ROZDZIAŁ XVIII
Cena
Przed południem poranne wiadomości przestały przynosić nowe fakty, ale żadna z trzech kobiet nie potrafiła odłożyć ich na bok. Gazety leżały rozłożone na stole w małym salonie, a obok nich znajdowały się dwa oficjalne pisma z Ministerstwa. Lucjusz i Rudolf żyli. Obaj zostali opatrzeni przez uzdrowicieli, pozostawali przytomni i oczekiwali na przesłuchania, po których mieli stanąć przed Wizengamotem. W żadnym z dokumentów nie pojawiło się słowo „Azkaban”, lecz nie trzeba było go zapisywać. Wypełniało cały pokój równie wyraźnie jak szelest pergaminu pod palcami Narcyzy.
Nie przebrała się od poprzedniego wieczoru, nie rozpuściła włosów i nie próbowała odpocząć. Położyła siostrę do łóżka, podała jej eliksir łagodzący skutki Cruciatusa, a kiedy nierówny oddech Bellatrix wreszcie się uspokoił, zeszła na dół. Nie potrafiła zostać w sypialni, którą dzieliła z Lucjuszem. Widok jego rzeczy, pustej strony łóżka i szaty pozostawionej na oparciu krzesła sprawiał, że ministerialne zawiadomienie stawało się zbyt rzeczywiste.
Trixie siedziała naprzeciwko niej, obracając w dłoniach srebrną zakładkę do książki, którą kilka miesięcy wcześniej podarował jej ojciec. Przez całą noc powtarzała sobie, że Rudolf żył. Z każdym kolejnym odczytaniem pisma wiadomość ta przynosiła jednak coraz mniej ulgi. Za kilka dni mógł ponownie znaleźć się w miejscu, z którego wydostał się po czternastu latach. Otrzymał pięć miesięcy wolności — zaledwie pięć miesięcy rozmów, listów i ostrożnych prób poznania córki, której dzieciństwo stracił — a teraz wszystko miało zostać mu odebrane po raz drugi.
Najpierw usłyszały nierówne kroki na schodach, później szelest czarnej szaty przesuwającej się po framudze. Bellatrix zatrzymała się w drzwiach salonu. Nie powinna jeszcze wstawać, lecz ubrała się i zapięła szatę pod samą szyję, jakby starannie ułożony materiał mógł ukryć słabość pozostawioną przez klątwę.
— Obaj są przytomni? — zapytała, zanim Narcyza zdążyła zaprotestować przeciwko jej obecności na dole.
— Tak. Nie odnieśli obrażeń zagrażających życiu.
Bellatrix wypuściła powietrze, po czym ruszyła w stronę wolnego fotela. Stawiała kroki wolniej niż zwykle. Przy ostatnim zachwiała się i zacisnęła dłoń na oparciu, lecz natychmiast usiadła, jakby zrobiła to z własnej woli, a nie dlatego, że nogi odmówiły jej dalszego posłuszeństwa.
— Gdzie ich trzymają?
Narcyza odczytała odpowiedni fragment jeszcze raz, chociaż znała go już na pamięć. Lucjusz i Rudolf pozostawali w celach Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Dostęp do nich ograniczono do uzdrowicieli, aurorów i wyznaczonych przedstawicieli Ministerstwa. Rodzinom nie zezwolono na odwiedziny.
— Czyli Azkaban — powiedziała Trixie.
Słowo zabrzmiało inaczej niż wszystkie pozostałe. Nie oznaczało już miejsca znanego z opowieści ani więzienia, z którego rodzice zdołali uciec. Otwierało się przed Rudolfem ponownie, zaledwie kilka miesięcy po odzyskaniu wolności.
Dziewczyna ścisnęła zakładkę tak mocno, że jej krawędź wbiła się w skórę. Przypomniała sobie spokojny głos ojca w bibliotece i jego obietnicę, że nie widział żadnych łez. Nie zdążyli się poznać. Dopiero zaczął zadawać pytania o jej sposób czytania, samodzielnego poruszania się i rozpoznawania zaklęć. Uczył się pisać listy, w których nie próbował nadrabiać czternastu lat jednocześnie i nie domagał się uczuć, na które nie zdążył jeszcze zasłużyć.
Teraz znów miał zostać zamknięty.
— Mogłam zejść — odezwała się po dłuższej chwili. — Kiedy walka rozpoczęła się na niższych poziomach, słyszałam alarmy. Mogłam dotrzeć do wind i spróbować go odnaleźć.
Narcyza gwałtownie odłożyła pergamin. Odpowiedziała, że córka Bellatrix znajdowała się kilka pięter wyżej, w atrium, gdzie miała wykonywać konkretny rozkaz. Na dole walczyli Śmierciożercy, członkowie Zakonu, uczniowie i Dumbledore. Gdyby Trixie tam zeszła, najprawdopodobniej zostałaby schwytana razem z ojcem albo zginęłaby, zanim zdołałaby go odnaleźć.
Rozsądek tych słów tylko ją rozwścieczył.
— Przynajmniej nie czekałabym bezczynnie.
— Nie byłaś bezczynna — wtrąciła ostro Bellatrix. — Pilnowałaś atrium.
— Dla ciebie opuściłam osłonę. Dla niego zostałam na miejscu.
Matka poderwała się z fotela, lecz ból przeszył jej ciało i zmusił ją do ponownego oparcia się o poręcz.
— Nie mów tak, jakbym kazała ci wybierać między nami.
— Nie musiałaś. Wybrałam sama.
— Potter zaatakował mnie przy twoim stanowisku! Rudolf znajdował się kilka poziomów niżej. Nie mogłaś porzucić rozkazu i biec przez całe Ministerstwo za każdym odgłosem walki.
— On tego nie wie. Nie wie, że słyszałam, co działo się na dole, i zostałam tam, gdzie mi kazano.
Narcyza próbowała przerwać narastającą kłótnię, zapewniając, że Rudolf nigdy nie obwiniłby córki za wykonanie rozkazu. Trixie zwróciła twarz w jej stronę tak gwałtownie, że włosy uderzyły ją w policzek.
— Nie możesz tego wiedzieć.
— Znam go wystarczająco dobrze.
— A ja nie! — krzyknęła. — Właśnie o to chodzi. Nie zdążyłam poznać go wystarczająco dobrze!
Jej głos odbił się od ścian salonu. Bellatrix zacisnęła palce na poręczy fotela, jakby chciała skruszyć drewno. Kiedy przemówiła, w jej tonie było więcej gwałtownej wiary niż prawdziwej pewności.
— Wyciągniemy go. Czarny Pan nie zostawi najwierniejszych sług w Azkabanie.
Narcyza roześmiała się krótko i bez cienia rozbawienia.
— Przed kilkoma godzinami nazwał ich niekompetentnymi.
— Był wściekły.
— Torturował cię.
Bellatrix uderzyła dłonią w poręcz.
— Ponieważ zawiodłam go!
Pergamin zsunął się ze stołu, kiedy Narcyza poderwała się na nogi.
— Twój Czarny Pan stracił przepowiednię. Ja straciłam męża.
— Ja również straciłam męża!
— Ty przynajmniej wróciłaś.
— Myślisz, że nie oddałabym wszystkiego, żeby Rudolf siedział teraz obok mnie?
— Myślę, że nadal bardziej przeraża cię utrata uznania Czarnego Pana niż ponowne uwięzienie własnego męża.
Bellatrix znalazła się przy siostrze szybciej, niż pozwalał na to jej stan. Różdżka wysunęła się z rękawa z sykiem ocierającego się materiału, lecz zanim uniosła ją do końca, Trixie weszła między kobiety i zacisnęła palce na jej nadgarstku.
— Nie.
— Puść mnie.
— Nie zaatakujesz jej.
— Odsuń się, zanim zapomnę, do kogo mówię.
— A ty przypomnij sobie, do kogo mierzysz — odparła córka, nie zwalniając uścisku. — Narcyza właśnie straciła Lucjusza. Ma prawo być wściekła.
— Obraziła Czarnego Pana w domu, w którym przebywa.
— Nie obchodzi mnie teraz, jak go nazwała!
Matka gwałtownie wyrwała rękę. Przez chwilę obie oddychały ciężko, stojąc tak blisko siebie, że Trixie czuła na twarzy gorące powietrze wydobywające się z jej ust.
— Trixie — powiedziała Bellatrix ostrzegawczo.
— Ja też straciłam ojca.
Słowa uderzyły mocniej niż krzyk. Różdżka opadła, ale gniew nie zniknął. Bellatrix wróciła do fotela, odtrącając pomoc siostry, i osunęła się na siedzenie z cichym syknięciem bólu.
— Miałam go przez pięć miesięcy — ciągnęła dziewczyna. Głos nadal jej drżał, lecz tym razem nie próbowała tego ukrywać. — Czternaście lat czekałam, żeby w ogóle usłyszeć jego głos, a potem dostałam pięć miesięcy. Obiecywałaś mi, że tym razem będzie inaczej.
— Nie mogłam przewidzieć Ministerstwa, Pottera ani Dumbledore’a.
— Ale obiecałaś.
— Ponieważ chciałam, żeby to była prawda! — wybuchnęła Bellatrix. — Myślisz, że nie wiem, ile ci zabrano? Myślisz, że nie wiem, ile zabrano mnie? Powiedziałam, że będzie inaczej, bo po czternastu latach miałam prawo uwierzyć, że wreszcie odzyskałam własną rodzinę!
Ostatnie słowa załamały jej głos. Natychmiast zacisnęła zęby, jakby samo ujawnienie bólu było kolejnym upokorzeniem.
Narcyza odwróciła się od nich i oparła obie dłonie o gzyms wygaszonego kominka. W tej chwili żadna z nich nie mogła dać pozostałym tego, czego potrzebowały. Nie potrafiły uwolnić Lucjusza ani Rudolfa, cofnąć wydarzeń z Departamentu Tajemnic ani sprawić, by Voldemort uznał porażkę za coś, co nie wymagało kary. Pozostawały w domu, w którym nagle brakowało dwóch mężczyzn, a każda z nich próbowała znaleźć winnego, ponieważ bezsilność była jeszcze trudniejsza do zniesienia niż gniew.
Zanim w Malfoy Manor odczytano pierwsze ministerialne pisma, Harry siedział przed biurkiem Dumbledore’a i zaciskał dłonie tak mocno, że paznokcie wbijały się w skórę. Nie pamiętał drogi z atrium do gabinetu dyrektora. W pamięci pozostały mu jedynie głosy: Knot krzyczący, że widział Voldemorta, aurorzy wydający rozkazy oraz ludzie pytający o rannych i pojmanych Śmierciożerców.
Pamiętał śmiech Bellatrix.
Najbardziej jednak utkwiły w nim trzy słowa wypowiedziane przez jej córkę.
Wypadek przy pracy.
Wracały za każdym razem, gdy próbował pomyśleć o Syriuszu.
Gabinet wydawał się nieznośnie spokojny. Srebrne przyrządy obracały się i wypuszczały obłoki dymu, a z niewielkiego gniazda popiołu ustawionego przy pozłacanej żerdzi dochodził słaby pisk odrodzonego Fawkesa. Portrety dawnych dyrektorów udawały sen, chociaż Harry wiedział, że większość słuchała.
Dumbledore opowiedział mu już o przepowiedni, powodach, dla których Voldemort próbował ją zdobyć, oraz wyborze, który sprawił, że jej słowa zaczęły dotyczyć właśnie Harry’ego. Chłopak przyjął te informacje, lecz nie potrafił jeszcze pojąć ich znaczenia. W tej chwili istniało pytanie, które wracało do niego natrętniej niż wszystkie pozostałe.
— Kim ona jest?
Dyrektor nie musiał pytać, o kogo chodzi.
— Bellatrix II Lestrange. Rodzice nadali jej imię matki, a Narcyza Malfoy zaczęła nazywać ją Trixie, aby odróżnić obie Bellatrix.
Imię zakorzeniło się w myślach Harry’ego z nieprzyjemną łatwością. Nie chciał go pamiętać ani wracać do sposobu, w jaki dziewczyna kierowała twarz ku jego głosowi, choć jej oczy nie zatrzymywały się dokładnie w miejscu, w którym stał. Była córką kobiety, która strąciła Syriusza za zasłonę, wyśmiała jego śmierć i klękała przed Voldemortem. Sama nosiła Mroczny Znak i świadomie stanęła po ich stronie.
Harry nie powinien był widzieć w niej niczego poza wrogiem, a jednak nie potrafił wyrzucić jej z pamięci.
— Wiedział pan o niej — powiedział oskarżycielsko. — Wiedział pan, że Bellatrix Lestrange ma córkę, i nigdy nam pan o tym nie powiedział.
Dumbledore przyznał, że znał jej nazwisko oraz wiedział o edukacji w Durmstrangu, nie posiadał jednak informacji świadczących o tym, że dziewczyna została włączona w działalność Voldemorta. Do poprzedniej nocy nie oskarżono jej o żadne przestępstwo i nie było powodu, by traktować ją jak Śmierciożerczynię wyłącznie z powodu rodziny.
— Teraz miała Znak i była w Ministerstwie — przypomniał Harry. — Pomagała im, a potem nazwała śmierć Syriusza wypadkiem przy pracy. Jak może pan mówić o niej tak spokojnie?
— Mój gniew nie zmieni tego, co powiedziała ani po czyjej stronie stanęła.
— Jest taka sama jak Bellatrix.
Dumbledore nie odpowiedział od razu. Kiedy wreszcie przemówił, jego głos pozostał spokojny, lecz nie łagodny.
— Obroniła matkę przed człowiekiem, który próbował zadać jej ból. Ty również rzuciłbyś się na pomoc osobie, którą kochasz. Nie porównuję czynów Syriusza i Bellatrix ani nie usprawiedliwiam okrucieństwa jej córki. Zwracam jedynie uwagę, że jeden odruch nie mówi nam wszystkiego o człowieku.
— Syriusz nie torturował ludzi.
— Wiem.
Harry odwrócił się. Przez jedną bolesną chwilę wyobraził sobie, że drzwi gabinetu za moment się otworzą, a Syriusz wejdzie do środka, rozbawiony zamieszaniem, które wywołał. Może powie, że upadek za zasłonę był kolejnym nierozsądnym pomysłem, może zaśmieje się i obieca, że następnym razem będzie ostrożniejszy.
Drzwi pozostały zamknięte.
Syriusz nie żył. Nie czekał przy Grimmauld Place, nie siedział na podłodze w kuchni i nie narzekał na bezczynność. Nie obieca już Harry’emu wspólnego domu po zakończeniu wojny.
Chłopak otarł twarz rękawem, zanim ponownie się odwrócił.
— Ona nie widzi.
Nie wiedział, dlaczego ten szczegół powrócił do niego właśnie teraz. Być może dlatego, że nie pasował do prostego obrazu drugiej Bellatrix. Trixie poruszała się pewnie, wyczuła przygotowywany atak i osłoniła matkę, zanim zaklęcie dotarło do celu. Jednocześnie zwracała twarz w stronę głosu, a nie spojrzenia rozmówcy.
Dumbledore potwierdził, że była niewidoma od urodzenia. Harry natychmiast wrócił do rozmowy w atrium i do przyznania, które usłyszał z ust dyrektora.
— Naprawdę nie przyjął jej pan do Hogwartu z tego powodu?
— Uznałem, że szkoła nie była przygotowana, by zapewnić jej bezpieczeństwo i samodzielność. Durmstrang przyjął ją mimo podobnych trudności i, z tego co wiem, poradziła sobie tam bardzo dobrze. To znaczy, że moje obawy nie usprawiedliwiały decyzji, którą podjąłem bez spotkania z nią.
Harry zaczął chodzić po gabinecie. Proste przyznanie się do błędu drażniło go niemal tak samo jak próba usprawiedliwienia. Nie pozostawiało miejsca, w które mógłby skierować gniew.
— Znał pan jej nazwisko. Bellatrix siedziała w Azkabanie, a Narcyza ją wychowywała. Bał się pan, że będzie taka jak rodzice?
Dumbledore spuścił wzrok na własne dłonie. Przyznał, że nazwisko Lestrange wpłynęło na jego ostrożność, chociaż w liście odmownym powołał się na niepełnosprawność wzroku oraz brak odpowiednich warunków. Osądził dziecko na podstawie rodziny, której nie wybrało, i przeszkód, których sam nie spróbował usunąć.
Harry usiadł ponownie. Myśl, że Dumbledore skrzywdził Trixie, nie osłabiała gniewu wywołanego jej słowami o Syriuszu. Jedno nie usuwało drugiego, a właśnie ta sprzeczność była najtrudniejsza do przyjęcia.
— Przeprosił ją pan. Co teraz? Ma pan zamiar udawać, że skoro ją skrzywdzono, wszystko, co zrobi, będzie można wyjaśnić?
— Nie — odpowiedział Dumbledore, tym razem bardziej stanowczo. — Krzywda może pomóc zrozumieć czyjś wybór, ale nie czyni go słusznym. Trixie została potraktowana niesprawiedliwie. Jednocześnie świadomie przyjęła Mroczny Znak, uczestniczyła w zasadzce i celowo zraniła cię w chwili żałoby. Żadna z tych prawd nie usuwa pozostałych.
Harry zapytał, czy Voldemort zmusił ją do przyjęcia Znaku. Dyrektor nie sądził, by posłużył się bezpośrednim przymusem. Bardziej prawdopodobne było to, że przez długi czas budował w niej przekonanie, iż służba daje jej uznanie, którego wcześniej odmówili inni.
— Ma piętnaście lat — powiedział Harry.
— Tak samo jak ty. Wiek nie sprawia, że wasze wybory stają się nierzeczywiste. Oznacza jednak, że dorośli mogą łatwiej kierować tym, jak rozumiecie świat i jakie możliwości dostrzegacie. Voldemort nie musiał jej zmuszać, jeżeli wcześniej przekonał ją, że tylko przy nim może stać się kimś wartościowym.
Harry przypomniał sobie sposób, w jaki Czarny Pan zwracał się do dziewczyny. Nie mówił do niej łagodnie ani czule. Traktował ją jak podwładną, która miała wykonać zadanie, a za każdy błąd ponieść konsekwencje.
— Wykorzystuje ją.
— Tak.
— A ona uważa, że wybrała go dobrowolnie.
— Jedno nie wyklucza drugiego. Może rozumieć, że jest mu potrzebna, i nadal uznawać cenę za wartą zapłacenia.
– Voldemort dostrzegł zdolność, której Dumbledore nie chciał nawet sprawdzić. Kiedy powiedział to głośno, dyrektor nie próbował zaprzeczać.
— Ja zobaczyłem przede wszystkim trudność — przyznał. — On zobaczył umiejętność, którą mógł wykorzystać. Fakt, że jego intencje były złe, nie czyni mojego postępowania mniej niesprawiedliwym.
Harry zamknął oczy. Za każdym razem, gdy próbował pomyśleć o czymkolwiek innym, wracał moment, w którym Syriusz wpadł za zasłonę. Nie chciał już rozmawiać o córce Bellatrix, lecz jej imię pozostawało w jego myślach.
Bellatrix II Lestrange.
Ciężkie, staromodne i niepasujące do drobnej dziewczyny stojącej przy fontannie z twarzą zwróconą ku głosom.
— Nie wybaczę jej tego.
— Nie musisz — odpowiedział Dumbledore. — Powinieneś jednak pamiętać, że niebezpieczeństwo, które stanowi, nie daje nam prawa do udawania, że wiemy o niej wszystko. Jeżeli spotkacie się ponownie, oceniaj jej czyny, ale nie pozwól, by nazwisko matki zastąpiło ci własny osąd.
Harry zawahał się, zanim zapytał, czy można jeszcze odciągnąć ją od Voldemorta. Sam nie wiedział, skąd wzięło się to pytanie. Nie chciał jej ratować, nie po tym, co powiedziała o Syriuszu. Myśl, że Czarny Pan będzie kształtował ją przez kolejne lata, pozostawiała jednak w nim trudny do nazwania niepokój.
— Nie wiem — odpowiedział dyrektor. — Nie poznałem jej, kiedy miałem ku temu możliwość. Nie zamierzam popełniać tego samego błędu, udając teraz, że wiem, kim może się stać.
Ron i Hermiona czekali na Harry’ego w niemal pustym pokoju wspólnym. Większość uczniów spała albo przynajmniej próbowała zasnąć, lecz wieści z Ministerstwa dotarły do Hogwartu szybciej niż oficjalne gazety, a szepty przemieszczały się po korytarzach przez cały wieczór.
Hermiona siedziała najbliżej kominka. Na jej twarzy nadal widniały ślady ran zadanych w Departamencie Tajemnic, natomiast Ron nie potrafił znaleźć sobie miejsca i krążył pomiędzy stołem a schodami prowadzącymi do dormitoriów. Kiedy Harry wszedł, oboje natychmiast zamilkli.
Nie musieli długo pytać. Opowiedział im o przepowiedni, o wyborze Voldemorta i o tym, że jeden z nich będzie musiał w końcu zabić drugiego. Mówił nierówno, kilka razy wracał do tego samego zdania, a kiedy skończył, w pokoju słychać było jedynie trzask ognia.
Hermiona usiadła obok niego. Nie próbowała zapewniać, że wszystko będzie dobrze, za co był jej wdzięczny.
— To moja wina — powiedział po chwili. — Gdybym nauczył się oklumencji i posłuchał cię, kiedy chciałaś sprawdzić, czy Syriusz naprawdę jest w Ministerstwie…
Nie pozwoliła mu dokończyć. Przypomniała, że Voldemort celowo go oszukał, a każdy z nich zdecydował się pójść z nim. Ron potwierdził to natychmiast, choć jego głos załamał się, kiedy Harry odpowiedział, że Syriusz również poszedł za nim.
Przez dłuższą chwilę siedział pochylony, zasłaniając twarz dłońmi. Ból po Cedriku był gwałtowny i pełen szoku, lecz ten sięgał znacznie głębiej. Syriusz nie był tylko kolejnym człowiekiem zabitym przez Voldemorta i jego ludzi. Miał zostać rodziną — pierwszą osobą, która naprawdę chciała zabrać Harry’ego z domu Dursleyów, i człowiekiem, który obiecał mu wspólne życie.
Stracił tę przyszłość, zanim zdążył jej dotknąć.
Hermiona położyła mu dłoń na ramieniu, a Ron usiadł po drugiej stronie, nie próbując niczego mówić.
— Ona nazwała to wypadkiem przy pracy — wyszeptał Harry.
Ron zaklął i bez wahania nazwał Trixie równie szaloną jak jej matka. Hermiona nie zgodziła się z nim, ale zanim Harry zdążył oskarżyć ją o bronienie Śmierciożerczyni, wyjaśniła, że nie próbowała usprawiedliwiać okrutnych słów.
— Chciała cię zranić i zrobiła to świadomie — powiedziała. — Nie zamierzam udawać, że jest niewinna. Ale nazwanie jej drugą Bellatrix pozwala nam nie zastanawiać się, dlaczego dziewczyna w naszym wieku nosi Mroczny Znak i stoi obok Voldemorta.
Ron stwierdził, że odpowiedź była prosta: ponieważ została Śmierciożerczynią. Hermiona przypomniała mu, że wyjaśniało to, kim była obecnie, lecz nie mówiło nic o drodze, która ją tam doprowadziła.
Harry powtórzył im wtedy to, czego dowiedział się w gabinecie dyrektora. Dumbledore nie przyjął Trixie do Hogwartu ze względu na jej niepełnosprawność wzroku i nawet nie zaprosił jej na rozmowę. Hermiona zareagowała oburzeniem. Natychmiast zaczęła wymieniać zaklęcia, zmiany w materiałach i sposoby organizacji zajęć, które można było zastosować, gdyby ktokolwiek zadał sobie trud rozmowy z przyszłą uczennicą.
Ron słuchał jej przez chwilę, aż wreszcie zapytał z niedowierzaniem, czy naprawdę zamierzali współczuć córce Bellatrix po tym, co wydarzyło się w Ministerstwie.
— Dwie rzeczy mogą być prawdziwe jednocześnie — odpowiedziała Hermiona. — Mogła zostać potraktowana niesprawiedliwie i nadal odpowiadać za to, co zrobiła później.
— Dumbledore powiedział prawie to samo — mruknął Harry.
Nie odczuwał wobec Trixie sympatii. Wciąż słyszał zdanie o Syriuszu i za każdym razem reagował na nie gniewem. Jednocześnie nie potrafił już sprowadzić jej do samego Znaku oraz nazwiska.
— Malfoy wiedział o niej przez cały czas — powiedział, chcąc zmienić temat. — Wychowywali się razem.
Hermiona zdziwiła się, że Draco nigdy nie wykorzystał okazji, by pochwalić się pokrewieństwem z córką Bellatrix. Ron wzruszył ramionami i stwierdził, że może nawet dla Malfoya była zbyt dziwna.
— Nie mów tak — rzucił Harry ostrzej, niż zamierzał.
Oboje zwrócili się ku niemu. Próbował wyjaśnić, że Draco był tchórzem i najprawdopodobniej nie chciał odpowiadać na niewygodne pytania, lecz Hermiona przyglądała mu się przez chwilę w sposób świadczący o tym, że nie do końca uwierzyła w tę odpowiedź.
Tej nocy długo nie mógł zasnąć. Za każdym razem, gdy zamykał oczy, widział Syriusza wpadającego za zasłonę. Później powracał chłodny głos Trixie i zdanie, które wypowiedziała w atrium. Harry odpychał je od siebie, wściekły, że oba wspomnienia próbowały istnieć w jego myślach obok siebie.
Nie chciał jej rozumieć ani ratować. Chciał jedynie wiedzieć, dlaczego po pierwszym spotkaniu nie potrafił o niej zapomnieć.
Niedługo przed południem do Malfoy Manor dotarło kolejne wydanie „Proroka Codziennego”, uzupełnione o nazwiska pojmanych Śmierciożerców i pierwsze relacje świadków z atrium. Gazeta zajęła niemal cały stół. Na pierwszej stronie znajdowały się nazwiska Lucjusza Malfoya, Rudolfa i Rabastana Lestrange’ów, Antonina Dołohowa, Augusta Rookwooda oraz Waldena Macnaira. Bellatrix nie pojawiła się wśród zatrzymanych.
Na następnej stronie wydrukowano opis tajemniczej nastolatki widzianej u boku Voldemorta. Dumbledore miał potwierdzić jej tożsamość jako Bellatrix II Lestrange, piętnastoletniej córki Bellatrix i Rudolfa, dotychczas kształcącej się w Instytucie Durmstrangu.
Trixie przemieniła druk w brajlowskie punkty i odczytywała artykuł palcami. Relacje były chaotyczne i wzajemnie się wykluczały. Jeden świadek utrzymywał, że próbowała zabić Harry’ego Pottera, inny twierdził, że stała obok fontanny bez różdżki, a ktoś, kto musiał widzieć ją przez zaledwie kilka sekund, opisał ją jako młodszą kopię Bellatrix.
Najbardziej bolało jedno słowo.
Dotychczas.
Dotychczas kształcąca się w Durmstrangu.
Jakby autor wiedział już coś, czego ona sama nie chciała jeszcze przyjąć.
Przesunęła palcem po wyrazie ponownie i zapytała, skąd gazeta zdobyła informacje o jej szkole. Narcyza przypomniała, że brytyjskie Ministerstwo miało dostęp do dokumentów edukacyjnych, a po wydarzeniach w atrium dziennikarze z pewnością próbowali zdobyć każdy szczegół dotyczący nowej Śmierciożerczyni.
— Dumbledore również wiedział o Durmstrangu — powiedziała dziewczyna.
— Twoja szkoła nigdy nie była tajemnicą urzędową — odpowiedziała ciotka. — Po prostu nie rozmawialiśmy o niej z obcymi.
— Draco najwyraźniej nie rozmawiał ze swoimi kolegami również o mnie.
Bellatrix stwierdziła, że Lucjusz nauczył syna ostrożności, lecz córka nie zamierzała przyjąć tego wyjaśnienia. Draco przechwalał się wszystkim, co mogło dodać mu znaczenia. Jeżeli przez pięć lat nie wspomniał o kuzynce, milczenie musiało być świadome.
Matka zapytała, czy zamierza go o to zapytać. Trixie potwierdziła bez wahania, lecz Narcyza natychmiast zażądała, by poczekała. Jej syn miał właśnie dowiedzieć się o aresztowaniu ojca i nie potrzebował kolejnej wojny zaraz po przekroczeniu progu domu.
— Mój ojciec również został aresztowany — odparła chłodno. — Dlatego nie zamierzam dłużej czekać.
Narcyza znała ją zbyt dobrze, by uwierzyć, że chodziło jedynie o spokojne zadanie pytania.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, w przedpokoju pojawił się Fips. Skrzat oznajmił, że przed chwilą dostarczono przesyłkę dla panny Lestrange z Instytutu Durmstrangu. Nie przyniesiono jednak wyłącznie listu. W holu ustawiono trzy kufry, dwa pudełka i kopertę opatrzoną szkolną pieczęcią.
W salonie zapadła cisza.
Trixie nie musiała pytać, co to oznaczało. Jej rzeczy nie zostałyby przysłane do Anglii, gdyby szkoła oczekiwała powrotu uczennicy.
Wstała tak gwałtownie, że krzesło przesunęło się po podłodze. W holu rozpoznała własne zamki, metalowe okucia oraz zadrapanie na wieku największego kufra, powstałe podczas pierwszej podróży do Durmstrangu. Na wierzchu przesyłki leżała zamknięta koperta.
Zerwała pieczęć, a następnie dotknęła pergaminu różdżką i przemieniła zapis w brajlowskie punkty.
„Panno Lestrange,
w związku z wydarzeniami z nocy dwudziestego czerwca, publicznym potwierdzeniem Pani przynależności do organizacji kierowanej przez Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać oraz udziałem w nielegalnym wtargnięciu do brytyjskiego Ministerstwa Magii Rada Instytutu Durmstrangu zawiesza Panią w prawach uczennicy ze skutkiem natychmiastowym.
Do czasu zakończenia postępowania nie wolno Pani przekraczać granic szkoły ani kontaktować się z jej pracownikami za pośrednictwem oficjalnej sieci kominkowej. Dyrektor Igor Karkarow opuścił Instytut, a jego obecne miejsce pobytu pozostaje nieznane. Przedmioty osobiste zostały zwrócone rodzinie.
Decyzja może zostać ponownie rozpatrzona po przedstawieniu wyjaśnień przed Radą, o ile pozwoli na to Pani sytuacja prawna”.
Przeczytała list drugi raz, a potem trzeci. Nie napisali, że została wydalona. Zawieszenie pozostawiało formalną możliwość powrotu, lecz w praktyce znaczenie pisma było jednoznaczne. Nie wolno jej było przekraczać granic szkoły ani kontaktować się z nauczycielami, a wszystkie należące do niej rzeczy stały teraz w holu Malfoy Manor.
Durmstrang zamknął przed nią drzwi.
Nie z powodu niepełnosprawności wzroku, braku odpowiednich zaklęć czy obawy o jej bezpieczeństwo. Tym razem szkoła odrzuciła ją z powodu wyborów, których dokonała sama.
Bellatrix podeszła od strony salonu i zażądała, by córka powiedziała, co napisano. Trixie podała jej pergamin, a matka przeczytała go szybko, reagując krótkim, pogardliwym śmiechem.
— Tchórze. Gdyby mieli choć odrobinę odwagi, broniliby własnej uczennicy zamiast wyrzucać jej kufry za bramę.
— Zawiesili mnie — powiedziała dziewczyna. — Nie mogę wrócić ani porozmawiać z nauczycielami.
Bellatrix odparła, że córka nie potrzebowała szkoły, która odwracała się od niej przy pierwszym zagrożeniu. Rodzina mogła znaleźć prywatnych nauczycieli znacznie lepszych od ludzi zatrudnianych przez Karkarowa.
Trixie zwróciła się ku niej gwałtownie.
— Potrzebuję Durmstrangu. Mam tam zajęcia, egzaminy, bibliotekę i ludzi, których znam. Zostawiłam Anję bez wyjaśnienia. Miałam wrócić po dwóch dniach.
Uklękła przy największym kufrze i przesunęła dłonią po zamku. Kiedy matka przypomniała, że Hogwart również miał być jej szkołą, a mimo to poradziła sobie bez niego, gniew natychmiast przeszedł w ból.
— Nie porównuj ich. Durmstrang mnie przyjął. Pozwolili mi popełniać błędy, a nauczyciele zmieniali sposoby prowadzenia zajęć, kiedy coś nie działało. Sama nauczyłam się poruszać po zamku. Miałam swoje miejsce przy stole, własny pokój i ludzi, którzy wiedzieli, żeby nie przekładać moich rzeczy bez pytania. To była moja szkoła.
Bellatrix przykucnęła obok niej. Próbowała powiedzieć, że córka nie mogła przewidzieć, iż misja zakończy się otwartą walką, pojawieniem Voldemorta w atrium i publicznym ujawnieniem jej przynależności.
— Wiedziałam, komu pomagam — przerwała jej Trixie. — Miałam obserwować atrium, ale w ten sposób osłaniałam ludzi, którzy zwabili sześcioro uczniów do Departamentu Tajemnic. To jest prawda, nawet jeżeli Dumbledore powiedziałby dokładnie to samo.
Matka zesztywniała. Przypomniała ostro, że córka wykonała rozkaz, na który zgodziła się dobrowolnie.
— I zapłaciłam za niego utratą szkoły.
Bellatrix nie potrafiła odpowiedzieć, że cena była nieważna. Nie wtedy, gdy trzy kufry stały pod ścianą, a córka wciąż trzymała w dłoni list odbierający jej miejsce, które przez cztery lata nazywała własnym.
Narcyza podeszła do pozostałych pudełek. Trixie otworzyła pierwszy kufer i natychmiast wyczuła, że ubrania ułożono inaczej, niż robiła to sama. Koszule znajdowały się pod szatami, rękawiczki pomiędzy książkami, a przybory do pisania rozsypano w kilku miejscach. Porządek, który przez lata budowała tak, by każdy przedmiot można było odnaleźć bez pomocy, zniknął pod cudzymi rękami.
W drugim kufrze odnalazła ramkę do pisania, a obok niej niewielkie pudełko, które nie należało do szkolnego wyposażenia. Rozpoznała zapach perfum Anji. W środku znajdował się zwinięty pergamin oraz cienka bransoletka z drewnianymi koralikami, wykonana podczas jednej z lekcji obrony przed czarną magią. Każdy koralik miał inny kształt, dzięki czemu zaklęte symbole można było rozpoznawać dotykiem.
Dziewczyna przemieniła zapis listu w brajlowskie punkty.
„Obiecywałaś, że wrócisz.
Profesor Steiner powiedział, że twoje rzeczy zostaną wysłane do Anglii, zanim ktokolwiek z nami porozmawia. Karkarow zniknął. Nauczyciele kłócą się o to, czy wiedzieli, dokąd wyjeżdżałaś. Niektórzy twierdzą, że wszystkich okłamałaś. Inni boją się Ministerstwa.
Przeczytałam gazetę. Nie wiem, co jest prawdą. Nie wiem, czy naprawdę nosisz Mroczny Znak, czy stałaś obok Voldemorta i czy pomagałaś zwabić uczniów do Ministerstwa. Wiem tylko, że kiedy zapytałam, czy jesteś bezpieczna, odpowiedziałaś: chyba tak.
Jestem wściekła i martwię się o ciebie. Nie wiem, czy nadal jesteś osobą, na którą czekałam.
Nie wyrzucam bransoletki. Ty też jej nie wyrzucaj.
Anja”.
Trixie siedziała bez ruchu, przesuwając palcami po ostatnim zdaniu tak wiele razy, aż punkty zaczęły tracić znaczenie.
Anja nie napisała, że jej nienawidzi, ani nie zakończyła przyjaźni. Zostawiła coś trudniejszego: niepewność. Nie wiedziała już, czy osoba, z którą dzieliła pokój, nadal istniała, czy może od początku znała wyłącznie tę część Trixie, którą pozwalano jej zobaczyć.
Dziewczyna wsunęła bransoletkę na prawy nadgarstek. Drewniane koraliki uderzyły o metalowy krążek używany podczas misji. Jeden przedmiot przypominał o przyjaźni, drugi o rozkazie, a ich ciche zderzenie zabrzmiało jak podsumowanie ceny, którą zapłaciła.
Narcyza zapytała, co napisała Anja. Trixie odpowiedziała, że przyjaciółka nie wiedziała już, kim ona była. Bellatrix położyła dłoń na ramieniu córki i próbowała umniejszyć znaczenie listu, przypominając, że Anja pozostawała jedynie uczennicą i nie rozumiała wojny.
— Właśnie dlatego była moją przyjaciółką — powiedziała Trixie. — Nie chcę innych ludzi i nie chcę, żebyś próbowała to naprawić, jakby wystarczyło znaleźć mi kogoś na jej miejsce.
Matka cofnęła rękę.
Dziewczyna spróbowała zamknąć kufer, lecz dłonie zaczęły jej drżeć. Najpierw nieznacznie, później coraz mocniej. Narcyza chciała pomóc, ale Trixie odsunęła jej ręce i zapytała, co miała teraz zrobić ze swoją edukacją.
Ciotka przypomniała, że rozpoczynały się wakacje i przez kilka tygodni nie trzeba było podejmować żadnej decyzji. Bellatrix dodała, że z łatwością znajdą nauczycieli, którzy przyjadą do posiadłości i zrealizują z córką cały program.
— Prywatny nauczyciel nie wystawi mi świadectwa ukończenia szkoły — odpowiedziała coraz bardziej roztrzęsionym głosem. — Chcę zdać egzaminy i ukończyć edukację. Nie zamierzam przez resztę życia słuchać, że jestem niedouczoną córką Bellatrix Lestrange, która porzuciła szkołę, żeby biegać za Czarnym Panem.
Matka cofnęła się, jakby została uderzona.
— Nikt nie odważy się tak o tobie powiedzieć.
— Już piszą, że „dotychczas” uczyłam się w Durmstrangu!
Trixie poderwała się z podłogi. Oddychała coraz szybciej, a głos wznosił się z każdym kolejnym zdaniem. Hogwart nigdy jej nie przyjął. Beauxbatons nie zechciałby córki dwojga Śmierciożerców, której twarz i nazwisko pojawiły się obok Voldemorta. Durmstrang wysłał jej rzeczy, Karkarow uciekł, a ona została bez szkoły, dyrektora, programu i terminu egzaminów.
— Ty ukończyłaś szkołę — zwróciła się do Narcyzy. — Mama również. Draco wróci do Hogwartu, jakby nic się nie stało, a ja mam siedzieć w domu, dopóki ktoś znajdzie czas, żeby podać mi książkę?
Bellatrix próbowała zaprzeczyć, lecz córka z całej siły odepchnęła wieko kufra. Drewno uderzyło o ścianę.
— Najpierw Dumbledore uznał, że szkoła nie jest dla mnie. Teraz Durmstrang uznał, że to ja nie jestem dla szkoły. Ile razy mam udowadniać, że mam prawo się uczyć?
Narcyza próbowała objąć ją za ramiona, lecz dziewczyna odsunęła się tak gwałtownie, że niemal potknęła się o jeden z kufrów.
— Nie dotykaj mnie.
W holu zapadła cisza. Trixie ścisnęła list z Durmstrangu i nagle wiedziała, do kogo pójdzie. Skoro straciła szkołę po wykonaniu rozkazu Voldemorta, to on miał powiedzieć jej, co powinna zrobić dalej.
Czarny Pan przebywał w dawnym gabinecie Lucjusza. Dziewczyna nie poprosiła o pozwolenie na spotkanie. Zapukała raz i weszła, zanim otrzymała odpowiedź. Zatrzymała się dopiero kilka kroków za drzwiami, a cisza, która po tym zapadła, uświadomiła jej, jak niebezpieczne było podobne zachowanie.
— Odważnie — powiedział Voldemort. — Albo głupio. Wczoraj sądziłem, że zaczęłaś rozumieć różnicę.
Zacisnęła list w dłoni.
— Muszę z tobą porozmawiać.
— Nie. Chcesz ze mną porozmawiać i uznałaś, że twoje wzburzenie zwalnia cię z oczekiwania na pozwolenie.
Spokój jego głosu tylko wzmocnił gniew.
— To dotyczy mojego życia.
— Wszystkie moje rozkazy dotyczą twojego życia.
— Ten kosztował mnie utratę szkoły.
Po drugiej stronie biurka Voldemort przesunął pergamin.
— Podejdź.
Wykonała polecenie i położyła przed nim list z Durmstrangu. Voldemort nie sięgnął po niego od razu, jakby odmowa poświęcenia pismu uwagi była kolejnym sposobem przypomnienia jej, że nie on utracił kontrolę nad sytuacją.
— Zawiesili mnie w prawach uczennicy i przysłali wszystkie moje rzeczy. Nie mogę wrócić ani kontaktować się z nauczycielami.
— Wiem.
— Skąd?
— Rada Instytutu rozesłała kopie decyzji do kilku europejskich ministerstw. Twoje nazwisko jest obecnie znacznie bardziej interesujące niż jeszcze wczoraj.
Trixie zacisnęła zęby.
— Co mam teraz zrobić?
— To samo, co robiłaś wcześniej. Uczyć się.
— Gdzie?
Voldemort nie odpowiedział natychmiast. Pozwolił, by pytanie wybrzmiało w ciszy, a dziewczyna poczuła się tak, jakby celowo zmuszał ją do słuchania własnego niepokoju.
— Wiedza nie istnieje wyłącznie w szkołach — powiedział w końcu. — Mury, dormitoria i wspólny stół są wygodne, lecz nie czynią nikogo wykształconym.
— Potrzebuję formalnej edukacji, egzaminów i świadectwa. Nie wystarczy mi kilka prywatnych lekcji.
— Dlaczego tak bardzo zależy ci na kawałku pergaminu podpisanym przez dyrektora?
— Ponieważ całe życie muszę komuś udowadniać, że jestem coś warta — odpowiedziała gwałtownie. — Najpierw Dumbledore’owi, później nauczycielom, ludziom, którzy widzą niewidomą dziewczynę i od razu zakładają, czego nie potrafi. Nie pozwolę, żeby teraz mogli powiedzieć, że nie ukończyłam szkoły, ponieważ zabrakło mi zdolności albo ambicji.
— Próżność.
— Nie. Ambicja. Chcę mieć dowód, którego nie będą mogli mi odebrać jednym komentarzem.
Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało. Trixie wiedziała, że ponownie zbliżyła się do granicy, lecz nie potrafiła się cofnąć.
— Karkarow podpisywał moje wyjazdy — powiedziała spokojniej. — Mógłby wyjaśnić Radzie, że nadal realizowałam program i nie porzuciłam szkoły.
— Karkarow niczego już nie wyjaśni.
— Uciekł.
— Jego ucieczka dobiegła końca.
Chłód ścisnął ją w żołądku.
— Gdzie jest?
— Nie żyje.
Odpowiedź nie zawierała gniewu ani satysfakcji. Zabrzmiała jak informacja o usunięciu przedmiotu, który przestał być użyteczny.
— Zabiłeś go?
— Zdradził mnie.
Nie potwierdził tego wprost. Nie musiał.
Trixie nie lubiła Karkarowa. Gardziła jego tchórzostwem, nerwowym głosem i sposobem, w jaki coraz bardziej bał się każdego listu przychodzącego z Anglii. Mimo to właśnie on podpisał dokument przyjęcia, kiedy Dumbledore zamknął przed nią drzwi Hogwartu. To on pozwolił jej przekroczyć próg Durmstrangu.
Teraz nie żył, a ona nie wiedziała nawet, czy miała prawo poczuć żal.
— Był moim dyrektorem.
— Był zdrajcą.
— Jedno nie wyklucza drugiego.
Mroczny Znak stał się cieplejszy. Nie zabolał, lecz ostrzeżenie wystarczyło, by przypomnieć jej rozmowę z poprzedniej nocy.
— Uważaj — powiedział Voldemort. — Nie przyszłaś tu opłakiwać Karkarowa.
Opuściła głowę i przeprosiła. Kiedy potwierdziła, że chciała ukończyć szkołę, Czarny Pan wyjaśnił, iż obecna Rada Durmstrangu nie zgodzi się na jej powrót. Publiczne cofnięcie decyzji oznaczałoby przyznanie, że Instytut był gotowy chronić uczennicę noszącą Mroczny Znak, a żaden z tymczasowych zarządców nie podejmie takiego ryzyka po ucieczce Karkarowa.
— W takim razie znajdź mi inną szkołę.
Voldemort zaśmiał się cicho.
— Wydajesz mi polecenie?
— Proszę o rozwiązanie problemu, który powstał przez twoją misję.
Znak zapłonął. Trixie syknęła i przycisnęła ramię do boku, lecz nie cofnęła słów.
— Problem powstał również przez twoją decyzję — przypomniał jej. — Dobrowolnie przyjęłaś Znak i zgodziłaś się uczestniczyć w zadaniu. Cena nie staje się wyłącznie moją odpowiedzialnością dlatego, że przestała ci odpowiadać.
Ból osłabł, lecz zawstydzenie pozostało.
— Wiem. Nie próbuję twierdzić, że mnie zmusiłeś. Pytam, co mam teraz zrobić, skoro Hogwart mnie nie przyjmie, Beauxbatons nie zechce mojego nazwiska, a Durmstrang odesłał moje kufry.
— Nie musisz zostać przyjęta jako zwykła uczennica.
Uniósłszy głowę, czekała na wyjaśnienie.
Voldemort powiedział, że Koldovstoretz prowadził egzaminy dla młodych czarodziejów uczonych prywatnie. Uczniowie mieszkający w odległych częściach Rosji i krajów północnych mogli realizować program poza szkołą, przesyłać część prac korespondencyjnie, a następnie stawiać się przed komisją egzaminacyjną.
— Przyjmą moje dokumenty?
— Nie muszą cię lubić ani aprobować twoich wyborów. Wystarczy, że człowiek odpowiadający za program zewnętrzny jest winien przysługę komuś, kto nadal pozostaje mi wierny.
Ulga pojawiła się tak gwałtownie, że przez chwilę nie mogła się odezwać.
Nie otrzyma dormitorium, codziennych zajęć, miejsca przy wspólnym stole ani znajomych korytarzy. Nie będzie Anji, profesorów znających jej sposób pracy ani pokoju, w którym każdy przedmiot miał ustalone miejsce. Nadal jednak mogła ukończyć szkołę.
Voldemort pozwolił jej zadać pytania o organizację nauki. Narcyza miała nadzorować część teorii, Bellatrix pojedynki i praktyczną obronę, natomiast nauczyciele eliksirów, run i transmutacji zostaną sprowadzeni do posiadłości. Starej magii nadal będzie uczył ją osobiście, ponieważ nie zamierzał przekazywać tego zadania komuś mniej kompetentnemu.
— A jeśli nie zdam egzaminów?
— Wtedy okaże się, że zmarnowałaś czas, który ci zapewniłem.
Nie było to pocieszenie. Był to warunek, lecz właśnie takiego warunku potrzebowała. Nie pozostawała porzucona z trzema kuframi i niedokończonym rokiem. Nadal istniała droga prowadząca do świadectwa noszącego jej nazwisko.
— Nie chcę zdawać pod fałszywym nazwiskiem — zastrzegła. — Świadectwo ma należeć do Bellatrix II Lestrange.
— Tak bardzo zależy ci na nazwisku, którego Draco nie wypowiadał w Hogwarcie?
Gniew powrócił natychmiast. Przez ostatnie godziny sprawa kuzyna została przygnieciona wiadomościami o Rudolfie, Durmstrangu, Anji i śmierci Karkarowa, lecz jedno zdanie wystarczyło, by wszystko ponownie skupiło się w tym samym miejscu.
— Odpowie mi za to.
— Nie, dopóki nie nauczysz się zadawać pytań bez utraty kontroli.
— Mam kontrolę.
— Wczoraj również tak twierdziłaś.
Trixie nie odpowiedziała.
Voldemort przesunął list z Durmstrangu w jej stronę i polecił go zabrać. Miał przypominać jej, że każdy wybór posiadał cenę, nawet jeżeli w chwili podejmowania decyzji nie potrafiła jej przewidzieć.
— Zajmiesz się Koldovstoretz? — zapytała.
— Tak.
— Dlaczego mi pomagasz?
— Ponieważ niewykształcone narzędzie ma ograniczone zastosowanie.
Odpowiedź była chłodna i celowo pozbawiona wszystkiego, co mogłaby pomylić z troską. Mimo to pod gniewem oraz upokorzeniem pojawiła się ulga. Nie obiecał jej domu ani przyjaciół. Zapewnił jedynie dalszą naukę.
W tej chwili to wystarczało.
Kiedy dotarła do drzwi, zatrzymał ją jeszcze jednym poleceniem.
— Nie pozwól, żeby utrata szkoły uczyniła cię mniej użyteczną, niż byłaś wcześniej.
— Nie pozwolę.
— Zobaczymy.
Opuściła gabinet z listem zaciśniętym w dłoni. Po raz pierwszy od otwarcia kufrów potrafiła nabrać pełnego oddechu. Panika nie zniknęła, lecz otrzymała granice, terminy i plan.
Gniew pozostał.
Narcyza wysłała synowi krótki list. Poinformowała go, że ojciec żył, został zatrzymany i oczekiwał na przesłuchanie, ona zaś była bezpieczna. Nie wspomniała o stanie Bellatrix, zawieszeniu Trixie ani o tym, że Voldemort zajął dawny gabinet Lucjusza, a Malfoy Manor z każdą godziną coraz mniej przypominało dom należący do rodziny.
Draco wrócił dwa dni później. Narcyza nie chciała czekać do oficjalnego zakończenia roku, dlatego uzyskała zgodę na wcześniejszy wyjazd. Świstoklik przeniósł chłopca wraz z kufrem do głównego holu późnym popołudniem.
Trixie siedziała w bibliotece, próbując uporządkować książki zwrócone z Durmstrangu. Nie potrafiła się skupić. Kilka razy odczytywała ten sam tytuł, odkładała tom na niewłaściwą półkę i zaczynała od początku.
Aktywacja świstoklika rozdarła ciszę domu. Chwilę później kufer uderzył o marmurową posadzkę, a po holu rozległy się szybkie kroki Narcyzy.
— Draco, kochanie.
Objęła syna, zanim zdążył się odezwać. Dotknęła jego twarzy i ramion, jakby musiała sprawdzić własnymi rękami, że naprawdę wrócił cały. Chłopak próbował zapewnić ją, że nic mu się nie stało, lecz pytanie o ojca wyrwało się z niego jeszcze zanim uścisk się rozluźnił.
Narcyza powiedziała, że Lucjusz żył. Nie pozwolono jednak na odwiedziny, a data przesłuchania nie została jeszcze wyznaczona.
— Jestem jego synem. Muszą mnie dopuścić.
W głosie Dracona pojawiła się nuta dobrze znana Trixie. Próbował mówić jak Lucjusz: chłodno, pewnie, jak człowiek, dla którego każde „nie” było wyłącznie początkiem negocjacji. Pod tą starannie zbudowaną warstwą słyszała jednak drżenie.
Narcyza tłumaczyła, że nazwisko nie otwierało już ministerialnych drzwi. Wszystkie przywileje, którymi Lucjusz posługiwał się przez lata, przestały mieć znaczenie w chwili, gdy znaleziono go w Departamencie Tajemnic z różdżką w dłoni.
Draco nie chciał tego przyjąć.
— Czarny Pan go uwolni.
Matka nie odpowiedziała. Jej milczenie musiało powiedzieć mu więcej, niż chciał usłyszeć, ponieważ po chwili zapytał o Bellatrix. Narcyza poinformowała, że siostra odpoczywa po wydarzeniach w Ministerstwie.
— A Trixie?
Dziewczyna odłożyła książkę.
Po raz pierwszy od powrotu Draco wypowiedział jej imię. Nie w Hogwarcie, nie przed Harrym Potterem ani żadnym innym uczniem. Dopiero wewnątrz zamkniętego domu, gdzie nikt obcy nie mógł usłyszeć, że Draco Malfoy wychowywał się z córką Bellatrix Lestrange.
Wstała.
Gniew, który przez ostatnie dni nie znajdował ujścia, natychmiast wypełnił ją od nowa. Rudolf wracał do Azkabanu, Durmstrang zamknął przed nią drzwi, Anja nie wiedziała już, czy nadal ją znała, a Karkarow nie żył. Jej edukacja zależała teraz od wpływów Voldemorta i obcej komisji, której członkowie prawdopodobnie z niechęcią dotkną dokumentów noszących nazwisko Lestrange.
Draco natomiast przez pięć lat potrafił nazywać ją kuzynką wyłącznie wtedy, gdy nikt obcy tego nie słyszał.
Wyszła z biblioteki. Jej kroki rozległy się w holu, a Narcyza rozpoznała je pierwsza.
— Trixie, nie teraz.
Dziewczyna zatrzymała się kilka kroków przed kuzynem. Nie wyciągnęła różdżki, choć palce zacisnęły się przy rękawie.
— Harry Potter nie wiedział, że istnieję — powiedziała, a jej roztrzęsiony głos stawał się coraz ostrzejszy z każdym słowem. — Przez pięć lat chodziłeś z nim do szkoły. Opowiadałeś wszystkim o nazwisku, pieniądzach, wpływach ojca i każdym krewnym, który mógł sprawić, że wydawałeś się ważniejszy. O mnie nie powiedziałeś ani razu.
Draco zamilkł, po czym przypomniał, że Potter nie był jego przyjacielem i nie istniał żaden powód, by opowiadał mu o sprawach rodziny.
— Tym bardziej powinieneś był wykorzystać każdą okazję, żeby się mną pochwalić.
— Nie wszystko dotyczy ciebie.
Bransoletka Anji uderzyła o metalowy krążek, kiedy Trixie zacisnęła dłonie.
— Dlaczego przez pięć lat udawałeś w Hogwarcie, że nie istnieję?
Narcyza weszła pomiędzy nich, lecz było już za późno. Dziewczyna słyszała milczenie kuzyna, jego przyspieszony oddech, ruch dłoni w pobliżu kieszeni i ciche przesunięcie buta po marmurowej posadzce.
Nie szukał odpowiedzi.
Przygotowywał się do obrony.
Ostatnia cienka warstwa opanowania zaczęła pękać. Nie zaatakowała, lecz po raz pierwszy od powrotu z Ministerstwa naprawdę zapragnęła uderzyć kogoś własnymi rękami.