Rozdział 17 – próg.

Ten rozdział pisało mi się bardzo ciężko i nie jestem z niego zadowolona.

ROZDZIAŁ XVII
Próg
Harry Potter nadal stał kilka kroków od Bellatrix z różdżką wycelowaną w jej pierś. Trixie słyszała jego urywany oddech i cichy szelest szaty, kiedy poprawiał chwyt, usiłując opanować drżenie dłoni po nieudanym Cruciatusie. Klątwa wygasła niemal natychmiast, ale krótki, prawdziwy krzyk matki pozostał w pamięci dziewczyny wyraźniejszy niż szum wody spływającej po kamiennych postaciach Fontanny Magicznego Braterstwa.
Bellatrix podniosła się z posadzki. Oddychała ciężej niż wcześniej, jednak ból nie odebrał jej pewności siebie. Zaśmiała się, jakby upadek był jedynie chwilowym upokorzeniem Harry’ego, nie jej własnym, a potem powiedziała mu z rozbawieniem, że sam gniew nie wystarcza do rzucenia skutecznej klątwy. Musiał naprawdę pragnąć, żeby ofiara cierpiała, a nie tylko powtarzać inkantację pod wpływem rozpaczy.
Harry nie odpowiedział. Jego oddech stawał się wolniejszy, choć napięcie nie znikało. Trixie usłyszała gwałtowny ruch różdżki i zrozumiała, że chłopak zamierzał ponownie zaatakować. Nie wiedziała, czy wybierze Cruciatusa, czy inne zaklęcie, ale nie musiała czekać na inkantację. Zagrożenie dotarło bezpośrednio do miejsca, którego miała pilnować, a rozkaz Voldemorta pozwalał jej działać w obronie stanowiska.
Przekroczyła granicę osłony w tej samej chwili, w której Harry wypowiedział zaklęcie oszałamiające.
— Protego!
Tarcza Trixie powstała pomiędzy nim a Bellatrix. Czerwona wiązka uderzyła w jej powierzchnię, odbiła się i roztrzaskała fragment marmurowej posadzki. Kroki dziewczyny, wcześniej zatrzymywane przez zaklęcie Rookwooda, natychmiast rozeszły się po całym atrium.
Harry odwrócił się ku nowemu głosowi. Śmiech matki urwał się, a w pierwszym wypowiedzianym przez nią słowie ulga zmieszała się ze złością.
— Trixie? Miałaś pozostać ukryta.
— Zamierzał ponownie cię zaatakować.
— Potrafię się bronić.
— Przed chwilą leżałaś na podłodze.
Matka syknęła, urażona bardziej przypomnieniem o chwilowej bezradności niż nieposłuszeństwem córki. Nie zdążyła jednak odpowiedzieć, ponieważ Harry zażądał wyjaśnienia, kim była dziewczyna, która pojawiła się nagle przy fontannie.
— Moją córką — oznajmiła Bellatrix, a w jej głosie natychmiast pojawiła się duma. — Piętnastoletnią i już znacznie bardziej utalentowaną od ciebie.
Harry zamilkł. Jego zaskoczenie było zbyt wyraźne, by mogło zostać udawane.
— Draco nigdy ci o mnie nie powiedział? — zapytała.
— Nie. Nie wiedziałem, że Bellatrix Lestrange ma córkę.
Słowa uderzyły w nią boleśniej, niż powinny w tej chwili. Draco chodził z Harrym do szkoły od pięciu lat i przechwalał się wszystkim, co mogło dać mu przewagę nad innymi uczniami: nazwiskiem, bogactwem rodziny, wpływami Lucjusza i pokrewieństwem z Blackami. Wychowywali się pod jednym dachem. Jadali przy tym samym stole, uczyli się w tej samej bibliotece i spędzali dzieciństwo w sąsiednich pokojach, a mimo to ani razu nie wspomniał Potterowi o jej istnieniu.
Jakby była częścią rodziny, której nie warto było pokazywać ludziom w Hogwarcie.
Wiedziała, że policzy się z nim, ale nie tej nocy. Draco pozostawał jeszcze w szkole i prawdopodobnie nie miał pojęcia, że Lucjusz został pojmany ani że pozycja Malfoyów właśnie zaczynała się rozpadać. Odsunęła myśl o kuzynie, choć gniew pozostał pod skórą jak drzazga.
Harry przesunął się o krok, a dziewczyna zwróciła twarz w kierunku jego głosu. Chłopak zauważył to niemal natychmiast.
— Nie patrzysz na mnie.
— Nie widzę — odpowiedziała chłodno.
Krótka cisza powiedziała jej więcej niż następne pytanie. Harry nie spodziewał się takiej odpowiedzi i nie wiedział, co z nią zrobić. Nie zamierzała mu pomagać ani wyjaśniać, dlaczego pozostawiono ją w atrium. Nie był jej nauczycielem, opiekunem ani człowiekiem, przed którym musiała usprawiedliwiać własną obecność.
Podczas rzucania tarczy rękaw podwinął się na jej lewym przedramieniu. Harry musiał dostrzec Mroczny Znak, ponieważ pogarda natychmiast wyostrzyła jego głos.
— Popleczniczka Voldemorta.
Opuściła rękaw, lecz nie próbowała ukryć dumy.
— Służebnica Czarnego Pana.
— Masz tyle lat co ja.
— Nie prosiłam cię o komentarz.
Matka roześmiała się cicho, wyraźnie zachwycona odpowiedzią córki. Harry ponownie skierował różdżkę w stronę jej matki i zażądał, żeby Trixie się odsunęła.
— Ona zabiła Syriusza — odezwał się Harry po chwili.
Dziewczyna mocniej zacisnęła palce na różdżce. Nie widziała tego, co wydarzyło się przy zasłonie, i nie wiedziała, czy matka zamierzała zabić kuzyna, ogłuszyć go czy jedynie odepchnąć. W tej chwili nie miało to jednak znaczenia. Harry przed chwilą próbował torturować jej matkę. Chciała uderzyć w miejsce, które wciąż krwawiło, i wiedziała dokładnie, jakich słów użyć.
— Wypadek przy pracy.
Zdanie odbiło się echem od marmurowych ścian. Bellatrix wybuchnęła śmiechem, natomiast oddech Harry’ego urwał się tak gwałtownie, jakby dziewczyna trafiła go zaklęciem w pierś.
— On nie żyje!
— I co z tego?
Wiedziała, dlaczego wypowiedziała te słowa, i nie zamierzała udawać, że ich okrucieństwo było przypadkowe.
— Przed chwilą próbowałeś torturować moją matkę — dodała. — Więc teraz mnie nie pouczaj.
— Jesteś taka sama jak ona.
— Nie znasz żadnej z nas.
Harry poderwał różdżkę, lecz zanim zdążył rzucić kolejne zaklęcie, po drugiej stronie fontanny rozległ się suchy trzask aportacji. Pod rękawem zapłonął Mroczny Znak, a Bellatrix natychmiast opadła na jedno kolano. Jej córka skłoniła przed Voldemortem głowę.
Voldemort przez chwilę oceniał sytuację, a cisza, która mu towarzyszyła, była cięższa niż wcześniejszy krzyk Harry’ego.
— Odsuń się od Pottera — polecił dziewczynie.
Wykonała rozkaz i cofnęła się ku fontannie. Nie nakazał jej ponownie wejść do osłony. Jego głos nie zdradzał jeszcze, co sądził o opuszczeniu stanowiska, ale wiedziała, że zauważył każdy szczegół.
Harry zwrócił różdżkę ku Voldemortowi i oznajmił, że przepowiednia została zniszczona. Rozbiła się podczas walki i Czarny Pan nigdy nie dowie się, co zawierała.
Wściekłość Voldemorta nie wymagała krzyku. Usłyszała ją w nagłym bezruchu matki i w cichym ruchu palców zaciskających się na różdżce.
— W takim razie przestałeś być potrzebny.
Wypowiedział śmiertelną inkantację. Zanim klątwa dotarła do Harry’ego, z fontanny dobiegł potężny zgrzyt. Jedna z kamiennych postaci oderwała się od podstawy i stanęła przed chłopakiem, a zielone światło uderzyło w posąg, rozbijając go z hukiem na setki odłamków.
Z bocznego przejścia nadeszły spokojne kroki.
Trixie znała ten sposób poruszania. Słyszała go wcześniej, kiedy samotny czarodziej przeszedł przez atrium ku windom, otoczony magią tak potężną, że osłona Rookwooda zadrżała pod wpływem samej jego obecności.
Dumbledore wrócił z Departamentu Tajemnic.
Stanął pomiędzy Harrym a Voldemortem. W jego głosie nie było zadyszki ani triumfu, choć musiał właśnie przybyć z miejsca, w którym nadal trwała walka.
— Nierozsądnie było przybywać tu osobiście.
Voldemort odpowiedział chłodno, że Dumbledore jak zwykle pojawił się dopiero wtedy, gdy inni zdążyli zapłacić za jego zwłokę. Bellatrix natychmiast się wyprostowała i uniosła różdżkę, prosząc o pozwolenie na zabicie dyrektora Hogwartu. Nie wypowiadała pustej groźby. W jej głosie było gwałtowne pragnienie walki, podsycone zarówno fanatyczną potrzebą służenia Voldemortowi, jak i nienawiścią do człowieka, który przed laty odrzucił jej córkę.
— Nie — powiedział Voldemort.
Zatrzymała się bez sprzeciwu. Opuściła różdżkę jedynie nieznacznie i znieruchomiała, czekając na dalszy rozkaz. Posłuszeństwo wobec Czarnego Pana pozostawało silniejsze od gniewu nawet wtedy, gdy chodziło o krzywdę Trixie.
Dumbledore zwrócił się ku dziewczynie.
— Panno Lestrange.
Sposób, w jaki wypowiedział jej nazwisko, wystarczył, by zrozumiała, że wiedział, kim była.
Wszystko, co przez lata pozostawało zamknięte w liście przechowywanym przez Narcyzę, nagle znalazło się kilka kroków przed nią. Człowiek, którego znała wyłącznie z podpisu, opowieści i decyzji zmieniającej całe jej dzieciństwo, stał tak blisko, że słyszała jego spokojny oddech.
Przez chwilę nie potrafiła wydobyć głosu. Całe ciało drżało jej od gniewu, żalu i bezradności, których nie umiała już ukrywać pod wyuczonym spokojem. Nienawidziła go tak bardzo, że pragnęła rzucić się na niego, zacisnąć palce na jego szacie i uderzać, dopóki nie utraci tego nieznośnego opanowania. Chciała odnaleźć jego twarz i wydrapać mu oczy. Chciała usłyszeć jego krzyk, zmusić go do cierpienia i sprawić, żeby człowiek uznawany przez innych za dobrego, mądrego i niemal nieomylnego stracił godność pod wpływem bólu.
Chciała go zabić.
Nie szybko ani łagodnie. Pragnęła zemsty z gwałtownością, która na moment przesłoniła Harry’ego, Bellatrix, a nawet obecność Voldemorta. Przez pięć lat wyobrażała sobie tę rozmowę. W każdej wersji zachowywała spokój, zadawała pytania chłodno i zmuszała Dumbledore’a do bezsilnych wyjaśnień. W rzeczywistości była roztrzęsiona. Ręce drżały jej tak mocno, że musiała świadomie rozluźnić palce, aby nie ścisnąć różdżki aż do bólu. Żal rozrywał ją od środka, a słowa więzły w gardle.
— Pamiętasz mnie? — zapytała w końcu.
— Pamiętam twoje podanie do Hogwartu.
Odpowiedź zraniła ją bardziej, niż powinna. Nie pamiętał jej. Pamiętał pergamin, nazwisko zapisane atramentem i decyzję, którą podjął przy biurku. Dla niego była sprawą do rozpatrzenia. Dla niej tamten list stał się jednym z najważniejszych wydarzeń dzieciństwa.
— Nie pytałam, czy pamiętasz dokument. Pytałam, czy pamiętasz mnie.
Dumbledore milczał przez chwilę, zanim przypomniał jej rzecz oczywistą.
— Nigdy się nie spotkaliśmy.
— Właśnie.
Voldemort zaśmiał się cicho.
— Odrzuciłeś ją, zanim zdołałeś poznać jej wartość.
Nie przerywał jej. Każde oskarżenie kierowane przeciwko Dumbledore’owi odbierało staremu czarodziejowi część moralnej przewagi, a zarazem wiązało dziewczynę mocniej z człowiekiem, który jako pierwszy pozwolił jej udowodnić własną wartość.
Bellatrix wydała gardłowy dźwięk pogardy, lecz nie przerwała. Harry również milczał. Słyszała jego nierówny oddech, ale całą uwagę skupiła na Dumbledorze.
— Dlaczego? — zapytała.
Kiedy zwrócił się do niej po imieniu, kazała mu przestać mówić tak, jakby mieli prawo do jakiejkolwiek poufałości. Chciała usłyszeć odpowiedź, a nie kolejną wersję zdania zapisanego przed laty w liście do Narcyzy.
Dumbledore wyjaśnił, że obawiał się, iż szkoła nie będzie w stanie zapewnić jej bezpieczeństwa. Wspomniał o zmieniających się schodach, układzie zamku i zajęciach, podczas których jeden niewłaściwy ruch mógł prowadzić do poważnego wypadku.
Trixie znała każde z tych usprawiedliwień. Narcyza próbowała je kiedyś powtarzać, łagodząc sens odmowy, której sama nie potrafiła zaakceptować.
Bezpieczeństwo. Przygotowanie. Troska.
Wszystkie słowa brzmiały rozsądnie, dopóki nie odrzuciło się ich osłony. Pod spodem pozostawała jedna prosta decyzja: nie chcemy cię tutaj.
— Nadal ukrywasz się za tym samym listem — powiedziała. — Chcę usłyszeć prawdę. Nie to, co napisałeś Narcyzie, żeby odmowa wyglądała na troskę. Powiedz, dlaczego nie pozwoliłeś mi nawet przekroczyć progu szkoły. Dlaczego nie chciałeś ze mną porozmawiać ani sprawdzić, co potrafię?
Zrobiła krok w jego stronę. Gdyby Voldemort jej nie obserwował, być może naprawdę spróbowałaby zaatakować Dumbledore’a własnymi rękami. Pragnęła poczuć pod palcami jego twarz, rozorać paznokciami skórę i odebrać mu spokój, za którym ukrywał winę.
Dumbledore nie cofnął się.
— Uznałem, że przyjęcie niewidomej uczennicy będzie wiązało się z ryzykiem, którego Hogwart nie potrafił wtedy właściwie ograniczyć.
— Uznałeś, że będę problemem.
Po krótkim milczeniu potwierdził.
Jedno słowo uderzyło mocniej niż wszystkie wcześniejsze przypuszczenia. Trixie chciała usłyszeć prawdę, lecz kiedy wreszcie padła, pozbawiła ją na chwilę oddechu.
Bellatrix wykonała gwałtowny ruch. Jej szata zaszeleściła, a różdżka przecięła powietrze.
— Jak śmiałeś…
— Bello — powiedział Voldemort.
Zatrzymała się natychmiast. Nie odwróciła różdżki od Dumbledore’a, lecz nie rzuciła zaklęcia. Gniew pozostawał w każdym jej oddechu, ale rozkaz był ważniejszy.
Mówiła dalej, coraz mniej zdolna panować nad drżeniem głosu. Przypomniała Dumbledore’owi, że nigdy nie zaprosił jej na rozmowę, nie pozwolił pokazać, jak się poruszała, uczyła i korzystała z różdżki. Otrzymał nazwisko oraz informację o niepełnosprawności wzroku i uznał je za wystarczające, aby zdecydować o całej jej przyszłości.
— „Hogwart nie dysponuje warunkami pozwalającymi zapewnić pannie Lestrange bezpieczną edukację” — wyrecytowała. — Narcyza czytała mi to zdanie tak wiele razy, że zapamiętałam każde słowo. Dla ciebie było decyzją administracyjną. Dla mnie znaczyło tylko: nie chcemy cię tutaj.
Dumbledore nie próbował jej przerywać, lecz jego spokojne milczenie nie przynosiło ulgi. Trixie chciała, żeby się bronił. Gdyby zaprzeczał, mogłaby rzucić mu w twarz wszystkie dowody na to, że się mylił, i nienawidzić go w sposób prosty, czysty, niezmącony żadną wątpliwością.
— Miałam jedenaście lat — powiedziała. — Moja matka siedziała w Azkabanie. Nie znałam jej. Wiedziałam tylko, że była jedną z najpotężniejszych czarownic swojego pokolenia, a ja właśnie otrzymałam list od Albusa Dumbledore’a, który uznał mnie za zbyt wielki problem dla własnej szkoły.
Głos załamał się jej na ostatnich słowach.
Bellatrix poruszyła się za jej plecami.
— Nigdy nie uznałabym cię za problem — powiedziała gwałtownie. — Gdybym była wtedy wolna, wprowadziłabym cię do jego gabinetu po gruzach własnej szkoły.
Nie były to łagodne słowa pocieszenia. Bellatrix nie umiała oddzielić miłości od dumy, przemocy i przekonania, że świat powinien ustąpić przed jej wolą. Właśnie dlatego Trixie wierzyła w szczerość tej odpowiedzi.
— Teraz to wiem, mamo. Wtedy nie wiedziałam.
Odwróciła się ponownie ku Dumbledore’owi.
— Bałam się, że kiedy matka wyjdzie z Azkabanu, spojrzy na mnie i zobaczy kogoś, kogo sam Albus Dumbledore uznał za niewartego wysiłku. Przez ciebie bałam się, że mnie nie zaakceptuje, zanim jeszcze ją poznałam.
Bellatrix wydała z siebie zduszony dźwięk. Ból natychmiast zmienił się w gniew skierowany ku Dumbledore’owi, lecz tym razem nie podniosła różdżki. Stała nieruchomo, oddychając szybko, jakby każde kolejne słowo córki wbijało się w nią głębiej.
Chciała, żeby Dumbledore się bronił. Zamiast tego usłyszała spokojne przyznanie, że nie postąpił słusznie.
— Powiedz to wyraźnie — zażądała. — Nie przede mną samą. Przy wszystkich.
Dumbledore nie podniósł głosu, ale każde słowo zabrzmiało w atrium wystarczająco wyraźnie. Powiedział, że podjął decyzję za nią, nie dając jej szansy pokazać, czego potrzebowała i co potrafiła. Niepełnosprawność wzroku nie była przeszkodą, której Hogwart nie mógł przezwyciężyć. Przeszkodą okazały się jego własne obawy oraz przekonanie, że miał prawo rozstrzygnąć sprawę bez rozmowy z uczennicą.
Harry zwrócił się gwałtownie ku dyrektorowi.
— Naprawdę nie przyjął jej pan dlatego, że nie widzi?
— Tak — odpowiedział Dumbledore. — I popełniłem błąd.
W jego głosie pobrzmiewał głęboki smutek, a ona poczuła krótką, gorzką satysfakcję. Harry usłyszał prawdę z ust człowieka, któremu ufał. Nie musiała go do niczego przekonywać.
— Czy Durmstrang był przygotowany? Nie. Oni również musieli się nauczyć. Ja także. Popełnialiśmy błędy, kłóciliśmy się i zmienialiśmy sposoby prowadzenia zajęć, kiedy coś nie działało. Ale pozwolili mi spróbować. Ty uznałeś, że łatwiej będzie nie otworzyć drzwi.
Dumbledore nie próbował temu zaprzeczyć. Powiedział, że nie może cofnąć swojej decyzji, ale nie zamierza również udawać, że była słuszna. Potem wypowiedział słowa, na które Trixie nie była przygotowana.
— Przepraszam cię.
Wszystko w niej na moment znieruchomiało.
Przez lata wyobrażała sobie usprawiedliwienia, łagodne wyjaśnienia o bezpieczeństwie i próby przekonania jej, że odmowa była konieczna. Nie przygotowała się na przeprosiny.
— Za co? — zapytała. — Powiedz dokładnie.
Dumbledore nie uchylił się od odpowiedzi. Przeprosił za odmowę opartą na własnych założeniach, za brak rozmowy i za odebranie jej prawa do uczestniczenia w decyzji dotyczącej jej życia. Przyznał, że nazwał własny lęk troską i zrozumiał zbyt późno, jak wielką krzywdę mogło to wyrządzić.
Łzy spłynęły po policzkach Trixie. Nienawidziła ich. Nienawidziła tego, że Dumbledore mógł usłyszeć zmianę jej oddechu i domyślić się, jak głęboko trafiły jego słowa.
— Za późno.
Dumbledore przyjął to bez sprzeciwu. Nie prosił o wybaczenie i nie próbował wmówić jej, że przeprosiny naprawiały przeszłość. Właśnie to rozwścieczyło ją jeszcze bardziej. Gdyby próbował się usprawiedliwiać, mogłaby dalej atakować. Jego zgoda odbierała jej przeciwnika, którego przez lata tworzyła w myślach.
— Nie próbuj robić ze mnie kolejnej historii o własnym odkupieniu — powiedziała. — Nie jestem problemem, który naprawisz jednym przeproszeniem. Nie jestem też dzieckiem, które teraz uratujesz przed Czarnym Panem.
Dumbledore odpowiedział, że nie oczekuje ani jej przebaczenia, ani zaufania. Zwrócił jedynie uwagę, że Voldemort dostrzegł ranę pozostawioną przez odmowę i wykorzystał ją, aby związać dziewczynę ze sobą.
Gniew Trixie ponownie stał się ostrzejszy i łatwiejszy do zniesienia niż żal.
— Przynajmniej ją dostrzegł — powiedziała. — Przynajmniej zauważył mnie. Zobaczył, że jestem coś warta, że coś potrafię i mogę być silna. Nie byłam dla niego przeszkodą, której najłatwiej pozbyć się jednym listem. Dał mi szansę, której ty nawet nie chciałeś mi dać. Pozwolił mi pokazać, co umiem, uczył mnie, słuchał odpowiedzi i poprawiał moje błędy. Był jedynym człowiekiem, który nie zaczął od pytania, czego nie potrafię zobaczyć. Zapytał, co potrafię usłyszeć.
Dumbledore powiedział, że Voldemort od dawna potrafił z niezwykłą dokładnością odnajdywać cudze rany, jeżeli widział w nich drogę do zdobycia władzy nad człowiekiem.
— A ty nie byłeś wystarczająco uważny, żeby zobaczyć mnie w ogóle — odparła Trixie.
— To prawda.
Jego zgoda ponownie uderzyła w miejsce, które próbowała chronić gniewem.
Dyrektor wspomniał o Mrocznym Znaku i nie próbował odebrać jej odpowiedzialności za wybór. Powiedział jedynie, że nawet dobrowolna decyzja mogła mieć cenę, której człowiek nie rozumiał w chwili jej podejmowania.
Położyła dłoń na lewym przedramieniu.
— Przyjęłam go dobrowolnie. Będę służebnicą Czarnego Pana do końca moich dni i jeszcze jeden dzień dłużej. Nie dlatego, że nie rozumiem ceny, ale dlatego, że sama zdecydowałam, że chcę ją zapłacić. Ty nie pozwoliłeś mi zdecydować o niczym.
Bellatrix wypuściła drżący oddech pełen zachwytu. Nie powiedziała ani słowa, ale duma matki była niemal namacalna. Voldemort również milczał. Nie wiedziała, czy jej deklaracja zrobiła na nim wrażenie, czy słyszał w niej przede wszystkim kolejne potwierdzenie własnego wpływu.
Dumbledore nie oczekiwał, że mu wybaczy. Dziewczyna odpowiedziała, że dobrze, ponieważ nie miała takiego zamiaru. Nadal go nienawidziła i pragnęła, aby cierpiał tak, jak ona cierpiała przez jego decyzję. Chciała odebrać mu spokój, za którym ukrywał własne błędy, i sprawić, żeby zapamiętał jej imię. Nie zamierzała pozwolić, aby dwa właściwe słowa usunęły pięć lat żalu.
— Chcę zemsty — zakończyła. — Nie wiem jeszcze, co z nią zrobię. Wiem tylko, że nie zniknie dlatego, że mnie przeprosiłeś.
— Rozumiem — odpowiedział.
— Nie. Dopiero zaczynasz.
Voldemort pozwolił, aby cisza po jej słowach trwała przez kilka uderzeń serca, a potem oznajmił chłodno, że powiedziała już wszystko, co zamierzała.
Opuściła różdżkę. Nadal chciała rzucić się na Dumbledore’a i zadać mu ból, ale rozkaz Czarnego Pana był wyraźny. Gniew nie zniknął, a przeprosiny niczego nie naprawiły. Przeciwnie, udowodniły, że jej cierpienie nie było koniecznością. Wystarczyłoby, żeby jeden człowiek pięć lat wcześniej podjął inną decyzję.
Voldemort uniósł różdżkę i ponownie wypowiedział śmiertelną inkantację. Dumbledore odpowiedział natychmiast, ożywiając kolejny fragment fontanny. Kamienna postać przesunęła się pomiędzy klątwą a Harrym, a jej roztrzaskane szczątki rozsypały się po atrium.
Pojedynek rozpoczął się bez dalszego ostrzeżenia.
Cofnęła się ku cokołowi. Nie była w stanie śledzić każdego ruchu obu czarodziejów. Większość zaklęć rzucali bez słów, a ich odgłosy nakładały się na trzask pękającego kamienia, świst odłamków i huk magii uderzającej w ściany. Rozpoznawała kierunek niektórych czarów dopiero po ich uwolnieniu i reagowała jedynie na te, które przelatywały blisko niej.
Bellatrix próbowała włączyć się do walki, ale gdy tylko uniosła różdżkę, jedna z kamiennych postaci zsunęła się z fontanny i objęła ją twardymi ramionami. Matka zaczęła się szarpać, przeklinając Dumbledore’a i domagając się, żeby stanął z nią do walki, zamiast ukrywać się za ożywionymi posągami.
Ruszyła ku niej.
— Zostań — rozkazał Voldemort.
Zatrzymała się. Bellatrix zawołała jej imię, lecz dziewczyna nie zrobiła kolejnego kroku.
— Mam rozkaz.
Matka walczyła jeszcze przez chwilę z kamiennym uściskiem, ale nie próbowała nakłaniać córki do jawnego nieposłuszeństwa.
Kolejna śmiertelna klątwa przecięła atrium. Rozległ się przenikliwy krzyk ptaka, a w powietrzu wybuchnął ogień. Fawkes pojawił się pomiędzy walczącymi i przyjął zaklęcie. Dorosłe ciało feniksa zniknęło w płomieniach, a na posadzkę opadło małe stworzenie wydające słaby, piskliwy dźwięk.
Chwilę później z fontanny wyrwała się ogromna masa wody. Przetoczyła się po podłodze i zamknęła wokół Voldemorta, odcinając go od powietrza. Dopiero teraz marmurowa posadzka stała się mokra. Słyszała napór cieczy oraz stłumioną magię próbującą rozerwać więzienie.
Kula eksplodowała, a woda rozlała się po całym atrium. Poślizgnęła się, lecz oparła dłoń o cokół i utrzymała równowagę. Bellatrix nadal walczyła z kamiennymi ramionami, natomiast Harry znajdował się po drugiej stronie fontanny, chroniony przez jedną z ożywionych postaci.
Obecność Voldemorta nagle zniknęła z miejsca, w którym stał.
Harry krzyknął.
Nie był to krzyk człowieka trafionego zwykłym zaklęciem. Jego głos zmienił się i załamał, jakby dwie osoby próbowały przemówić przez jedno gardło. Upadł na kolana, a Dumbledore nie zaatakował.
Zrozumiała, że Voldemort wszedł w ciało chłopaka. Nie odbierała obrazów ani wspomnień Harry’ego. Słyszała jedynie jego krzyk, urywane imiona Syriusza i rodziców oraz słowa Czarnego Pana wydobywające się z obcego gardła. Dumbledore odpowiadał spokojnie, nie kierując różdżki przeciwko opętanemu chłopcu.
Nagle Harry zaczerpnął pełnego, gwałtownego oddechu. Kilka kroków dalej rozległ się trzask aportacji i Voldemort ponownie pojawił się w atrium.
Przez krótką chwilę panowała cisza. Potem jeden z kominków zapłonął zielonym ogniem, a zaraz po nim otworzyły się następne. Z palenisk wychodzili kolejni ludzie, wypełniając atrium pospiesznymi krokami, głosami urzędników i szelestem wyciąganych różdżek.
— Ministerstwo — ostrzegła. — Jest ich coraz więcej.
Ktoś krzyknął, że widzi Voldemorta. Kolejny głos, drżący z niedowierzania, wypowiedział jego imię. Wśród przybyłych znajdował się Korneliusz Knot, który nie mógł już zaprzeczać powrotowi Czarnego Pana.
Kamienny posąg trzymający Bellatrix pękł pod wpływem zaklęcia Voldemorta. Kobieta upadła na mokrą posadzkę, lecz natychmiast spróbowała się podnieść. Jej córka poczuła lodowate palce zaciskające się na prawym ramieniu. Drugą ręką Voldemort chwycił Bellatrix.
Atrium zniknęło.
Uderzyła kolanami o marmurową podłogę Malfoy Manor. Matka upadła obok niej, natomiast Voldemort pozostał na nogach.
W wielkim salonie paliło się kilka lamp. Narcyza czekała przy kominku, ubrana nadal w tę samą suknię, którą miała na sobie przed ich wyjazdem. Najwyraźniej przez całą noc nie próbowała się położyć. Gdy usłyszała pojawienie się trzech osób, natychmiast ruszyła ku nim.
— Lucjusz?
Nikt nie odpowiedział.
Narcyza zatrzymała się.
— Gdzie jest mój mąż?
— Został pojmany — powiedział Voldemort beznamiętnie.
Ciotka zachwiała się i oparła dłoń o kominek, jakby podłoga nagle przestała być pewnym podparciem.
Dziewczyna poczuła ucisk w gardle.
— A Rudolf?
Wiedziała, że brak ojca pośród powracających nie oznaczał niczego dobrego. Musiała jednak usłyszeć odpowiedź.
— Również znajduje się w rękach Ministerstwa.
Zacisnęła powieki. Rudolf odzyskał wolność zaledwie kilka miesięcy wcześniej. Teraz groził mu powrót do Azkabanu, zanim zdążył odbudować choćby część życia odebranego mu na czternaście lat.
Bellatrix uniosła się na kolana i podczołgała ku Voldemortowi, prosząc o wybaczenie i próbując przypomnieć, że to Lucjusz dowodził wyprawą. Czarny Pan natychmiast wskazał jednak jej własny błąd. Zamiast pilnować Pottera i przepowiedni, pozwoliła, by Syriusz sprowokował ją do walki.
— Syriusz nie żyje — powiedziała, a w jej głosie pojawiła się resztka triumfu.
— Jego śmierć nie była celem tej nocy.
Duma Bellatrix zgasła. Voldemort przypomniał jej, że prywatna satysfakcja nie odzyskała przepowiedni ani nie pomogła pozostałym Śmierciożercom, gdy Dumbledore ich pojmał. Bellatrix pochyliła się aż do podłogi.
— Wybacz mi. Pozwoliłam, żeby Black mnie sprowokował. Zawiodłam cię, mój Panie.
Nie błagała o oszczędzenie jej. Najbardziej przerażała ją świadomość, że Voldemort uznał jej działania za nieprzydatne. Córka słyszała w jej głosie rozpacz równie silną jak ta, którą sama odczuwała podczas jego upomnień.
Voldemort uniósł różdżkę.
— Crucio.
Krzyk matki wypełnił salon. Upadła na bok, a jej palce zacisnęły się na materiale szaty. Tym razem klątwa nie była słabą próbą rozgorączkowanego chłopaka. Ból odebrał jej możliwość kontrolowania głosu, oddechu i ruchów.
Córka ruszyła ku niej, lecz po pierwszym kroku niewidzialne więzy oplotły całe jej ciało, przyciskając ręce do boków. Szarpała się z zaklęciem i krzyczała, żeby Voldemort ją puścił, ale ten nawet nie zwrócił się w jej stronę.
Narcyza stała przy kominku całkowicie nieruchomo. W ciągu kilku chwil dowiedziała się, że jej mąż został pojmany, a teraz patrzyła, jak siostra wiła się na podłodze pod zaklęciem człowieka, któremu podporządkowała całe życie.
— To nie była wyłącznie jej wina! — krzyknęła. — Ja też opuściłam stanowisko!
Klątwa ustała. Bellatrix pozostała na podłodze, drżąca i przez kilka sekund niezdolna zaczerpnąć pełnego oddechu.
— Broniłaś jej już raz tej nocy — powiedział Voldemort.
— Jest moją matką.
— Pokrewieństwo nie zmienia wyniku zadania.
Bellatrix spróbowała unieść głowę i wziąć winę na siebie, lecz Voldemort nakazał jej milczeć, a następnie polecił Narcyzie ją zabrać.
Ciotka podeszła i przykucnęła obok siostry. Bellatrix początkowo odepchnęła jej ręce, próbując wstać samodzielnie, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa i ponownie osunęła się na podłogę. Wściekle zacisnęła zęby, bardziej upokorzona słabością własnego ciała niż bólem.
Narcyza wsunęła ramię pod jej plecy.
— Mogę zostać — wyszeptała Bellatrix.
— Wyjdź.
— Mój Panie, Trixie…
— Nie jest ci teraz potrzebna.
Matka odnalazła głos córki.
— Trixie?
— Jestem tutaj.
— Nic ci nie jest?
— Nie.
Nie odniosła żadnej fizycznej rany. Mimo to odpowiedź pozostawała kłamstwem.
Narcyza pomogła Bellatrix wstać i wyprowadziła ją z salonu. Drzwi się zamknęły, a zaklęcie unieruchamiające Trixie zniknęło.
Dziewczyna zachwiała się, odzyskując kontrolę nad ciałem, ale nie uklękła. Stała przed Voldemortem z różdżką zaciśniętą w dłoni.
— Mój ojciec wróci do Azkabanu?
— Tak.
Przypomniała, że Czarny Pan wcześniej doprowadził już do uwolnienia Rudolfa. Voldemort odpowiedział, że zrobił to, ponieważ było możliwe i użyteczne, ale nigdy nie obiecywał, że powtórzy ten wysiłek. Słowa przecięły nadzieję, którą próbowała w sobie utrzymać.
Voldemort podszedł bliżej.
— Miałaś być moimi uszami, Trixie. Nie rozgoryczonym dzieckiem wyrzucającym własne krzywdy pośrodku Ministerstwa Magii.
Gorąco uderzyło ją w twarz.
— Dumbledore zdecydował o całym moim życiu, nawet mnie nie znając.
— Tym bardziej nie powinnaś była pozwolić mu zobaczyć, jak łatwo nadal może tobą poruszyć.
— Przyznał, że postąpił źle.
— I to wystarczyło, żebyś straciła kontrolę.
— Nie straciłam…
Mroczny Znak zapłonął.
Urwała zdanie i gwałtownie zaczerpnęła powietrza. Ból przebiegł przez cały wzór, zaciskając się pod skórą jak rozgrzany metal. Nie był tak silny jak podczas naznaczenia, lecz wystarczał, żeby cała jej uwaga skupiła się na przedramieniu.
Voldemort przypomniał, że pojawienie się Pottera przy jej stanowisku pozwalało jej opuścić osłonę i odeprzeć bezpośrednie zagrożenie. Błędem nie była obrona Bellatrix, lecz to, że po rzuceniu tarczy nie wróciła do obserwacji i pozwoliła, aby rozmowa odciągnęła ją od zadania.
Przycisnęła prawą dłoń do Znaku.
— Dowiedziałam się, że Draco nigdy nie powiedział mu o moim istnieniu — odpowiedziała.
Przez chwilę Voldemort milczał.
— Podczas operacji w Ministerstwie Magii uznałaś szkolne przechwałki Dracona Malfoya za sprawę wymagającą natychmiastowego wyjaśnienia?
Zawstydzenie okazało się niemal równie dotkliwe jak ból. Próbowała przypomnieć, że rozmowa nie dotyczyła jedynie Dracona, ale Voldemort wiedział o tym doskonale. Wyliczył informacje, które przekazała Potterowi, a potem zwrócił uwagę na znacznie poważniejszy błąd: podczas konfrontacji z Dumbledore’em opowiedziała o lęku przed odrzuceniem przez własną matkę.
Zesztywniała. Dopiero teraz usłyszała swoje słowa tak, jak musieli usłyszeć je pozostali.
— Nie planowałam tego powiedzieć.
— Właśnie.
Znak zapłonął mocniej. Ból nie przyniósł ciszy ani ulgi. Voldemort nie pozwalał, by stał się schronieniem. Każdy impuls przypominał o błędzie, którego nie mogła już cofnąć.
Dumbledore wiedział teraz, że odrzucenie pozostawało jej słabością. Potter dowiedział się, że atak na Bellatrix wystarczał, by skierować uwagę dziewczyny dokładnie tam, gdzie chciał. Poznał również sposób, w jaki Trixie reagowała, gdy traciła opanowanie: nie rzucała najgroźniejszej klątwy, lecz szukała słów, które mogły zranić przeciwnika równie skutecznie.
Przypomniała sobie własny głos.
Wypadek przy pracy.
— Nie żałuję, że mu to powiedziałam.
— Nie pytałem o żal.
Voldemort przesunął czubek różdżki nad Znakiem, nie dotykając skóry.
— Chciałaś go zranić i osiągnęłaś cel. Problem polega na tym, że zrobiłaś to bez planu, powodowana gniewem, podczas gdy miałaś wykonywać inne zadanie. Okrucieństwo pozbawione dyscypliny jest jedynie kolejną formą bezmyślności.
Oddychała coraz wolniej. Nie próbował nauczyć jej współczucia ani przekonać, że słowa skierowane do Harry’ego były moralnie złe. Zarzucał jej brak kontroli. Gdyby wybrała tę samą odpowiedź świadomie, we właściwym momencie i dla osiągnięcia konkretnego celu, nie nazwałby jej błędem.
— Nadal nienawidzę Dumbledore’a.
— To nie ma znaczenia.
— Dla mnie ma.
— Właśnie dlatego ponownie przegrasz, jeśli pozwolisz, żeby to uczucie podejmowało decyzje za ciebie.
Ból Znaku nasilił się jeszcze na kilka sekund, a potem osłabł. Zachwiała się, lecz pozostała na nogach.
— Czego ode mnie oczekujesz?
— Dyscypliny.
Jedno słowo zabrzmiało wyraźniej niż wszystkie wcześniejsze zarzuty. Voldemort wyjaśnił, że nienawiść była użyteczna tylko wtedy, gdy można ją było skierować ku konkretnemu celowi. Jej nienawiść rozlała się po atrium i pozwoliła Dumbledore’owi prowadzić rozmowę dokładnie tam, gdzie chciał. Dziewczyna mogła twierdzić, że zmusiła go do przeprosin, ale to on sprawił, że opowiedziała mu o własnym lęku. Przyznał się do winy, ponieważ niczego go to nie kosztowało, natomiast jej odebrało wszystkie przygotowane odpowiedzi.
— Mówił szczerze — powiedziała.
— Być może.
— Słyszałam to w jego głosie.
— Słyszałaś ton, oddech i sposób wypowiadania słów. Nie myl kilku przesłanek z pełną wiedzą o człowieku.
Przypominał zasadę, której uczył ją podczas wcześniejszych spotkań: nie wolno było zamieniać wniosków w pewność tylko dlatego, że pasowały do oczekiwanej odpowiedzi. Żal Dumbledore’a mógł być prawdziwy i jednocześnie służyć manipulacji.
Opuściła dłoń ze Znaku.
— Tak jak twoje zainteresowanie mną może być prawdziwe i nadal wynikać z mojej użyteczności.
Voldemort przechylił głowę. Dziewczyna nie cofnęła słów.
— Lepiej — odpowiedział.
Nie wiedziała, czy pochwalił sam wniosek, czy fakt, że odzyskała opanowanie. Powiedział jedynie, że nie oczekiwał od niej porzucenia nienawiści do Dumbledore’a. Chciał, aby następnym razem wykorzystała to uczucie, zamiast pozwalać mu kierować własnymi decyzjami.
— Rozumiem.
— Nie. Dzisiaj zaczęłaś rozumieć.
Mocniej zacisnęła różdżkę.
— Nie chciałam cię zawieść.
— Chęć nie zmienia wyniku.
— Błagam, nie gniewaj się na mnie. Nauczę się. Następnym razem zachowam dyscyplinę.
Nie prosiła, by przestał sprawiać jej ból. Znacznie bardziej przerażała ją możliwość, że uzna ją za bezużyteczną i niewartą dalszej uwagi.
— Postaram się — powiedziała. — Tylko daj mi następną szansę.
Voldemort pozwolił jej czekać na odpowiedź wystarczająco długo, by nadzieja zmieniła się w strach.
— Następnym razem przekonam się, czy potrafisz wykonać to, czego się od ciebie wymaga.
Nie było w jego głosie przebaczenia, lecz nie było również odrzucenia. Nadal przewidywał następny raz.
Ulga osłabiła ją bardziej niż wcześniejszy ból.
— Dziękuję, mój Panie.
Kiedy pozwolił jej odejść, zatrzymała się jeszcze na moment i zapytała o rodziców. Usłyszała, że matce nic nie grozi, a Rudolf nadal żyje, choć Voldemort nie obiecał, że podejmie próbę ponownego uwolnienia go z więzienia.
Skłoniła głowę i opuściła salon.
Narcyza zabrała siostrę do jednej z sypialni. Dziewczyna odnalazła je po nierównym oddechu matki i cichym głosie ciotki. Drzwi były niedomknięte, ale zapukała, zanim weszła.
Narcyza siedziała na brzegu łóżka i podtrzymywała siostrę, która próbowała utrzymać kubek eliksiru w drżących dłoniach. Gdy usłyszała córkę, natychmiast wyprostowała plecy.
— Nic ci nie zrobił?
W pytaniu nie było łagodności. Brzmiało jak zapowiedź wściekłości, gdyby odpowiedź okazała się twierdząca.
— Uaktywnił Znak.
Bellatrix drgnęła.
— Mocno?
— Wystarczająco.
Zacisnęła szczękę. Przez chwilę walczyły w niej dwa odruchy: fanatyczne przekonanie, że Voldemort miał prawo karać nieposłuszeństwo, oraz zaborcza potrzeba ochrony córki przed każdym bólem.
— Miałaś wykonać rozkaz — powiedziała w końcu. — Ale Potter zaatakował mnie przy twoim stanowisku. Nie mogłaś po prostu siedzieć i czekać.
Wyjaśniła, że Czarny Pan nie uznał samej obrony matki za nieposłuszeństwo. Błędem było pozostanie poza osłoną i rozpoczęcie rozmowy zamiast powrotu do obserwacji.
Matka zamilkła. Nie potrafiła zakwestionować tego rozumowania, choć nie podobał jej się wniosek.
Narcyza odebrała jej drżący kubek.
— Torturował cię przed chwilą, teraz sprawił ból twojej córce, a ty nadal próbujesz udowodnić, że we wszystkim miał rację?
Bellatrix odwróciła gwałtownie twarz.
— Nie waż się mówić o nim w ten sposób.
— Lucjusz został pojmany. Rudolf również. Ty ledwie potrafisz siedzieć, a ona wróciła z bitwy z bolącym Znakiem.
— Zawiodłam go — powiedziała.
Słowa wyrwały się z niej z większą siłą, niż zamierzała. W jej głosie pojawiła się rozpacz, której nie pozwoliła usłyszeć Voldemortowi.
— Zawiodłam Czarnego Pana, a Rudolf zapłaci za mój błąd. Dopiero wrócił. Miałam go przez kilka miesięcy i znowu go zamkną.
Próbowała mówić dalej, ale głos się załamał. Uderzyła pięścią w materac, jakby gniew mógł zastąpić płacz.
Narcyza uklękła przed siostrą i przypomniała, że Rudolf został pojmany dlatego, że cała wyprawa się nie powiodła, a nie z powodu jednego popełnionego przez nią błędu. Ta jednak nie potrafiła przestać myśleć o chwili, w której pozwoliła Syriuszowi się sprowokować.
— Zabiłaś go — powiedziała Narcyza.
— Tak.
W jej głosie na moment pojawił się triumf.
— Zabiłam zdrajcę naszej rodziny.
— I straciłaś przez to męża.
Bellatrix znieruchomiała. Przez kilka sekund nie odpowiadała, a potem jej oddech stał się nierówny.
— Wiem — wyszeptała. — Czarny Pan już mi to powiedział.
Dziewczyna podeszła do łóżka.
— Tato żyje.
Matka natychmiast zwróciła się ku niej. Kiedy dowiedziała się, że Voldemort potwierdził pojmanie Rudolfa, lecz niczego nie obiecał w kwestii uwolnienia, zamknęła oczy. Po jej policzku spłynęła pojedyncza łza, którą natychmiast otarła.
— Uwolnimy go.
Nie zabrzmiało to jak pocieszenie. Była to groźba skierowana przeciwko Ministerstwu, Azkabanowi i każdemu człowiekowi, który stanie pomiędzy nią a Rudolfem.
Córka usiadła obok niej. Matka dotknęła jej policzka i przesunęła dłonią po włosach. Gest był bardziej zaborczy niż delikatny.
— Słyszałam cię w atrium — powiedziała. — Zmusiłaś Dumbledore’a, żeby przyznał, czym naprawdę była jego decyzja.
— Przeprosił mnie.
Matka prychnęła.
— Za późno.
— Powiedziałam mu to.
— Wiem.
Narcyza usiadła po drugiej stronie i zapytała, za co dokładnie przeprosił. Dziewczyna opowiedziała o tym, jak Dumbledore przyznał, że powinien był ją spotkać, zapytać o jej potrzeby i pozwolić jej uczestniczyć w decyzji dotyczącej własnej edukacji. Powtórzyła również zdanie o obawie nazwanej troską.
Narcyza na moment wstrzymała oddech. To ona czytała jedenastoletniej dziewczynce list z odmową i próbowała tłumaczyć, że Hogwart nie był jedyną szkołą, podczas gdy dziewczynka pytała, dlaczego człowiek, który jej nie znał, uznał ją za zbyt wielkie ryzyko.
— Co poczułaś? — zapytała.
Potrzebowała chwili na odpowiedź.
— Chciałam, żeby się bronił. Wtedy mogłabym dalej nienawidzić go w prosty sposób. Przyznał mi rację i niczego to nie naprawiło. Było jeszcze gorzej, bo udowodnił, że mógł podjąć inną decyzję.
— Nadal go nienawidzisz? — zapytała matka.
— Tak.
— Dobrze.
Narcyza westchnęła, ale matka nie zamierzała łagodzić własnej reakcji.
— Niech żyje z wiedzą, że dziewczyna, którą odrzucił, służy teraz jego największemu wrogowi — powiedziała. — Niech pamięta twoje imię za każdym razem, gdy przeczyta je w gazecie obok nazwiska Czarnego Pana.
Położyła rękę na przedramieniu.
— Powiedziałam mu, że będę służebnicą Czarnego Pana do końca swoich dni i jeszcze jeden dzień dłużej.
Matka zaczerpnęła powietrza z zachwytem.
— Słyszałam. Byłaś wspaniała.
Nie obawiała się, że córka utraciła własną wolę. Dla niej podobna deklaracja była najwyższym dowodem siły i rodzinnej dumy.
Po chwili wspomniała również zdanie o Syriuszu, a na jej ustach pojawił się słaby uśmiech.
— Wypadek przy pracy.
Narcyza zesztywniała.
— To nie było zabawne.
— Było — odpowiedziała czarownica.
Dziewczyna nie odsunęła dłoni od ramienia matki.
— Nie żałuję.
Narcyza zwróciła się ku niej.
— Naprawdę?
— Chciałam go zranić. Próbował torturować mamę. Nie zamierzam udawać, że zależało mi na ochronie jego uczuć.
— Syriusz właśnie umarł.
— Wiem.
— Harry jest jeszcze dzieckiem.
— Ja również. Nie przeszkodziło mu to rzucić Cruciatusa.
Bellatrix uśmiechnęła się z dumą, lecz córka nie skończyła. Przyznała, że Voldemort miał rację w jednej kwestii: chciała zranić Pottera, ale zrobiła to bez planu i pozwoliła, aby gniew odciągnął ją od zadania. Nie zamierzała zrezygnować z wykorzystywania cudzych słabości. Musiała jedynie nauczyć się robić to świadomie, cierpliwie i we właściwym momencie.
Tej nocy odnalazła najczulsze miejsce Harry’ego i uderzyła w nie jednym zdaniem, jednak uczyniła to zbyt szybko, nie myśląc o niczym poza chwilowym zadaniem bólu. Mogła nauczyć się postępować inaczej: czekać, słuchać i pozwalać przeciwnikowi mówić wystarczająco długo, aż sam zdradzi miejsce, w które należało uderzyć. Nie chodziło o to, by stała się mniej okrutna, lecz by jej okrucieństwo przestało być przypadkowym wybuchem i zaczęło służyć konkretnemu celowi.
Pierwsza sowa uderzyła dziobem w szybę jeszcze przed świtem. Narcyza drgnęła, ale nie podniosła się od razu; dopiero po drugim stuknięciu podeszła do okna i wpuściła ptaka, do którego nogi przywiązano zwinięty egzemplarz porannego „Proroka Codziennego”. Niedługo później pojawiła się kolejna sowa, a po niej następna. Jedna przyniosła oficjalną wiadomość z Ministerstwa dotyczącą aresztowania Lucjusza, druga zawiadomienie o pojmaniu Rudolfa Lestrange’a, trzecia zaś kolejny numer gazety. Narcyza rozwinęła go drżącymi palcami i przeczytała nagłówek:
— „Sam-Wiesz-Kto powrócił. Ministerstwo potwierdza wydarzenia w Departamencie Tajemnic”.
Bellatrix natychmiast zażądała odczytania całego artykułu. Słuchała informacji o Voldemorcie widzianym przez urzędników w atrium z mieszaniną dumy i wściekłości. Jego powrót został wreszcie oficjalnie uznany, lecz cena tego zwycięstwa obejmowała pojmanie Rudolfa, utratę przepowiedni oraz gniew Czarnego Pana. Narcyza tymczasem ściskała pergamin z nazwiskiem męża tak mocno, że papier szeleścił pod jej palcami.
Dziewczyna siedziała pomiędzy kobietą, która ją urodziła, a tą, która ją wychowała, trzymając dłoń na chłodnym Mrocznym Znaku. W ciągu jednej nocy Dumbledore przyznał, że ją skrzywdził, ale jego przeprosiny nie przyniosły wybaczenia. Harry dowiedział się o jej istnieniu i już podczas pierwszego spotkania poznał okrucieństwo, którego nie zamierzała przed nim ukrywać. Voldemort nie odrzucił jej, lecz pokazał, jak łatwo nieopanowany gniew mógł uczynić ją przewidywalną, podczas gdy Rudolf ponownie utracił wolność zaledwie kilka miesięcy po opuszczeniu Azkabanu. Draco nadal przebywał w Hogwarcie, nieświadomy zarówno pojmania ojca, jak i tego, że kuzynka dowiedziała się o pięciu latach milczenia na jej temat.
Po raz pierwszy zrozumiała, że nie musiała pozbywać się nienawiści, aby przestała być przez nią kierowana. Mogła zachować żal do Dumbledore’a, pragnienie zemsty i gotowość do zadania mu cierpienia, lecz musiała nauczyć się czekać na chwilę, w której te uczucia staną się bronią, a nie słabością.
Próg Hogwartu pozostawał dla niej zamknięty, ale kiedyś zamierzała stanąć po jego drugiej stronie — nie jako uczennica prosząca o przyjęcie, lecz jako czarownica, której Albus Dumbledore powinien był obawiać się od chwili, gdy po raz pierwszy przeczytał jej nazwisko.

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *