco dużo.
— Każdego dnia, odkąd dostałyśmy ten przeklęty list z Ministerstwa — powiedziała wreszcie matka. — I właśnie dlatego nie będę siedziała tutaj i powtarzała, że niczego nie da się zrobić. Gdy pojawi się możliwość wydostania Rudolfa, wykorzystamy ją.
Trixie nie zapytała już o siebie.
Bellatrix przyciągnęła ją jeszcze bliżej i to wystarczyło.
Przez jakiś czas leżały bez słów. Gniew na Dracona nie zniknął, ale przestał być jedyną rzeczą, która wypełniała myśli dziewczyny.
— Chcę, żeby kiedyś sam komuś o mnie powiedział — odezwała się po dłuższej chwili. — Nie dlatego, że „Prorok” napisał moje nazwisko. Chcę, żeby zrobił to dlatego, że jestem jego kuzynką i nie będzie uważał tego za coś, co trzeba ukrywać.
Bellatrix zastanowiła się przez moment.
— Teraz nie będzie mógł udawać, że temat nie istnieje. Po Ministerstwie ludzie zaczną pytać. Draco będzie musiał zdecydować, czy pozwoli, żeby inni opowiadali mu, kim jesteś, czy wreszcie sam otworzy usta.
— A jeśli nadal będzie milczał?
— Wtedy przynajmniej będziesz wiedziała, że jego dzisiejsza szczerość niczego w nim nie zmieniła.
Trixie przesunęła kciukiem po drewnianych koralikach.
— To będzie bolało.
— Tak.
— Mogłabyś chociaż raz powiedzieć coś pocieszającego.
— Mogłabym, ale natychmiast zaczęłabyś podejrzewać, że Narcyza podmieniła mnie eliksirem wielosokowym.
Trixie parsknęła cicho.
Zmęczenie coraz mocniej ciążyło jej na ciele. Oddech zwolnił, a myśli wreszcie zaczęły tracić ostre krawędzie.
— Mamo?
Bellatrix poruszyła lekko ramieniem pod jej głową.
— Słucham.
Trixie nadal nie zawsze zwracała się do niej w ten sposób bezpośrednio. Przez czternaście lat „mama” oznaczało kogoś z listów, opowieści Narcyzy i rodzinnych wspomnień. Bellatrix była legendą, na którą czekała, osobą istniejącą gdzieś daleko za murami Azkabanu.
Dopiero od kilku miesięcy uczyły się być dla siebie naprawdę matką i córką, a nie kobietą z cudzych opowieści i dzieckiem, którego dorastanie ominęło ją niemal w całości.
— Nie odchodź.
Ramię wokół niej zacisnęło się mocniej.
— Tej nocy zostanę tutaj do rana.
Trixie nie usłyszała pustej obietnicy, „nigdy cię nie zostawię”.
Tylko obietnicę dotyczącą czegoś, nad czym Bellatrix rzeczywiście miała kontrolę.
Trixie po chwili odezwała się jeszcze raz.
— A tata?
Bellatrix potrzebowała więcej czasu.
— Nie wiem, kiedy uda nam się go odzyskać — odpowiedziała w końcu. — Ale dopóki Rudolf będzie żył, nie uznam Azkabanu za koniec tej historii.
Trixie zacisnęła palce na materiale jej szaty.
To nie było zapewnienie, że wszystko szybko wróci do normy.
Nie było również pustym pocieszeniem.
Brzmiało jak Bellatrix.
Uparta, niebezpieczna i całkowicie niezdolna do pogodzenia się z utratą człowieka, którego uważała za swojego.
— Dobrze — wyszeptała Trixie.
Bellatrix pogładziła ją po włosach.
— Teraz śpij.
— Nie wydawaj mi rozkazów.
— Przez piętnaście lat nie było mnie przy tobie. Mam znaczne zaległości.
Trixie mruknęła pod nosem coś mało uprzejmego.
Bellatrix zaśmiała się cicho.
Kilka minut później oddech córki wyrównał się.
Bellatrix nie zasnęła.
Leżała nieruchomo, czując dłoń Trixie nadal zaciśniętą na materiale jej szaty, i po raz pierwszy tego wieczoru nie musiała udawać przed nikim, że wszystko pozostawało pod kontrolą.
Rudolf miał ponownie trafić do Azkabanu.
Draco otrzymał zadanie, którego powodzenie wydawało się niemal niemożliwe.
Trixie straciła Durmstrang i nadal nie miała w dłoniach żadnego dokumentu potwierdzającego, że Koldovstoretz naprawdę przejmie jej edukację.
Jeszcze kilka miesięcy wcześniej życie Bellatrix wydawało się znacznie prostsze. Przez czternaście lat w Azkabanie istniały trzy rzeczy: przetrwać, pozostać wierną i czekać na powrót Czarnego Pana.
Nie przestała być mu oddana.
Nie zaczęła uważać jego rozkazów za mniej ważne tylko dlatego, że teraz ich konsekwencje dotykały ludzi, których kochała.
Zmieniło się coś innego.
Po powrocie z Azkabanu odzyskała rodzinę.
A wraz z nią odzyskała również strach przed jej ponowną utratą.
Trixie poruszyła się przez sen i mocniej zacisnęła palce na jej szacie. Bellatrix objęła ją ciaśniej, nie budząc.
Nie wiedziała, co wydarzy się za tydzień. Nie wiedziała, kiedy Rudolf zostanie przewieziony do Azkabanu, czy Draco poradzi sobie w Hogwarcie ani jak dokładnie potoczy się sprawa edukacji Trixie.
Tej nocy nie zamierzała składać żadnych obietnic dotyczących rzeczy, których nie mogła kontrolować.
Miała przy sobie córkę.
I zgodnie z tym, co obiecała, pozostała obok niej aż do rana.
Pani Zuzanno, odnoszę wrażenie, że od dłuższego czasu z wyjątkową konsekwencją przypierdala się Pani do autorki i jej sposobu kreowania postaci. Warto więc przypomnieć dość podstawową rzecz: to autor decyduje, jakie są jego postaci, jak wyglądają i jaką rolę pełnią w opowieści. Czytelnik ma pełne prawo tę wizję oceniać, ale czym innym jest krytyka, a czym innym uporczywe pouczanie twórcy, jak powinien pisać własną historię.
Skoro ma Pani tak wiele uwag dotyczących budowania postaci, narracji i warsztatu, zawsze może Pani zaprezentować własne umiejętności w praktyce. Tym bardziej że któreś z kolei studia w trakcie, więc można by oczekiwać, że poza “kolekcjonowaniem indeksów” pojawi się również umiejętność formułowania argumentów nieco bardziej rozbudowanych niż “bo mnie się nie podoba”.
Szczególnie zabawnie wyglądają natomiast te kategoryczne sądy o cudzej twórczości w sytuacji, gdy własny blog od kilku lat obrasta kurzem. Krytykować z pozycji widza jest cholernie łatwo. Stworzyć coś własnego, regularnie to rozwijać, wystawić na ocenę innych i jeszcze mieć odwagę podpisać się pod efektem już zdecydowanie trudniej.
Może więc, zamiast kolejny raz tłumaczyć autorce, jak ma pisać własne postaci, warto najpierw pokazać, jak robi się to lepiej. Bo na razie dużo tu mentorsko podniesionego palca, a trochę mało powodów, żeby traktować te połajanki jak wykład z warsztatu.
W tym dialogu nie bardzo widzę różnicę między Bellatrix i Narcyzą, tak gdzieś do kwestii Karkarowa. Równie dobrze mogłyby się zamienić w połowie miejscami i właściwie nie byłoby różnicy między tym, co powie jedna i druga. Nie w sensie treści, tylko sposobu wyrażania się, dojrzałości emocjonalnej, przemyśleń. A jednak od początku budujesz te postaci jako odmienne w tych sprawach.