Rozdział 15 – znak.

ROZDZIAŁ XV
Znak
Wezwanie przyszło pod koniec maja.
Trixie obudziło ciche stukanie w szybę. Przez chwilę leżała nieruchomo, próbując ustalić, czy dźwięk nie był częścią snu, lecz po kilku sekundach powtórzył się z większą niecierpliwością. Wstała, narzuciła szlafrok i podeszła do okna, odnajdując dłonią klamkę. Gdy je otworzyła, do dormitorium wleciała sowa. Ptak zatrzepotał skrzydłami, usiadł na oparciu krzesła i wyciągnął nogę, do której przywiązano wąski pasek czarnego pergaminu.
Trixie odwiązała wiadomość i wypuściła sowę. Nie rozpoznała jej jako jednego z ptaków należących do Malfoyów, ale czarna pieczęć wystarczyła, by domyśliła się, kto naprawdę ją przysłał.
Usiadła na łóżku i przesunęła różdżką nad pergaminem. Użyła prostego zaklęcia, dzięki któremu zwykłe pismo mogło na krótko przyjąć postać wypukłych punktów. Po chwili pod palcami odczytała jedno zdanie:
Przyjedziesz w sobotę. Tym razem nie wrócisz taka sama.
Nie było podpisu. Nie był potrzebny.
Trixie ponownie przesunęła palcami po punktach. Voldemort dotrzymał zapowiedzi. Zamierzał dać jej Mroczny Znak.
Radość pojawiła się pierwsza, gwałtowna i niemal zawstydzająca. Dopiero po niej przyszły napięcie, niepewność i lęk przed czymś, czego nie można będzie cofnąć. Trixie nie obawiała się wyłącznie bólu, choć wiedziała, że wypalanie Znaku będzie bolesne. Bellatrix opisywała je jako ogień wprowadzany pod skórę, a późniejsze wezwania jako pieczenie, którego nie dało się pomylić z niczym innym.
Najbardziej przerażała ją trwałość.
Dotychczas mogła wrócić do Durmstrangu, zamknąć drzwi dormitorium i przez kilka dni ponownie być przede wszystkim uczennicą. Spotkania z Voldemortem pozostawały tajemnicą ukrytą pomiędzy kolejnymi wyjazdami, a każde zadanie miało swój początek i koniec. Znak miał natomiast wrócić z nią do szkoły. Pozostanie pod rękawem podczas zajęć, w bibliotece, przy śniadaniu i w pokoju dzielonym z innymi dziewczętami. Mógł zapłonąć w dowolnej chwili, przypominając, że od tej pory Voldemort nie będzie potrzebował listu ani pośrednictwa Lucjusza, aby ją przywołać.
Mimo to nadal go pragnęła.
Nie wyłącznie dlatego, że Bellatrix również go nosiła. Przez całe życie nazwisko Lestrange oznaczało dla Trixie dziedzictwo, którego nie mogła w pełni dotknąć. Rodzice pozostawali nieobecni, historia ich służby należała do przeszłości, a ona była jedynie córką ludzi zamkniętych w Azkabanie. Znak miał sprawić, że wejdzie do ich świata jako Trixie, a nie tylko jako córka Bellatrix i Rudolfa.
Przynajmniej tak próbowała o tym myśleć. Nie dostrzegała jeszcze, że warunki wejścia ustalił człowiek, który potrafił nazywać wykorzystanie zaszczytem, a zależność wyborem.
Złożyła pergamin i schowała go na dnie kufra. Aż do świtu nie zasnęła ponownie.
Karkarow podpisał zgodę na wyjazd bez słowa. Nie zaprosił Trixie do gabinetu, nie pytał o spotkanie rodzinne ani o termin powrotu. Profesor Steiner przyniósł jej dokument w piątek po zajęciach, położył go na stole i odszedł szybciej niż zwykle.
Dyrektor przestał udawać, że nadal kontrolował sytuację. Wiedział, że każde wezwanie z Anglii miało źródło znacznie potężniejsze niż Lucjusz Malfoy. Musiał również zdawać sobie sprawę, że Trixie coraz głębiej wchodziła w świat, przed którym on sam próbował się ukryć.
Anja pomagała jej składać ubrania, lecz już po kilku minutach zauważyła, że przyjaciółka niemal się nie odzywa.
— Jesteś dzisiaj wyjątkowo cicha — powiedziała, wkładając do torby koszulę.
Trixie odnalazła zapięcie i przesunęła po nim palcem.
— Mam o czym myśleć.
— O rodzicach?
— Między innymi.
Anja zapytała, czy zamierza zostać w Anglii dłużej. Gdy Trixie odpowiedziała, że nie wie, przyjaciółka natychmiast przypomniała o poniedziałkowym egzaminie z zaklęć. Zapewnienie, że wróci, padło zbyt szybko, by zabrzmieć wiarygodnie.
— Jesteś pewna? — zapytała Anja.
Trixie opuściła dłonie na kolana. Chciała powiedzieć, że zamierza wrócić, lecz sama wola nie dawała jej pewności, że będzie to możliwe.
— Chcę wrócić — przyznała.
Anja przysiadła obok niej.
— To nie jest to samo.
Przez moment Trixie rozważała powiedzenie jej części prawdy. Nie musiała wspominać o Voldemorcie ani o Mrocznym Znaku. Mogła jedynie przyznać, że czeka ją coś trwałego, czego równocześnie pragnęła i się obawiała. Wiedziała jednak, że każde wyjaśnienie pociągnęłoby za sobą następne pytania, które prędzej czy później mogłyby doprowadzić zbyt blisko do prawdy.
— Nic się nie dzieje, o czym mogłabym ci opowiedzieć — powiedziała w końcu.
Anja wypuściła powietrze z płuc. Nie odpowiedziała od razu, a jej milczenie okazało się bardziej dotkliwe niż pretensje.
— Coraz częściej to słyszę — odezwała się po chwili. — Wcześniej miałaś tajemnice. Teraz mam wrażenie, że całe twoje życie dzieje się w miejscu, do którego nie mogę wejść.
Trixie zacisnęła palce na brzegu torby.
— Nie chcę cię od siebie odsuwać.
— Ale to robisz.
W głosie Anji nie było oskarżenia. Brzmiała na zranioną i bezradną, jakby od dłuższego czasu obserwowała, że przyjaciółka stopniowo znika za kolejnymi przemilczeniami.
Trixie nie umiała jej pocieszyć bez zdradzania czegoś, czego nie wolno było zdradzić.
— Nie potrafię teraz postąpić inaczej — powiedziała.
Anja dotknęła jej ramienia i zapytała, czy przynajmniej tego dnia będzie bezpieczna. Trixie odpowiedziała po chwili, że chyba tak. Na pytanie o następny dzień nie znalazła już odpowiedzi.
— Zapiszę ci poniedziałkowe notatki — obiecała Anja. — I będę czekała.
Trixie zwróciła ku niej twarz.
— Wrócę.
Nie była to pewność. Była to obietnica, której zamierzała dotrzymać.
W Malfoy Manor czekała cisza. Nie zwyczajna cisza pustego holu, lecz napięcie wielu ludzi starających się nie wypowiedzieć tego samego pytania.
Świstoklik przeniósł Trixie łagodniej niż podczas poprzednich podróży. Gdy tylko poczuła pod stopami posadzkę, Bellatrix znalazła się obok. Tym razem nie objęła córki gwałtownie. Najpierw ujęła jej twarz w dłonie i przesunęła kciukami po policzkach, jakby musiała upewnić się, że Trixie naprawdę przyjechała, a dopiero później przyciągnęła ją do siebie.
— Wiedziałaś, po co mnie wezwał? — zapytała Trixie.
Bellatrix znieruchomiała na krótką chwilę.
— Domyślałam się, że nastąpi to niedługo. Nie znałam dnia.
Trixie dotknęła lewego przedramienia.
— Teraz już wiesz.
— Tak.
Zachwyt drżał w głosie Bellatrix tak wyraźnie, że nie mogła go ukryć nawet wtedy, gdyby próbowała.
— Wybrał cię — wyszeptała.
— Jeszcze nie otrzymałam Znaku.
— Samo wezwanie oznacza, że podjął decyzję.
— Rozumiem, co się dzisiaj wydarzy.
Bellatrix zaczerpnęła powietrza, gotowa wytłumaczyć córce znaczenie chwili, lecz Rudolf podszedł bliżej i poprosił, aby najpierw pozwoliła jej spokojnie wejść do domu.
Objął Trixie krótko, ale mocno. Nie mówił o zaszczycie ani o rodzinnej dumie. W jego postawie czuła napięcie, które starał się ukryć przed Bellatrix.
— Chcesz tego? — zapytał cicho.
Żona natychmiast odpowiedziała za córkę, lecz Rudolf przerwał jej spokojnie:
— Nie pytałem ciebie, Bello.
Trixie potrzebowała chwili. Nie chciała, żeby ojciec uznał jej milczenie za wahanie, rozumiała jednak, że jego pytanie dotyczyło czegoś innego niż marzenie o uznaniu. Chciał wiedzieć, czy decyzja naprawdę była jej.
— Tak — powiedziała. — Chcę.
Rudolf przyjął tę odpowiedź powolnym skinieniem głowy. Nie powiedział, że jest dumny, ale również nie próbował jej zatrzymać. Uszanował wybór, choć nie musiał podzielać radości Bellatrix.
Narcyza czekała przy schodach. Jej oddech był zbyt płytki i nierówny, a uścisk ostrożniejszy niż zazwyczaj.
— Muszę z tobą porozmawiać — powiedziała.
Bellatrix natychmiast uznała, że siostra zamierza odwieść Trixie od decyzji. Narcyza odpowiedziała jej równie chłodno, że nie zwracała się do niej. Zanim spór zdążył się rozpocząć, Trixie zapewniła ciotkę, że przyjdzie do niej po ceremonii.
Dopiero wtedy zwróciła uwagę na Dracona. Lucjusz sprowadził go z Hogwartu na weekend, uzyskując zgodę na wyjazd pod pretekstem pilnej sprawy rodzinnej. Chłopak stał przy ojcu i od chwili przybycia Trixie nie odezwał się ani razu.
— Cześć, Draco — powiedziała.
Odpowiedział uprzejmie, lecz jego ton pozostawał chłodny. Kiedy zapytała, czy coś się stało, zaprzeczył zbyt szybko.
Lucjusz oznajmił, że Voldemort przybędzie wieczorem, a do tego czasu nikt nie może opuścić posiadłości. Na jego polecenie przygotowano dawną salę balową, w której mieli zebrać się członkowie rodziny oraz wybrani świadkowie: Rookwood i Dołohow.
— Chce, żeby zobaczyli — stwierdziła Bellatrix z satysfakcją. — Żeby zrozumieli, że moja córka nie otrzymuje Znaku ze względu na mnie. Zasłużyła na niego sama.
Draco nie zdołał ukryć rozdrażnienia.
— Ma piętnaście lat.
W holu zapadła cisza. Bellatrix zapytała, jakie znaczenie miał jej wiek, lecz chłopak początkowo próbował się wycofać. Dopiero gdy zmusiła go do dokończenia myśli, przyznał, że Trixie była od niego młodsza.
— O kilka miesięcy — zauważyła Bellatrix.
Dla Dracona nie miało to jednak znaczenia. Znak nie był w jego wyobrażeniu raną ani zobowiązaniem, lecz dowodem dorosłości, przydatności i prawa do wejścia do kręgu, do którego należał Lucjusz. Trixie miała otrzymać to wcześniej, a on nie rozumiał, dlaczego wybrano właśnie ją.
Narcyza wypowiedziała imię syna ostrzegawczym tonem, a Lucjusz położył mu dłoń na ramieniu i oznajmił, że nie jest to odpowiednia chwila na podobną rozmowę. Draco zamilkł, lecz zazdrość nie zniknęła.
Dawna sala balowa znajdowała się w najstarszej części posiadłości. Pomieszczenie miało wysoki sufit, kamienną posadzkę i długi rząd okien wychodzących na ogród. Pogłos wracał z dużym opóźnieniem, przez co każde słowo zdawało się powtarzać z oddali.
Tego wieczoru usunięto wszystkie meble. Na środku pozostał jedynie kamienny podest oraz stojące przed nim krzesło. Nie przypominało to uroczystości, lecz sąd.
Trixie weszła razem z rodzicami. Bellatrix trzymała ją za rękę, choć córka znała układ pomieszczenia i nie potrzebowała prowadzenia. Nie wysunęła jednak dłoni z jej uścisku. Tym razem matka potrzebowała tego gestu bardziej niż ona.
Narcyza i Lucjusz stanęli kilka kroków dalej, a Draco pozostał przy nich. Rookwood oraz Dołohow czekali już w sali. Trixie rozpoznała ich po głosach, kiedy przywitali się z Lucjuszem.
Dołohow nie zadał sobie trudu, by ściszyć komentarz:
— Myślałem, że na Znak trzeba zasłużyć czymś więcej niż kilkoma lekcjami i odnalezieniem pudełka.
Bellatrix odwróciła się ku niemu tak gwałtownie, że jej szata zaszeleściła.
— Zasłużyła.
Dołohow odpowiedział krótkim śmiechem, a kiedy nazwał ją hałaśliwą, Bellatrix natychmiast zarzuciła mu, że myli bezczelność z odwagą. Rudolf wypowiedział imię żony ostrzegawczo, zanim rozmowa zmieniła się w otwartą kłótnię.
Rookwood stanął po stronie Trixie.
— Widziałem ją podczas zadania — powiedział spokojnie. — Radziłbym nie mylić młodego wieku z brakiem użyteczności.
Bellatrix ścisnęła dłoń córki z zadowoleniem. Dołohow nie zdążył już odpowiedzieć, ponieważ drzwi się otworzyły.
Wszystkie rozmowy ucichły.
Voldemort wszedł bez pośpiechu. Nie musiał podnosić głosu ani rzucać zaklęcia, żeby zmienić atmosferę w sali. Sama świadomość jego obecności wystarczyła, by każdy ruch stał się ostrożniejszy, a oddechy ludzi nienaturalnie ciche.
Lucjusz uklęknął pierwszy. Za nim zrobili to Rookwood, Dołohow, Bellatrix i Rudolf. Narcyza oraz Draco także nisko się skłonili.
Trixie uklękła na środku sali.
— Mój Panie.
Voldemort zatrzymał się przed nią i polecił jej wstać. Bellatrix pozostała na kolanach odrobinę dłużej niż pozostali, podnosząc się dopiero wtedy, gdy przeszedł obok niej.
— Zgromadziłem was tutaj, ponieważ niektórzy nadal sądzą, że ta dziewczyna otrzymuje moją uwagę wyłącznie ze względu na matkę — powiedział.
Nikt nie odpowiedział.
— Bellatrix oddała mi więcej niż większość z was. Nie muszę już sprawdzać jej lojalności. Została dowiedziona wielokrotnie, w sposób, którego wielu z was nie zdołałoby znieść.
Bellatrix zaczerpnęła powietrza z zachwytem.
— Jej córka nie zostanie jednak nagrodzona za cudze zasługi. Dochowała tajemnicy, wykonała polecenie bez pomocy rodziców i odnalazła magię ukrytą przed znacznie bardziej doświadczonymi czarodziejami. Zachowała również informacje, których zakazałem jej przekazywać, nawet kiedy Bellatrix zażądała odpowiedzi.
Duma matki stała się niemal wyczuwalna.
— Nie jest kopią Bellatrix — ciągnął Voldemort. — Jej przydatność ma inne źródło i nie została jeszcze przeze mnie określona do końca.
Trixie nie była pewna, czy powinna uznać te słowa za pochwałę. Dla niego prawdopodobnie znaczyły jednak więcej niż jakiekolwiek zapewnienie o sympatii czy dumie.
Voldemort stanął na podeście i kazał jej podejść. Bellatrix wypuściła dłoń córki, a Trixie wykonała kilka kroków, zatrzymując się przed nim.
Nie próbowała rozpoznawać dokładnego położenia wszystkich osób ani badać ich magii. Wiedziała, gdzie stanęli, a w panującej ciszy słyszała pojedyncze ruchy: oddech Narcyzy, szelest szaty Rudolfa i zmianę postawy Dracona.
— Wiesz, czym jest Mroczny Znak? — zapytał Voldemort.
Trixie potwierdziła, a na jego polecenie wyjaśniła, że oznacza przynależność, służy jako wezwanie i tworzy połączenie, którym może posługiwać się jedynie on.
— Nie traktuj go jak ozdoby — powiedział. — Nie zniknie, kiedy przestanie ci odpowiadać. Nie będzie również należał wyłącznie do ciebie. To moja magia pozostawiona w twoim ciele.
Narcyza zaczerpnęła płytko powietrza. Trixie usłyszała ją nawet z drugiego końca sali.
— Rozumiem — odpowiedziała.
— Jeszcze nie. Możesz jedynie zdecydować, czy przyjmujesz konsekwencje, których nie jesteś w stanie przewidzieć.
Voldemort nie pytał, czy się bała, i nie obiecywał, że nic jej nie będzie. Nie próbował przedstawiać Znaku wyłącznie jako wyróżnienia.
Polecił jej wyciągnąć rękę, lecz zanim jej dotknął, zapytał:
— Przyjmujesz mój Znak dobrowolnie?
W sali zapadła całkowita cisza. Trixie wiedziała, że wszyscy czekali na odpowiedź: Bellatrix z dumą, Rudolf z troską, Narcyza ze strachem, Draco z zazdrością, a Voldemort z cierpliwością człowieka niemal pewnego wyniku.
Formalnie mogła odmówić. Nikt nie trzymał jej ramienia, drzwi pozostawały otwarte, a Voldemort nie groził ani jej, ani rodzicom.
Stała jednak w świecie zbudowanym z jego obietnic, uwagi i uznania. To on uwolnił Bellatrix i Rudolfa, pozwolił jej udowodnić własną wartość, a później nauczył rozwijać zdolność, którą inni traktowali jak ciekawostkę lub jedynie rozwiązanie wynikające z niepełnosprawności wzroku. Przez wiele miesięcy prowadził ją dokładnie do tego miejsca.
Jej wybór był prawdziwy, ale nie był wolny od wszystkiego, co zrobił, aby stał się jedyną odpowiedzią, jaką pragnęła wypowiedzieć.
— Tak — powiedziała. — Przyjmuję.
Bellatrix wypuściła powietrze, natomiast Narcyza nie wydała żadnego dźwięku.
Voldemort ujął przedramię Trixie. Jego palce były chłodne. Podciągnął rękaw aż do łokcia, po czym przyłożył czubek różdżki kilka centymetrów poniżej zgięcia łokcia.
— Nie cofniesz ręki — powiedział.
Nie brzmiało to jak pytanie.
— Nie.
— Nie zrobisz tego ze względu na Bellatrix ani po to, by udowodnić coś zgromadzonym. Dlaczego więc przyjmujesz Znak?
Trixie zacisnęła palce.
— Ponieważ sama go wybrałam.
Voldemort przycisnął czubek różdżki mocniej do jej przedramienia.
Przez pierwszą sekundę nic się nie wydarzyło. Potem ogień wszedł pod skórę.
Trixie gwałtownie nabrała powietrza. Nie było to pieczenie podobne do oparzenia ani ból cięcia. Magia rozchodziła się od jednego punktu, wypalając wzór od środka. Cienkie linie przesuwały się wzdłuż przedramienia, rozdzielały, skręcały i ponownie łączyły. Każda pozostawiała za sobą żar, który nie ustępował, kiedy powstawała następna.
Palce prawej dłoni zacisnęły się tak mocno, że paznokcie wbiły się w skórę. Nie krzyknęła. Cofnęła się o pół kroku, lecz Voldemort nadal trzymał jej ramię i nie pozwolił odsunąć go od różdżki.
W pierwszych sekundach ból mieszał się ze wszystkimi pozostałymi bodźcami. Trixie słyszała oddechy ludzi, szelest szaty Bellatrix, niespokojny ruch Narcyzy i cichy oddech Rudolfa. Czuła magię chroniącą posiadłość, obecność zaklęcia Voldemorta oraz puls własnego serca.
Wszystko uderzało jednocześnie.
Kiedy jednak kolejne linie zaczęły wypalać się głębiej, ból stał się ostrzejszy i skupił się w jednym miejscu. Pozostałe bodźce stopniowo traciły znaczenie. Trixie nie musiała wybierać, którego oddechu słuchać ani który ruch może oznaczać zagrożenie. Cała jej uwaga zebrała się wokół przedramienia.
Wypuściła powietrze. Napięcie w jej ramionach nieznacznie osłabło i przestała próbować cofać rękę.
Nie było w tym przyjemności. Nie chciała, aby cierpienie trwało. Silny ból przykrył jednak strach, obecność świadków i pytania, które nosiła w sobie od chwili otrzymania wezwania.
Bolało. W tamtej chwili tylko to miało znaczenie.
Bellatrix wydała z siebie cichy, urwany dźwięk. Rudolf zrobił krok w stronę córki, ale Voldemort zatrzymał go jednym słowem.
Ostatnie linie Znaku wypalały się wolniej. Jedna z nich prześlizgnęła się pod skórą niczym rozgrzany drut, połączyła z pozostałymi i zamknęła wzór gwałtownym impulsem.
Kolana Trixie się ugięły.
Voldemort puścił jej rękę. Dziewczyna zachwiała się, ale nie upadła. Oparła prawą dłoń o kamienny podest i przez kilka sekund oddychała powoli, czekając, aż przestrzeń ponownie wypełni się dźwiękami.
Najpierw usłyszała własne serce, później trzask ognia w kandelabrach, a na końcu ludzi.
Bellatrix płakała.
Nie głośno. Wypuściła pojedynczy drżący oddech, a następnie natychmiast spróbowała się opanować. Trixie znała ją jednak wystarczająco dobrze, aby rozpoznać łzy w sposobie, w jaki matka przełknęła ślinę.
Na polecenie Voldemorta wyprostowała się i odwróciła ku pozostałym, wyciągając przedramię. Nie mogła obejrzeć Znaku, ale czuła napięcie skóry i delikatnie uniesione linie. Wzór zajmował znaczną część ręki, a ciepło rozchodziło się od niego aż do palców.
Bellatrix podeszła pierwsza. Nie czekała na pozwolenie. Ujęła dłoń córki, ale nie dotknęła świeżej rany.
— Wybrał cię — wyszeptała. — Naprawdę cię wybrał.
Pocałowała Trixie w czoło, a zaraz potem z dumą zwróciła uwagę, że córka nawet nie krzyknęła. Dołohow przyznał, że wielu dorosłych nie potrafi zachować ciszy podczas pierwszego wypalania, natomiast Rookwood uznał zachowanie Trixie za dowód dużej samokontroli.
Trixie nie odpowiedziała. Wiedziała, że nie było to wyłącznie opanowanie, ale żaden z nich nie mógł zrozumieć, co wydarzyło się w jej umyśle.
Rudolf zbliżył się powoli. W przeciwieństwie do Bellatrix nie skupiał całej uwagi na Znaku. Obserwował twarz córki, sposób, w jaki trzymała rękę, oraz nierówny jeszcze oddech.
— Możesz poruszać palcami? — zapytał.
Trixie wykonała polecenie, a gdy ojciec upewnił się, że zachowała czucie w całym przedramieniu, dotknął jej powyżej łokcia.
— Nadal jesteś pewna swojego wyboru?
Bellatrix próbowała odpowiedzieć za nią, lecz Rudolf przypomniał spokojnie, że pytał córkę. Trixie potwierdziła. Dopiero wtedy przyjął jej decyzję, choć dłoń pozostawił na jej ramieniu jeszcze przez kilka sekund.
Narcyza nadal stała dalej. Kiedy Trixie poprosiła ją, by podeszła, zawahała się, ale w końcu znalazła się obok. Nie dotknęła Znaku. Ujęła jedynie prawą dłoń dziewczyny.
— Boli? — zapytała.
— Tak.
Bellatrix spróbowała wtrącić, że ból stanowił część ceremonii, lecz Narcyza przypomniała chłodno, że nie pytała jej.
Trixie ścisnęła palce ciotki.
— Jest dobrze.
— Nie musisz mnie uspokajać.
Narcyza pochyliła się i pocałowała ją w skroń.
— Wróciłaś — wyszeptała.
Nie pogratulowała jej i nie stwierdziła, że popełniła błąd. Przyjęła jedynie fakt, że dziewczyna nadal stała przed nią.
Draco podszedł ostatni. Poprosił o pozwolenie na dotknięcie ręki i ostrożnie przyłożył palec do skóry obok Znaku.
— Jest gorący.
Bellatrix wyjaśniła mu, że ból powinien osłabnąć po kilku dniach, a później będzie powracał przede wszystkim podczas wezwania. Draco słuchał jej z rosnącym podziwem.
— Chciałbym kiedyś…
Narcyza usłyszała pragnienie w głosie syna i przerwała mu, zanim zdążył dokończyć. Wypowiedziała jedynie jego imię, lecz stanowczość tonu wystarczyła, by cofnął rękę i zamilkł.
Voldemort przez cały czas obserwował rodzinę. Gdy Bellatrix ponownie dotknęła włosów córki, rozkazał wszystkim wyjść.
— Ceremonia się zakończyła — powiedział. — Trixie zostaje.
Matka natychmiast zaprotestowała, przypominając, że Znak był świeży i córka powinna odpocząć. Voldemort nie podniósł głosu. Powtórzył tylko polecenie, a Bellatrix zamilkła.
Zanim wyszła, obiecała Trixie, że będzie czekać za drzwiami. Rudolf dotknął pleców żony i wyprowadził ją z sali. Lucjusz poszedł z Narcyzą, Draco ruszył za nimi, a Rookwood i Dołohow skłonili się przed Voldemortem.
Kiedy drzwi się zamknęły, Trixie została z nim sama.
Voldemort przez chwilę się nie odzywał. Zszedł z podestu i powoli ją obszedł, a Trixie słyszała każdy krok oraz szelest jego szaty. Ból nadal pulsował w przedramieniu, lecz z każdą chwilą stawał się mniej ostry. Wraz z jego osłabieniem otoczenie ponownie nabierało zbyt wielu szczegółów. Za drzwiami Bellatrix krążyła niespokojnie, a Rudolf próbował mówić do niej cicho.
Voldemort zatrzymał się przed Trixie.
— Nadal boli?
Potwierdziła, a on zwrócił uwagę, że mimo to nie krzyczała. Bellatrix uważała jej zachowanie za dowód siły, Dołohow za samokontrolę, natomiast Rookwood za wytrzymałość. Rudolf zauważył coś innego: pod koniec ceremonii oddech córki stał się spokojniejszy.
— Zauważyłem również, że przestałaś się opierać dopiero wtedy, gdy ból się nasilił — powiedział Voldemort. — Dlaczego?
Trixie próbowała znaleźć właściwe słowa. Wcześniej doświadczała bólu podczas choroby, leczenia i szkolnych wypadków, ale nigdy nie przyglądała się własnej reakcji tak uważnie.
— Na początku słyszałam wszystko — wyjaśniła. — Ludzi, magię w sali i własny oddech. Nie wiedziałam, na czym powinnam się skupić.
— A potem?
— Kiedy ból stał się silniejszy, wszystko inne przestało być równie ważne. Nadal słyszałam, ale nie musiałam wybierać, które sygnały odrzucić. Było jedno miejsce i jedno odczucie.
Voldemort nazwał to ulgą. Trixie zgodziła się dopiero po chwili i zastrzegła, że ból nie był przyjemny. Nie chciała, aby trwał. Pozwalał jej jedynie skupić całą uwagę na jednym bodźcu, przez co strach i wątpliwości na chwilę traciły znaczenie.
Voldemort podszedł bliżej i dotknął czubkiem różdżki świeżego Znaku.
Trixie natychmiast zesztywniała.
— Co robisz?
— Sprawdzam.
Magia poruszyła się pod skórą. Ból uderzył nagle, ostrzejszy niż przed chwilą, lecz mniej rozległy niż podczas wypalania. Skupił się pod czubkiem różdżki, a potem przebiegł po wszystkich liniach Znaku.
Trixie gwałtownie zaczerpnęła powietrza i oparła prawą dłoń o krawędź podestu. Voldemort nie zwiększał nacisku ani nie cofał różdżki. Obserwował.
Po kilku sekundach dźwięki ponownie przestały przyciągać jej uwagę. Kroki Bellatrix za drzwiami stały się mniej istotne. Trixie nie zastanawiała się już, czego oczekiwał Voldemort ani jak powinna wyglądać jej reakcja. Oddychała coraz wolniej, a napięcie w ramionach ustępowało.
Voldemort cofnął różdżkę. Ból zmniejszył się tak gwałtownie, że Trixie zachwiała się bardziej niż podczas jego narastania.
Przestrzeń wróciła ze wszystkimi dźwiękami i pytaniami.
— Interesujące — powiedział.
Trixie przycisnęła dłoń do przedramienia.
— Co w tym interesującego?
— Większość ludzi pod wpływem bólu traci kontrolę. Ty próbujesz wykorzystać go jako punkt, wokół którego odbudowujesz skupienie.
Trixie natychmiast zaznaczyła, że nadal czuła cierpienie i można było ją nim skrzywdzić. Voldemort nie próbował jej uspokajać ani twierdzić, że nietypowa reakcja czyniła ją odporną.
— Oczywiście, że można — odpowiedział chłodno.
Przeszedł ją chłód, który nie miał nic wspólnego z bólem.
Voldemort polecił jej nie opowiadać Bellatrix o tym, co zauważył. Wyjaśnił, że matka natychmiast uznałaby reakcję córki za dowód wyjątkowości i zbudowała wokół niej legendę, zanim Trixie sama zrozumiałaby, co naprawdę się z nią działo.
Nie mogła odmówić mu racji. Bellatrix prawdopodobnie już teraz opowiadała Rudolfowi, że córka przyjęła Znak bez krzyku.
— Rudolf zauważył zmianę — przypomniała.
— Zauważył, że coś się wydarzyło. Nie wie co.
— A ty wiesz?
Voldemort przesunął palcami po różdżce.
— Wiem, że twoja reakcja może okazać się użyteczna.
Trixie zapytała, czy zamierza ponownie ją sprawdzać. Odpowiedział, że zrobi to wtedy, gdy uzna za potrzebne. Nie było w tych słowach ani groźby, ani zapewnienia bezpieczeństwa.
Następnie przypomniał jej, że Mroczny Znak nie uczynił jej dorosłą i nie postawił jej na równi z ludźmi służącymi mu od lat. Dał mu natomiast możliwość wezwania jej bez pośredników.
— Nawet gdy będę w Durmstrangu? — zapytała.
— Zwłaszcza wtedy.
Trixie pomyślała o Karkarowie i Anji. Dyrektor prawdopodobnie rozpoznałby znaczenie wezwania, choć nie odważyłby się zadawać pytań. Anja natomiast mogła zauważyć nagłe zniknięcie i domagać się wyjaśnień.
— Nie chcę jej okłamywać — powiedziała.
— W takim razie naucz się mówić wystarczająco mało, żeby kłamstwo nie było potrzebne — odpowiedział Voldemort.
Oznajmił, że tego wieczoru zostanie z rodziną, a następnego dnia wróci do szkoły. Kiedy Trixie zapytała o pierwszy rozkaz, przypomniał, że już go otrzymała: miała zachować przed Bellatrix tajemnicę swojej reakcji.
— Dla kogoś tak silnie przywiązanego do matki może to być trudniejsze niż niejeden pojedynek — zauważył.
Drzwi otworzyły się. Bellatrix stała dokładnie po drugiej stronie.
Natychmiast zaczęła pytać, co robili i o czym rozmawiali. Trixie odpowiedziała jedynie, że rozmowa dotyczyła Znaku. Kiedy matka ujęła ją za ramię, dziewczyna syknęła, a Bellatrix natychmiast poluzowała palce.
— Uaktywnił go ponownie — stwierdziła.
Trixie nie odpowiedziała.
Bellatrix zwróciła się do Voldemorta z pytaniem, czy wszystko było w porządku. Jedno spokojne potwierdzenie wystarczyło, aby całkowicie się uspokoiła. Trixie zauważyła, jak łatwo słowo Czarnego Pana uciszyło niepokój, którego nie zdołałyby złagodzić żadne zapewnienia córki.
Matka objęła ją ramieniem i zaczęła planować zimny kompres oraz eliksir przeciwbólowy. Trixie początkowo odmówiła, mówiąc, że chciała sprawdzić, jak długo utrzyma się ból, lecz Bellatrix wymogła na niej obietnicę, że wypije eliksir przed snem, jeśli dolegliwości nie osłabną.
Rudolf czekał kilka kroków dalej. Zapytał córkę, czy wydarzyło się coś jeszcze. Trixie przyznała jedynie, że Voldemort sprawdził działanie Znaku.
— Nic mi nie jest — zapewniła.
Nie było to pełne kłamstwo. Ból trwał, ale nie doznała żadnych nowych obrażeń. Rudolf przyjął odpowiedź skinieniem głowy, choć nadal nie wyglądał na przekonanego.
Narcyzy i Dracona nie było już na korytarzu. Lucjusz wyjaśnił, że żona chciała odpocząć, a syn poszedł za nią.
Bellatrix prychnęła, stwierdzając, że Cissy potrafiła zamienić każdą ważną chwilę w powód do rozpaczy. Rudolf przypomniał jej spokojnie, że Narcyza patrzyła, jak piętnastoletniej dziewczynie wypalano Mroczny Znak, więc miała prawo reagować inaczej.
— Powinna być dumna — odpowiedziała Bellatrix.
— Jest przerażona.
— To jej problem.
Trixie wysunęła się z objęcia matki.
— Nie mów tak. Wychowała mnie i ma prawo się bać.
Bellatrix zapytała, czy w takim razie ona nie miała prawa się cieszyć. Trixie przyznała, że miała, ale nie musiała obrażać strachu Narcyzy, aby własna duma wydawała się ważniejsza.
Matka przez chwilę milczała. Złość nadal pozostawała w jej głosie, ale nie przerodziła się w krzyk.
— Dobrze. Pójdziemy do niej później.
— Najpierw porozmawiam z nią sama.
Bellatrix nie przyjęła tego chętnie, lecz po krótkim wahaniu ustąpiła. Był to niewielki gest, który dla niej prawdopodobnie oznaczał więcej niż dla kogokolwiek innego.
Draco zatrzymał ojca w gabinecie niedługo po zakończeniu ceremonii. Lucjusz zamknął drzwi i dopiero wtedy zapytał, co się dzieje.
— Dlaczego ona? — wyrzucił z siebie Draco.
Nie musiał wyjaśniać, o kim mówił.
Lucjusz przypomniał, że Voldemort sam przedstawił powody. Draco próbował je umniejszyć, mówiąc, że Trixie jedynie odnalazła kilka przedmiotów, lecz ojciec zauważył, iż były to rzeczy ukryte przed znacznie bardziej doświadczonymi ludźmi.
— Stworzyła własną odmianę zaklęcia i odbiera magię inaczej niż pozostali — powiedział Draco.
— Właśnie dlatego zainteresowała Czarnego Pana — odpowiedział Lucjusz. — Posiada coś, czego nie ma żaden z jego pozostałych sług.
Draco nie potrafił pogodzić się z faktem, że młodsza od niego kuzynka otrzymała szansę wcześniej. Zapewnił, że również mógłby wykonać powierzone jej zadania, gdyby tylko dostał okazję.
Lucjusz przyglądał się synowi i rozpoznawał w nim własną ambicję, dumę rodu oraz przekonanie, że nazwisko powinno otwierać każde drzwi, zanim zdąży się do nich zapukać. Sam przez lata wzmacniał te cechy.
— Trixie udowodniła swoją wartość w określony sposób — powiedział. — Ty zrobisz to inaczej.
Draco zapytał, czy również zostanie naznaczony.
— Doczekasz się, synu. Jesteś w końcu Malfoyem.
Słowa zadziałały dokładnie tak, jak Lucjusz zamierzał. Uraza nie zniknęła, lecz zmieniła się w oczekiwanie. Draco oznajmił nawet, że kiedy przyjdzie jego kolej, nie będzie krzyczał, ponieważ Trixie także tego nie zrobiła.
Lucjusz przypomniał, że nie była to rywalizacja.
— Wszystko jest rywalizacją — odpowiedział Draco.
Ojciec go nie skarcił. Sam wielokrotnie myślał podobnie. Nie wiedział jeszcze, że Znak, który jego syn otrzyma kilka miesięcy później, nie będzie nagrodą za wyjątkowość ani potwierdzeniem rodzinnej pozycji. Stanie się obrożą założoną chłopcu w ramach kary dla ojca.
Narcyza siedziała na brzegu łóżka, gdy Draco wszedł do jej sypialni. Nie zapukał. Od dzieciństwa wchodził do niej bez pytania, chociaż z każdym rokiem robił to coraz rzadziej.
— Ojciec powiedział, że tutaj jesteś.
Narcyza odwróciła twarz, ale zbyt późno. Draco zdążył zobaczyć łzy.
Matka próbowała zapewnić, że nic jej nie było, lecz drżenie rąk przeczyło słowom. Draco nie rozumiał, dlaczego płakała. Przecież Trixie sama chciała otrzymać Znak, Bellatrix była z niej dumna, a Lucjusz również uważał ceremonię za wyróżnienie.
— Twój ojciec uważa wiele rzeczy za wyróżnienie, dopóki nie zobaczy ich ceny — odpowiedziała Narcyza.
Wyciągnęła rękę do syna i poprosiła, by usiadł obok. Draco przypomniał, że miał piętnaście lat i nie był już dzieckiem.
— Dla mnie jesteś — powiedziała.
Ostatecznie usiadł. Narcyza objęła go mocniej, niż się spodziewał. Początkowo pozostał sztywny, ale po kilku sekundach odwzajemnił gest.
— Nic mi nie będzie, nawet jeśli też otrzymam Znak — zapewnił.
Narcyza natychmiast się odsunęła. Gdy dowiedziała się, co obiecał mu Lucjusz, ujęła twarz syna w dłonie.
— Mroczny Znak nie jest nagrodą, którą nosi się po to, aby inni wiedzieli, kim jesteś.
Draco odparł, że rozumiał znaczenie służby. Narcyza próbowała mu wyjaśnić, że nie znał jeszcze jej ceny. Przypomniała, że żaden ze Śmierciożerców nie był naprawdę wolny, nawet jeśli ktoś taki jak Bellatrix nigdy nie pragnąłby wolności.
— To, że dzisiaj nie zamierza odmówić, nie oznacza, że zawsze otrzyma rozkaz zgodny z tym, czego pragnie — powiedziała. — Kiedyś może dotyczyć człowieka, którego kocha bardziej niż własną wierność.
Draco zapewnił, że Voldemort nie zrobiłby krzywdy Malfoyom. Lucjusz był przecież jednym z jego najważniejszych ludzi.
— To nie chroni nas przed niczym — odpowiedziała Narcyza. — Widziałeś dzisiaj Znak i pomyślałeś o dorosłości, uznaniu oraz wyborze. Ja patrzyłam, jak człowiek, któremu nie wolno odmówić, pozostawia swoją magię w ciele dziewczynki, którą wychowałam.
Draco przypomniał, że Trixie sama się zgodziła.
— Wiem — powiedziała Narcyza. — Płaczę, ponieważ ludzie mogą dobrowolnie wejść w miejsce, z którego później nie potrafią wyjść.
Znak nie oznaczał jedynie przynależności. Pozwalał Voldemortowi w każdej chwili przypomnieć swoim sługom, że do niego należeli.
Draco ponownie zapewnił matkę, że nic mu nie będzie, ale tym razem jego głos brzmiał mniej pewnie.
— Właśnie tak mówi każdy syn, zanim jego matka odkryje, że nie może go ochronić — odpowiedziała Narcyza.
Przyciągnęła go ponownie do siebie. Draco obiecał, że będzie ostrożny, lecz nie powiedziała mu, jak niewiele znaczyła ostrożność wobec człowieka, który potrafił karać rodziców, wykorzystując ich dzieci.
Trixie odnalazła Narcyzę późnym wieczorem. Draco zdążył już wyjść, a ciotka siedziała przy toaletce.
— Mogę wejść? — zapytała od progu.
Narcyza zaprosiła ją do środka. Trixie zamknęła drzwi, podeszła do łóżka i usiadła obok niej.
Przez chwilę żadna się nie odzywała.
— Płakałaś — powiedziała w końcu Trixie.
— Draco również zauważył.
— Co mu powiedziałaś?
— Że się boję. O was oboje.
Materiał rękawa drażnił świeży Znak. Kiedy Trixie poruszyła ręką, jej oddech na moment się zmienił. Narcyza natychmiast to zauważyła i zaproponowała eliksir przeciwbólowy, ale dziewczyna odmówiła.
Ciotka ujęła jej prawą dłoń.
— Czy zrobił ci coś jeszcze, kiedy zostaliście sami?
Trixie przypomniała sobie rozkaz Voldemorta. Dotyczył Bellatrix, ale mimo to nie chciała opowiadać Narcyzie o własnej reakcji na ból. Sama nie rozumiała jej jeszcze wystarczająco dobrze.
— Sprawdził połączenie Znaku.
Palce Narcyzy zacisnęły się mocniej.
— Bolało?
— Tak.
— Mógł poczekać.
— Nie chciał.
Narcyza wstała i zaczęła chodzić po sypialni. Złość, której wcześniej nie potrafiła okazać podczas ceremonii, wreszcie wydostała się na powierzchnię. Bała się, że Voldemort będzie robił Trixie krzywdę tylko dlatego, że zechce coś sprawdzić, a wszyscy wokół uznają jego prawo do takiego postępowania.
— Wiedziałam, komu pozwalam się naznaczyć — powiedziała Trixie.
— Nie wiedziałaś wszystkiego.
— Sam przyznał, że nie mogę znać wszystkich konsekwencji.
Narcyza zatrzymała się i zapytała, dlaczego mimo to się zgodziła.
— Chciałam przestać być wyłącznie córką Bellatrix i Rudolfa — odpowiedziała Trixie. — Chciałam, żeby wybrał mnie ze względu na to, co sama potrafię.
Narcyza wróciła na łóżko. Powiedziała, że Voldemort wykorzystywał wszystkich i że Trixie była zbyt młoda, aby rozumieć, jak daleko mógł się posunąć.
— Nie przestanę mieć własnej woli tylko dlatego, że mój wybór cię przeraża — odpowiedziała Trixie, lekko podnosząc głos.
Natychmiast tego pożałowała. Nie chciała krzyczeć na kobietę, która ją wychowała, widziała jednak, że Narcyza nadal traktowała ją jak dziecko niezdolne ocenić własnej decyzji.
Ciotka nie odpowiedziała złością. W jej głosie słychać było przede wszystkim strach.
— Nie chcę, żebyś pozwoliła mu decydować o wszystkim, czym jesteś.
Trixie zapewniła, że tego nie zrobiła, ale Narcyza przypomniała jej kolejne ustępstwa. Najpierw Voldemort decydował, czego miała się uczyć, później dokąd jechała i co mogła powiedzieć rodzinie. Teraz pozostawił własną magię w jej ciele.
— Za każdym razem możesz powiedzieć, że nadal podejmujesz decyzję — mówiła Narcyza. — Boję się chwili, w której nie zauważysz, że przestała należeć do ciebie.
Słowa zabolały Trixie bardziej niż oskarżenie. Przez chwilę siedziała nieruchomo, próbując nie odpowiadać pod wpływem gniewu.
— Nadal potrafię odmówić — powiedziała ciszej.
— Nawet jemu?
Trixie nie znała odpowiedzi na każde możliwe żądanie. Nie chciała obiecywać, że odrzuci polecenie, którego jeszcze nie usłyszała, ale nie zamierzała również zapewniać, że wykona wszystko.
— Nie wiem, czego może ode mnie zażądać — przyznała. — Najpierw musiałabym poznać wybór.
Narcyza zamknęła oczy. Właśnie tego się obawiała: nie wiedziała, jaką cenę Voldemort wyznaczy i kogo użyje, aby zmusić Trixie do jej zapłacenia.
— Nie chcę, żebyś kiedykolwiek musiała wybierać pomiędzy własnymi granicami a ludźmi, których kochasz.
Trixie położyła dłoń na jej nadgarstku.
— Ja również tego nie chcę.
— On może sprawić, że będziesz musiała.
— Wtedy podejmę decyzję.
Narcyza nie miała już przed sobą małej dziewczynki, którą uczyła pierwszych kroków i pisma Braille’a. Siedziała obok młodej kobiety, która świadomie weszła na drogę prowadzącą do Voldemorta i nadal wierzyła, że potrafi zachować na niej własne granice. Narcyza nie wiedziała, czy była to odwaga, czy pycha.
Poprosiła, aby Trixie pokazała jej rękę. Ostrożnie podwinęła rękaw i przesunęła palcami obok Znaku, sprawdzając temperaturę oraz opuchliznę. Skóra była bardzo gorąca.
Bellatrix zdążyła już zapowiedzieć, że córka powinna przez najbliższy tydzień nosić krótsze rękawy, aby wszyscy mogli oglądać Znak. Narcyza westchnęła, a Trixie obiecała, że nie pozwoli matce decydować o swoim ubraniu.
Ciotka pochyliła się i oparła czoło o jej skroń.
— Nadal jesteś moją dziewczynką.
— Mam piętnaście lat.
— Draco powiedział dokładnie to samo.
— Bo mamy rację.
— Nie.
Narcyza objęła ją. Trixie odwzajemniła uścisk, uważając na świeży Znak.
— Żałujesz, że mnie wychowałaś? — zapytała.
Ciotka odsunęła się gwałtownie.
— Nigdy.
— Nawet teraz?
— Zwłaszcza teraz. Gdybym cię nie wychowała, ktoś mógłby sprawić, że uwierzyłabyś, iż lojalność oznacza brak własnej woli. Nie wiem, czy nauczyłam cię wystarczająco dużo, ale przynajmniej próbowałam.
Trixie dotknęła jej dłoni.
— Nauczyłaś mnie mówić „nie”.
Narcyza zaśmiała się cicho przez łzy, kiedy Trixie dodała, że Bellatrix zapewne przypisałaby tę cechę dziedzictwu Lestrange’ów.
— To brzmi jak Bella — powiedziała.
Bellatrix czekała w pokoju Trixie. Siedziała na łóżku, trzymając pudełko pełne eliksirów, bandaży i składników, z których większość nie była potrzebna przy świeżym Mrocznym Znaku.
Od razu zapytała, czy Narcyza próbowała przekonać córkę, że popełniła błąd. Gdy Trixie zaprzeczyła, Bellatrix prychnęła, wspominając płacz siostry.
Trixie przypomniała jej, że miała nie obrażać strachu Narcyzy.
— Dobrze — odpowiedziała Bellatrix po chwili. — Boi się i ma do tego prawo. Nie znaczy to, że rozumie znaczenie tego dnia.
— Rozumie je inaczej niż ty.
— Gorzej.
— Mamo.
Bellatrix westchnęła.
— Nie będę się z nią dzisiaj kłócić.
Trixie usiadła obok niej, a matka natychmiast poprosiła o pozwolenie na obejrzenie Znaku dotykiem. Przesunęła palcem wzdłuż jego granicy, nie naciskając świeżych linii.
— Jest doskonały — wyszeptała.
Z dumą ponownie wspomniała, że córka nie krzyknęła. Trixie milczała, ale kiedy Bellatrix zapytała, czy po pierwszych chwilach nadal się bała, odpowiedziała, że wiedziała już wtedy, iż nie cofnie ręki.
— Jesteś silniejsza, niż ktokolwiek tam sądził — powiedziała matka.
— To nie była tylko siła.
Bellatrix natychmiast znieruchomiała i zapytała, co Trixie miała na myśli. Dziewczyna pożałowała, że powiedziała o jedno zdanie za dużo.
— Nie chcę o tym mówić.
Matka zrozumiała.
— Czarny Pan zabronił?
Trixie nie odpowiedziała.
Przez chwilę duma walczyła w Bellatrix z potrzebą poznania każdej tajemnicy córki. W końcu opuściła jej rękaw.
— Dobrze. Nie pytam. Wydał ci rozkaz, więc masz go wykonać.
Wypowiedziała te słowa stanowczo, lecz Trixie słyszała ukryty pod nimi ból. Bellatrix sama nauczyła ją, że wierność wobec Voldemorta musi wyprzedzać rodzinne pragnienia. Teraz za każdym razem, gdy córka stosowała tę zasadę wobec niej, odkrywała mniej wygodną stronę własnych przekonań.
— Nadal jestem twoją córką — powiedziała Trixie. — Tajemnice tego nie zmienią.
Bellatrix natychmiast ujęła jej prawą dłoń.
— Wiem. Jestem z ciebie tak dumna, że nie potrafię tego powiedzieć.
Trixie uśmiechnęła się.
— To do ciebie niepodobne.
— W takim razie później powiem zdecydowanie za dużo.
Objęła córkę, ostrożnie omijając lewe ramię.
— Wybrał cię. Nie przeze mnie. Ciebie.
Trixie oparła głowę o jej bark. Właśnie tego pragnęła. Nie potrafiła jednak zapomnieć, że Voldemort nie powiedział, iż ją wybrał.
Powiedział, że stawała się użyteczna.
W nocy ból nie pozwalał jej zasnąć. Trixie leżała na plecach, uważając, aby materiał kołdry nie ocierał Znaku. Początkowo próbowała wytrzymać bez eliksiru, chcąc sprawdzić, czy ból zacznie samoistnie słabnąć, ale po pewnym czasie wypiła pozostawioną przez Bellatrix dawkę.
Nie chciała cierpieć. Tym bardziej nie chciała zacząć świadomie szukać w bólu ciszy, którą odkryła podczas ceremonii.
Eliksir złagodził pieczenie, choć nie usunął go całkowicie. Trixie przesunęła palcami prawej dłoni tuż obok wzoru. Skóra była gorąca, lekko opuchnięta i napięta. Czuła kształt Znaku pod powierzchnią, jakby magia nie znajdowała się wyłącznie na ciele, ale sięgała głębiej.
Czaszka i wąż wysuwający się z jej ust. Symbol, którego nie mogła obejrzeć, lecz którego znaczenie znał każdy czarodziej.
Myślała o Anji, poniedziałkowym śniadaniu w Durmstrangu i Karkarowie, który prawdopodobnie rozpozna magię Znaku, zanim odważy się zadać pytanie. Myślała o płaczącej Narcyzie, Bellatrix uczącej się Braille’a i Rudolfie, który przed ceremonią zapytał, czy naprawdę tego chciała.
Tak.
Wybrała.
Nie żałowała.
Jeszcze nie.
Znak poruszył się pod skórą.
Trixie znieruchomiała. Nie było to zwykłe pulsowanie rany. Magia zacieśniła się na chwilę, jakby niewidzialna dłoń dotknęła całego wzoru z wielkiej odległości. W przedramieniu zapłonęło ciepło, słabsze niż podczas ceremonii, ale na tyle wyraźne, by zrozumiała.
Voldemort ponownie sprawdzał połączenie.
Nie otrzymała obrazu, głosu ani informacji o jego położeniu. Czuła jedynie obecność wezwania pozbawionego jeszcze konkretnego polecenia. Człowiek, do którego należała magia Znaku, mógł w dowolnej chwili dotknąć pozostawionego w niej śladu.
Po kilku sekundach pieczenie ustąpiło. Posiadłość pogrążona była w ciszy, lecz Trixie nadal siedziała z dłonią zaciśniętą na przedramieniu.
Zrozumiała, że od tej nocy nie będzie już miejsca, w którym całkowicie pozostanie poza jego zasięgiem.
Znak nie był wyłącznie dowodem przyjęcia jej do szeregów Voldemorta.
Był sposobem, za pomocą którego zawsze mógł ją przywołać.

2 comments

  1. No właśnie to średnio mi się podoba, ale rozkręcam się, rozdział 19 już będzie lepiej napisany. Właśnie go piszę.

  2. A skąd ona wie, że pieczęć i pergamin są czarne?
    Ee, ten dialog Trixie i Narcyzy jest… Niespotykany, że tak powiem. Jaki to ma sens, żeby Trixie zawsze mówiła swoje wypowiedzi sama (mowa niezależna), a Narcyza raz tak, raz na zasadzie “Narcyza powiedziała, że coś tam” (mowa zależna)? W sensie to, co Narcyza mówiła nie wygląda na wypowiedzi, które byłyby znacznie dłuższe niż czytelnik zniesie i dlatego warte streszczenia.

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *