ROZDZIAŁ IX
Wieści
Poranne światło wpadające przez wysokie okna Wielkiej Sali miało bladą, zimową barwę, która nie potrafiła ogrzać ani kamiennych ścian, ani twarzy uczniów pochylonych nad śniadaniem. Nad czterema długimi stołami unosił się gwar rozmów, szczęk sztućców i przesuwanych półmisków, lecz tego dnia nawet najbardziej zwyczajne dźwięki zdawały się czekać na wiadomość, która nie została jeszcze wypowiedziana.
Harry od chwili wejścia do sali czuł, że wydarzyło się coś ważnego.
Nauczyciele rozmawiali między sobą ciszej niż zazwyczaj. Kilka miejsc przy stole profesorskim pozostawało pustych, a profesor McGonagall raz po raz spoglądała ku drzwiom, jakby spodziewała się kogoś, kto miał nadejść w każdej chwili. Nawet Umbridge, ubrana w jaskraworóżowy sweter ozdobiony kokardą, nie uśmiechała się ze swoją zwykłą, nieznośną słodyczą. Nerwowo stukała paznokciami o porcelanową filiżankę i sprawiała wrażenie znacznie bardziej zainteresowanej szeptami nauczycieli niż własnym śniadaniem.
Hermiona pierwsza zauważyła sowy.
— Jest ich więcej niż zwykle — powiedziała, unosząc głowę ku zaczarowanemu sklepieniu.
Harry spojrzał w górę.
Przez otwarte okna wlatywały całe stada ptaków, niosąc listy, paczki i zwinięte gazety. Ich skrzydła zaszeleściły pod sklepieniem, a pióra i drobne płatki śniegu zaczęły opadać na stoły.
Jedna z sów zrzuciła egzemplarz „Proroka Codziennego” niemal prosto do dzbanka z sokiem dyniowym. Ron zdążył odsunąć naczynie, zanim gazeta wpadła do środka.
— Świetnie — mruknął. — Jeszcze chwila i dostałbym wiadomości z dodatkiem miąższu.
Hermiona chwyciła gazetę, rozwinęła ją i znieruchomiała.
Harry zobaczył zmianę na jej twarzy, zanim zdążył przeczytać nagłówek.
— Co się stało?
Hermiona nie odpowiedziała od razu. Przesunęła palcami po pierwszej stronie, jakby chciała się upewnić, że słowa nie zmienią się, jeśli przeczyta je ponownie.
— Ucieczka z Azkabanu — powiedziała w końcu. — Dziesięciu więźniów.
Ron przestał nakładać sobie kiełbaski.
— Dziesięciu?
Hermiona odwróciła gazetę w ich stronę.
Nagłówek zajmował niemal połowę pierwszej strony.
MASOWA UCIECZKA Z AZKABANU
SYRIUSZ BLACK ORGANIZATOREM UWOLNIENIA ŚMIERCIOŻERCÓW?
Poniżej umieszczono dziesięć poruszających się fotografii. Wychudzone twarze więźniów pojawiały się kolejno w niewielkich prostokątnych ramkach, a pod każdą zapisano imię, nazwisko oraz krótki opis popełnionych zbrodni.
Harry patrzył na zdjęcia i czuł, jak coś zimnego zaciska mu się wokół żołądka.
Antonin Dołohow.
August Rookwood.
Rabastan Lestrange.
Rudolf Lestrange.
Bellatrix Lestrange.
Kobieta na fotografii miała długie, ciemne włosy i zapadnięte policzki. Nawet na więziennym zdjęciu jej twarz nie wyglądała na złamaną. Uśmiechała się, odsłaniając zęby, a jej oczy śledziły czytelnika z niepokojącą intensywnością.
Harry znał to nazwisko.
Widział Bellatrix wcześniej w myślodsiewni Dumbledore’a. Stała na sali sądowej razem z mężem, szwagrem i Bartym Crouchem Juniorem. Krzyczała, że Czarny Pan powróci, a na wieść o dożywotnim pobycie w Azkabanie nie okazywała strachu, tylko fanatyczną pewność, jakby wyrok stanowił jeszcze jeden dowód jej wierności.
Harry wiedział również, co zrobiła rodzicom Neville’a.
Oderwał wzrok od fotografii i spojrzał kilka miejsc dalej, gdzie Neville siedział nieruchomo, z nietkniętym śniadaniem przed sobą. Dean trzymał gazetę, lecz nie przewracał stron. Ginny mówiła coś cicho do Neville’a, jednak chłopak najwyraźniej jej nie słyszał.
Harry poczuł gwałtowny przypływ gniewu.
— Oni naprawdę uciekli — powiedział Ron. — Wszyscy naraz.
Hermiona szybko przesuwała wzrokiem po kolejnych kolumnach tekstu.
— Posłuchajcie. Ministerstwo twierdzi, że ucieczkę zorganizował Syriusz. Piszą, że od miesięcy kontaktował się z dawnymi zwolennikami Sam-Wiesz-Kogo i wykorzystał wiedzę zdobytą podczas własnej ucieczki.
Harry wyrwał jej gazetę.
— To absurd.
Kilka osób siedzących w pobliżu odwróciło się w ich stronę. Harry ściszył głos, lecz nie zdołał opanować wściekłości.
— Syriusz przez cały ten czas siedzi zamknięty w domu, bo Dumbledore nie pozwala mu nawet wyjść na ulicę. Jak miałby zorganizować ucieczkę z Azkabanu?
— Ministerstwo nie może przyznać, że zrobił to Voldemort — odpowiedziała Hermiona. — Gdyby przyznali, że dziesięciu jego najwierniejszych zwolenników wydostało się z więzienia tej samej nocy, musieliby wytłumaczyć, dlaczego nadal twierdzą, że nie powrócił.
Ron odruchowo rozejrzał się po sali, gdy wypowiedziała imię Voldemorta.
— Nie musisz mówić tego tak głośno.
Hermiona posłała mu zniecierpliwione spojrzenie.
— Właśnie uciekło dziesięciu śmierciożerców, a ty nadal przejmujesz się jego imieniem?
— Przejmuję się tym, że połowa sali patrzy na nas tak, jakbyśmy sami otworzyli im cele.
Harry ponownie skupił się na artykule.
Autor wspominał o osłabieniu zabezpieczeń, możliwej pomocy dementorów oraz podejrzeniu, że Syriusz Black zbudował własną organizację przestępczą. Ani razu nie pojawiało się nazwisko Voldemorta. Zamiast tego zapewniano, że Ministerstwo kontroluje sytuację, a Korneliusz Knot polecił aurorom rozpocząć największą obławę od czasu zakończenia pierwszej wojny.
— „Kontrolują sytuację” — przeczytał Harry z pogardą. — Dziesięciu ludzi wydostaje się z najlepiej strzeżonego więzienia w Wielkiej Brytanii, a oni kontrolują sytuację.
Ron spoważniał.
— Tata będzie musiał spędzić cały dzień w Ministerstwie. Dopiero wrócił do pracy po tym, co wydarzyło się przed świętami, a teraz wszyscy kompletnie oszaleją.
Hermiona spojrzała na niego łagodniej.
— Zakon zapewne wie więcej.
— O ile ktokolwiek nam cokolwiek powie — mruknął Harry.
Nie musiał dodawać, że Dumbledore prawdopodobnie ponownie uzna, iż najbezpieczniej będzie trzymać go z dala od wszelkich informacji. Od początku roku prawie z nim nie rozmawiał. Dyrektor unikał jego spojrzenia, nie odpowiadał na pytania i zachowywał się tak, jakby Harry stanowił zagrożenie, którego nie wolno dotknąć ani nawet zbyt długo obserwować.
Hermiona odzyskała gazetę i przyjrzała się liście zbiegów.
— To nie jest przypadkowa grupa — powiedziała. — Voldemort nie uwolnił pierwszych lepszych więźniów. To ludzie, którzy nie wyparli się go podczas procesów albo zostali skazani za działania podjęte już po jego upadku. Najpierw odzyskał ciało, a teraz odbudowuje swoją organizację.
— Armię — poprawił ją Harry.
— Być może.
— Nie „być może”. Widziałem go. Widziałem, jak wzywał śmierciożerców na cmentarzu. Mówił o tych, którzy siedzą w Azkabanie, jakby czekał, aż znów będą mu potrzebni.
Ron patrzył na poruszające się fotografie.
— Czy ta Lestrange naprawdę zrobiła to rodzicom Neville’a?
Harry skinął głową.
— Ona, jej mąż, jego brat i Barty Crouch Junior. Torturowali ich, bo chcieli się dowiedzieć, gdzie jest Voldemort.
Hermiona przestała czytać.
— I nie przerwali, nawet kiedy było jasne, że Longbottomowie niczego nie wiedzą?
— Nie.
Przez chwilę żadne z nich się nie odezwało.
Wielka Sala stopniowo cichła, gdy kolejne gazety trafiały w ręce uczniów. Szepty rozchodziły się od stołu do stołu. Niektórzy próbowali żartować, lecz ich głosy brzmiały zbyt wysoko, a śmiech urywał się szybko. Uczniowie pochodzący z rodzin czarodziejów rozpoznawali nazwiska i zaczynali rozumieć, co oznaczało ich pojawienie się na pierwszej stronie.
Harry ponownie spojrzał na fotografię Bellatrix.
Kobieta na zdjęciu odrzuciła głowę i roześmiała się bezgłośnie.
— Jeśli Voldemort ich uwolnił, wszyscy zapewne już do niego wrócili — powiedział.
Hermiona złożyła gazetę.
— Właśnie dlatego Ministerstwo tak szybko oskarżyło Syriusza. Potrzebowali wyjaśnienia, które nie prowadziło do Voldemorta.
— A Syriusz nie może się nawet bronić.
— Gdyby się ujawnił, natychmiast próbowaliby zamknąć go ponownie.
— Najpierw musieliby go złapać — zauważył Ron.
Harry nie odpowiedział.
Myślał o Syriuszu zamkniętym przy Grimmauld Place, chodzącym po pokojach domu, którego nienawidził, podczas gdy jego twarz ponownie pojawiała się na pierwszych stronach gazet jako symbol wszystkiego, czego Ministerstwo nie potrafiło wyjaśnić. Myślał również o Neville’u, który siedział kilka miejsc dalej, podczas gdy ludzie odpowiedzialni za zniszczenie jego rodziny znowu byli wolni.
Potem spojrzał ku stołowi profesorskiemu.
Dumbledore siedział na swoim miejscu, trzymając przed sobą rozłożoną gazetę. Jego twarz pozostawała spokojna, lecz oczy przesuwały się powoli po fotografiach więźniów. Na chwilę zatrzymały się przy nazwiskach Lestrange’ów.
Harry czekał, aż dyrektor uniesie głowę.
Dumbledore tego nie zrobił.
Tego samego wieczoru przy Grimmauld Place dwanaście panowała zupełnie inna atmosfera.
Dom zwykle wydawał się ponury nawet wtedy, gdy nic się w nim nie działo. Ciemne tapety, zasłonięte okna i rząd odciętych głów skrzatów domowych sprawiały wrażenie, że budynek nie tyle pozostawał opuszczony, ile z niechęcią tolerował obecność nowych mieszkańców.
Tym razem napięcie nie pochodziło jednak z samego domu.
W kuchni zgromadzili się członkowie Zakonu Feniksa. Na długim stole leżało kilka egzemplarzy „Proroka Codziennego”, raporty z Ministerstwa i kartki zapisane szyfrem. Moody siedział przy jednym końcu stołu, opierając drewnianą nogę o podłogę, podczas gdy jego magiczne oko obracało się bez przerwy, zaglądając przez ściany i pod stół. Lupin przeglądał listę zbiegów. Kingsley, nadal ubrany w szatę służbową, wyglądał tak, jakby od wielu godzin nie miał okazji usiąść.
Syriusz nie siedział wcale.
Krążył po kuchni, zaciskając dłonie i raz po raz rzucając gniewne spojrzenia na własną fotografię umieszczoną obok nagłówka.
— „Najbardziej prawdopodobny organizator ucieczki” — przeczytał po raz kolejny. — Niezwykłe. Zdołałem uwolnić dziesięciu śmierciożerców, nie opuszczając tego przeklętego domu.
— Ministerstwo zawsze doceniało twoją wszechstronność — zauważył Lupin.
Syriusz posłał mu ostre spojrzenie, ale kącik ust Remusa drgnął nieznacznie.
— To nie jest zabawne.
— Nie twierdzę, że jest. Próbuję jedynie powstrzymać cię przed podpaleniem gazety, ponieważ Kingsley nadal jej potrzebuje.
Kingsley rozłożył kolejny dokument na stole.
— Mam cztery inne egzemplarze. Możesz spalić jeden, jeśli dzięki temu przestaniesz chodzić.
Syriusz usiadł, lecz po kilku sekundach ponownie wstał.
— Knot doskonale wie, że nie mam z tym nic wspólnego.
— Knot wie przede wszystkim to, w co opłaca mu się wierzyć — odpowiedział Kingsley. — Oficjalna wersja jest taka, że wykorzystałeś kontakty zdobyte w Azkabanie, przekonałeś dementorów do współpracy i zorganizowałeś ucieczkę dawnych zwolenników Voldemorta, żeby stworzyć własną grupę.
— Czy ktokolwiek w Ministerstwie zauważył, że ci ludzie chcieliby mnie zabić szybciej niż aurorzy?
— Kilku zauważyło. Niektórzy zostali poproszeni, żeby więcej tego nie zauważali.
Moody prychnął.
— Ministerstwo jest pełne głupców, ale tym razem ich kłamstwo może okazać się użyteczne dla Voldemorta. Aurorzy szukają Blacka, a śmierciożercy mają czas, żeby się ukryć, odzyskać różdżki i skontaktować z dawnymi sojusznikami.
Syriusz zatrzymał się przy stole.
— Bellatrix nie będzie się ukrywała długo.
Lupin uniósł wzrok znad listy.
— Znasz ją najlepiej z nas wszystkich.
— Znałem ją, kiedy byliśmy młodzi. To wystarczyło.
Syriusz położył palec na fotografii kuzynki.
— Bella nigdy nie pragnęła spokojnego życia. Po czternastu latach w Azkabanie tym bardziej nie zacznie marzyć o ogrodzie i rodzinnych kolacjach. Dla niej wolność oznacza powrót do Voldemorta. Jeśli to on otworzył cele, będzie uważała, że otrzymała od niego drugie życie.
— Prawdopodobnie już stoi przy jego boku — powiedział Moody. — Razem z mężem, szwagrem i resztą tej bandy.
Kingsley przesunął w swoją stronę jeden z raportów.
— Według oficjalnych ustaleń zbiegli rozdzielili się i udali w różne miejsca. Znaleźliśmy kilka śladów, ale wszystkie są zbyt oczywiste. Ktoś celowo kieruje aurorów w niewłaściwe strony.
— Lucjusz Malfoy — powiedział Syriusz bez wahania. — Ma pieniądze, wpływy i wystarczająco wiele posiadłości, żeby ukryć połowę dawnego kręgu Voldemorta.
Lupin spojrzał na Dumbledore’a.
Dyrektor siedział przy końcu stołu, z dłońmi złożonymi na blacie. Od rozpoczęcia spotkania mówił niewiele, pozwalając pozostałym przedstawiać informacje i własne wnioski.
— Uważa pan, że uciekinierzy znajdują się u Malfoyów? — zapytał Lupin.
— Uważam, że Lucjusz Malfoy zaoferuje im wszystko, czego będą potrzebowali, niezależnie od tego, czy zatrzyma ich pod własnym dachem — odpowiedział Dumbledore. — Nie sądzę jednak, żeby Voldemort zamierzał długo pozostawiać swoich najwierniejszych ludzi w bezczynności.
Syriusz oparł dłonie o stół.
— Więc co planuje?
— Tego jeszcze nie wiemy.
Tonks, siedząca obok Kingsleya, pochyliła się nieco do przodu.
— Ale coś pan wie. Zawsze wie pan coś, czego nie mówi od razu.
Dumbledore spojrzał na nią ponad okularami.
— Wiem, że Voldemort odbudowuje strukturę, którą utracił przed czternastoma laty. Ucieczka nie była wyłącznie aktem wdzięczności wobec dawnych zwolenników. Potrzebuje ich umiejętności, nazwisk, kontaktów i strachu, jaki wzbudzają.
Moody uderzył palcami o stół.
— Rookwood zna Departament Tajemnic. Dołohow potrafi walczyć. Lestrange’owie są fanatycznie lojalni i wykonają każdy rozkaz. Ta grupa nie została wybrana przypadkowo.
— Szykuje atak na Ministerstwo? — zapytała Tonks.
— To możliwe — odpowiedział Dumbledore. — Nie musi się jednak spieszyć. Sam fakt, że są wolni, zmusza Ministerstwo do rozproszenia sił.
Kingsley rozłożył jeden z raportów.
— Od rana wszystkie zespoły aurorów otrzymują nowe zadania. Część pilnuje najważniejszych budynków, inni szukają Syriusza, a reszta sprawdza domy rodzin zbiegów. Nikt nie chce powiedzieć głośno, że dementorzy prawdopodobnie przestali wykonywać polecenia Ministerstwa.
— Prawdopodobnie? — Moody uniósł brew. — Dziesięć cel otworzyło się tej samej nocy, a żaden dementor nie powstrzymał więźniów. To nie jest prawdopodobieństwo. To zdrada.
— Knot nie użyje tego słowa — odpowiedział Kingsley. — Gdyby przyznał, że dementorzy przeszli na stronę Voldemorta, musiałby również przyznać, że Voldemort powrócił.
Syriusz roześmiał się bez wesołości.
— Więc zamiast tego uczynił mnie przywódcą śmierciożerców.
— W ministerialnych dokumentach jestem człowiekiem dowodzącym grupą, która cię ściga — przypomniał Kingsley. — Oficjalnie spędziłem cały dzień, analizując miejsca, do których mógłbyś zabrać swoich nowych sprzymierzeńców.
— Mam nadzieję, że znalazłeś coś interesującego.
— Zgodnie z raportem jesteś przebiegły, nieprzewidywalny i wyjątkowo niebezpieczny.
— Wreszcie trafna część śledztwa.
Lupin westchnął, lecz tym razem nie próbował ukryć uśmiechu.
Przez chwilę napięcie w kuchni osłabło. Potem wzrok Remusa ponownie padł na fotografie zbiegów.
— Rodziny ich ofiar dowiedziały się z gazety — powiedział. — Longbottomowie również.
Syriusz spoważniał.
— Neville jest w Hogwarcie.
Dumbledore skinął głową.
— Minerwa zwróci na niego szczególną uwagę.
— Szczególna uwaga nie zmieni faktu, że ludzie, którzy zniszczyli jego rodziców, są wolni — odpowiedział Syriusz.
— Nie — zgodził się Lupin. — Może jednak sprawić, że nie pozostanie z tym całkiem sam.
Moody przesunął magiczne oko w stronę drzwi, jakby sprawdzał, czy ktoś nie podsłuchuje.
— Powinniśmy ostrzec wszystkich, którzy zeznawali przeciwko uciekinierom, oraz tych, których rodziny mogą stać się celem zemsty.
— Listy są już przygotowywane — powiedział Kingsley. — Problem polega na tym, że nie możemy wyjaśnić, skąd wiemy, iż zagrożenie jest realne, bez przyznania, że nie wierzymy w oficjalną wersję Ministerstwa.
— Niech Ministerstwo dalej bawi się słowami — warknął Moody. — My będziemy pilnować ludzi.
Dumbledore rozłożył przed sobą gazetę.
Fotografie poruszały się na blacie. Więźniowie odwracali głowy, śmiali się albo patrzyli przed siebie z pustymi twarzami. Jego wzrok przesunął się po Dołohowie, Rookwoodzie i Rabastanie, a następnie zatrzymał na Bellatrix i Rudolfie Lestrange’ach.
Na krótką chwilę w jego pamięci pojawił się inny pergamin.
Nie gazeta ani raport Ministerstwa, lecz list przysłany przed laty z posiadłości Malfoyów. Oficjalny, uprzejmy i stanowczy, podpisany przez Lucjusza Malfoya w imieniu dziewczynki noszącej nazwisko Lestrange.
Dumbledore pamiętał również własną odpowiedź.
Hogwart nie był przygotowany.
Nie mógł zagwarantować jej bezpieczeństwa.
Inna szkoła miała zapewnić odpowiedniejsze warunki.
Wtedy uważał, że podjął rozsądną decyzję. Zamek rzeczywiście był pełen ruchomych schodów, ukrytych przejść i niebezpiecznych przedmiotów. Nawet widzący uczniowie regularnie trafiali do skrzydła szpitalnego. Nauczyciele nie byli przygotowani do dostosowania zajęć, podręczników ani egzaminów, a Dumbledore obawiał się, że nie będzie w stanie zapewnić dziewczynce warunków, których potrzebowała.
Nie bez znaczenia pozostawało również jej pochodzenie.
Była córką dwojga fanatycznych śmierciożerców i wychowywała się w domu Malfoyów, a świat czarodziejów nadal próbował podnieść się po wojnie. Dumbledore wiedział, że jej przyjęcie mogłoby wywołać konflikty, zanim jeszcze dziewczynka przekroczyłaby próg Wielkiej Sali.
Rozsądek podpowiadał mu wtedy ostrożność.
Czas nie zawsze potwierdzał jednak, że ostrożność była tym samym co sprawiedliwość.
— Albusie?
Głos Lupina wyrwał go z zamyślenia.
Dumbledore uniósł wzrok.
— Przepraszam. Zastanawiałem się nad dawnymi powiązaniami rodzinnymi.
Syriusz usiadł naprzeciwko niego.
— W rodzinach Blacków i Lestrange’ów nie brakuje dawnych powiązań. Jeśli Bella wróciła do Malfoyów, Narcyza zapewne już otworzyła przed nią drzwi.
— Zapewne — odpowiedział Dumbledore.
— Czy jest coś jeszcze, o czym powinniśmy wiedzieć?
Pytanie padło zwyczajnie, bez podejrzliwości. Syriusz myślał o kryjówkach, pieniądzach, dawnych znajomych i rodzinnych posiadłościach.
Dumbledore ponownie spojrzał na fotografię Bellatrix.
Mógł powiedzieć im o dziecku.
O córce Bellatrix i Rudolfa, która powinna mieć teraz piętnaście lat, uczyć się w Durmstrangu i pozostawać pod opieką Malfoyów. Mógł wspomnieć o niewidomej dziewczynce noszącej imię swojej matki, o odrzuconej prośbie oraz o tym, że uwolnienie Lestrange’ów niemal na pewno zmieni również jej życie.
Nie zrobił tego.
Trixie Lestrange była niepełnoletnią uczennicą. Nie istniał żaden dowód, że uczestniczyła w działaniach Voldemorta, pomagała w ucieczce albo znała jego plany. Nie powinna stawać się przedmiotem podejrzeń Zakonu wyłącznie z powodu nazwiska rodziców i domu, w którym dorastała.
Informacja o jej istnieniu nie pomagała również w odnalezieniu zbiegów. Mogła jedynie skierować uwagę dorosłych czarodziejów na dziewczynę, która nie została oskarżona o żadne przestępstwo.
— Nic, co w tej chwili pomogłoby nam odnaleźć uciekinierów — odpowiedział Dumbledore.
Syriusz przyjął tę odpowiedź i zwrócił się ku Moody’emu, który zaczął omawiać zabezpieczenia domu.
Lupin nadal obserwował jednak Dumbledore’a przez kilka sekund, jakby dostrzegł krótkie zawahanie. Nie zapytał.
Spotkanie trwało jeszcze ponad godzinę. Przydzielono nowe warty, ustalono sposób przekazywania informacji oraz omówiono rodziny, które należało ostrzec. Kingsley miał nadal prowadzić oficjalne poszukiwania Syriusza. Tonks miała pomagać w sprawdzaniu fałszywych tropów, a Moody zorganizować dodatkową ochronę dla kilku dawnych członków Zakonu.
Syriusz nie przestał być wściekły, lecz jego gniew stopniowo zmienił kierunek. Zamiast mówić o gazecie, zaczął pytać, w jaki sposób może pomóc, nie opuszczając domu. Moody początkowo odrzucał jego pomysły, później jednak zgodził się przekazywać mu część raportów do analizy.
Kiedy ostatni członkowie Zakonu zaczęli opuszczać kuchnię, Dumbledore pozostał przy stole.
Przed nim nadal leżała gazeta.
Fotografia Bellatrix Lestrange poruszyła się w ramce. Kobieta odrzuciła włosy z twarzy i spojrzała prosto przed siebie z wyrazem gwałtownego triumfu.
Dumbledore zamknął gazetę.
Nie wiedział, czy jej córka spotkała już matkę po raz pierwszy.
Nie wiedział również, co Bellatrix zrobi, kiedy odkryje, że człowiek stojący na czele Hogwartu odmówił jej dziecku miejsca w szkole.
Mógł jedynie przypuszczać, że nie przyjmie tej wiadomości spokojnie.
Zgasił najbliższą świecę i podniósł się od stołu.
W jego przekonaniu Trixie Lestrange nadal pozostawała poza wojną.
Miał nadzieję, że tak pozostanie.
Jednocześnie wiedział, że nadzieja stawała się coraz słabszą ochroną przed tym, co nadchodziło.
Aha, no nieźle, no nie? Mam dużo pomysłów na dalsze rozdziały. 🙂
Coś w temacie. Nie ukrywam, że to robota AI.
—
# **„Córka Cienia” **
## 1. Azkaban
Noc nad Azkabanem była martwa.
Dementorzy krążyli wolno, jakby coś ich niepokoiło, choć nie potrafiły tego nazwać.
Potem przyszedł huk — tak potężny, że nawet one cofnęły się w powietrzu.
Ściany pękły.
Magia eksplodowała.
Bellatrix Lestrange wybiegła z mroku jak rozszalały cień, a za nią inni, ci, których imiona były przekleństwem.
Ta fala magii nie zatrzymała się na murach więzienia.
Przeszła przez morze, przez ziemię, przez powietrze.
Dotarła do starego ośrodka na północy Anglii.
Do dziewczyny, która nie widziała świata — ale słyszała magię.
Elara Potter obudziła się z krzykiem, chwytając dłonią powietrze, jakby próbowała złapać coś, co ją przestraszyło.
—
## 2. Ośrodek im. Morgany
Ośrodek był miejscem, które miało być „bezpieczne”.
W praktyce był schowkiem dla tych, którzy nie pasowali do wizji idealnego czarodzieja.
Elara poruszała się po korytarzu powoli, z dłonią przesuniętą lekko w bok — nie po to, by „szukać ściany”, ale by wyczuć drgania magii w powietrzu. To był jej sposób orientacji.
Nie widziała, ale słyszała, jak zaklęcia w murach brzęczą jak cienkie struny.
Inni mieszkańcy ośrodka byli różni:
— chłopak, który nie słyszał zaklęć, tylko czuł je jako dotyk na skórze,
— dziewczyna, której magia wybuchała przy silnych emocjach,
— starszy czarodziej, który widział przyszłość tylko wtedy, gdy był w ciemności.
Elara była jedyną, która **słyszała magię stale**.
Personel często nie wiedział, jak z nią rozmawiać.
Mówili głośniej, choć nie była głucha.
Machali rękami, choć nie widziała.
Dotykali jej ramienia bez uprzedzenia, co sprawiało, że sztywniała jak kamień.
— Przepraszam, Elaro — mówiła pielęgniarka, gdy znów złapała ją za łokieć. — Chciałam tylko pomóc.
— Proszę mówić, zanim pani mnie dotknie — odpowiadała spokojnie. — To wystarczy.
Ale nikt nie uczył personelu, jak pracować z niewidomymi czarodziejami.
Ośrodek był bardziej eksperymentem niż instytucją.
Tej nocy magia świata zawyła.
Elara poczuła ją jak ból w skroniach.
—
## 3. Dumbledore
Dumbledore wszedł do gabinetu dyrektora ośrodka, a Elara od razu „usłyszała” jego obecność — nie krokami, nie głosem, ale magią.
Była głęboka, stara, jak dźwięk wielkiego dzwonu.
— Witaj, Elaro — powiedział.
— Znam pana — wyszeptała. — Nie z twarzy. Z tonu.
Dumbledore usiadł naprzeciwko niej, ale nie podszedł zbyt blisko.
Zauważył, jak lekko odchyla głowę, jakby „patrzyła” na niego słuchem.
— Ucieczka z Azkabanu zmienia wszystko — zaczął. — Voldemort odzyskał swoich najwierniejszych popleczników.
Elara drgnęła.
Magia tych ludzi była jak rozszarpany metal.
Słyszała ją w snach.
— Dlaczego pan tu jest? — zapytała.
— Bo jesteś Potterem — odpowiedział. — Elara Potter. Siostrą Harry’ego.
Jej palce zacisnęły się na poręczy krzesła.
— Mam brata?
— Tak. Ukryłem cię tutaj, bo bałem się, że Voldemort wykorzysta twój dar.
Elara uniosła głowę.
— A ktoś zapytał mnie, czy chcę być ukrywana?
Dumbledore milczał.
—
## 4. Codzienność niewidomej czarownicy
Przygotowania do wyjazdu były chaotyczne.
Personel nie wiedział, jak „przekazać” niewidomą dziewczynę dyrektorowi Hogwartu.
— Czy ona… potrzebuje przewodnika? — zapytała jedna z pielęgniarek.
— Nie — odparła Elara. — Potrzebuję informacji. Proszę mówić, gdzie idziemy, co jest przede mną, czy jest schodek.
Dumbledore słuchał uważnie.
— W Hogwarcie dostaniesz wsparcie — powiedział. — Ale nie będziemy traktować cię jak dziecko.
Elara uśmiechnęła się lekko.
— To będzie nowość.
W drodze do Hogwartu trzymała różdżkę nie jak broń, ale jak antenę — wyczuwała nią drgania magii w powietrzu.
To był jej sposób „widzenia”.
—
## 5. Hogwart
Hogwart był dla niej jak ogromny instrument.
Każda wieża miała swój ton, każda sala — swój rytm.
Ale ludzie…
Ludzie byli trudniejsi.
Gdy szła korytarzem, uczniowie odsuwali się zbyt gwałtownie.
Niektórzy szeptali:
— Ona jest ślepa?
— Jak ona rzuca zaklęcia?
— Czy to prawda, że słyszy magię?
Jedna dziewczyna z Hufflepuffa podeszła do niej i zaczęła machać ręką przed jej twarzą.
Elara odsunęła się.
— Nie widzę pani ręki — powiedziała spokojnie. — Ale słyszę pani zakłopotanie.
Dziewczyna zarumieniła się i uciekła.
—
## 6. Harry
Spotkanie z Harrym było trudne.
Nie dlatego, że nie widziała jego twarzy — twarze nigdy nie były dla niej ważne.
Trudne było to, że jego magia była tak jasna, że aż bolała.
Harry wstał, gdy weszła.
— Elara… — zaczął.
— Słyszę cię — powiedziała. — Zawsze cię słyszałam. Nie wiedziałam, kim jesteś. Tylko że jesteś… bliski.
Harry podszedł, ale zatrzymał się pół kroku od niej, niepewny, czy powinien ją dotknąć.
— Mogę…? — zapytał.
— Tak — odpowiedziała.
Dotknął jej dłoni.
Jej magia zadrżała lekko, jak struna.
— Dlaczego nikt mi nie powiedział? — zapytał Harry, odwracając się do Dumbledore’a. — Dlaczego była w zakładzie?
— Bo jej dar jest niebezpieczny — odparł dyrektor. — A jej niepełnosprawność sprawia, że świat nie wie, jak ją chronić.
Elara uniosła brodę.
— Moja niepełnosprawność nie jest zagrożeniem — powiedziała. — Niezrozumienie jest.
—
## 7. Zakon Feniksa
W Grimmauld Place panował chaos.
— Niewidoma czarownica? — mruknął Moody. — Jak ona ma walczyć?
— Jak każdy — odparła Elara. — Tylko inaczej.
Tonks uśmiechnęła się.
— Wiesz, że możesz poprosić, żeby ktoś cię prowadził?
— Mogę — odparła Elara. — Ale nie zawsze chcę.
Snape patrzył na nią długo.
— Jej dar jest niebezpieczny — powiedział. — Słyszy magię. To… niepokojące.
Elara odwróciła głowę w jego stronę.
— A pana magia jest zimna — powiedziała. — Jak metal. Ale nie zła.
Snape drgnął.
Nikt nigdy nie opisał jego magii.
—
## 8. Pierwsza wizja
Tej nocy Elara obudziła się gwałtownie.
Harry wbiegł do pokoju.
— Co się stało?
— Słyszałam go — wyszeptała. — Voldemorta. I Bellatrix. I innych. Ich magia… jest blisko.
Harry usiadł obok niej.
— Co mówią?
— Że szukają mnie — odpowiedziała. — Nie ciebie. Mnie.
Harry zacisnął pięści.
— Dlaczego?
— Bo jestem jedyną osobą, która może usłyszeć, gdzie uderzą następnie.
—
## 9. Ujawnienie
Dumbledore stanął przed uczniami.
— To jest Elara Potter — powiedział. — Siostra Harry’ego. Niewidoma czarownica o niezwykłym darze.
Szept przeszedł przez tłum.
Elara weszła powoli, ostrożnie, słuchając kroków, głosów, magii.
Harry stanął obok niej.
— Nie jest bronią — powiedział. — Jest osobą.
Elara uniosła głowę.
— Nie widzę was — powiedziała. — Ale słyszę wasz strach. I waszą ciekawość. I waszą magię. I jeśli mogę pomóc, zrobię to. Ale nie dlatego, że jestem Potterem. Tylko dlatego, że jestem sobą.
—
## 10. Burza
Tej nocy Hogwart drżał.
Elara stała na dziedzińcu, słuchając, jak magia świata skręca się jak burza.
Harry był obok niej.
Ron i Hermiona za nim.
— Co słyszysz? — zapytał Harry.
— Burzę — odpowiedziała. — I to nie jest burza, którą można zatrzymać. Ale można stanąć tak, żeby nie zniszczyła wszystkiego.
Harry spojrzał na nią.
— Razem.
Elara uśmiechnęła się lekko.
— Razem.
I wtedy niebo pękło.
—