Cześć wszystkim. Przyszłam z Nowym Fanfiction Potterowskim.
Mam siedem rozdziałów i pisze mi się na razie dobrze.
Nie ukrywam, że trochę pomaga mi czat, żeby ustalić strukturę rozdziałów, kanoniczność, którą na razie zachowuję mniej więcej. Pomaga mi także ustalić chronologię wydarzeń. To nie jest książka wydawnicza, więc mogą być błędy, ale tak to jest. Trochę się boję, że nie skończę, bo ze mną to tak trochę bywa, ale mniej więcej całą fabułę mam w głowie i po prostu… chciałabym uskutecznić swój nowy pomysł na fanfiction poterowskie. Główną postacią będzie córka Bellatrix i Rudolfa, dlatego iż wiecie, że ja bardzo lubię te postaci. Będzie to dziewczyna niewidoma. Niewidoma dlatego, że chciałam stworzyć też nasze miejsce w świecie poterowskim, ponieważ autorka książek nie uwzględniła osób niepełnosprawnych w tym świecie, a mi jakoś osobiście ostatnio bardzo tego brakowało. Mam nadzieję, że będzie Wam się czytało dobrze i zobaczymy, na jak długo starczy mi cierpliwości i samozaparcia, żeby to pisać. Zapraszam serdecznie do lektury.
PROLOG
Medalion
Zima 1981 roku
Posiadłość Lestrange’ów była tego wieczoru nienaturalnie cicha.
Jeszcze niedawno po korytarzach niósł się głos Bellatrix — zawsze zbyt głośny, zbyt pewny, pełen przekonania, że świat powinien ustępować jej miejsca. Tego wieczoru nie śmiała się jednak ani nie krzyczała na skrzaty. Stała przy kołysce, wpatrując się w śpiącą córkę.
Trixie miała zaledwie kilka miesięcy. Ciemne włosy zdążyły już zgęstnieć, a delikatne rysy twarzy przypominały Bellatrix bardziej, niż Narcyza chciała przyznać. Jej małe palce zaciskały się bezwiednie na brzegu koca.
Narcyza trzymała się nieco z boku. Przed chwilą usłyszała polecenia dotyczące ubrań dziecka, sposobu karmienia i godzin snu. Bellatrix mówiła szybko i chaotycznie, jakby odpowiednio długa lista rozkazów mogła zagwarantować, że nic złego się nie wydarzy.
Rudolf stał przy drzwiach. Był spokojniejszy od żony, ale jego dłoń od kilku minut pozostawała zaciśnięta na różdżce.
— Nie musicie tego robić — odezwała się Narcyza. — Możecie zostać tutaj. Ministerstwo jeszcze nie wie, gdzie jesteście.
Bellatrix uniosła głowę.
— Czarny Pan zniknął, Cissy.
— Wiem.
— Nie, nie wiesz. Nikt z was nie rozumie, co to oznacza. Nie uciekłby. Nie zostawiłby nas bez słowa. Coś się wydarzyło i zamierzam się dowiedzieć co.
— A jeśli to pułapka?
— Wtedy ktoś bardzo pożałuje, że ją zastawił.
Narcyza spojrzała na Rudolfa, licząc, że przynajmniej on spróbuje przemówić żonie do rozsądku. Mężczyzna jednak jedynie podszedł do kołyski i przesunął dłonią nad głową córki. Nie dotknął jej od razu, jakby obawiał się, że ją obudzi.
— Wrócimy — powiedział spokojnie.
Nie zabrzmiało to jak obietnica. Raczej jak decyzja, której nie zamierzał podawać w wątpliwość.
Bellatrix pochyliła się nad kołyską. Przez chwilę tylko patrzyła. Jej twarz była napięta, a oczy nienaturalnie szeroko otwarte. Nie płakała. Gniew zawsze przychodził do niej szybciej niż łzy.
Zdjęła z szyi srebrny medalion z herbem Lestrange’ów. Łańcuszek zsunął się pomiędzy jej palcami, kiedy wkładała go pod koc, obok dłoni dziecka.
Trixie poruszyła się przez sen i zacisnęła palce na chłodnym metalu.
— To należy do ciebie — powiedziała Bellatrix. — Nie do Malfoyów. Nie do Blacków. Do ciebie.
Narcyza drgnęła, słysząc własne nazwisko wypowiedziane w ten sposób, lecz nie zaprotestowała.
Bellatrix dotknęła policzka córki.
— Nigdy nie pozwól, żeby ktoś decydował za ciebie, kim jesteś. Nieważne, co powiedzą. Nieważne, gdzie każą ci żyć.
Jej głos stał się cichszy.
— Jesteś Lestrange.
Rudolf pochylił się i na moment położył dłoń na głowie dziecka.
— Nie pozwólcie nikomu zmienić jej nazwiska — powiedział do Narcyzy.
— Nie pozwolę.
Bellatrix odwróciła się gwałtownie, zanim siostra zdążyła zobaczyć w jej twarzy coś więcej niż dumę i gniew.
Kilka minut później drzwi posiadłości zamknęły się za Bellatrix i Rudolfem.
Nie wrócili następnego ranka.
Nie wrócili również po tygodniu.
Zostali schwytani, osądzeni i skazani na dożywotni pobyt w Azkabanie.
A ich córka dorastała pod dachem Malfoyów, ze srebrnym medalionem na szyi i nazwiskiem, którego nikt nie odważył się jej odebrać.
ROZDZIAŁ I
Poza bramami Hogwartu
Czternaście lat później
Lucjusz Malfoy przeczytał list po raz trzeci.
Za pierwszym razem skupił się na treści. Za drugim zwrócił uwagę na sformułowania użyte przez Igora Karkarowa. Przy trzecim zastanawiał się już tylko, ile z opisanych wydarzeń dyrektor Durmstrangu zdecydował się przemilczeć.
Pergamin leżał na biurku, opatrzony ciemną pieczęcią szkoły. Obok stał nietknięty kieliszek wina. Lucjusz zwykle nie pozwalał, by listy ze szkoły zakłócały mu wieczór, lecz korespondencja dotycząca Trixie coraz rzadziej przypominała zwyczajne sprawozdanie z postępów uczennicy.
Narcyza stała przy kominku. Obserwowała męża wystarczająco długo, by zrozumieć, że nie chodziło o niską ocenę ani sprzeczkę z nauczycielem.
— Lucjuszu, czy zamierzasz przeczytać ten list po raz czwarty, czy w końcu powiesz mi, co się wydarzyło?
Odłożył pergamin.
— Twoja siostrzenica ponownie uznała, że szkolny regulamin jej nie dotyczy.
— Trixie jest również twoją siostrzenicą.
— Nie próbuję się jej wyrzec. Stwierdzam jedynie, że skłonność do łamania zasad odziedziczyła zdecydowanie po twojej stronie rodziny.
Narcyza uniosła brew.
— Co zrobiła?
Lucjusz wstał i przeszedł do okna.
— Weszła do zamkniętej części biblioteki Durmstrangu.
Narcyza czekała na dalszy ciąg. Kiedy nie nastąpił, zapytała:
— I na tym polega cała katastrofa?
Lucjusz odwrócił się w jej stronę.
— Była to sekcja zawierająca księgi dotyczące zakazanych praktyk magicznych, rytuałów krwi i metod ingerowania w ślady pozostawiane przez zaklęcia. Uczniowie nie mają do niej dostępu bez obecności nauczyciela.
— Czy coś zabrała?
— Karkarow twierdzi, że nie.
— Uszkodziła którąś z ksiąg?
— Nie o księgi tutaj chodzi.
Narcyza westchnęła.
— W takim razie powiedz od razu, co jeszcze się wydarzyło.
Lucjusz podniósł list.
— Jeden z uczniów z jej roku znalazł ją w bibliotece i próbował sprowadzić nauczyciela. Zanim zdążył odejść, Trixie rzuciła na niego zaklęcie krępujące. Przez niemal godzinę nie mógł poruszyć rękami.
Narcyza zamknęła oczy.
Nie była zaskoczona. Właśnie to niepokoiło ją najbardziej.
Trixie nie miała wybuchowego temperamentu Bellatrix. Nie krzyczała przy każdej zniewadze i nie wyciągała różdżki tylko dlatego, że ktoś spojrzał na nią w niewłaściwy sposób. Zwykle słuchała, analizowała, a dopiero później działała. Jeżeli zdecydowała się zaatakować kolegę, nie zrobiła tego pod wpływem chwilowego gniewu.
Musiała uznać, że był to najskuteczniejszy sposób rozwiązania problemu.
— Porozmawiam z nią — powiedziała Narcyza.
Lucjusz złożył pergamin.
— Ostatnim razem powiedziałaś dokładnie to samo.
— I porozmawiałam.
— Po czym Trixie wróciła do szkoły i po kilku tygodniach złamała zabezpieczenia zamkniętej biblioteki.
Narcyza odwróciła się od kominka.
— Nie możemy karać jej za samą ciekawość.
— Nie zamierzam karać jej za ciekawość. Nie obchodzi mnie również, że księgi nazwano zakazanymi. Większość zakazów powstaje po to, by chronić niekompetentnych przed skutkami własnych decyzji.
— W takim razie co cię obchodzi?
— To, że dała się przyłapać. Że zaatakowała świadka, zamiast wcześniej upewnić się, iż nikt jej nie znajdzie. I że przez swoje zachowanie pozwoliła Karkarowowi napisać list, w którym poucza rodzinę Malfoyów o odpowiedzialnym wychowaniu młodej czarownicy.
Narcyza przyjrzała mu się uważnie.
— Czyli martwi cię przede wszystkim to, że nie była wystarczająco ostrożna.
— Martwi mnie, że zaczyna uważać ambicję za usprawiedliwienie dla lekkomyślności. Nazwisko Lestrange otwiera wiele drzwi, ale nie ochroni jej przed skutkami każdego błędu.
— Jest jeszcze dzieckiem.
— Ma czternaście lat. Bellatrix w jej wieku doskonale wiedziała, czego chce.
— I właśnie dlatego od czternastu lat siedzi w Azkabanie.
Lucjusz zesztywniał.
Narcyza natychmiast pożałowała tych słów, lecz nie zamierzała ich cofać.
— Nie chcę, żeby Trixie popełniła te same błędy — powiedziała ciszej. — Nie chcę jednak również, żebyśmy przez strach przed Bellą próbowali usunąć z niej wszystko, co ją przypomina.
— Nie próbuję jej zmieniać.
— Czasami patrzysz na nią tak, jakbyś zastanawiał się, kiedy przestanie być Trixie, a stanie się drugą Bellatrix.
Lucjusz nie zdążył odpowiedzieć.
Drzwi gabinetu otworzyły się bez pukania.
Trixie zatrzymała się w progu. Nie używała laski wewnątrz Malfoy Manor. Znała układ domu od dzieciństwa, potrafiła policzyć wszystkie stopnie, rozpoznawała każdy korytarz po sposobie, w jaki odbijało się w nim echo, a domowników odróżniała po krokach na długo przed tym, zanim nauczyła się poprawnie wypowiadać ich imiona.
— Skoro oboje przestaliście mówić w chwili, gdy weszłam, rozumiem, że list dotyczy mnie.
Lucjusz oparł dłonie na biurku.
— Mogłaś zapukać.
— Drzwi nie były zamknięte.
— To nie znaczy, że wolno ci wchodzić bez pozwolenia.
— Gdybym czekała na pozwolenie, zdążylibyście ustalić wspólną wersję wydarzeń.
Narcyza powstrzymała westchnienie.
Trixie weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi. Na pierwszy rzut oka wyglądała spokojnie. Jej ciemne włosy opadały swobodnie na ramiona, a na szyi spoczywał srebrny medalion Bellatrix. Tylko palce lewej dłoni zaciskały się mocniej, niż było to konieczne.
Lucjusz przesunął pergamin po biurku.
— Otrzymaliśmy wiadomość z Durmstrangu.
— Domyśliłam się.
— Kolejną.
— Gdyby Karkarow miał odwagę powiedzieć mi wszystko osobiście, nie musiałby pisać do ciebie.
— Karkarow jest dyrektorem twojej szkoły. Nie musi wykazywać się odwagą, żeby poinformować twoich opiekunów o złamaniu regulaminu.
— W takim razie o czym dokładnie was poinformował? Jestem ciekawa, czy tym razem opisał również własne zaniedbania.
Narcyza zrobiła krok w stronę dziewczyny.
— Trixie, najpierw chcemy usłyszeć twoją wersję.
— Moja wersja nie zmieni tego, co już przeczytaliście.
— Być może zmieni sposób, w jaki to ocenimy.
Lucjusz wskazał list.
— Zamknięta biblioteka, zakazane księgi, złamane zabezpieczenia i uczeń zaatakowany na korytarzu. Który fragment wymaga dodatkowego wyjaśnienia?
— Wszystkie.
Jego spojrzenie stało się chłodniejsze.
— Zacznij więc od biblioteki.
Trixie nie odpowiedziała od razu. Zwróciła twarz w stronę kominka i przez chwilę słuchała trzasku ognia, jakby układała odpowiedź.
Nie chciała wracać do tej rozmowy. Od dnia przyjazdu z Durmstrangu myślała niemal wyłącznie o Hogwarcie. O Turnieju Trójmagicznym, reprezentacjach szkół i uczniach, którzy otrzymali możliwość pojechania do Anglii. Karkarow zabrał najlepszych, najstarszych i najbardziej widowiskowych spośród swoich wychowanków.
Jej nie wybrał.
Nie powiedział wprost, dlaczego. Wspominał o ograniczonej liczbie miejsc, bezpieczeństwie oraz trudnych warunkach w obcym zamku. Posługiwał się niemal tymi samymi słowami, których kilka lat wcześniej użył Dumbledore.
Trixie ponownie została tam, gdzie było bezpieczniej.
Draco natomiast przysyłał listy z Hogwartu. Pisał o przyjeździe uczniów Durmstrangu, o Wiktorze Krumie, Czarze Ognia i Potterze, który w niezrozumiały sposób został czwartym uczestnikiem Turnieju. Opisywał wydarzenia z taką swobodą, jakby nie zdawał sobie sprawy, że każde kolejne zdanie przypominało Trixie o miejscu, do którego nigdy jej nie wpuszczono.
Czekała na list z Hogwartu od dzieciństwa.
Przyszedł do Dracona.
Do niej nie.
Lucjusz próbował interweniować. Pisał do Dumbledore’a, powoływał się na nazwisko, rodzinne tradycje i zdolności dziewczyny. Odpowiedź pozostała niezmienna: Hogwart nie był przygotowany, by zagwarantować niewidomej uczennicy bezpieczeństwo.
Beauxbatons również odmówiło.
Dopiero Karkarow zgodził się dać jej możliwość zdania egzaminów. Nie obiecał specjalnego traktowania i nie udawał troski. Powiedział tylko, że jeśli poradzi sobie z tymi samymi zadaniami co inni kandydaci, zostanie przyjęta.
Poradziła sobie.
Mimo to Hogwart pozostał raną, której nie potrafiła pozostawić w spokoju.
— Nie pojechałam na Turniej — powiedziała w końcu.
Lucjusz lekko zmarszczył brwi.
— Rozmawiamy o bibliotece.
— To się ze sobą łączy.
— W jaki sposób?
— Karkarow zabrał do Hogwartu uczniów, których uznał za najlepszych przedstawicieli szkoły. Ja zostałam w Durmstrangu. Ponownie uznano, że lepiej będzie pozostawić mnie w miejscu, które znam.
Narcyza przyglądała jej się w milczeniu.
— Powiedział ci, że nie jedziesz z powodu niewidomości?
— Nie musiał. Ludzie rzadko mówią takie rzeczy wprost. Wolą mówić o bezpieczeństwie, wygodzie i odpowiednich warunkach. Wtedy mogą udawać, że robią mi przysługę.
— Trixie, nie każdy, kto martwi się o twoje bezpieczeństwo, próbuje cię poniżyć.
— Nie. Niektórzy po prostu decydują za mnie, czego nie potrafię zrobić.
Jej głos pozostawał spokojny, ale Lucjusz usłyszał narastające napięcie.
— To nadal nie wyjaśnia, dlaczego weszłaś do zamkniętej biblioteki.
— Skoro nie mogłam znaleźć się w Hogwarcie, chciałam wykorzystać czas na coś bardziej wartościowego niż słuchanie, jak wszyscy rozmawiają o Turnieju.
— Czego szukałaś?
Trixie uniosła podbródek.
— Traktatów dotyczących pamięci magicznej.
Narcyza zmarszczyła brwi.
— Czego?
— Śladów pozostających w przestrzeni po użyciu zaklęcia. Każda magia w pewnym stopniu zmienia miejsce, w którym została użyta. Większość zmian zanika, ale niektóre pozostają przez lata. Chciałam wiedzieć, czy można je wyczuć, odtworzyć albo rozpoznać czarodzieja na podstawie sposobu, w jaki magia odbija się od otoczenia.
Lucjusz przyglądał się jej uważniej.
— To nie jest wiedza przeznaczona dla uczennicy czwartego roku.
— Właśnie dlatego nie ma jej w podręcznikach dla czwartego roku.
Narcyza westchnęła.
— Trixie…
— Nie przeprowadzałam rytuałów krwi. Nie próbowałam nikogo przywołać ani podporządkować. Czytałam.
— W zamkniętej części biblioteki — przypomniał Lucjusz.
— Ponieważ tam znajdowały się księgi.
— Złamałaś trzy zabezpieczenia.
— Dwa. Trzecie było wadliwe i otworzyło się po dotknięciu klamki.
Lucjusz przez chwilę milczał.
— To miało zabrzmieć na twoją korzyść?
— Chciałam jedynie, żebyśmy opierali się na faktach.
Drzwi gabinetu uchyliły się ponownie.
Draco stanął w progu, najwyraźniej zwabiony głosami. W przeciwieństwie do Trixie nie próbował nawet udawać, że znalazł się tam przypadkiem.
— Wiedziałem, że ten list jest o tobie — powiedział z rozbawieniem. — Kiedy ojciec dostaje wiadomość ze szkoły i zamyka się w gabinecie, zwykle oznacza to, że ktoś zrobił coś wyjątkowo głupiego.
Lucjusz przeniósł na niego chłodne spojrzenie.
— Draco, wróciłeś z Hogwartu zaledwie kilka godzin temu. Nie zmuszaj mnie, żebym już pierwszego wieczoru żałował twojej obecności.
— Chciałem tylko sprawdzić, co się dzieje.
— Sprawdziłeś.
Draco powinien był odejść, lecz ciekawość okazała się silniejsza. Oparł się o framugę.
Trixie odwróciła głowę w jego stronę.
— Skoro tak bardzo cię to interesuje, możesz posłuchać. W końcu ty zawsze znajdujesz się tam, gdzie dzieje się coś ważnego.
Ironia w jej głosie sprawiła, że uśmiech Dracona zniknął.
— To nie moja wina, że uczę się w Hogwarcie.
— Nigdy nie powiedziałam, że twoja.
— Ale zachowujesz się tak, jakbym osobiście przekonał Dumbledore’a, żeby cię nie przyjmował.
— Zachowujesz się tak, jakby przyjęcie do Slytherinu było największym osiągnięciem twojego życia.
— Przynajmniej nie rzucam klątw na każdego, kto mnie zdenerwuje.
— Nie rzucam ich na każdego.
— To ma mnie uspokoić?
Narcyza weszła pomiędzy nich, zanim rozmowa zdążyła przerodzić się w sprzeczkę.
— Dosyć. Draco, skoro postanowiłeś zostać, nie będziesz prowokował Trixie. Trixie, ty również przestaniesz wykorzystywać każdą okazję, żeby atakować kuzyna za decyzję, na którą nie miał wpływu.
— On przynajmniej otrzymał możliwość wyboru — odpowiedziała Trixie.
Głos zaczynał jej drżeć.
— Mógł wejść do Wielkiej Sali. Mógł usiąść pod Tiarą Przydziału i dowiedzieć się, do którego domu należy. Mógł przejść tymi samymi korytarzami co nasi rodzice. Teraz może oglądać Turniej Trójmagiczny, podczas gdy ja wysłuchuję opowieści o tym, jak Potter znowu znalazł się w centrum wszystkiego.
— Potter sam wpisał swoje nazwisko — powiedział Draco. — Przynajmniej tak twierdzi większość szkoły.
— Nie obchodzi mnie, jak to zrobił. Obchodzi mnie, że Dumbledore pozwolił mu wystartować, choć jest za młody, a mnie nie pozwolił nawet rozpocząć nauki.
— To nie jest to samo.
— Oczywiście, że nie. Potterowi wolno łamać każdą zasadę, ponieważ wszyscy uważają go za wyjątkowego. Ja muszę przez całe życie udowadniać, że potrafię zrobić to samo co inni, a i tak słyszę, że bezpieczniej będzie pozostawić mnie w domu.
Na moment umilkła.
Narcyza widziała, jak gniew miesza się w niej z czymś znacznie boleśniejszym.
— Zabraliście mnie na Mistrzostwa Świata w Quidditchu — ciągnęła Trixie. — Wiem, że próbowaliście sprawić mi przyjemność. Ale Quidditch mnie nie interesuje. Chciałam zobaczyć Hogwart. Chciałam znaleźć się w szkole, do której powinnam była należeć.
Lucjusz odezwał się spokojniej:
— Durmstrang nie jest karą. To jedna z najlepszych szkół magii w Europie, a Karkarow przyjął cię na podstawie wyników egzaminów, nie litości.
— Wiem.
— W takim razie przestań mówić o nim tak, jakby był miejscem zesłania.
— Lubię Durmstrang. Mam tam nauczycieli, przyjaciół i własne życie. To nie znaczy, że przestałam pamiętać, dlaczego się tam znalazłam.
Lucjusz odwrócił wzrok.
Sam nigdy nie zaakceptował decyzji Dumbledore’a. W oficjalnych rozmowach nazywał ją tchórzostwem ukrytym pod pozorem troski. Odmowa przyjęcia córki Bellatrix Lestrange była dla niego policzkiem wymierzonym nie tylko w dziewczynę, lecz także w oba rody.
Nie zamierzał jednak pozwolić, by gniew na Dumbledore’a stał się usprawiedliwieniem dla każdego zachowania Trixie.
— Nadal nie wyjaśniłaś, dlaczego zaatakowałaś tamtego ucznia — powiedział.
Trixie zacisnęła dłonie.
— Próbował sprowadzić nauczyciela.
— Wykonywał więc obowiązek, którego ty świadomie nie dopełniłaś.
— Najpierw powiedział, że moi rodzice siedzą w „kiciu” i że powinnam uważać, bo córka więźniów może skończyć dokładnie tak samo. Potem naśladował mój bułgarski akcent.
Twarz Lucjusza pozostała nieruchoma, ale jego palce zacisnęły się na krawędzi biurka.
— I dlatego uznałaś, że należy go przekląć?
— Uznałam, że skoro chce biec do nauczyciela, powinien najpierw nauczyć się trzymać ręce przy sobie i język za zębami.
— Co dokładnie zrobił? — zapytała Narcyza.
— Próbował wyrwać mi księgę.
— A ty unieruchomiłaś mu ręce.
— To wydawało się logiczne.
Draco parsknął cicho, ale ucichł pod spojrzeniem ojca.
— Nie chodzi o to, że nie rozumiem twojego gniewu — powiedział Lucjusz. — Obraził twoich rodziców i nazwisko. Powinien ponieść konsekwencje. Problem polega na tym, że zrobiłaś dokładnie to, czego od ciebie oczekiwał. Dałaś mu możliwość przedstawienia siebie jako ofiary, a ciebie jako niebezpiecznej córki Bellatrix Lestrange.
— Nie obchodzi mnie, co o mnie myśli.
— Powinno obchodzić cię, co może zrobić z tą opinią. Człowiek, który nie potrafi kontrolować własnej reakcji, oddaje przeciwnikowi władzę nad sobą.
Trixie odwróciła głowę w jego stronę.
— Nie straciłam kontroli.
— W takim razie świadomie wybrałaś rozwiązanie, które doprowadziło do listu dyrektora, utraty dostępu do biblioteki i dodatkowego nadzoru podczas zajęć.
Zamilkła.
Lucjusz wiedział, że trafił w odpowiedni punkt. Nie zamierzał przekonywać jej, że zaklęcie było moralnie złe. Trixie nie przyjęłaby takiego argumentu. Musiała jednak zrozumieć, że siła użyta bez planu może zaszkodzić przede wszystkim jej samej.
— Ambicja nie jest wadą — kontynuował. — Ciekawość również nie. Gdybyś zapytała mnie o księgi dotyczące śladów magicznych, być może znalazłbym odpowiednie teksty w naszej bibliotece albo zdobył je z innego źródła. Zamiast tego włamałaś się do zamkniętej części szkoły i pozwoliłaś, żeby ktoś cię przyłapał.
— Nie wiedziałam, że masz takie księgi.
— Ponieważ nie zapytałaś.
— Gdy pytam o czarną magię, Narcyza natychmiast się martwi.
— Ponieważ czasami mam ku temu powody — odpowiedziała Narcyza.
Trixie zwróciła twarz w jej stronę.
— Wszyscy martwią się tylko o to, żebym nie stała się podobna do matki.
W gabinecie zapadła cisza.
— Nieprawda — powiedziała Narcyza.
— Patrzysz na mnie dokładnie tak samo, ilekroć zainteresuję się czymś, czego nie ma w szkolnym podręczniku. Jakbyś zastanawiała się, kiedy zacznę torturować ludzi i trafię do Azkabanu.
— Nigdy tak o tobie nie pomyślałam.
— Lucjusz pomyślał.
— Nie wkładaj mi do głowy własnych przypuszczeń — odpowiedział chłodno.
— W takim razie powiedz mi, że nigdy nie zastanawiałeś się, czy jestem drugą Bellatrix.
Nie odpowiedział od razu.
To wystarczyło.
Trixie odsunęła się o krok.
— Wiedziałam.
— Zastanawiałem się, ile cech po niej odziedziczyłaś — powiedział Lucjusz. — To nie jest to samo.
— Dla mnie jest.
Narcyza podeszła bliżej, lecz nie próbowała jej dotknąć.
— Trixie, posłuchaj mnie. Nie boję się, że jesteś podobna do Belli. Widzę jej upór, dumę i gniew za każdym razem, gdy próbujesz udowodnić światu, że nie potrzebujesz niczyjej pomocy. Czasami mnie to przeraża, ponieważ wiem, dokąd te cechy zaprowadziły twoją matkę. Ale widzę również wszystko, co jest tylko twoje.
Trixie zacisnęła usta.
— Gdyby tutaj była, byłaby rozczarowana.
— Dlaczego?
— Bo nie jestem w Slytherinie.
Narcyza znieruchomiała.
— Jak mam kiedyś stanąć przed nią i powiedzieć, że jej córka nie dostała się nawet do Hogwartu? Że nigdy nie usiadłam pod Tiarą Przydziału? Że nie należałam do jej domu, choć jestem krwią z jej krwi?
— Trixie…
— Wszyscy możecie mówić, że Durmstrang jest dobrą szkołą. Wiem, że jest. Ale to nie tam uczyła się moja matka. Nie tam był mój ojciec. Nie tam jest historia mojej rodziny.
Narcyza odezwała się powoli:
— Twoja matka nie pokochała cię dlatego, że spodziewała się zobaczyć cię kiedyś w zielonym krawacie.
— Skąd możesz to wiedzieć?
— Bo znałam ją, zanim się urodziłaś. I widziałam ją po twoich narodzinach.
Trixie odwróciła twarz w stronę ciotki.
— Bella nie była czuła w taki sposób jak ja — kontynuowała Narcyza. — Nie potrafiła siedzieć przy kołysce i spokojnie opowiadać bajek. Chodziła po pokoju, poprawiała wszystkich dookoła i uważała, że każdy, kto trzyma cię dłużej niż kilka minut, natychmiast próbuje jej ciebie odebrać.
Draco spojrzał zaskoczony na matkę. Lucjusz opuścił wzrok, najwyraźniej pamiętając dokładnie to samo.
— Kiedy ktoś powiedział, że jesteś podobna do Rudolfa, przez pół wieczoru udowadniała, że masz rysy Blacków. Gdy uzdrowiciel zasugerował, że rozwijasz się odrobinę wolniej niż inne dzieci, Bella niemal wyrzuciła go z domu. Była z ciebie dumna, zanim zdążyłaś wypowiedzieć pierwsze słowo albo wykonać jakiekolwiek zaklęcie.
— A kiedy dowiedziała się, że nie widzę?
Narcyza zawahała się.
— Nie zdążyła się dowiedzieć. Mieliśmy pewne podejrzenia, ale uzdrowiciele potwierdzili je już po jej aresztowaniu.
Trixie przesunęła dłonią po medalionie.
— W takim razie nie wiesz, jak by zareagowała.
— Nie wiem — przyznała Narcyza. — Ale znam Bellę. Nie pytałaby, czy jesteś wystarczająco dobra dla niej. Zapytałaby, kto odważył się uznać, że jesteś słabsza.
Przez chwilę nikt się nie odzywał.
Trixie chciała uwierzyć.
Przez całe życie tworzyła w wyobraźni własną Bellatrix: niezwyciężoną, dumną i niezdolną do odrzucenia córki. Czasami jednak pojawiała się druga możliwość. Matka mogła wrócić, spojrzeć na nią i zobaczyć nie dziedziczkę rodu, lecz niewidomą dziewczynę, której nie przyjęto do Slytherinu.
— Kiedyś stanę przed Dumbledorem — powiedziała Trixie. — Powiem mu, co zrobił. I pokażę, jak bardzo się pomylił.
— Możesz udowodnić swoją wartość bez niszczenia siebie — odpowiedziała Narcyza.
— Nie chcę tylko udowodnić swojej wartości.
Lucjusz spojrzał na nią uważniej.
— Czego zatem chcesz?
Trixie podniosła głowę.
— Żeby poniósł konsekwencje.
Draco poruszył się niespokojnie.
— Za nieprzyjęcie cię do szkoły?
— Za decydowanie, kto zasługuje na miejsce w jego świecie. Za udawanie, że troszczy się o ludzi, kiedy tak naprawdę chce nimi kierować. Za to, że wszyscy wierzą mu bardziej niż nam.
Narcyza wyczuła, dokąd prowadzi ta rozmowa.
— Trixie, gniew nie może stać się jedyną rzeczą, która cię prowadzi.
— Nie jest jedyną. Mam wiedzę, ambicję i cierpliwość.
— Właśnie cierpliwości zabrakło ci w bibliotece — zauważył Lucjusz.
— Nie odpowiedziałeś na pytanie — powiedziała Trixie.
— Jakie?
— Zapytałeś, czego tam szukałam.
— Odpowiedziałaś: ksiąg o śladach magicznych.
— To nie wszystko.
Narcyza zacisnęła dłonie.
Trixie mówiła dalej spokojnie:
— Chciałam znaleźć sposób, żeby kiedyś pokonać Dumbledore’a.
Draco oderwał się od framugi.
— Pokonać?
— Zabić.
Słowo padło bez gniewu i bez podniesionego głosu. Trixie wypowiedziała je tak, jakby oznajmiała, że zamierza nauczyć się kolejnego języka.
— Kiedyś chciałabym zabić Albusa Dumbledore’a.
Odwróciła się i ruszyła w stronę drzwi.
— Trixie — zawołała Narcyza.
Dziewczyna zatrzymała się z dłonią na klamce.
— Nie powiedziałam tego, żeby was przestraszyć. Nie musicie więc próbować mnie przekonywać, że tego nie chcę.
Opuściła gabinet.
Drzwi zamknęły się za nią cicho.
I właśnie to okazało się najbardziej niepokojące.
Gdyby krzyczała, trzasnęła drzwiami albo rzuciła zaklęciem, Narcyza wiedziałaby, że przemawia przez nią chwilowy gniew. Trixie jednak wypowiedziała swoje pragnienie z całkowitym spokojem.
Myślała o nim już wcześniej.
Draco pierwszy przerwał ciszę.
— Ona naprawdę chce zabić Dumbledore’a?
Narcyza nadal patrzyła na drzwi.
— Nie powiedziała tego dla efektu.
— Ma czternaście lat.
— Właśnie dlatego jest to tak niepokojące — odpowiedział Lucjusz.
Podszedł do biurka i jeszcze raz spojrzał na list Karkarowa.
— Bellatrix w jej wieku prowokowała ludzi, by zobaczyć ich reakcję. Trixie tego nie robi. Jeżeli coś mówi, zazwyczaj zdążyła już rozważyć kilka sposobów, by to osiągnąć.
Draco przełknął ślinę.
— To trochę przerażające.
Narcyza odwróciła się do syna.
— Nie nazywaj jej tak.
— Nie powiedziałem, że ona jest przerażająca. Tylko to, jak spokojnie o tym mówi.
Lucjusz odłożył pergamin.
— Wróć do swojego pokoju, Draco.
— Ale…
— Natychmiast.
Chłopak zawahał się, po czym opuścił gabinet.
Narcyza została przy kominku. Jej twarz pozostawała spokojna, ale dłonie zaciskały się na materiale sukni.
— Nie oddam jej — powiedziała.
Lucjusz spojrzał na żonę.
— Nikt nie zaproponował, żebyśmy ją komukolwiek oddali.
— Karkarow może uznać, że stanowi zagrożenie dla innych uczniów. Może zażądać dodatkowego nadzoru albo próbować usunąć ją ze szkoły. Nie pozwolę, żeby trafiła do żadnej placówki ani pod opiekę obcych ludzi.
— Nie trafi.
— Obiecujesz?
— Jest członkinią naszej rodziny. Karkarow dobrze wie, że nie podejmuje się decyzji dotyczących Trixie bez rozmowy ze mną.
Narcyza powoli wypuściła powietrze.
— Musimy coś zrobić, Lucjuszu.
— Tak.
— Nie chcę jej karać za myślenie o Belli ani za tęsknotę za rodzicami.
— Nie chodzi już wyłącznie o tęsknotę.
Narcyza spojrzała w stronę schodów.
— Ona wierzy, że gdy Czarny Pan wróci, wszystko się naprawi. Że uwolni Bellę i Rudolfa, ukarze Dumbledore’a i da jej miejsce, którego inni jej odmówili.
— Być może właśnie dlatego jego powrót byłby dla niej bardziej niebezpieczny niż dla Dracona.
— Draco zna go tylko z naszych opowieści.
— Trixie stworzyła z niego odpowiedź na każdą rzecz, której jej brakuje.
Narcyza zamknęła oczy.
Nie chciała myśleć o tym, co mógłby zrobić Voldemort, gdyby dowiedział się o zdolnej, ambitnej córce swojej najwierniejszej zwolenniczki. O dziewczynie, która nie widziała w nim źródła strachu, lecz obietnicę odzyskania rodziny.
— Musimy nauczyć ją granic — powiedziała.
Lucjusz spojrzał na zamknięte drzwi.
— Najpierw musimy sprawić, żeby uznała, że warto nas słuchać.
Pokój Trixie znajdował się na końcu wschodniego korytarza. Narcyza urządziła go z taką starannością, jakby od odpowiedniego dobrania każdego przedmiotu zależało, czy dziewczyna kiedykolwiek uzna Malfoy Manor za własny dom.
Nie przypominał pokoju dziecka. Stał w nim fortepian z ciemnego drewna, szerokie biurko i wysokie regały wypełnione książkami. Część tekstów zapisano brajlem, inne Trixie odczytywała po użyciu niewerbalnego zaklęcia zamieniającego zwykłe litery w wypukłe punkty. Na osobnej półce znajdowały się podręczniki do języka niemieckiego, bułgarskiego, francuskiego i starożytnych run.
Trixie zamknęła drzwi i oparła się o nie plecami.
Nie żałowała tego, co powiedziała.
Dumbledore zasługiwał na śmierć.
Nie tylko dlatego, że nie przyjął jej do Hogwartu. Reprezentował wszystko, czego nie znosiła: władzę ukrytą pod łagodnym głosem, decyzje podejmowane za innych i przekonanie, że tylko on wie, co jest dla ludzi najlepsze.
Podeszła do biurka i przesunęła dłonią po pozostawionych tam nutach. Nie miała ochoty grać. Muzyka zwykle porządkowała jej myśli, ale tego wieczoru nie chciała się uspokajać.
Dotknęła medalionu.
Był jedynym przedmiotem, który należał do Bellatrix. Nie do Narcyzy, Lucjusza ani Malfoy Manor. Do jej matki.
Narcyza twierdziła, że Bellatrix byłaby z niej dumna. Trixie chciała w to wierzyć, ale jej wyobrażenia o matce powstały z cudzych opowieści, szeptów dorosłych i artykułów, których miała nie czytać. Bellatrix w każdej historii była najwierniejsza, najodważniejsza i najbardziej bezwzględna. Nie wypierała się Czarnego Pana nawet podczas procesu.
Trixie nie chciała być dzieckiem, którego taka kobieta musiałaby bronić z litości.
Chciała być córką, którą Bellatrix mogłaby postawić obok siebie.
Gdyby Czarny Pan powrócił, jej rodzice odzyskaliby wolność. Świat przestałby nazywać ich zbrodniarzami, a zacząłby mówić o ich lojalności. Dumbledore utraciłby władzę, którą wykorzystywał do decydowania o cudzym życiu.
Wszystko znalazłoby się na właściwym miejscu.
Wieczorem rozległo się pukanie.
Trixie rozpoznała kroki jeszcze zanim odezwał się głos.
— To ja.
— Wiem, Draco.
— Mogę wejść?
Wykonała krótki ruch dłonią. Zamek ustąpił pod wpływem niewerbalnego zaklęcia.
Draco wszedł i zamknął za sobą drzwi. Tym razem nie komentował fortepianu ani liczby książek. Usiadł na krześle przy biurku, lecz przez kilka sekund niczego nie mówił.
— Jeśli przyszedłeś opowiadać mi, jaki Dumbledore jest wspaniały, możesz od razu wyjść — powiedziała Trixie. — Nie jesteś pierwszą osobą, która próbuje przekonać mnie, że odmowa przyjęcia mnie do szkoły była wyrazem troski.
— Naprawdę nie wiem, dlaczego uważasz, że broniłbym Dumbledore’a. Nie jestem Potterem.
Kącik ust Trixie drgnął.
— W takim razie czego chcesz?
— Chciałem sprawdzić, czy nadal zamierzasz zabić dyrektora mojej szkoły.
— Nie zmieniam planów po godzinie.
— To dobrze wiedzieć.
Draco przesunął palcami po brzegu rękawa.
— Ojciec jest wściekły.
— Lucjusz prawie zawsze wygląda i brzmi tak samo. Trudno zauważyć różnicę.
— Ja zauważam. Mama się martwi, a ojciec zaczyna planować, co zrobi, jeżeli Karkarow nałoży na ciebie kolejną karę.
— Nie prosiłam ich o pomoc.
— Wiem. Nigdy o nic nie prosisz.
— Bo nie lubię być komuś coś winna.
— Jesteś im winna całe wychowanie.
Trixie odwróciła głowę w jego stronę.
— Nie powiedziałem tego złośliwie — dodał szybko Draco. — Po prostu czasami zachowujesz się tak, jakbyś mieszkała tutaj zupełnie sama. Mama od czternastu lat martwi się o ciebie bardziej niż o siebie.
— Jestem jej wdzięczna.
— Nigdy jej tego nie mówisz.
— Nie wszystko trzeba mówić.
Draco prychnął.
— Ty akurat mówisz bardzo dużo, kiedy chcesz komuś zagrozić.
Trixie usiadła przy fortepianie, ale nie podniosła pokrywy klawiatury.
— Chciałbyś, żeby Czarny Pan wrócił?
Pytanie padło tak nagle, że Draco przestał poruszać rękawem.
— Skąd to przyszło ci do głowy?
— Odpowiedz.
Chłopak przez chwilę milczał.
— Wychowałem się w domu, w którym jego imię wymawiano z szacunkiem. Wiem, kim był dla ojca i dla twojej matki. Ale dla mnie jest głównie kimś z opowieści. Kimś, o kim dorośli mówią ciszej niż o innych ludziach.
— Bo się go boją.
— Niektórzy.
— Ty też?
Draco zawahał się.
— Nie wiem. Trudno bać się człowieka, którego nigdy się nie spotkało.
— Ja się go nie boję.
— Wiem.
— Gdyby wrócił, wszystko zaczęłoby wyglądać tak, jak powinno. Uwolniłby moich rodziców. Przestaliby być więźniami, a staliby się ludźmi, którzy jako jedyni pozostali mu wierni. Dumbledore nie mógłby już decydować, kto zasługuje na miejsce w jego świecie.
— Wciąż nie mogłabyś uczyć się w Hogwarcie. Masz czternaście lat i chodzisz do Durmstrangu.
— Gdyby Czarny Pan zwyciężył, mogłabym wejść do Hogwartu, kiedy tylko zechcę.
Draco pokręcił głową.
— Czasami nie wiem, czy naprawdę chcesz powrotu Czarnego Pana, czy po prostu chcesz, żeby ktoś otworzył Azkaban i przyprowadził ci Bellatrix.
Trixie zesztywniała.
— Jedno nie wyklucza drugiego.
— Nie. Ale może nie chodzi ci o niego tak bardzo, jak twierdzisz. Może chodzi o to, co mógłby ci dać.
— Dałby mi rodzinę.
— Właśnie.
— I to jest według ciebie mało ważne?
— Nie powiedziałem tego.
Draco wstał i podszedł do okna.
— Po prostu mam wrażenie, że stworzyłaś sobie w głowie wersję przyszłości, w której jego powrót naprawia wszystko. Twoi rodzice wychodzą z Azkabanu, Dumbledore przyznaje, że się pomylił, a wszyscy zaczynają traktować cię tak, jak zawsze chciałaś.
— Bo właśnie tak będzie.
— Skąd wiesz?
— Ponieważ Czarny Pan nie jest Dumbledore’em.
— To akurat nie jest odpowiedź.
— Dumbledore mnie odrzucił. Czarny Pan doceniłby to, czego inni się boją.
— Nigdy cię nie spotkał.
— Jeszcze.
Pewność w jej głosie sprawiła, że Draco odwrócił się od okna.
— Masz wszystko zaplanowane, prawda?
— Tak.
— Masz czternaście lat.
— To wystarczy, żeby wiedzieć, po której stronie chcę stanąć.
— Czasami mam wrażenie, że mówisz dokładnie tak, jak według ciebie mówiłaby twoja matka.
Trixie zacisnęła dłoń na medalionie.
— Nie znasz jej.
— Ty również nie.
Słowa zawisły pomiędzy nimi.
Draco natychmiast pożałował, że je wypowiedział, ale było już za późno.
Trixie odwróciła twarz.
— Wyjdź.
— Trixie…
— Powiedziałam, żebyś wyszedł.
— Nie chciałem powiedzieć, że nie jest twoją matką. Chodziło mi tylko o to, że znasz ją z opowieści. Tak samo jak ja znam Czarnego Pana. Możesz wyobrażać ją sobie inaczej, niż wygląda naprawdę.
— Narcyza ją znała.
— Czternaście lat temu.
— To nadal więcej niż ty.
Draco ruszył w stronę drzwi, ale zatrzymał się z dłonią na klamce.
— Mogę zadać ci jedno pytanie?
— Właśnie zadałeś.
— Jeszcze jedno.
Nie odpowiedziała, więc uznał to za zgodę.
— Gdyby Bellatrix weszła teraz do tego pokoju, nie ta kobieta z historii i artykułów, tylko po prostu twoja matka, i zapytała, czy jesteś szczęśliwa… co byś jej powiedziała?
Trixie milczała.
Draco czekał przez chwilę, lecz odpowiedź nie nadeszła.
— To zbyt osobiste pytanie — powiedziała w końcu. — Nie zamierzam na nie odpowiadać.
— Rozumiem.
— Nie sądzę.
— Być może nie.
Otworzył drzwi.
— Dobranoc, Trixie.
— Dobranoc.
Draco wyszedł, pozostawiając ją samą.
Trixie nadal siedziała przy zamkniętym fortepianie, ściskając medalion Bellatrix.
Nie wiedziała, co odpowiedziałaby matce.
Mogłaby opowiedzieć jej o Durmstrangu, językach, książkach i muzyce. Mogłaby wymienić wszystkie zaklęcia, które opanowała szybciej niż pozostali uczniowie. Mogłaby zapewnić ją, że nigdy nie pozwoliła nikomu traktować się jak osobę słabszą.
Nie potrafiła jednak powiedzieć, że jest szczęśliwa.
Nie wtedy, gdy każdego dnia budziła się ze świadomością, że jej rodzice pozostają za murami Azkabanu.
Położyła medalion na dłoni.
— Wróćcie — wyszeptała.
Nie wiedziała, czy mówi do Bellatrix i Rudolfa, czy do człowieka, który jako jedyny mógł ich uwolnić.
Być może do nich wszystkich.
Tej nocy długo nie mogła zasnąć.
Dziękuję. Zapraszam do lektury. 🙂
Bardzo ciekawie się zaczyna.
Co to jest funfic?
Czym innym jest dyskutowanie w dedykowanym temu wątkowi, a czym innym pisanie to samemu autorowi. I to nie jest HP tylko funfic.
Powiedzieli ci, którzy sami ochoczo dłubią w HP i doszukują się absurdów. xd
Dokładnie, dzięki za ten komentarz. Czekam na osobiste teksty mądralińskich. Nie jestem pisarką, lecz piszę dla własnej przyjemności. 🙂 😀
Uważam, że mówienie autorowi, jak powinna wyglądać fabuła jest zwyczajnym zarozumialstwem.
urodziła się w 1980 roku. Poprawiłam na niepełnosprawność wzrokową w kolejnych rodziałach. I masz racje, Harry i Trixie są równolatkami. Nie pomyliłam obliczeń.
Harry’ego Pottera czytałam ponad 8 lat temu, więc dużo rzeczy mogę nie pamiętać.
1. „Trixie miała zaledwie kilka miesięcy. Ciemne włosy zdążyły już zgęstnieć, a delikatne rysy twarzy przypominały Bellatrix bardziej, niż Narcyza chciała przyznać. Jej małe palce zaciskały się bezwiednie na brzegu koca. Narcyza trzymała się nieco z boku…”
Ja bym zastąpiła to drugie wystąpienie „Narcyza” jako „siostra Bellatrix”, bo jest najprostsze i nie będzie powtórzeniem w tak bliskiej odległości od poprzedniego wystąpienia. I usunęłabym niepotrzebny przecinek przed „niż”, to porównanie proste.
2. Może to tylko moje matematyczne zboczenie, ale coś mi się nie zgadza między wiekiem Trixie a klasą, do której chodzi: Trixie urodziła się w 81 roku, więc maksymalnie koniec lutego, żeby można było powiedzieć w prologu “zima 1981 roku” (zakładamy standardowo grudzień)), że ma kilka miesięcy, bo kilka < 10. W 11 urodziny nie dostała listu z Hogwartu (rok 92), do września powinno im się udać ogarnąć Durmstrang, więc naukę rozpoczęła we wrześniu 92. Zgodziłabym się, że chodzi do czwartej klasy, gdyby wydarzenia były po wrześniu 95 (rok szkolny 95/96), a Turniej Trójmagiczny był w roku szkolnym 94/95. Widzę tylko jedno wytłumaczenie: w pewnym momencie awansowała klasę wyżej, co wydaje się jedynym logicznym wytłumaczeniem, zwłaszcza że są podkreślane jej ponadprzeciętne zdolności. No chyba że urodziła się pod koniec 80 roku, ale i tak wtedy zaczęłaby naukę we wrześniu 92, bo zdaje się, że Hermiona była z września 79, a zaczęła naukę z Harrym (rocznik 80), więc nadal Trixie w roku 94/95 byłaby w trzeciej klasie, chyba że właśnie ten awans. Tu kwestia jest jednego roku, a widziałam w pewnej dużej serii kryminalnej, gdzie na logikę między pierwszym a szóstym tomem powinno upłynąć przynajmniej kilka lat, a autorka w szóstym tomie pisze, że główny bohater ma zaledwie rok czy dwa lata więcej niż w pierwszym tomie. 3. „z powodu niewidomości” Jakoś mi ta „niewidomość” zgrzyta, niby to słowo istnieje, ale w dialogu literackim prościej by było: z powodu ślepoty/tego, że nie widzisz/jesteś niewidoma. 4. Zaklęcie zamieniające zwykłe litery w wypukłe punkty – bardzo dobry pomysł, bo już zastanawiałam się, jak ona w tej bibliotece odczytywała księgi. Będę dalej czytać, może być z tego coś ciekawego.
Ale ja Karkarowa zostawiłam, u mnie zginie w późniejszym czasie.
Uważam, że list od Karkarowa, którego nie było na miejscu w szkole był bez sensu. Pod jego nieobecność przecież obowiązki powinien przejąć jakiś zastępca, a już w ogóle armatą na muchę jest pisanie przez samego dyrektora i to nieobecnego, do rodziców w sprawie, było nie było, czegoś w rodzaju większej nagany. Takie rzeczy w Polsce załatwiałby wychowawca, może jakiś szkolny psycholog, pedagog czy ktoś taki, w HP zapewne opiekun domu.
Nie interesuje mnie to raczej, wybacz.
Wiesz co było gdzieś fanfiction na fanfiction.net co by było gdyby hrry potter stracił słuch. Coś takiego gdzieś widziałem ale nie wiem jak się nazywało do kładnie.