Rozdział 14 Próba.

ROZDZIAŁ XIV
Próba
Maj 1996 roku przyniósł do Durmstrangu dłuższe dni, mokre kamienie i wiatr, który przestał pachnieć śniegiem.
Na dziedzińcu pojawiły się pierwsze kałuże. Uczniowie coraz częściej zostawiali płaszcze w dormitoriach, a nauczyciele zaczęli mówić o końcowych egzaminach tonem mającym przypomnieć wszystkim, że nadejście wiosny nie zwalniało z obowiązku nauki.
Trixie mierzyła czas inaczej.
Od jednego spotkania z Voldemortem do następnego.
Podczas marcowych i kwietniowych lekcji nauczyła się odróżniać aktywne zaklęcie od jego wygasłej pozostałości, rozpoznawać uśpione zabezpieczenia oraz zawężać działanie własnej odmiany Specialis Revelio, zanim nadmiar odpowiedzi zamieniał się w bolesny szum.
Nadal popełniała błędy.
Czasami uznawała nieprzyjemną strukturę czaru za dowód, że przedmiot jest niebezpieczny. Innym razem skupiała się na najsilniejszej warstwie i przeoczała słabszą, znacznie ważniejszą. Kilkakrotnie próbowała określić działanie zaklęcia na podstawie zbyt małej liczby informacji, a Voldemort za każdym razem zmuszał ją do wskazania chwili, w której wiedza się kończyła, a zaczynało przypuszczenie.
Nie pozwalał jej usprawiedliwiać się zmęczeniem, brakiem doświadczenia ani ograniczeniami magii echa.
Nie chwalił również samego wysiłku.
Jeżeli wykonała zadanie prawidłowo, mówił: „dobrze” albo „lepiej”. Jeśli zawiodła, kazał rozpocząć od początku.
Trixie zaczynała rozumieć, dlaczego Bellatrix przez tyle lat pragnęła właśnie jego uznania.
Pochwała matki była gwałtowna i niemal bezwarunkowa. Bellatrix potrafiła być dumna z córki tylko dlatego, że odpowiedziała komuś tonem, który jej się podobał, nie ustąpiła Karkarowowi albo odmówiła przeprosin za zdanie, którego sama Bellatrix nie uznawała za niewłaściwe.
U Voldemorta każde potwierdzenie trzeba było zdobyć.
Z tego powodu stawało się niebezpiecznie ważne.
Wezwanie przyszło w połowie maja.
Nie przyniosła go zwyczajna sowa z Malfoy Manor. List pojawił się pomiędzy stronami podręcznika podczas lekcji historii magii, jakby pergamin od początku znajdował się w książce i czekał na odpowiednią chwilę.
Trixie wyczuła pod palcami delikatne drżenie obcej magii.
Nie otworzyła wiadomości przy innych uczniach. Zamknęła podręcznik i wsunęła go do torby, nie reagując na pytanie Anji, która natychmiast zauważyła jej nagły ruch.
Dopiero wieczorem, gdy dormitorium opustoszało, Trixie usiadła przy biurku i przesunęła różdżką po pieczęci.
Z pergaminu wydobył się cichy głos Rudolfa:
— W piątek wieczorem zostanie przygotowany świstoklik. Nie zabieraj kufra. Wrócisz przed końcem weekendu.
Wiadomość ucichła.
Nie zawierała nazwiska Voldemorta ani wyjaśnienia, czego tym razem oczekiwał. Sam sposób jej dostarczenia wystarczył jednak, by Trixie zrozumiała, że nie chodziło o kolejną lekcję z kilkoma zaczarowanymi przedmiotami ustawionymi na stole.
W piątek Karkarow nie wezwał jej nawet do gabinetu.
Profesor Steiner wręczył jej pozwolenie na wyjazd po ostatnich zajęciach. Nie zadawał pytań ani nie przypominał o szkolnych obowiązkach. Podpis dyrektora znajdował się u dołu pergaminu i był mniej staranny niż zwykle.
— Świstoklik będzie czekał w sali kominkowej o szóstej — powiedział Steiner.
— Dyrektor nie chce ze mną rozmawiać?
Profesor zawahał się.
— Uznał, że wszystkie formalności zostały dopełnione.
Trixie skinęła głową.
Karkarow przestał udawać, że wierzy w rodzinny charakter jej wyjazdów. Nie miał jednak odwagi ich zakazać.
Anja pomogła jej przygotować niewielką torbę. Trixie włożyła do niej ubrania na zmianę, przybory toaletowe, tabliczkę brajlowską, dłutko oraz złożoną laskę w skórzanym etui.
— Tym razem nie bierzesz kufra — zauważyła Anja.
— Wracam w niedzielę.
— Zawsze tak mówisz.
— Do tej pory zawsze wracałam.
Anja wsunęła do torby ciepły sweter.
— To po co jedziesz?
Trixie zamknęła zapięcie.
— Rodzina chce mnie zobaczyć.
Nie było to kłamstwo.
Bellatrix prawdopodobnie od kilku dni wiedziała o przyjeździe córki i przygotowywała listę pytań. Rudolf będzie czekał spokojniej, a Narcyza sprawdzi, czy Trixie nie zapomniała szala.
Prawdziwy powód wezwania pozostawał jednak ukryty pod słowem „rodzina”.
— Będziesz na poniedziałkowych runach? — zapytała Anja.
— Tak.
— Zapiszę wszystko, gdybyś jednak nie wróciła.
Trixie uśmiechnęła się.
— Dziękuję.
Przed wyjściem dotknęła trzech szkatuł stojących pod łóżkiem. W pierwszej znajdowały się listy Bellatrix, w drugiej Rudolfa, a w trzeciej Narcyzy.
Żadnemu z nich nie napisała, że od chwili otrzymania wezwania odczuwała napięcie.
Nie bała się Voldemorta.
Obawiała się jedynie, że tym razem otrzyma zadanie, którego nie zdoła wykonać.
Bellatrix czekała w głównym holu Malfoy Manor.
Gdy mosiężny pierścień wyrzucił Trixie na kamienną posadzkę, matka natychmiast znalazła się obok. Objęła ją bez pytania, zanim dziewczyna zdążyła odłożyć torbę i całkowicie odzyskać równowagę.
— Jesteś spóźniona.
— O trzy minuty.
— Świstoklik miał pojawić się o szóstej.
— Pojawił się.
— Jest trzy minuty po szóstej.
— Podróż trwała chwilę.
— Zbyt długo.
Trixie odwzajemniła uścisk.
— Też się cieszę, że cię widzę.
Bellatrix odsunęła ją od siebie, lecz nadal trzymała córkę za ramiona.
— Czy jadłaś?
— Tak.
— A co?
— Zupę, pieczywo i pieczone warzywa.
Bellatrix zmarszczyła brwi, jakby właśnie otrzymała potwierdzenie wcześniejszych podejrzeń.
— Mięso?
— Nie.
— Wiedziałam. Karkarow próbuje cię zagłodzić.
Rudolf podszedł od strony schodów.
— Durmstrang nie zostanie oskarżony o próbę zabójstwa dlatego, że jeden posiłek nie zawierał mięsa.
— Nie powiedziałam nic o zabójstwie.
— Jeszcze.
Objął córkę. Trixie od razu wyczuła napięcie w jego postawie. Rudolf zwykle poruszał się spokojnie i oszczędnie, tym razem jednak przytrzymał ją nieco mocniej.
— Wiesz, czego chce? — zapytała cicho.
— Nie.
Bellatrix wypuściła jej ramiona.
— Wiemy tylko, że za pół godziny mamy stawić się w zachodnim salonie.
— My?
— Oczywiście.
Rudolf spojrzał na żonę. Znał ten rodzaj pewności w jej głosie. Bellatrix zdążyła już uznać własną obecność podczas spotkania za coś oczywistego, chociaż nikt jej na nią nie zezwolił.
— Czarny Pan nie powiedział, że możesz zostać — przypomniał.
— Nie powiedział również, że mam wyjść — odparła Bellatrix.
Rudolf westchnął. Ostatnim razem próbowała dokładnie tego samego i zniosła odprawienie jej znacznie gorzej, niż chciała przyznać.
— Poprzednio powiedział to bardzo wyraźnie.
— Tym razem nie dam mu powodu — oznajmiła, unosząc podbródek.
Trixie zwróciła się w jej stronę.
— Jak zamierzasz tego dokonać?
— Będę milczeć.
Rudolf nie zdołał powstrzymać cichego parsknięcia.
Bellatrix odwróciła się ku niemu.
— Potrafię milczeć.
— W Azkabanie być może czasami spałaś.
— To nie to samo.
Do holu weszła Narcyza.
Jej kroki były wolniejsze niż zwykle. Od ostatniej kłótni siostry rozmawiały spokojniej, lecz pod pozornym pojednaniem nadal pozostawało napięcie. Żadna z nich nie potrafiła zapomnieć wypowiedzianych wtedy słów, nawet jeśli obie starały się nie wykorzystywać ich podczas kolejnych sporów.
Narcyza objęła Trixie i pocałowała ją w czoło.
— Dobrze, że jesteś.
— Coś się stało?
— Jeszcze nie.
Bellatrix natychmiast zesztywniała.
— Cissy.
— Nie powiedziałam niczego niewłaściwego.
— Twój ton…
— Nie zaczynajcie — przerwała im Trixie. — Mam tylko dwa dni.
Narcyza pogładziła ją po włosach.
— Właśnie dlatego nie zamierzam ich marnować na kłótnie.
Bellatrix nie odpowiedziała, choć jej gwałtowniejszy oddech zdradzał, że najchętniej zapytałaby, kto zwykle rozpoczynał spory.
— Przygotowano twój pokój — powiedziała Narcyza. — Zostawiłam na łóżku ubrania, ale sama zdecydujesz, czy chcesz się przebrać.
— Pójdę tylko odłożyć torbę.
Narcyza ujęła ją lekko za dłoń, dając znać, że mogą ruszyć na górę.
— Chodźmy więc. Zostawmy twoich rodziców na chwilę samych.
— To brzmi jak próba pozbycia się mnie — zauważyła Bellatrix.
— Właśnie nią jest — odpowiedziała spokojnie Narcyza.
Trixie uśmiechnęła się i ruszyła z ciotką ku schodom, zanim matka zdążyła rozpocząć kolejną dyskusję.
Dopiero w pokoju, po zamknięciu drzwi, Narcyza ponownie się odezwała:
— Bella nie powie ci tego wprost, więc zrobię to za nią. Martwi się.
— Wiem.
— Nie podoba jej się, że Czarny Pan nie wyjaśnił, dlaczego cię wezwał.
— Mnie również tego nie wyjaśnił.
Narcyza przez chwilę poprawiała ubrania leżące na łóżku, chociaż zostały już starannie ułożone przez skrzaty. Jej dłonie nie potrzebowały zajęcia. To ona potrzebowała powodu, by nie patrzeć bez przerwy na Trixie.
— Nie musisz przyjmować każdego polecenia bez zastanowienia tylko dlatego, że pochodzi od niego — powiedziała.
Trixie usiadła na brzegu materaca.
— Właśnie po to tu przyjechałam. Chcę się dowiedzieć, czego oczekuje.
— Dowiedzieć się to nie to samo co zgodzić się.
— Nie wiesz, czego zażąda.
— Ty również nie.
— Więc dlaczego już teraz zakładasz, że powinnam odmówić?
Narcyza odwróciła się.
— Nie zakładam tego. Chcę tylko, żebyś pamiętała, że nadal możesz myśleć samodzielnie.
— Pamiętam.
— Bellatrix uważa, że służba Czarnemu Panu jest największym zaszczytem, jaki może cię spotkać. Rudolf próbuje pozostawić ci przestrzeń. Ja natomiast… — Narcyza zawiesiła głos.
Trixie wyczuła delikatne napięcie jej dłoni.
— Boisz się — dokończyła za nią.
Narcyza nie próbowała zaprzeczać.
— Tak.
Trixie odnalazła jej dłoń.
— Nie podejmę decyzji, zanim usłyszę polecenie.
— A jeżeli będzie oczekiwał natychmiastowej odpowiedzi?
— Wtedy odpowiem zgodnie z tym, co naprawdę myślę.
— Nawet jeżeli go rozczarujesz?
Trixie zawahała się.
Właśnie tego obawiała się najbardziej. Nie bólu ani kary, lecz chwili, w której Voldemort uznałby, że pomylił się, poświęcając jej uwagę.
— Postaram się nie kłamać tylko po to, żeby usłyszeć pochwałę — odpowiedziała.
Narcyza zacisnęła palce na jej dłoni.
Nie była to obietnica bezpieczeństwa. Nie gwarantowała, że Trixie odrzuci rozkaz, którego ciotka się obawiała.
Było to jednak więcej, niż Narcyza spodziewała się otrzymać.
— Zapamiętam, że to powiedziałaś — szepnęła.
— Ja również.
Pół godziny później w zachodnim salonie czekał Voldemort.
Nie siedział przy kominku. Stał przy długim stole, na którym znajdowały się jedynie zamknięta metalowa szkatuła oraz zwinięta mapa.
Rookwood czekał przy drzwiach.
Trixie rozpoznała go dopiero wtedy, gdy przywitał Voldemorta. Pamiętała niski, nieco zachrypnięty głos z jednej z kwietniowych lekcji. Od tamtego spotkania odnosił się do niej z ostrożnym zainteresowaniem, które nie było ani życzliwością, ani lekceważeniem.
Bellatrix weszła razem z córką. Rudolf pozostał krok za nimi.
Voldemort spojrzał na Trixie.
— Podejdź.
Wykonała polecenie.
— Mój Panie.
Bellatrix zatrzymała się po jej lewej stronie, wyraźnie zamierzając dotrzymać obietnicy milczenia.
Wytrzymała niecałe pięć sekund.
— Czy tym razem mogę zostać?
Voldemort nawet na nią nie spojrzał.
— Nie.
— Mój Panie, mogłabym…
— Nie.
Bellatrix zacisnęła dłonie. Trixie usłyszała cichy szelest materiału pod jej palcami.
— Wyjdźcie — rozkazał Voldemort.
Rudolf skłonił się.
Bellatrix nadal się nie poruszała.
— Zadanie będzie niebezpieczne? — zapytała.
Rookwood wciągnął powietrze, jakby spodziewał się kary za samo pytanie.
Voldemort odwrócił w końcu głowę ku Bellatrix.
— Każde zadanie może stać się niebezpieczne, kiedy wykonuje je ktoś niekompetentny.
— Trixie nie jest niekompetentna.
— W takim razie nie masz powodu do obaw.
Odpowiedź powinna była ją uspokoić.
Nie uspokoiła.
Bellatrix zwróciła się do córki.
— Jeżeli uznasz, że…
— Mamo — przerwała jej Trixie. — Wyjdź.
— Znowu ten ton.
— Działa.
Rudolf dotknął ramienia żony.
— Chodź.
Bellatrix pochyliła się ku córce.
— Będę czekała.
— Wiem.
— I chcę wiedzieć…
Urwała, ponieważ Voldemort nadal ich obserwował.
— Wróć — powiedziała zamiast tego.
— Wrócę.
Dopiero wtedy pozwoliła Rudolfowi wyprowadzić się z salonu.
Drzwi zamknęły się.
Rookwood pozostał.
Trixie zwróciła się ku Voldemortowi.
— Dokąd mam się udać?
— Jeszcze nie wydałem polecenia — odpowiedział chłodno.
Trixie przyjęła upomnienie w milczeniu i czekała na dalsze wyjaśnienia.
— W Londynie znajduje się dom, z którego Rookwood korzystał przed aresztowaniem — powiedział Voldemort. — Przechowywał w nim przedmioty związane z pracą w Ministerstwie.
Rookwood poruszył się lekko przy drzwiach. Cichy szelest jego szaty zdradził napięcie, którego nie ujawnił głosem.
— Przed pojmaniem ukryłem tam kilka dokumentów — wyjaśnił. — Zabezpieczenie miało usunąć z mojej świadomości dokładne miejsce schowka. Gdyby przesłuchiwano mnie pod wpływem Veritaserum albo użyto wobec mnie legilimencji, nie mógłbym zdradzić informacji, której sam nie pamiętałem.
— Potrzebuję jednego z pozostawionych tam przedmiotów — dokończył Voldemort. — Niewielkiej szkatuły z czarnego metalu. Zawiera zapiski, których nie powinno odnaleźć Ministerstwo.
Trixie przesunęła kciukiem po rękojeści różdżki.
— Rookwood nie może jej znaleźć?
— Pamięta dom, lecz nie schowek — wyjaśnił Voldemort. — Zaklęcie skonstruowano tak, by odpychało uwagę każdego, kto wcześniej znał miejsce ukrycia.
Trixie potrzebowała chwili, by zrozumieć, dlaczego właśnie ona mogła okazać się przydatna.
— Ja nie mam wspomnienia miejsca, na które zabezpieczenie mogłoby wpłynąć.
— Właśnie.
Przesunęła kciukiem po rękojeści różdżki.
— Czy wiadomo, jakie inne zabezpieczenia znajdują się w domu?
— Masz je rozpoznać — odparł Voldemort.
Nie zabrzmiało to jak odmowa udzielenia pomocy, lecz jak określenie właściwego celu próby. Trixie nie miała wykonać prostego polecenia według cudzych wskazówek. Musiała wykazać, że potrafi samodzielnie odróżnić właściwy ślad od pułapek.
— Jakie informacje może mi przekazać Rookwood? — zapytała.
— Wie wystarczająco dużo, by zaprowadzić cię na miejsce i zareagować, gdyby pojawiło się zagrożenie. Nie może wskazać schowka ani pomóc ci w odnalezieniu przedmiotu.
Trixie skinęła głową.
— Mam przynieść szkatułę tutaj?
— Nieotwartą.
— Co się stanie, jeżeli zabezpieczenie wymaga jej otwarcia?
— Nie wymaga.
— Po czym rozpoznam właściwą szkatułę?
Voldemort dotknął metalowego pudełka leżącego na stole. Wieko otworzyło się, a z jego wnętrza wydobyło się chłodne, regularne drżenie magii.
— Zapamiętaj strukturę.
Trixie skierowała różdżkę ku szkatułce i użyła wąskiej fali własnej odmiany Specialis Revelio.
Odpowiedź przypominała kilka warstw metalu ułożonych jedna wewnątrz drugiej. Pomiędzy nimi znajdował się regularny, precyzyjnie zamknięty ślad zaklęcia, który nie łączył się wyraźnie z powierzchnią pudełka.
Nie wiedziała, co robił.
Mogła jedynie zapamiętać sposób, w jaki odpowiadał na jej magię.
— Druga szkatuła będzie miała zbliżoną konstrukcję — powiedział Voldemort. — Nie identyczną.
Wieko zamknęło się.
Trixie pomyślała o ograniczeniach dotyczących używania magii poza szkołą.
— Ministerstwo wykryje moje zaklęcia.
— Nie podczas tego zadania — odpowiedział Voldemort.
Uniósł różdżkę i dotknął nią na moment rękojeści różdżki Trixie. Po drewnie rozeszło się chłodne drżenie, a następnie zniknęło.
— Do chwili powrotu ślad twojej magii będzie osłonięty. Ministerstwo nie otrzyma ostrzeżenia.
Trixie przesunęła palcem po rękojeści, lecz nie wyczuła żadnej zmiany.
— Rozumiem.
— Po powrocie opowiesz mi dokładnie, co znalazłaś i w jaki sposób. Nikomu innemu.
Trixie uniosła głowę.
— Rodzicom również nie?
— Szczególnie Bellatrix.
Rookwood pozostał nieruchomy.
Trixie wiedziała, że to także stanowiło część próby.
Voldemort nie musiał tłumaczyć, że matka będzie naciskała. Wystarczyło zabronić córce mówić, a resztę miała zrobić sama natura Bellatrix.
— Rozumiem.
— Powtórz.
— Odnajdę szkatułę i przyniosę ją nieotwartą. Szczegóły zadania, napotkanych zabezpieczeń oraz sposobu odnalezienia przekażę wyłącznie tobie.
— Nawet jeżeli Bellatrix zażąda odpowiedzi?
— Tak.
Voldemort podszedł bliżej.
— Twoja matka poświęciła mi więcej niż ktokolwiek. Jej oddanie jest użyteczne, lecz bywa również hałaśliwe. Nie chcę, żeby twoje decyzje potrzebowały jej zgody.
— Nie potrzebują.
— Dzisiaj to sprawdzimy.
Rookwood aktywował świstoklik w bocznym pomieszczeniu Malfoy Manor.
Tym razem przedmiot nie wyrzucił ich na otwartą przestrzeń. Trixie poczuła pod butami drewnianą podłogę, chłodne powietrze oraz zapach kurzu, wilgoci i starego materiału.
Wyjęła z torby laskę i rozłożyła ją.
Dom nie był całkowicie odcięty od świata.
Z ulicy dochodził odległy szum mugolskich pojazdów. Przez ścianę po lewej słychać było przyciszony telewizor, rozmowę dorosłych i dziecięcy śmiech. Budynek Rookwooda musiał stanowić część szeregu połączonych kamienic.
— Jesteśmy w salonie — powiedział Rookwood. — Dom ma trzy kondygnacje i piwnicę.
— Kiedy byłeś tutaj ostatnio?
— Przed aresztowaniem.
— Kto wchodził później?
— Ministerstwo przeszukało pomieszczenia, ale nie znalazło schowka. Później budynek przejęli mugolscy zarządcy. Nie widzą części chronionych magią.
Trixie wyjęła różdżkę.
— Nie mów niczego więcej.
Rookwood parsknął cicho.
— Czarny Pan zabronił mi pomagać.
— Nie chcę również przypadkowych podpowiedzi.
— Jak sobie życzysz.
Odsunął się pod ścianę.
Trixie najpierw zbadała otoczenie bez używania magii. Powoli przesunęła laskę po podłodze, odnajdując krawędź dywanu, nogę niewielkiego stolika i wolne przejście prowadzące ku drzwiom.
Pomieszczenie było niemal puste. Ciężka tkanina przy oknie tłumiła odgłosy ulicy, a słaby ruch powietrza wskazywał, że większość okien pozostawała zamknięta.
Dopiero wtedy użyła własnego zaklęcia.
Pierwsza fala odpowiedzi wróciła gwałtownie.
Ściany nosiły dziesiątki nakładających się śladów: stare bariery, zaklęcia ukrywające oraz magię pozostawioną przez ludzi przeszukujących dom. Trixie nie potrafiła ustalić, które należały do Ministerstwa, dopóki nie porównała ich z innymi strukturami.
Nie próbowała przyjmować wszystkiego jednocześnie.
Odrzuciła najświeższe i najbardziej rozproszone odpowiedzi. Skupiła się na strukturze zbliżonej do szkatuły pokazanej przez Voldemorta.
Nic.
Przeszła do korytarza.
Rookwood szedł kilka kroków za nią, a Trixie badała drogę laską. Pozwalała jej końcówce wyznaczać szerokość przejścia, odnajdywać pierwsze stopnie schodów oraz ostrzegać przed pozostawionymi na podłodze przedmiotami. Dopiero po zatrzymaniu się w kolejnych pokojach sięgała po różdżkę.
Na parterze znajdowało się sześć pomieszczeń.
W dwóch rozpoznała stare zaklęcia ochronne. W trzecim odnalazła ukrytą wnękę, która po dokładniejszym zbadaniu okazała się pusta. Czwarty pokój niemal natychmiast odpowiedział echem podobnym do czarnego metalu.
Trixie zatrzymała się przy wejściu.
— Znalazłaś? — zapytał Rookwood.
— Być może.
Nie podeszła od razu.
Sygnał był zbyt wyraźny. Zabezpieczenie nie próbowało się ukryć. Przeciwnie, niemal przyciągało uwagę, jakby chciało zostać znalezione przez pierwszego czarodzieja szukającego schowka.
Trixie użyła słabszej, bardziej skupionej fali.
— To może być fałszywy ślad.
— Skąd wiesz?
— Nie wiem. Jest jednak zbyt podobny do wzoru pokazanego przez Czarnego Pana. Ktoś odtworzył najbardziej charakterystyczne warstwy, ale nie potrafię jeszcze ustalić, co znajduje się pod nimi.
— Może przedmiot rzeczywiście jest podobny.
— Może.
Nie zamieniała przypuszczenia w pewność tylko po to, żeby zrobić wrażenie.
Przesunęła różdżkę ku ścianie.
Pod powierzchnią znajdowała się niewielka metalowa kaseta. Warstwa naśladująca poszukiwaną szkatułę osłaniała inną, bardziej napiętą konstrukcję.
Trixie nie wiedziała, jaki czar zostanie uwolniony. Wiedziała jedynie, że magia skupiała się wewnątrz kasety i była skierowana na zewnątrz.
— To pułapka albo przedmiot zawierający aktywne zaklęcie — stwierdziła. — Nie otwieramy.
Rookwood milczał przez chwilę.
— Wiedziałeś o niej? — zapytała.
— Pamiętam, że przygotowałem fałszywe schowki. Nie pamiętam ich położenia.
Trixie wycofała się z pomieszczenia.
— Można ją rozbroić — zauważył Rookwood.
— Nie po to tu przyszliśmy.
— Czarny Pan kazał znaleźć szkatułę. Nie zabronił sprawdzać pozostałych.
— Fałszywy schowek nie przybliża nas do wykonania zadania.
Rookwood nie odpowiedział, ale od tej chwili obserwował ją uważniej.
Na piętrze znaleźli dwa kolejne wabiki.
Jeden ukryto pod podłogą, drugi za kominkiem. Oba zawierały imitację najbardziej charakterystycznych warstw poszukiwanej szkatuły i dodatkową, aktywną magię, której działania Trixie nie próbowała sprawdzać.
Prawdziwy przedmiot nie odpowiadał.
Po niemal godzinie pojawiły się pierwsze oznaki przeciążenia. Wspomnienia wcześniejszych sygnałów nie wygasały dostatecznie szybko i zaczynały nakładać się na nowe odpowiedzi. Fałszywe szkatuły były do siebie tak podobne, że Trixie miała wrażenie, jakby ich echo podążało za nią przez kolejne pomieszczenia.
Usiadła na stopniu prowadzącym na najwyższą kondygnację.
— Potrzebujesz przerwy? — zapytał Rookwood.
— Ciszy.
— Nic nie mówię.
— Oddychasz.
— Postaram się przestać.
Trixie zignorowała ironię.
Skupiła się na zwyczajnych dźwiękach. Na samochodzie przejeżdżającym przed domem, rurach w ścianach i krokach sąsiadów. Pozwoliła, żeby ślady magii przestały być najważniejszą częścią przestrzeni.
Voldemort nauczył ją, że przeciążenia nie usuwało się siłą.
Trzeba było wybrać, czego w danej chwili nie słuchać.
Po kilku minutach wstała.
— Sprawdzimy piwnicę.
Rookwood ruszył za nią.
Schody prowadzące w dół były wąskie i nierówne. Trixie badała laską krawędź każdego stopnia, zanim przenosiła na niego ciężar ciała. Rookwood szedł pół kroku za nią, lecz nie próbował chwytać jej ramienia ani przyspieszać zejścia.
W piwnicy powietrze było zimniejsze i cięższe od wilgoci.
Pierwsza fala zaklęcia nie przyniosła wyniku.
Druga również.
Rookwood poruszył się niespokojnie.
— Przeszukałem piwnicę przed aresztowaniem — odezwał się. — Niczego tutaj nie znalazłem.
Trixie przesunęła laską po nierównej posadzce.
— Nie pamiętasz miejsca, w którym powstał schowek.
— Pamiętam jednak całe pomieszczenie. Zaklęcie nie usunęło mi wiedzy o istnieniu piwnicy.
— Mogło sprawić, że przestałeś uznawać ją za miejsce warte dokładnego sprawdzenia — zauważyła Trixie.
Rookwood zamilkł. Nie zgadzał się z nią, ale również nie potrafił udowodnić, że zabezpieczenie nie wpłynęło właśnie na ten fragment jego wspomnień.
Trixie przykucnęła i położyła dłoń na kamiennej podłodze.
Magia była stara, rozproszona i wrośnięta w fundamenty. Nie przypominała szkatuły.
Właśnie dlatego mogła stanowić część właściwego zabezpieczenia.
Fałszywe skrytki naśladowały przedmiot. Prawdziwa musiała odwracać uwagę od wszystkiego, co mogłoby kojarzyć się z zamkniętą metalową konstrukcją.
Trixie wysłała bardzo wąską falę ku podłodze.
Odpowiedź przypominała zaklęcia związane z kamieniem. Głębiej znajdowała się jednak regularniejsza warstwa, zamknięta i wyraźnie odmienna od naturalnej struktury fundamentów.
— Coś znajduje się pod nami — powiedziała. — Nie wiem jeszcze, czy to szkatuła.
Rookwood zrobił krok.
— Gdzie?
Trixie przesuwała różdżkę powoli, badając kolejne fragmenty posadzki. Sygnał prowadził ku ścianie oddzielającej piwnicę od sąsiedniego budynku.
Pod cienką warstwą zaprawy znajdowała się pusta przestrzeń.
— Tutaj.
Rookwood uniósł różdżkę.
— Mogę otworzyć.
— Poczekaj.
Trixie nasłuchiwała.
Po drugiej stronie ściany rozmawiało dwoje dorosłych. Dziecko biegało po pomieszczeniu, uderzając zabawką o podłogę.
— Sąsiedni dom jest zamieszkany — powiedziała.
— Ściana wytrzyma proste zaklęcie kruszące.
— Nie wiemy, jak zabezpieczenie zareaguje.
— Możemy przebić się szybko.
— Nie.
Rookwood odwrócił się w jej stronę.
— Nie wydajesz mi rozkazów.
Trixie wyprostowała się.
— Czarny Pan polecił ci doprowadzić mnie na miejsce i reagować w przypadku zagrożenia. Nie polecił zmieniać sposobu wykonania zadania bez potrzeby.
— Mugole nie mają znaczenia.
— W takim razie nie ma powodu zwracać ich uwagi, niszczyć sąsiedniej kamienicy i ryzykować interwencji Ministerstwa.
Rookwood milczał.
Trixie ponownie zbadała zabezpieczenie.
Pod warstwą naśladującą strukturę kamienia znajdowała się druga konstrukcja. Nie przypominała prostej klątwy. Reagowała na wzrost nacisku i gwałtowne zakłócenie magiczne.
— Zaklęcie odpowiada na użycie siły — powiedziała.
— Co zrobi?
— Nie wiem. Może zniszczyć zawartość, przenieść ją albo zamknąć schowek w inny sposób. Wiem tylko, że mocny czar uruchomi reakcję.
— Jak zamierzasz go otworzyć?
Trixie przesunęła palcami po różdżce.
Zabezpieczenie miało odwracać uwagę. Nie musiało zatrzymywać człowieka, który mimo jego działania odnalazł właściwe miejsce.
Skierowała różdżkę ku najcieńszej warstwie magii i wysłała impuls podobny do tego, którym zwykle badała przedmioty. Nie próbowała rozrywać konstrukcji ani wymuszać otwarcia. Dostosowała własną falę do regularnego rytmu zabezpieczenia, pozwalając, by przez krótką chwilę odpowiedziało jej jak części samego siebie.
Przez moment nic się nie wydarzyło.
Potem jeden z kamieni wysunął się bezgłośnie.
Rookwood gwałtownie wciągnął powietrze.
Za kamieniem znajdowała się wąska przestrzeń. Trixie wyczuła metalowy przedmiot, ale nie wyciągnęła dłoni.
— Sprawdź, czy schowek zawiera aktywną klątwę — powiedziała.
— To twoje zadanie.
— Moim zadaniem jest odnalezienie właściwej szkatuły. Jeżeli posiadasz zaklęcie diagnostyczne, którego ja nie znam, nierozsądne byłoby z niego nie skorzystać.
Rookwood podszedł bliżej.
Przez kilka sekund badał wnękę własną różdżką.
— Nie wykrywam aktywnej klątwy.
— To nie znaczy, że jej nie ma.
— Nie.
Trixie wyciągnęła dłoń.
Metal był zimny i gładki. Szkatuła mieściła się w obu dłoniach. Pod powierzchnią pulsowała uporządkowana magia podobna do tej, którą Voldemort pokazał jej w Malfoy Manor.
Znajdowała się tam również druga, głębsza warstwa.
Nie mogła jej rozpoznać bez dokładniejszego badania.
Przez moment ciekawość stała się niemal fizyczna. W pudełku znajdowały się tajemnice Ministerstwa, prawdopodobnie związane z Departamentem Tajemnic. Wystarczyłoby skierować zaklęcie głębiej i sprawdzić, czy wewnętrzna struktura odpowie.
Voldemort zabronił jej otwierać szkatułę.
Nie powiedział wprost, że nie wolno jej badać zawartości przez zamknięte wieko.
Właśnie dlatego pokusa była częścią próby.
— Coś wyczuwasz? — zapytał Rookwood.
— Tak.
— Co?
Trixie wsunęła szkatułę do torby.
— Właściwy przedmiot.
— Tylko to?
— Tylko tyle musisz wiedzieć.
Rookwood zaśmiał się krótko.
— Bellatrix będzie zachwycona.
— Dlaczego?
— Zaczynasz mówić jak ktoś, kto nie uważa jej za centrum każdej tajemnicy.
Trixie zwróciła się ku niemu.
— Nie mów o niej w ten sposób.
— Nadal jej bronisz.
— To moja matka.
— A mimo to nie zamierzasz powiedzieć jej, co znalazłaś.
— Czarny Pan wydał mi rozkaz.
— Zobaczymy, czy powtórzysz to równie spokojnie, kiedy zacznie pytać.
Voldemort czekał w tym samym salonie.
Bellatrix i Rudolf nie znajdowali się w pomieszczeniu. Z korytarza dochodziły jednak szybkie kroki matki, która najwyraźniej nie potrafiła usiedzieć w miejscu, oraz sporadyczny szelest przewracanej przez Rudolfa strony.
Trixie sama wyjęła szkatułę z torby i ustawiła ją przed Voldemortem.
— Znalazłam ją.
— Otwierałaś?
— Nie.
— Próbowałaś sprawdzić zawartość?
Trixie nie skłamała.
— Wyczułam dodatkową warstwę pod powierzchnią. Nie badałam jej głębiej.
— Dlaczego?
— Zabroniłeś mi otwierać szkatułę.
— Impuls nie jest tym samym co otwarcie.
— Mógłby uruchomić zabezpieczenie albo pozwolić mi poznać coś, czego nie poleciłeś poznawać.
Voldemort położył długie palce na wieku.
— Nie otworzyła jej, mój Panie. Nie pozwoliła również rozbić ściany, ponieważ zabezpieczenie reagowało na silną magię.
— Znalazła tę warstwę?
— Tak.
— Ile fałszywych skrytek?
— Trzy — odpowiedział Rookwood.
— Cztery — poprawiła Trixie. — Jedna nie zawierała imitacji szkatuły, tylko pustą wnękę otoczoną podobnym zaklęciem.
Rookwood zwrócił się w jej stronę.
— Nie wspomniałaś o czwartej.
— Nie potrzebowałeś tej informacji do wykonania własnego zadania.
Voldemort uniósł wieko szkatuły.
W środku leżało kilka zwiniętych pergaminów, niewielki kryształ pamięci oraz metalowy krążek pokryty symbolami Departamentu Tajemnic. Trixie nie próbowała badać żadnego z nich.
— Dlaczego nie pozwoliłaś Rookwoodowi rozbić ściany? — zapytał Voldemort.
— Zabezpieczenie reagowało na użycie siły. Mogło zniszczyć albo przenieść przedmiot.
— To jedyny powód?
Trixie milczała przez chwilę.
— Sąsiedni dom był zamieszkany. Zniszczenie ściany mogło zwrócić uwagę mugoli i Ministerstwa.
— Obawiałaś się, że zginą?
Rookwood stał nieruchomo.
Trixie wiedziała, że Voldemort nie pytał wyłącznie o przebieg zadania.
— Ich śmierć nie była potrzebna — odpowiedziała. — Nie służyłaby odzyskaniu szkatuły. Zwiększyłaby jedynie ryzyko.
— A gdyby była konieczna?
Nie odpowiedziała natychmiast.
Nie zamierzała składać obietnicy dotyczącej sytuacji, której nie znała.
— Gdyby zadanie wymagało usunięcia ludzi z budynku, powinno to stanowić część rozkazu — powiedziała. — Rookwood nie miał prawa samodzielnie zwiększać ceny wykonania misji tylko dlatego, że nie chciał szukać innego sposobu.
Rookwood drgnął.
Voldemort nie poruszył się.
— Nadal oceniasz sposób wykonywania moich poleceń.
— Oceniam działania człowieka, którego poleciłeś mi wykorzystać jako pomoc. Rozkaz brzmiał: odnaleźć szkatułę i przynieść ją nieotwartą. To właśnie zrobiłam.
Przez chwilę słyszała tylko własny oddech.
— Nie zabiłaś mugoli, a mimo to wykonałaś zadanie — powiedział Voldemort.
— Tak.
— Zachowałaś przedmiot zamknięty.
— Tak.
— Nie przekazałaś również Rookwoodowi wszystkiego, co zauważyłaś.
— Poleciłeś mi opowiedzieć o szczegółach wyłącznie tobie.
Voldemort zamknął szkatułę.
— Dobrze.
Jedno słowo przyniosło jej więcej ulgi, niż chciała przyznać.
— Szczegóły zadania pozostaną pomiędzy nami — mówił dalej. — Nie powiesz Bellatrix, gdzie byłaś, czego szukałaś ani co znajdowało się w pudełku.
— Tak, mój Panie.
— Jeżeli będzie naciskała?
— Odmówię.
— Jeżeli uzna, że jako matka ma prawo wiedzieć?
Trixie wyprostowała się.
— Powiem jej, że nie jest to jej tajemnica.
Voldemort otworzył drzwi.
Bellatrix niemal wpadła do salonu.
Najwyraźniej stała bliżej wejścia, niż zamierzała przyznać. Rudolf podniósł się z fotela przy ścianie. Narcyza czekała dalej, w głębi korytarza.
Matka natychmiast podeszła do córki.
— Gdzie byłaś?
Trixie nie odpowiedziała.
— Co robiłaś? Dlaczego nie było was tak długo? Rookwood zabrał cię poza posiadłość? Wiedziałam, że nie powinnam pozwolić…
— Bello — odezwał się Rudolf.
— Nie przeszkadzaj. Chcę wiedzieć, czy coś jej się stało.
— Nic mi nie jest — powiedziała Trixie.
Bellatrix ujęła jej twarz w dłonie. Kciukami przesunęła po policzkach i skroniach, jakby dotykiem mogła odnaleźć ukryte obrażenia.
— Jesteś zimna.
— Byliśmy w piwnicy.
— Jakiej piwnicy?
Trixie zamilkła.
Bellatrix opuściła ręce.
— Trixie?
— Nie mogę powiedzieć.
Matka znieruchomiała.
— Mnie możesz.
— Nie.
— Jestem twoją matką.
— Wiem.
— W takim razie powiedz mi, dokąd zabrał cię Rookwood.
Trixie słyszała Voldemorta nadal stojącego w salonie. Nie wtrącał się. Pozwalał, żeby próba trwała.
— Czarny Pan zabronił mi mówić.
Słowa zatrzymały Bellatrix skuteczniej niż zaklęcie.
Przez kilka sekund nikt się nie poruszył.
Rudolf zaczerpnął cicho powietrza. Narcyza zrobiła krok w ich stronę.
— Zabronił ci mówić mnie? — zapytała Bellatrix.
— Zabronił przekazywać szczegóły komukolwiek.
— Nie jestem kimkolwiek.
— W tej sprawie jesteś osobą, której nie mogę niczego powiedzieć.
Bellatrix cofnęła się o pół kroku.
— Zawsze opowiadałaś mi o swoich lekcjach.
— Nie o wszystkich szczegółach.
— Ale mówiłaś wystarczająco.
— Tym razem otrzymałam bezpośredni zakaz.
— I posłuchasz go przede mną.
Nie było to pytanie.
Trixie uniosła głowę.
— Tak.
Rudolf nie interweniował.
Narcyza również milczała, choć jej oddech stał się płytszy.
W milczeniu Bellatrix zderzały się dwa uczucia.
Duma i ból.
To ona nauczyła córkę, że rozkaz Voldemorta jest ważniejszy niż wygoda, rodzina i osobiste pragnienia. Opowiadała o lojalności jako najwyższej wartości, a teraz Trixie urzeczywistniała wszystko, czego od niej oczekiwano.
Jednocześnie oznaczało to, że Bellatrix nie będzie już znała każdej myśli, tajemnicy ani misji córki.
Pomogła stworzyć więź, do której sama nie otrzymała pełnego dostępu.
— Dobrze — powiedziała w końcu Bellatrix. — Czarny Pan wydał ci polecenie. Nie będę żądała, żebyś je złamała.
Napięcie w ramionach Trixie nieco osłabło. Spodziewała się kolejnych pytań, próśb albo próby odnalezienia luki w otrzymanym zakazie. Ustąpienie matki przyniosło jej ulgę, nawet jeśli słyszała, ile wysiłku kosztowało Bellatrix wypowiedzenie tych słów.
— Mogę jednak zapytać, czy odniosłaś sukces — dodała matka.
Trixie zwróciła twarz w stronę Voldemorta.
To on odpowiedział:
— Wykonała zadanie.
Bellatrix wypuściła oddech.
— Wiedziałam.
— Nie wiedziałaś — poprawił ją Voldemort. — Miałaś nadzieję.
Bellatrix skłoniła głowę.
— Oczywiście, mój Panie.
— Twoja córka nie potrzebowała twojej obecności ani wskazówek. Nie podzieliła się również informacjami, które kazałem jej zachować.
— Jestem z niej dumna.
— Powinnaś być.
Bellatrix odwróciła się do Trixie.
— Jestem — powtórzyła, tym razem wyłącznie do niej.
Wyciągnęła dłoń.
Trixie pozwoliła jej ująć swoje palce.
Matka trzymała ją mocniej niż zwykle, jakby próbowała odnaleźć w dotyku potwierdzenie, że córka nadal była z nią związana, choć część jej życia zaczęła rozwijać się poza zasięgiem Bellatrix.
— Nie będę więcej pytać — powiedziała.
Rudolf uniósł brwi.
— Dzisiaj — dodała Bellatrix.
Trixie uśmiechnęła się lekko.
— To już coś.
Voldemort podszedł bliżej.
Bellatrix natychmiast puściła dłoń córki i odsunęła się, robiąc mu miejsce.
— Trixie — powiedział.
Dziewczyna zwróciła się ku niemu.
— Mój Panie.
— Zachowałaś tajemnicę, wykonałaś zadanie i nie pozwoliłaś, żeby przywiązanie do matki przesłoniło ci rozkaz.
Trixie słuchała bez ruchu.
— Nadal stawiasz granice, których Bellatrix nigdy nie stawiała — ciągnął. — Być może z czasem odkryjesz, że są mniej trwałe, niż sądzisz.
Narcyza poruszyła się niespokojnie.
Bellatrix nie zareagowała. Całą uwagę skupiła na Voldemorcie i córce.
— Nie wymagam, żebyś była kopią matki — powiedział. — Kopia rzadko przewyższa oryginał. Bardziej użyteczne bywa narzędzie stworzone do innej funkcji.
Trixie nie wiedziała, czy powinna uznać określenie siebie mianem narzędzia za zniewagę.
W jego ustach słowo brzmiało inaczej.
Jak miejsce.
Cel.
Obietnica, że zostanie wykorzystana do zadania, którego nie potrafiłby wykonać ktoś pozbawiony jej sposobu odbierania magii.
— Wkrótce otrzymasz znak — oznajmił Voldemort — dzięki któremu nie będziesz już jedynie córką mojej najwierniejszej służebnicy.
Bellatrix wydała z siebie zduszony dźwięk.
Nie był to protest.
Zachwyt, którego nie zdołała opanować, wyrwał się z niej szybciej niż słowa. Palce matki natychmiast odnalazły przedramię Trixie, dokładnie w miejscu, w którym pod skórą miał pojawić się Mroczny Znak.
— Mój Panie — wyszeptała — czy naprawdę…
Voldemort spojrzał na nią.
Bellatrix zamilkła, ale nie potrafiła ukryć drżenia dłoni.
Trixie znieruchomiała.
Wiedziała, czym był Mroczny Znak. Poznała go dotykiem na przedramieniu matki i słuchała, jak Bellatrix opowiadała o pieczeniu pojawiającym się na skórze, gdy Czarny Pan wzywał swoich poddanych.
Znak nie był ozdobą.
Nie oznaczał jedynie przynależności.
Był wezwaniem, rozkazem i śladem, którego nie można było zdjąć razem z ubraniem ani ukryć przed człowiekiem, który go stworzył.
A jednak pierwszym uczuciem Trixie nie był lęk.
Była nim radość.
Voldemort jej nie odrzucił. Nie uznał, że pomylił się, poświęcając jej czas. Nie stwierdził, że niepełnosprawność wzroku czyni ją zbyt słabą, niewygodną albo bezużyteczną. Wiedział, że nie zawsze zdąży zareagować na zaklęcie. Widział jej pomyłki, przeciążenie i granice magii echa. Poznał wszystkie niedoskonałości, które Trixie najchętniej ukryłaby przed człowiekiem, na którego uznaniu zależało jej najbardziej.
Mimo to nadal ją chciał.
Nie z litości.
Nie wyłącznie ze względu na Bellatrix.
Zamierzał pozostawić na jej skórze ten sam znak, który nosili dorośli czarodzieje wybrani do bezpośredniej służby. Myśl o tym sprawiła, że Trixie poczuła się wyróżniona w sposób, jakiego nie zapewniła jej żadna szkolna ocena ani pochwała rodziny.
— Kiedy? — zapytała.
W jej głosie zabrzmiało napięcie, którego nie potrafiła już ukryć.
Bellatrix ścisnęła jej ramię. Palce matki drżały z zachwytu niemal tak silnego jak ten, który ogarnął Trixie.
Voldemort odpowiedział spokojnie:
— Kiedy uznam, że jesteś gotowa zapłacić za niego czymś więcej niż samym pragnieniem.
Trixie dotknęła wewnętrznej strony lewego przedramienia.
Radość nie zniknęła, lecz pod nią pojawiła się niepewność. Nie wiedziała jeszcze, czego Voldemort zażąda ani co dokładnie miała oznaczać zapowiedziana cena.
Nie miało to jednak znaczenia równie wielkiego jak jedno zdanie, które wciąż powracało w jej myślach.
Nie odrzucił jej.
Dumbledore nawet nie pozwolił jej przekroczyć progu Hogwartu. Voldemort poznał jej ograniczenia, a mimo to zamierzał przyjąć ją do swoich szeregów.
Trixie nie dostrzegała jeszcze, że właśnie w tym miejscu uznanie stawało się narzędziem kontroli.
Czuła jedynie, że po raz pierwszy ktoś tak potężny nie pytał, jak wiele trzeba dla niej zmienić.
Pytał, do czego może ją przygotować.
Następna próba nie miała polegać na odnalezieniu ukrytego przedmiotu.
Tym razem to ona miała stać się miejscem, w którym Voldemort pozostawi własną magię.

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *