Rozdział 12 – to, czego nie widziała.

ROZDZIAŁ XII
To, czego nie widziała
Przez pierwsze dwa dni po wyjeździe Trixie Bellatrix unikała pokoju córki.
Nie robiła tego świadomie. Kilkakrotnie przechodziła obok zamkniętych drzwi, zwalniała, a potem przypominała sobie o niezwykle pilnej sprawie wymagającej natychmiastowej obecności w innej części domu. Musiała sprawdzić, czy Lucjusz rzeczywiście wysłał wiadomość do Karkarowa, przeczytać kolejny artykuł o ucieczce z Azkabanu, pokłócić się ze skrzatem o niewłaściwie przygotowaną kawę albo przypomnieć Rudolfowi, że nie zamierza czekać całego dnia na odpowiedź córki.
Wiedziała, że pokój jest pusty.
Nie musiała tego sprawdzać.
Mimo to trzeciego ranka stanęła przed drzwiami i przez chwilę nasłuchiwała, jakby jakaś jej część nadal oczekiwała cichego szelestu przewracanych stron, ruchu krzesła albo spokojnego oddechu śpiącej dziewczyny.
Nie usłyszała niczego.
Trixie była w Durmstrangu. Pierwszy list zdążył już dotrzeć, podobnie jak drugi, a Bellatrix rozpoczęła trzeci, chociaż Rudolf twierdził, że powinna pozwolić córce znaleźć czas na odpowiedź. Bellatrix uważała to za niedorzeczne. Skoro Trixie potrafiła przeczytać kilkaset stron książki o starożytnych runach, mogła również poświęcić kilkanaście minut na dokładniejsze opisanie spotkania z Karkarowem, powrotu do dormitorium i pierwszego dnia po ponownym przybyciu do szkoły.
Nacisnęła klamkę.
W pomieszczeniu nadal unosił się delikatny zapach perfum Trixie, pergaminu i drewna. Narcyza poleciła skrzatom pozostawić wszystko dokładnie tak, jak dziewczyna to ułożyła. Łóżko było zasłane, krzesło wsunięte pod biurko, a na niewielkim stoliku stała szklanka, której nikt nie zdążył zabrać.
Bellatrix weszła do środka.
Nie wiedziała właściwie, czego szukała. Może dowodu, że córka naprawdę tu była. Może czegoś, co pozwoliłoby jej poczuć obecność Trixie pomimo pustki.
Nie zamierzała przeglądać jej rzeczy.
Przynajmniej nie nazywała tego w ten sposób, kiedy otworzyła pierwszą szufladę biurka.
Znalazła zapasowe pergaminy, kilka kawałków wstążki oraz niewielką tabliczkę wykonaną z ciemnego drewna i mosiądzu. Składała się z dwóch połączonych części, pomiędzy które można było wsunąć kartkę. Górną powierzchnię przecinały rzędy małych prostokątnych komórek. Obok leżało krótkie dłutko z zaokrąglonym uchwytem, dopasowanym tak, by wygodnie spoczywało w dłoni.
Bellatrix przesunęła palcem po tabliczce.
Nie wiedziała jeszcze, w jaki sposób Trixie z niej korzystała. Rozumiała jedynie, że właśnie takim przedmiotem córka zapisywała listy, które przysyłała z Durmstrangu.
W drugiej szufladzie znajdowały się arkusze pokryte wypukłymi punktami. Bellatrix dotknęła ich ostrożnie, najpierw jednym palcem, później całą dłonią, lecz uporządkowane rzędy niczego jej nie mówiły. Nie przypominały liter, symboli runicznych ani znaków używanych w szyfrach śmierciożerców.
Brajl.
Narcyza użyła tego słowa podczas pierwszego wieczoru. Trixie również wspomniała o własnym zaklęciu przemieniającym zwykłe pismo w wypukłe znaki, jednak Bellatrix była wtedy zbyt zajęta słuchaniem głosu córki i próbą zapamiętania każdego jej ruchu, by naprawdę zrozumieć, co to oznaczało.
Trixie nie czytała tak jak ona.
Nie przesuwała wzrokiem po liniach atramentu. Nie widziała kształtu liter, koloru pergaminu ani charakteru pisma własnej matki. Kiedy otrzymywała list, musiała najpierw nadać zapisanym słowom postać, którą mogła poznać dotykiem.
Bellatrix odłożyła arkusz na biurko.
Dopiero teraz zauważyła, że wypukłe znaki zajmowały znacznie więcej miejsca niż zwykłe pismo. Na pergaminie zapisanym brajlem mieściło się zaledwie kilka akapitów. Książka o tej samej treści musiała więc składać się z większej liczby tomów, ważyć więcej i zajmować znacznie więcej miejsca.
Jej córka nie mogła po prostu zdjąć dowolnej księgi z bibliotecznej półki i zacząć czytać.
Najpierw ktoś musiał przygotować tekst.
Albo Trixie sama musiała przekształcić go za pomocą swojego zaklęcia.
Bellatrix zamknęła szufladę nieco mocniej, niż zamierzała.
Przy ścianie, pomiędzy szafą a łóżkiem, leżało wąskie skórzane etui. Wyjęła z niego kilka połączonych elastyczną linką części i potrząsnęła nimi lekko. Biała laska rozłożyła się, a kolejne segmenty zatrzasnęły się z cichym kliknięciem.
Bellatrix nie widziała wcześniej, żeby Trixie korzystała z niej w Malfoy Manor. Córka znała ten dom od dzieciństwa, poruszała się po nim swobodnie i nie potrzebowała laski w dobrze zapamiętanych pomieszczeniach. Ta musiała być zapasowa; drugą zabrała ze sobą do Durmstrangu.
Bellatrix przesunęła dłonią wzdłuż lekkiego trzonu.
Trixie używała podobnej laski poza domem, żeby sprawdzać drogę, odnajdywać krawędzie stopni i wykrywać przeszkody. Przedmiot nie był oznaką jej bezradności. Dzięki niemu dziewczyna nie musiała czekać, aż ktoś poda jej ramię i zdecyduje, którędy powinna iść.
Bellatrix rozumiała to rozumem, jednak przyjęcie tej myśli bez ukłucia bólu wymagało od niej większego wysiłku.
Złożyła laskę, ostrożnie rozdzielając kolejne części i wsunęła ją z powrotem do etui.
Na półce znajdowało się kilka niewielkich kryształów oznaczonych wypukłymi znakami. Bellatrix dotknęła jednego różdżką.
Z jego wnętrza wydobył się znajomy głos Narcyzy.
Siostra czytała spokojnie rozdział książki o dawnych runach skandynawskich, nieco wolniej niż podczas zwykłej rozmowy, wyraźnie oddzielając terminy i opisy znaków. W tle od czasu do czasu słychać było przewracaną stronę, trzask ognia w kominku oraz znacznie młodszy głos Trixie, proszącej, żeby Narcyza powtórzyła jedno ze słów.
Bellatrix przerwała nagranie.
Narcyza nie tylko kupowała córce książki mówione. Sama je dla niej nagrywała, prawdopodobnie wtedy, gdy nie istniała gotowa wersja albo potrzebny podręcznik nie został jeszcze przygotowany w brajlu.
Na niższej półce leżała rysownica. Bellatrix początkowo wzięła ją za zwyczajną deskę oprawioną w drewno. Dopiero po otwarciu zauważyła miękką powierzchnię oraz przymocowany do niej arkusz cienkiej folii. Przesunęła palcem po materiale i natrafiła na wypukłe linie.
Przedstawiały runy.
Każdy symbol został wykreślony osobno, a pomiędzy nimi znajdowały się strzałki, okręgi oraz krótkie brajlowskie oznaczenia. Na kolejnych arkuszach Trixie rozrysowała układ run w zaklęciu ochronnym, wzajemne położenie symboli oraz miejsca, w których zmiana kąta jednej linii wpływała na znaczenie całej konstrukcji.
Bellatrix mogła objąć wzrokiem cały schemat w jednej chwili.
Trixie poznawała go fragment po fragmencie, prowadząc palec wzdłuż każdej wypukłej linii i zapamiętując jej położenie względem pozostałych.
Obok znajdowały się plany pomieszczeń wykonane podobną metodą. Ściany oznaczono grubszymi liniami, drzwi przerwami, a schody szeregiem krótkich poprzecznych kresek. Jeden z planów przedstawiał część Malfoy Manor. Drugi najważniejsze korytarze Durmstrangu.
Bellatrix dotknęła wypukłego zarysu zachodniego skrzydła.
Podczas czterech wspólnych dni obserwowała córkę niemal bez przerwy, ale patrzyła przede wszystkim na to, co dziewczyna potrafiła. Zachwycała się jej słuchem, pamięcią, znajomością języków oraz sposobem rozpoznawania magii. Każdą trudność traktowała jak przeszkodę, którą Trixie już pokonała, a więc coś, czemu nie należało poświęcać więcej uwagi.
Dopiero teraz zrozumiała, że nie były to pojedyncze sztuczki.
Trixie od piętnastu lat żyła w świecie, którego Bellatrix nigdy nie musiała poznawać.
Nigdy nie widziała własnej twarzy.
Nie wiedziała, jak wygląda Narcyza, Draco ani Lucjusz. Nie znała koloru włosów rodziców, wyrazu dumy na twarzy Bellatrix ani spokojnego spojrzenia Rudolfa. Nie mogła zobaczyć rodowego gobelinu, portretów przodków ani rodzinnego podobieństwa, które inni ludzie rozpoznawali jednym spojrzeniem.
Bellatrix zacisnęła palce na różdżce.
Magia potrafiła odbudowywać kości, usuwać blizny, zmieniać rysy twarzy i leczyć obrażenia, które zabiłyby mugola. Uzdrowiciele zastępowali utracone fragmenty kości, tworzyli protezy i przywracali ludziom sprawność po najcięższych klątwach.
Jak więc mogło nie istnieć zaklęcie, które pozwoliłoby jej córce zobaczyć?
Opuściła pokój i ruszyła do biblioteki.
Rudolfa znalazła przy jednym z bocznych stołów. Przed nim leżały cztery otwarte księgi, kilka luźnych pergaminów oraz notatki zapisane drobnym, równym pismem. Obok znajdował się powiększony model sześciopunktowego znaku brajlowskiego. Rudolf najwyraźniej próbował zapamiętać jego układ, ponieważ na pergaminie kilkakrotnie wypisał numery poszczególnych punktów.
Nie podniósł głowy, gdy Bellatrix weszła.
— Trixie nadal nie odpisała na trzeci list — oznajmiła.
— Od wysłania minęły dwie godziny.
— To wystarczająco długo.
— Nie dla sowy lecącej do Bułgarii.
Bellatrix podeszła bliżej. Jej wzrok zatrzymał się na tytule pierwszej księgi: „Magiczne i niemagiczne metody orientacji przestrzennej u osób z niepełnosprawnością wzroku”. Druga nosiła tytuł „Podstawy tyflopedagogiki w szkolnictwie magicznym”. Trzecia opisywała alfabet brajlowski i przygotowywanie materiałów dotykowych, a czwarta dotyczyła edukacji niewidomych czarodziejów w szkołach z internatem.
— Od kiedy to czytasz? — zapytała.
Rudolf odłożył pióro.
— Od dnia, w którym dowiedziałem się, że Trixie nie widzi.
Bellatrix przesunęła palcem po tytule drugiej księgi.
— Co to jest tyflopedagogika?
— Dziedzina zajmująca się kształceniem oraz wspieraniem osób niewidomych i słabowidzących.
Sama nazwa wydała jej się obca i niepotrzebnie złożona. Nie pasowała do córki, którą jeszcze kilka dni wcześniej widziała poruszającą się po domu pewnie, bez wahania i bez proszenia kogokolwiek o pomoc.
— Wspieraniem w czym? — dopytała.
Rudolf odwrócił ku niej otwartą książkę, choć oboje wiedzieli, że nie zamierzała czytać jej w tej chwili.
— W nauce, orientacji przestrzennej, samodzielnym poruszaniu się, korzystaniu z brajla oraz materiałów dotykowych. Tyflopedagogika nie polega na uczeniu niewidomego dziecka, żeby zachowywało się tak, jakby widziało. Ma pomóc mu poznawać świat innymi sposobami.
Bellatrix prychnęła, lecz jej lekceważenie nie zabrzmiało przekonująco.
— To bardzo długa nazwa dla uczenia dziecka chodzenia z laską.
— Właśnie dlatego powinnaś przeczytać więcej niż tytuł.
Spokojny ton Rudolfa rozdrażnił ją bardziej niż otwarty sprzeciw. Zaczęła chodzić wokół stołu, zerkając na otwarte księgi i zapiski męża.
— Narcyza opowiedziała ci więcej niż mnie?
— Odpowiedziała na kilka pytań. Resztę próbuję znaleźć sam.
— Widziałeś, co Trixie trzyma w pokoju?
— Tabliczkę i dłutko, zapasową laskę, rysownicę, wypukłe plany oraz książki nagrane w kryształach.
— Wiedziałeś o tym wszystkim?
— Od kilku dni.
Bellatrix zatrzymała się.
— I nic mi nie powiedziałeś?
Rudolf przez chwilę przyglądał się jej twarzy. Dostrzegał w niej gniew, lecz pod nim kryło się coś innego: lęk człowieka, który nagle odkrył, jak wiele rzeczy wydarzyło się bez jego obecności.
— Nie pytałaś — odpowiedział.
— Nie wiedziałam, o co mam pytać.
— Dlatego zacząłem czytać.
Bellatrix oparła dłonie na blacie.
Rudolf opowiedział jej o lasce, która pozwalała Trixie sprawdzać powierzchnię, przeszkody i krawędzie stopni. Wyjaśnił, że w dobrze znanych miejscach córka zwykle jej nie potrzebowała, ale zabierała ją wszędzie tam, gdzie układ przestrzeni nie był całkowicie przewidywalny.
W nowym budynku najpierw poznawała dotykowy plan, jeśli taki istniał. Później przechodziła najważniejsze trasy z przewodnikiem — najczęściej nauczycielem orientacji przestrzennej albo inną osobą, która znała drogę. Nie pozwalała jednak ciągnąć się za dłoń ani prowadzić poprzez nacisk na ramiona. Chwytała przewodnika nieco powyżej łokcia i szła pół kroku za nim, odczytując zmiany kierunku oraz poziomu podłoża z ruchu jego ciała.
— Czyli jednak potrzebuje kogoś, kto ją prowadzi — zauważyła Bellatrix.
W jej głosie nie było satysfakcji. Słowo „potrzebuje” zdawało się uwierać ją bardziej niż wszystkie tytuły książek.
— Czasami korzysta z przewodnika — poprawił Rudolf. — Tak jak ty korzystasz z informacji człowieka, który zna teren, kiedy wchodzisz do obcego miejsca. Różnica polega na sposobie przekazania tych informacji.
Bellatrix nie odpowiedziała.
Rudolf mówił dalej, wybierając słowa ostrożnie. Nie chciał przedstawiać się jako znawca życia córki po kilku godzinach lektury, ale wiedział już wystarczająco dużo, by zrozumieć, że wcześniejsze zachwyty nad jej słuchem zasłoniły im rzeczywiste granice jej możliwości.
Trixie potrafiła wykorzystywać odbicia dźwięku do oceniania wielkości pomieszczenia, położenia niektórych ścian i otwartych przejść. Pomagał jej również zmysł przeszkód. Żadna z tych zdolności nie tworzyła jednak obrazu porównywalnego ze wzrokiem. W pustej, znanej sali radziła sobie dobrze. W tłumie, hałasie albo w pomieszczeniu o silnym pogłosie część informacji mieszała się ze sobą.
— A w zupełnie nowym miejscu? — zapytała Bellatrix.
— Używa laski, planu i, jeśli tego potrzebuje, przewodnika. Najpierw poznaje główne trasy. Później próbuje przejść je samodzielnie. Nie zakłada, że od razu będzie znała cały budynek.
Bellatrix przypomniała sobie, jak swobodnie córka poruszała się po Malfoy Manor. Dotychczas uznawała to wyłącznie za kolejny dowód jej niezwykłości. Nie pomyślała, ile lat zajęło Trixie zapamiętanie każdego korytarza, rodzaju podłoża, zmiany akustyki i miejsca, w którym schody zaczynały opadać.
— Skąd ty to wszystko wiesz? — zapytała.
— Czytam na ten temat, Bello.
Zabrzmiało to tak zwyczajnie, że obudziło w niej nagłą irytację.
— I już uważasz się za znawcę?
— Nie. Wiem tylko tyle, ile zdążyłem przeczytać. Trixie wie o własnym życiu więcej niż ja, Narcyza i wszystkie te książki razem.
Bellatrix sięgnęła po tom dotyczący edukacji.
— Co jeszcze tam jest?
Rudolf nie odpowiedział od razu. Otworzył zaznaczony rozdział i przesunął palcem po kilku akapitach, upewniając się, że właściwie zapamiętał ich znaczenie.
— Rewalidacja — powiedział w końcu. — Trixie miała takie zajęcia w Durmstrangu.
Bellatrix uniosła głowę.
— Dodatkowe lekcje?
— Nie zwyczajne korepetycje.
Rudolf wyjaśnił, że rewalidacja nie miała naprawiać niepełnosprawnego dziecka ani obniżać wymagań. Jej zadaniem było rozwijanie tych umiejętności, które pozwalały możliwie samodzielnie funkcjonować, uczyć się i korzystać z własnych sposobów poznawania świata.
W przypadku Trixie obejmowała orientację przestrzenną, poruszanie się z laską, poznawanie nieznanych tras, korzystanie z brajla, rysownicy i dotykowych planów. Jako małe dziecko używała także kubarytmów do wykonywania pisemnych działań arytmetycznych. Później przestały być jej potrzebne, lecz należały do pierwszych pomocy, dzięki którym mogła zapisywać liczby bez pomocy osoby widzącej.
W Durmstrangu rewalidacja musiała uwzględniać również magię. Ruchome schody, zmieniające układ korytarze, zaklęte drzwi, bariery wiszące nad ziemią i unoszące się przedmioty nie zawsze dawały się wykryć laską. Trixie uczyła się więc sprawdzać, czy przejście pozostaje otwarte, rozpoznawać sygnały ostrzegawcze oraz wybierać inną trasę, kiedy znana droga stawała się niedostępna.
Bellatrix słuchała w milczeniu.
Początkowo stała wyprostowana, z dłońmi wspartymi o stół i napięciem widocznym w każdym ruchu. Z czasem jej ramiona zaczęły opadać. Obco brzmiące pojęcia przestawały być książkowymi określeniami. Układały się w obraz dzieciństwa córki, którego nie widziała.
— Dlaczego miała dodatkowe zajęcia z eliksirów i transmutacji? — zapytała.
— Ponieważ zwykła lekcja nie zawsze dawała jej dostęp do wszystkich informacji. Jeżeli nauczyciel transmutacji wykonywał gest i mówił tylko: „Zróbcie tak”, Trixie nie wiedziała, jak dokładnie poprowadził różdżkę. Ktoś musiał opisać kierunek, wysokość, kąt oraz tempo ruchu albo pozwolić jej poznać gest dotykiem. Jeżeli eliksir miał zmienić kolor, potrzebowała innego wskaźnika: temperatury, zapachu, gęstości, sposobu wrzenia albo zaklęcia diagnostycznego.
— To wszystko trzeba było jej tłumaczyć osobno?
— Nie zawsze. Kiedy opracowała własne metody, radziła sobie samodzielnie. Najpierw jednak ktoś musiał pomóc jej te metody znaleźć.
Bellatrix przesunęła palcem po krawędzi książki.
— Czyli miała mniej czasu na zwyczajne zajęcia?
— Często miała więcej pracy niż inni. Po lekcjach wracała do materiału w formie, z której mogła korzystać. Czytała wypukłe teksty, słuchała nagrań, przygotowywała modele i sprawdzała układ run na folii. To nie znaczy, że gorzej rozumiała. Samo dotarcie do informacji zajmowało jej czasami dłużej.
W Bellatrix ponownie odezwał się gniew. Nie był jeszcze skierowany przeciwko nikomu konkretnemu. Krążył w niej bez celu, szukając człowieka, zaklęcia albo decyzji, które mogłaby uznać za przyczynę.
— W Durmstrangu dawali jej dodatkowy czas?
— Z dokumentów wynika, że tak. Przynajmniej po interwencjach Narcyzy.
— Interwencjach?
— Szczegóły zna Cissy.
Bellatrix cofnęła rękę od książki.
— Dlaczego ona nadal nie widzi?
Rudolf nie odpowiedział od razu. Wiedział, że pytanie nie wynikało z ciekawości. Bellatrix domagała się winnego, ponieważ bez niego musiałaby przyjąć do wiadomości, że pewnych rzeczy nawet magia nie potrafiła zmienić.
— Urodziła się niewidoma — powiedział.
— To nie jest odpowiedź. Dlaczego nikt jej nie wyleczył?
— Nie wiem jeszcze dokładnie.
— Narcyza wie.
— Zapewne.
— I przez cztery dni nie uznała za stosowne mi tego wyjaśnić.
— Przez cztery dni nie pozwoliłaś jej skończyć połowy zdań.
Bellatrix uderzyła dłonią o stół. Otwarta książka przesunęła się po blacie.
— To moja córka!
Rudolf nie podniósł głosu.
— Właśnie dlatego powinnaś dowiedzieć się, jak żyje, zamiast od razu szukać człowieka, którego możesz za to obwinić.
— Nie szukam winnego.
Spojrzał na nią bez słowa.
Bellatrix zacisnęła szczękę.
— Dobrze. Jeszcze nie wiem, kogo obwiniam.
— Być może nikogo.
— Zawsze ktoś jest odpowiedzialny.
— Nie za wszystko.
Odwróciła twarz. Nie umiała wyjaśnić, dlaczego wypukłe punkty na pergaminie wywołały w niej tak gwałtowny ból. Nie uważała córki za gorszą, słabszą ani niekompletną. Trixie była inteligentna, ambitna i bardziej samodzielna niż większość młodych czarodziejów, których Bellatrix pamiętała sprzed Azkabanu.
Jednocześnie nie mogła przestać myśleć o rzeczach, których córka nigdy nie zobaczy, oraz o godzinach, które musiała poświęcać na pracę niewidoczną dla innych.
— Ona nie wie, jak wyglądam — powiedziała ciszej.
Rudolf oparł dłonie na stole.
— Nie.
— Nie wie, do kogo jest podobna.
— Zna twój głos, sposób chodzenia, oddech i dotyk. Rozpoznała cię po kilku chwilach.
— To nie to samo.
— Nie. To coś innego.
Bellatrix uniosła ku niemu twarz.
— Nigdy mnie nie zobaczy.
— Prawdopodobnie nie.
Odpowiedział bez fałszywej nadziei, a właśnie to zabolało najbardziej.
— Nie będzie wiedziała, jak patrzę na nią, kiedy gra — powiedziała Bellatrix. — Nie zobaczy, że jestem z niej dumna. Nie zobaczy twarzy Czarnego Pana ani reakcji ludzi, kiedy wchodzi do pomieszczenia. Nie widzi zaklęć, kolorów, portretów ani gwiazd. Cały świat dzieje się obok niej, a ona zna tylko jego część.
Rudolf podniósł się powoli.
— Nie wiesz, jaką część zna.
— Wiem, czego nie widzi.
— Oceniasz jej życie według własnego. Trixie nie siedzi w ciemności i nie czeka, aż ktoś odda jej świat. Poznaje go inaczej.
— Uważasz, że niczego nie traci?
— Oczywiście, że pewne rzeczy są dla niej niedostępne. To jednak nie oznacza, że jej życie jest uboższą wersją twojego.
Bellatrix odsunęła się od stołu.
— Brzmisz, jakbyś pogodził się z tym w ciągu jednego dnia.
— Nie wiem, czy powinienem się z czymś godzić. To jej życie, nie moje nieszczęście.
— To nasza córka.
— Właśnie dlatego nie powinniśmy zmieniać jej w tragedię, która przydarzyła się nam.
Słowa zapadły między nimi ciężko.
Bellatrix patrzyła na męża z gniewem, lecz nie podniosła głosu. Wiedziała, że Rudolf nie oskarżał jej o brak miłości. Ostrzegał jedynie, że mogła wykorzystać niepełnosprawność córki do karmienia własnego bólu, zamiast spróbować ją zrozumieć.
— Chcę wiedzieć, jak to jest — powiedziała w końcu.
— W takim razie zapytaj ją, kiedy wróci.
— Nie chcę, żeby pomyślała, że uważam ją za bezradną.
— Nie pytaj, jakby była.
Bellatrix ponownie spojrzała na książkę o tyflopedagogice. Obce słowo nadal jej się nie podobało. Nie mogła jednak dłużej udawać, że oznaczało wyłącznie chodzenie z laską.
— Cissy wiedziała o tym wszystkim.
— Wychowała ją.
— Nie musisz mi tego przypominać.
— Najwyraźniej muszę.
Bellatrix zatrzasnęła jedną z ksiąg.
— Dowiem się, dlaczego nie zrobiła niczego z jej wzrokiem.
— Bello.
Nie zatrzymała się.
Wyszła z biblioteki i ruszyła w stronę salonu, lecz Narcyzy tam nie było. Nie znalazła jej również w jadalni, ogrodzie zimowym ani pokoju muzycznym. Fips, zapytany ostrym tonem, przyznał, że pani Malfoy przebywa w swojej sypialni i prosiła, żeby jej nie niepokoić.
Bellatrix skierowała się ku schodom.
Rudolf dogonił ją przed wejściem na piętro.
— Nie wchodź tam, jeśli zamierzasz rozpocząć rozmowę od oskarżenia.
— Nie wiesz, od czego zamierzam zacząć.
— Wiem dokładnie.
— Więc nie musisz iść za mną.
— Właśnie dlatego idę.
Narcyza siedziała przy kominku w sypialni, trzymając w dłoniach filiżankę, której zawartość zdążyła wystygnąć. Lucjusz stał przy oknie.
Od wyjazdu Trixie coraz częściej zamykali drzwi i rozmawiali szeptem, choć w domu nie znajdował się nikt, przed kim formalnie musieli ukrywać własne obawy. Bellatrix i Rudolf byli rodziną, a pozostali uciekinierzy pojawiali się w posiadłości tylko wtedy, gdy wymagała tego sytuacja. Czarny Pan nie przebywał jeszcze w Malfoy Manor na stałe.
Mimo to Narcyza miała wrażenie, że dom przestał należeć wyłącznie do nich.
Każdy dźwięk w holu mógł oznaczać przybycie kogoś, kogo nie wolno było odesłać. Każdy list mógł zawierać rozkaz. Każde wezwanie mogło sprawić, że Lucjusz wyjdzie i nie wróci albo powróci zmieniony przez gniew człowieka, któremu służył.
Powrót Bellatrix również nie przyniósł wyłącznie radości.
Narcyza kochała siostrę. Przez czternaście lat zachowywała jej rzeczy, opowiadała Trixie historie i odmawiała uznania, że Azkaban odebrał im Bellatrix na zawsze. Kiedy ponownie usłyszała jej głos, miała ochotę płakać z ulgi.
Jednocześnie Bellatrix wróciła ostrzejsza, gwałtowniejsza i jeszcze bardziej oddana Czarnemu Panu. Jej miłość do córki była ogromna, ale Narcyza nie wiedziała, czy stanie się dla Trixie ochroną, czy kolejną siłą próbującą pociągnąć ją w stronę wojny.
— On ponownie ją wezwie — powiedziała.
Lucjusz odwrócił się od okna.
— Nie wiemy, kiedy to nastąpi.
— Ale nastąpi.
Narcyza zacisnęła palce na filiżance. Trixie uważała Voldemorta za człowieka, który spełnił jej największe pragnienie. Uwolnił rodziców. Przyjął ją, kiedy Dumbledore odmówił. Cokolwiek teraz jej zaoferuje, dziewczyna mogła uznać za kolejną łaskę.
Lucjusz usiadł naprzeciwko żony.
— Nie możemy zabronić jej podejmowania własnych decyzji.
— Ma piętnaście lat.
— I od dawna podejmuje je sama.
— Właśnie dlatego się boję. Nie potrzebuje, żeby ktokolwiek prowadził ją za rękę. Wystarczy, że Czarny Pan pozwoli jej uwierzyć, iż sama wybrała drogę, którą wcześniej dla niej przygotował.
Lucjusz nie odpowiedział. Narcyza widziała, że podobne obawy budził w nim Draco, choć nie potrafił jeszcze przyznać tego na głos.
— Przez czternaście lat próbowałam dać Trixie życie, w którym nie musiała być wyłącznie córką więźniów z Azkabanu — mówiła dalej. — A teraz Bellatrix wróciła i jest z niej dumna właśnie z powodu wszystkiego, przed czym chciałam ją chronić.
— Trixie zawsze wiedziała, kim są jej rodzice.
— Wiedzieć to nie to samo, co słyszeć z ust własnej matki, że pragnienie śmierci Dumbledore’a czyni ją prawdziwą Lestrange.
Lucjusz przez chwilę przyglądał się żonie.
— Nie zmienimy Bellatrix.
— Nie chcę jej zmieniać. Chcę tylko, żeby przez chwilę pomyślała, zanim zacznie tworzyć córkę na własne podobieństwo.
— Trixie nie pozwoli nikomu stworzyć siebie od nowa.
— Obyś miał rację.
Drzwi otworzyły się bez pukania.
Bellatrix weszła do środka, a Rudolf pojawił się tuż za nią.
Narcyza zamknęła oczy.
— Oczywiście — powiedziała. — Dlaczego miałabyś pukać?
Bellatrix nie odpowiedziała na uwagę.
— Dlaczego Trixie nie widzi?
Lucjusz podniósł się.
— To nie jest odpowiednia chwila.
— Nie pytałam ciebie.
Narcyza odstawiła filiżankę. W jej twarzy pojawiła się ostrożność, która natychmiast rozdrażniła Bellatrix.
— Urodziła się niewidoma — odpowiedziała.
— To już wiem. Pytam, dlaczego nadal taka jest.
Przez kilka sekund siostry patrzyły na siebie w milczeniu.
— Co zrobiłaś? — zapytała w końcu Narcyza.
— Weszłam do jej pokoju.
— Przeglądałaś jej rzeczy?
— Znalazłam tabliczkę, zapasową laskę, rysownicę i książki. Nie zmieniaj tematu.
— To nie jest zmiana tematu. Trixie ma prawo do prywatności.
— Jest moją córką.
— To zdanie nie otwiera wszystkich zamkniętych drzwi.
Bellatrix zrobiła krok naprzód. Jej gniew nie wynikał wyłącznie z tego, co zobaczyła. W każdym z nieznanych przedmiotów dostrzegała kolejne piętnaście lat, których nie przeżyła z córką.
— Miałaś pieniądze Malfoyów i Lestrange’ów, kontakty oraz dostęp do najlepszych uzdrowicieli w Europie. Chcesz mi powiedzieć, że przez cały ten czas nie znalazłaś nikogo, kto potrafiłby przywrócić jej wzrok?
Narcyza pobladła.
Lucjusz stanął bliżej żony, lecz nie odezwał się. Rudolf ostrzegawczo wypowiedział imię Bellatrix. Ona jednak nie odwróciła głowy.
— Niech odpowie.
Narcyza wyprostowała plecy.
Zaczęła opowiadać.
Zabrała Trixie do Świętego Munga, gdy dziewczynka miała trzy miesiące. Później szukała pomocy we Francji, Austrii i Szwajcarii. Konsultowała się z uzdrowicielami zajmującymi się klątwami, wadami rozwojowymi i wpływem magii na układ nerwowy.
Oczy Trixie były zdrowe.
Problem nie znajdował się jednak wyłącznie w nich. Drogi, które powinny przekazywać obraz do mózgu, nie rozwinęły się prawidłowo jeszcze przed narodzinami.
Bellatrix słuchała z coraz większym niedowierzaniem.
— Więc należało je odbudować.
— Próbowali — odpowiedziała Narcyza.
Dłonie trzymała złożone przed sobą, lecz ich drżenia nie dało się już ukryć.
Zaklęcia regenerujące wywoływały u dziecka silne bóle głowy oraz błyski, których nie potrafiło zrozumieć. Magiczne soczewki powodowały mdłości. Jeden z uzdrowicieli zapewniał, że potrafi stworzyć połączenia, których organizm Trixie sam nie wytworzył, ale po zabiegu dziewczynka przez dwa dni krzyczała, kiedy ktokolwiek zapalał światło.
— Miała wtedy cztery lata — powiedziała Narcyza. — Nie rozumiała, dlaczego obcy ludzie dotykają jej twarzy, unieruchamiają głowę i powtarzają, że musi wytrzymać jeszcze jedno zaklęcie. Nie rozumiała, dlaczego wszyscy uważają, że powinna pragnąć czegoś, czego nigdy nie znała.
— Przestałaś próbować.
— Przestałam pozwalać im zadawać jej ból.
— Mogliście znaleźć kogoś innego.
— Znajdowaliśmy. Za każdym razem ktoś twierdził, że być może tym razem się uda. Za każdym razem Trixie cierpiała, a jej wzrok się nie pojawiał.
Bellatrix słyszała słowa, ale jej umysł wciąż szukał rozwiązania. Nie potrafiła przyjąć granicy, której nie dało się rozbić siłą ani obejść innym zaklęciem.
— Więc się poddałaś.
Narcyza zadrżała.
— Nie poddałam się.
— Pozwoliłaś, żeby została niewidoma.
— Ona nie została niewidoma przeze mnie!
Krzyk Narcyzy odbił się od ścian. Bellatrix cofnęła głowę, zaskoczona gwałtownością siostry.
— Urodziła się taka — mówiła Narcyza. — Nie zabrałam jej wzroku i nie mogłam go jej oddać. Mogłam tylko zdecydować, czy całe dzieciństwo spędzi na kolejnych badaniach, słuchając, że jej ciało jest błędem, który dorośli muszą naprawić.
— Chciałam, żeby widziała.
— Ja również tego chciałam!
Słowa wyrwały się z Narcyzy razem z pierwszymi łzami.
— Myślisz, że nie chciałam, żeby zobaczyła moją twarz? Żeby spojrzała na śnieg, gwiazdy i własne odbicie? Myślisz, że nie płakałam, kiedy uzdrowiciel powiedział, że prawdopodobnie nigdy nie będzie widziała? Byłam przy niej, kiedy budziła się po zaklęciach i pytała, dlaczego znowu ją boli. To ja musiałam odpowiedzieć.
Bellatrix zacisnęła szczękę.
— Gdybyś zrobiła wszystko, nie musiałaby dzisiaj chodzić z laską, czytać punktami i potrzebować dodatkowego czasu.
W pokoju zapadła cisza.
Narcyza patrzyła na siostrę, a łzy spływały jej po policzkach. Nie próbowała ich otrzeć.
— Właśnie dlatego musisz się jeszcze bardzo dużo nauczyć — powiedziała cicho. — Mówisz o lasce, brajlu i dodatkowym czasie tak, jakby były dowodami mojego niepowodzenia. Tymczasem to dzięki nim Trixie jest samodzielna.
Bellatrix chciała odpowiedzieć, lecz Narcyza nie pozwoliła jej przerwać.
Wyjaśniła, że zajęcia rewalidacyjne nie były łatwiejszą wersją nauki ani sposobem ukrywania braków uczennicy. Miały rozwijać orientację przestrzenną, samodzielne poruszanie się i umiejętność korzystania z pomocy dostosowanych do jej potrzeb.
Kiedy Trixie przyjechała do Durmstrangu, znała brajl, dobrze posługiwała się laską i poruszała się samodzielnie po miejscach, które wcześniej poznała. Szkoła była jednak starym, magicznym zamkiem. Niektóre korytarze zmieniały układ, część schodów przesuwała się pod wpływem zaklęć, a przejścia otwierały się tylko o określonych porach.
Przez pierwsze miesiące dziewczynka dwa razy w tygodniu spotykała się z nauczycielem orientacji przestrzennej. Był jej przewodnikiem po najważniejszych trasach. Trixie trzymała go za ramię powyżej łokcia i szła pół kroku za nim, jednocześnie korzystając z laski. Poznawała drogę od dormitorium do jadalni, sal lekcyjnych, biblioteki i skrzydła uzdrowiciela.
Później stopniowo rezygnowała z przewodnika.
Najpierw przechodziła znane odcinki sama, podczas gdy nauczyciel szedł kilka kroków za nią. Następnie ćwiczyła wybieranie innej trasy, gdy przejście było zamknięte albo magiczna przeszkoda zmieniała położenie.
— To nie była nauka chodzenia — powiedziała Narcyza. — To była nauka samodzielnego podejmowania decyzji w przestrzeni, której nie mogła poznać wzrokiem.
Bellatrix pomyślała o dotykowym planie Durmstrangu.
Narcyza opowiedziała także o dodatkowym wsparciu z poszczególnych przedmiotów. Trixie realizowała dokładnie ten sam program co pozostali uczniowie. Nie zawsze jednak otrzymywała podczas zwyczajnej lekcji wszystkie informacje.
Nauczyciel transmutacji wykonywał gest i oczekiwał, że uczniowie powtórzą go na podstawie obserwacji. Trixie potrzebowała dokładnego opisu ruchu albo dotykowego modelu. Czasami pozwalała nauczycielowi poprowadzić własny nadgarstek, ale wyłącznie po uprzednim zapytaniu.
Na eliksirach nie widziała zmiany koloru. Uczyła się więc rozpoznawać właściwy etap na podstawie temperatury, zapachu, gęstości, tempa wrzenia albo zaklęcia diagnostycznego.
Starożytne runy rysowała na specjalnej folii umieszczonej na rysownicy. Prowadzona po niej linia stawała się wypukła, dzięki czemu mogła badać kształt symboli, ich wzajemne położenie oraz całe układy magiczne.
— To nie były łatwiejsze lekcje — powiedziała Narcyza. — Czasami miała więcej pracy niż inni. Po zwykłych zajęciach wracała do tego samego materiału w formie, z której mogła korzystać.
— Dlaczego nic mi o tym nie powiedziała?
— Być może dlatego, że nie chciała, żeby pierwszą rzeczą, którą w niej zobaczysz, było to, ile wysiłku kosztowało ją osiągnięcie tego, co inni uznają za zwyczajne.
Bellatrix odwróciła wzrok.
— Nie jest zwyczajna.
— Wiem. Nie jest jednak również doskonała. Dostaje czwórki z eliksirów, transmutacji i zaklęć. Myli się. Męczy. Czasem potrzebuje pomocy, a czasem jej nie chce. To nie odbiera jej inteligencji ani wartości.
Narcyza podeszła bliżej.
— Nie pozwolę ci powiedzieć, że zostawiłam ją samą z tym wszystkim. Uczyłam ją brajla. Szłam kilka kroków za nią, kiedy pierwszy raz próbowała przejść przez ogród z laską. Nagrywałam podręczniki, kiedy szkoła nie zdążyła ich przygotować. Pisałam do Karkarowa, gdy nauczyciel odmówił jej dodatkowego czasu. Byłam przy niej, kiedy bolały ją palce i nie chciała przeczytać kolejnej strony.
Jej oddech się załamał.
— Nie mogłam uczyć się za nią. Mogłam tylko dopilnować, żeby otrzymała szansę.
— A ja nie mogłam zrobić niczego — powiedziała Bellatrix.
— Byłaś w Azkabanie.
— Wiem, gdzie byłam!
— W takim razie przestań karać mnie za to, że ja byłam tutaj!
Lucjusz stanął bliżej żony. Rudolf położył dłoń na ramieniu Bellatrix, ale ta natychmiast się wyrwała.
— Nie dotykaj mnie.
— Dość — powiedział.
— A kogo mam obwiniać?
— Nikogo.
Bellatrix roześmiała się ostro.
— To wygodne.
Narcyza otarła policzek.
— Trzeba było nie iść do Azkabanu. Wtedy sama woziłabyś ją do uzdrowicieli, sama uczyłabyś się brajla i sama decydowałabyś, kiedy mają przestać zadawać jej ból.
Bellatrix odwróciła się ku niej gwałtownie.
— Nie wybrałam Azkabanu.
— Wybrałaś wszystko, co cię do niego zaprowadziło.
Lucjusz zamknął oczy.
Rudolf nie poruszył się.
Twarz Bellatrix pobladła, a później wykrzywiła się z gniewu.
— Nie waż się mówić o rzeczach, których nie rozumiesz. Służyłam Czarnemu Panu. Nie zamierzam za to przepraszać.
— Nie proszę o przeprosiny za twoją służbę. Proszę, żebyś przestała zachowywać się tak, jakby piętnaście lat życia Trixie należało do ciebie tylko dlatego, że ją urodziłaś.
— Jest moją córką.
— A ja ją wychowałam!
Narcyza niemal krzyknęła te słowa.
Przez piętnaście lat karmiła Trixie, nosiła ją po nocach, uczyła chodzić po schodach, czytać brajlem i korzystać z laski. Szukała szkoły, gdy Dumbledore odmówił. Siedziała pod drzwiami podczas egzaminów wstępnych do Durmstrangu. Negocjowała zajęcia rewalidacyjne, dodatkowy czas i dostępne materiały.
Nie twierdziła, że była matką Trixie.
Nigdy nie próbowała odebrać tego miejsca Bellatrix.
Nie pozwalała jednak, żeby siostra przekreślała wszystko, co zrobiła w czasie, gdy biologiczna matka dziewczynki znajdowała się w Azkabanie.
— Opowiadałam jej o tobie — powiedziała, z trudem łapiąc oddech. — Chroniłam twoje miejsce i nie pozwoliłam jej zapomnieć, kto jest jej matką. A ty wróciłaś i od pierwszego dnia zachowujesz się tak, jakby należały ci się jej czas, miłość, odpowiedzi na każde pytanie oraz prawo do oceniania wszystkiego, co robiłam, kiedy ciebie nie było.
Bellatrix patrzyła na nią bez słowa.
— Nie oczekuję podziękowań za każdą noc, nagraną książkę ani list do szkoły — dodała Narcyza. — Nie pozwolę ci jednak powiedzieć, że zostawiłam Trixie niewidomą albo że jej samodzielność jest dowodem mojego niepowodzenia.
— Cissy…
— Wyjdź.
Bellatrix zesztywniała.
— Nie skończyłam.
— Ja skończyłam.
Lucjusz otworzył drzwi.
— To nasza sypialnia.
Bellatrix sięgnęła po różdżkę, lecz Rudolf natychmiast stanął pomiędzy nią a Lucjuszem.
— Bello.
— Zejdź mi z drogi.
— Nie.
Jego głos pozostał spokojny, ale nie było w nim miejsca na negocjacje.
Bellatrix patrzyła na męża, później na Lucjusza, a w końcu na Narcyzę. Siostra stała przy kominku, blada, z mokrymi policzkami i dłońmi zaciśniętymi tak mocno, że paznokcie wbijały się w skórę.
Po raz pierwszy od powrotu Bellatrix dostrzegła w niej nie tylko zmęczenie.
Narcyza się jej bała.
Nie tak jak ludzie podczas procesu ani więźniowie, którzy słyszeli jej śmiech w korytarzach Azkabanu. Był to lęk kogoś, kto nadal kochał, ale nie wiedział, czy miłość wystarczy, by ochronić rodzinę przed gwałtownością drugiego człowieka.
Bellatrix opuściła różdżkę.
Nie przeprosiła.
Odwróciła się i wyszła.
Rudolf podążył za nią dopiero po chwili.
Nie znalazł jej w sypialni.
Bellatrix stała pośrodku pustej sali ćwiczeń i rzucała zaklęcia w kamienne tarcze. Pierwsza była już roztrzaskana. Druga pękła, zanim zamknął za sobą drzwi.
— Wyjdź — powiedziała.
— Nie.
— Wszyscy dzisiaj nauczyli się tego słowa?
— Najwyraźniej było potrzebne.
Rzuciła kolejne zaklęcie. Tarcza odleciała pod ścianę i rozpadła się na kilka części.
Gniew dawał jej prostotę. Wystarczały ruch różdżki, inkantacja i widoczny skutek. Kamień pękał dokładnie tam, gdzie kierowała zaklęcie. Nie trzeba było zastanawiać się nad cudzymi potrzebami, pytać o zgodę ani przyjmować do wiadomości, że nie każdą przeszkodę można zniszczyć.
— Narcyza nie miała prawa mówić, że wybrałam Azkaban.
— Nie powiedziała tego.
— Powiedziała, że wybrałam wszystko, co mnie tam zaprowadziło.
— To różnica.
Bellatrix odwróciła się ku niemu.
— Jesteś po jej stronie?
— W tej rozmowie tak.
— Jestem twoją żoną.
— To nie oznacza, że zawsze masz rację.
Wycelowała różdżkę w następną tarczę, lecz nie rzuciła zaklęcia. Jej ramię drżało.
— Powinna była próbować dłużej.
— Nie wiesz, ile próbowała.
— Wiem, że Trixie nadal nie widzi.
— A ja wiem, że powiedziałaś kobiecie, która przez piętnaście lat wychowywała naszą córkę, że zawiodła ją, ponieważ dziecko nie zostało cudownie uleczone.
Bellatrix opuściła różdżkę.
— Chcę, żeby widziała.
— Wiem.
— Nie chcę, żeby całe życie musiała sprawdzać laską, czy może zrobić kolejny krok, ani poświęcać połowy nocy na przeczytanie tego, co Draco przeczyta w godzinę.
— Rozumiem.
— Nie brzmisz, jakbyś rozumiał.
Rudolf podszedł bliżej, lecz nie próbował jej dotknąć.
— Rozumiem, że chciałabyś usunąć każdą przeszkodę z jej drogi. Nie rozumiem, dlaczego atakujesz ludzi, którzy nauczyli ją te przeszkody pokonywać.
Bellatrix odwróciła się i przez chwilę patrzyła na rozbite kamienie. W pustej sali każdy jej oddech powracał słabym echem.
— Chciałam dać Czarnemu Panu silne dziecko — powiedziała.
Rudolf milczał.
— Chciałam oddać mu córkę, z której będzie dumny. Taką, której nikt nie odrzuci ani nie uzna za mniej przydatną. Inni mają zdrowe dzieci. Pełnosprawne. Mogą przyprowadzić mu synów i córki, którzy widzą przeciwnika, natychmiast rozpoznają ruch różdżki i nie potrzebują dodatkowego czasu.
Słowa wypływały z niej coraz szybciej, zanim zdążyła zrozumieć, dokąd prowadzą.
— A moje dziecko jest niewidome. Gdybym mogła, z radością oddałabym mu zdrowe, pełnosprawne dziecko…
Urwała.
Cisza, która zapadła w sali, była cięższa od huku rozbijanych tarcz.
Bellatrix patrzyła na Rudolfa, jakby dopiero jego milczenie pozwoliło jej usłyszeć własne słowa.
— Nie — powiedziała natychmiast. — Nie inne dziecko.
Cofnęła się o krok.
— Nie chciałam powiedzieć, że oddałabym mu kogoś zamiast niej.
Różdżka wypadła jej z dłoni i uderzyła o kamienną podłogę. Bellatrix nie schyliła się po nią.
— Merlinie, Rudolfie… Co ja powiedziałam?
Nie było w jej głosie gniewu. Po raz pierwszy brzmiała na przestraszoną.
Rudolf nie skarcił jej. Nie próbował również wykorzystać chwili słabości, by udowodnić własną rację. Podszedł powoli i zatrzymał się przed nią.
— Powiedziałaś na głos coś, czego sama się przeraziłaś.
— Brzmiało tak, jakbym chciała innej córki.
— Wiem, że nie chcesz.
— Skąd?
— Ponieważ od chwili wyjścia z Azkabanu próbujesz odzyskać właśnie ją. Nie wyobrażenie o dziecku. Trixie.
Bellatrix zacisnęła dłonie.
— Chciałam powiedzieć, że oddałabym wszystko, żeby nie musiała mierzyć się z tym, co świat może wykorzystać przeciwko niej.
— To nie jest to samo co pragnienie innego dziecka.
— A jednak powiedziałam „zdrowe”.
— Ponieważ nadal oceniasz człowieka według zasad pojedynku.
Bellatrix uniosła ku niemu twarz.
— W walce sprawność ma znaczenie.
— Ma. Nie każda wartość człowieka mieści się jednak w pojedynku.
Rudolf schylił się, podniósł jej różdżkę i położył ją na pobliskim stole.
— Ty najpierw pytasz, jak szybko ktoś rzuca zaklęcia i ilu przeciwników potrafi pokonać. Trixie nie walczy tak jak ty. Niewerbalne zaklęcie słyszy dopiero po jego uwolnieniu. Echo może ją zmylić. Przy dwóch przeciwnikach nie zawsze zdąży zareagować. Z eliksirów, transmutacji i zaklęć dostaje czwórki. Czasem przegrywa.
Bellatrix skrzywiła się.
— Nadal uważam, że część nauczycieli ocenia ją zbyt surowo.
— Właśnie o tym mówię. Nie potrafisz przyjąć, że nasza córka może być dobra, nie będąc najlepsza we wszystkim.
Bellatrix chciała zaprzeczyć, lecz żadne słowa nie przyszły.
— Czarny Pan również widział, że Trixie nie jest tobą — ciągnął Rudolf. — Rozmawiał z nią przed naszym uwolnieniem. Wie, że jest niewidoma. Wie, że nie będzie wygrywać każdego pojedynku samą szybkością. A jednak chce spotkać się z nią ponownie.
— Ponieważ jest moją córką.
— Na początku być może również dlatego. Teraz interesuje go jej umysł, znajomość języków, run, dawnych zaklęć oraz sposób analizowania magii. Czarny Pan nie mierzy ludzi wyłącznie sprawnością w pojedynku. Szuka potencjału, lojalności, wiedzy i użyteczności.
W innych ustach ostatnie słowo zabrzmiałoby jak ostrzeżenie.
Dla Bellatrix było dowodem uznania.
— Nie odrzucił jej — dodał Rudolf. — Przeciwnie. Chce kontynuować rozmowę. Dostrzegł w niej coś, czego nie chciał dostrzec Dumbledore. Dyrektor Hogwartu zamknął przed nią szkołę, nazywając to bezpieczeństwem. Czarny Pan chce przekonać się, czego może ją nauczyć i do czego może wykorzystać jej zdolności.
Bellatrix oddychała powoli.
— Czyli nie muszę przynosić mu córki, która walczy jak ja.
— Nie przynosisz mu dziecka jak daru. Trixie sama zdecyduje, czy chce mu służyć.
— Już zdecydowała.
— W takim razie pozwól jej służyć jako Trixie, a nie jako niedoskonała kopia Bellatrix.
Skrzywiła się na słowo „niedoskonała”, ale zrozumiała jego znaczenie.
Rudolf położył dłonie na jej ramionach dopiero wtedy, gdy nie cofnęła się przed jego dotykiem.
— Nie będę cię potępiał za zdanie wypowiedziane w żalu. Nie udawaj jednak, że nie padło. Zapamiętaj, jak bardzo cię przeraziło. Następnym razem, kiedy pomyślisz, że córka powinna być inna, przypomnisz sobie, że nie chcesz innego dziecka.
Bellatrix zamknęła oczy.
— Chcę jej.
— Wiem.
— Takiej, jaka jest.
Wypowiedzenie tego wymagało od niej chwili.
— Chciałabym tylko, żeby świat nie miał przeciwko niej tej jednej przewagi.
— Świat znajdzie przewagę przeciwko każdemu człowiekowi. Naszym zadaniem nie jest stworzyć córkę, której nic nie zrani. Mamy nauczyć się stać obok niej, kiedy sama wybiera sposób walki.
Bellatrix oparła czoło o jego ramię.
Nie płakała. Jej dłonie drżały jednak, gdy zacisnęła je na materiale jego szaty.
— Powiedziałam Cissy coś okrutnego.
— Tak.
— Nie zamierzam przepraszać za to, że chciałam dla córki więcej.
— Nie powinnaś. Powinnaś przeprosić za to, że zrobiłaś z Narcyzy winną.
— Nie umiem.
— Umiesz. Po prostu tego nie lubisz.
Bellatrix odsunęła się.
— To prawie to samo.
Narcyza nie zeszła na kolację.
Lucjusz również pozostał na górze, a atmosfera przy stole była tak ciężka, że nawet Fips przestał pytać, czy należy podać deser. Bellatrix jadła w milczeniu. Rudolf nie próbował rozpoczynać rozmowy.
Po posiłku Lucjusz pojawił się w drzwiach jadalni. Trzymał duże skórzane pudełko oraz cieńszą teczkę przewiązaną srebrną wstążką.
Położył oba przedmioty przed Bellatrix.
— Co to jest? — zapytała.
— To, czego najwyraźniej potrzebujesz, żeby uwierzyć własnej siostrze.
Bellatrix spojrzała na niego ostrzegawczo, lecz Lucjusz nie odwrócił wzroku.
W pudełku znajdowały się dokumenty uzdrowicieli, wyniki badań, rachunki oraz opisy zabiegów, którym poddawano Trixie. Teczka zawierała dokumentację szkolną: korespondencję Narcyzy z Durmstrangiem, zalecenia nauczycieli, opisy zajęć tyflopedagogicznych i rewalidacyjnych oraz wykazy dostosowanych materiałów.
Rudolf przesunął pudełko bliżej siebie, ale Bellatrix położyła na nim dłoń.
— Sama przeczytam.
— Czytaj więc uważnie — odpowiedział Lucjusz. — Narcyza przez lata budziła się z przekonaniem, że mogła przeoczyć jedną możliwość. Pisała do każdego uzdrowiciela, o którym dowiedziała się choćby z plotki. Jechała wszędzie, gdzie ktoś obiecywał szansę.
Bellatrix milczała.
— Ostatnią próbę przerwała, kiedy Trixie miała pięć lat. Dziewczynka poprosiła ją, żeby więcej na to nie pozwalała.
— Miała pięć lat.
— I wystarczająco dużo doświadczenia z bólem, żeby wiedzieć, czego nie chce.
Lucjusz wyprostował się.
— Narcyza nie zrezygnowała z córki. Zrezygnowała z ludzi, którzy traktowali ją jak problem do naprawienia.
Odwrócił się i odszedł, zanim Bellatrix zdążyła odpowiedzieć.
Przez kilka minut nie otwierała pudełka.
Kiedy wreszcie uniosła wieko, zobaczyła dziesiątki pergaminów uporządkowanych według dat. Najstarszy pochodził z czasu, gdy Trixie miała kilka tygodni. Kolejne nosiły pieczęcie szpitali, prywatnych uzdrowicieli, zagranicznych instytutów i specjalistów od wpływu magii na układ nerwowy.
Pomiędzy dokumentami leżały listy Narcyzy.
W pierwszych pisała grzecznie i rzeczowo. W następnych prosiła o konsultację, opisywała reakcje dziecka oraz pytała, czy istnieje metoda, której jeszcze nie wypróbowano. Z czasem jej pismo stawało się mniej równe, zdania dłuższe, a prośby bardziej rozpaczliwe.
Proszę nie obiecywać jej, że po zabiegu zobaczy moją twarz. Poprzedni uzdrowiciel powiedział jej to przed rozpoczęciem zaklęcia, a później przez kilka miesięcy pytała, dlaczego nadal nie może mnie zobaczyć.
Bellatrix odłożyła pergamin.
W następnym dokumencie znajdował się opis zaklęcia regenerującego, po którym czteroletnia Trixie przez kilkanaście godzin cierpiała z powodu bólu i nadwrażliwości na światło. Kolejny uzdrowiciel proponował eksperymentalną procedurę, lecz nie potrafił zagwarantować, że dziecko zyska użyteczny wzrok, ani wykluczyć trwałych skutków ubocznych.
Na samym dnie pudełka leżał niewielki arkusz zapisany dziecięcym, nierównym brajlem.
Bellatrix nie potrafiła go przeczytać.
Rudolf usiadł obok i otworzył notatkę Narcyzy dołączoną do kartki.
— Napisała: „ciocia” — powiedział.
Bellatrix zamknęła oczy.
Pierwszym słowem, które córka samodzielnie zapisała tabliczką i dłutkiem, było określenie kobiety, która ją wychowała.
Nie „mama”.
Nie „Bellatrix”.
Ciocia.
Przez moment zazdrość uderzyła w nią równie mocno jak wcześniej. Tym razem nie zmieniła się jednak w gniew skierowany przeciwko Narcyzie.
To nie siostra odebrała Bellatrix tę chwilę.
Zabrał ją Azkaban.
A do Azkabanu rzeczywiście doprowadziły ją wybory, których nadal nie żałowała.
Bellatrix przesunęła palcami po punktach.
— Nie wiem, co tutaj jest.
— Mogę ci pokazać układ liter.
— Nie teraz.
Jej głos był zachrypnięty.
Otworzyła teczkę szkolną.
Pierwszy list pochodził od Narcyzy i był skierowany do Karkarowa. Opisywała w nim umiejętności Trixie, sposób czytania, poruszania się oraz korzystania z magii. Nie prosiła o obniżenie wymagań. Żądała, żeby szkoła przedstawiała informacje w formie, do której uczennica będzie miała dostęp.
W kolejnych dokumentach znajdowały się wykazy książek brajlowskich, nagrań, dotykowych planów, arkuszy folii do rysownicy, kubarytmów używanych we wcześniejszych latach nauki oraz modeli run, figur geometrycznych i orbit. Narcyza wielokrotnie podkreślała, że Trixie powinna wykonywać te same zadania co pozostali uczniowie, ale nie może być oceniana na podstawie informacji, których nauczyciel przekazał wyłącznie wzrokiem.
Bellatrix czytała do późnej nocy.
Znalazła prośby o przygotowanie materiałów przed lekcją, opisy zajęć rewalidacyjnych i raporty nauczyciela orientacji przestrzennej. Znalazła również skargę na profesora, który podczas pierwszego roku odmówił dodatkowego czasu, uznając go za niesprawiedliwe ułatwienie.
Narcyza odpowiedziała, że dodatkowy czas nie dawał Trixie przewagi. Wyrównywał różnicę wynikającą z wolniejszego odczytywania materiałów dotykiem.
W dokumentach znajdowały się również błędy córki.
Źle odczytana wypukła runa. Eliksir zdjęty z ognia zbyt późno. Nieprawidłowy ruch różdżki. Zaklęcie skierowane obok celu. Ocena dostateczna poprawiona dopiero za drugim razem.
Trixie nie była bezbłędna.
Pracowała, poprawiała własne metody i próbowała ponownie.
Bellatrix poczuła coś, co różniło się od dumy wywołanej niezwykłym talentem. Było cichsze, trudniejsze i znacznie bardziej osobiste.
Duma z córki, która nie zawsze wygrywała, ale nie pozwalała pojedynczej porażce zdecydować, kim jest.
Następnego ranka Bellatrix odnalazła Narcyzę w ogrodzie zimowym.
Siostra siedziała wśród roślin, z dłońmi splecionymi na kolanach zamiast zajmować się książką leżącą na stoliku. Usłyszała kroki Bellatrix, zanim ta pojawiła się pomiędzy wysokimi donicami.
— Jeżeli przyszłaś kontynuować wczorajszą rozmowę, nie mam nic więcej do powiedzenia — oznajmiła.
Bellatrix zatrzymała się kilka kroków dalej.
— Przeczytałam dokumenty.
Narcyza nie odpowiedziała.
— Wszystkie, które zdążyłam.
— Lucjusz nie powinien był ci ich dawać.
— Dlaczego? Ponieważ mogłabym odkryć, że miałaś rację?
Narcyza uniosła ku niej twarz.
— Nie chcę usłyszeć, że miałam rację. Chciałabym, żebyś nigdy nie oskarżyła mnie o skrzywdzenie Trixie.
Bellatrix zacisnęła usta.
Przeprosiny były słowem małym, niewygodnym i zupełnie nieproporcjonalnym do rzeczy, które powiedziała. Brzmiałyby słabo, niemal banalnie, a Bellatrix nie potrafiła wypowiadać banalnych słów w chwilach, które naprawdę miały znaczenie.
Podeszła bliżej.
— Nie powinnaś była robić tego sama.
Narcyza wstrzymała oddech.
— Nie miałam wyboru.
— Wiem.
Jedno słowo wystarczyło, by oczy Narcyzy wypełniły się łzami, chociaż tym razem nie pozwoliła im spłynąć.
Bellatrix usiadła naprzeciwko.
— Nie wiedziałam.
— Nie mogłaś wiedzieć.
— Mogłam zapytać, zanim zaczęłam oskarżać.
— To byłoby do ciebie niepodobne.
Bellatrix prychnęła.
— Nie psuj chwili.
Przez kilka sekund żadna z nich się nie odzywała.
Na stoliku leżał powiększony model sześciopunktowego znaku brajlowskiego. Narcyza musiała przynieść go razem z dokumentami córki.
Bellatrix dotknęła jego krawędzi.
— Naprawdę zrobiłaś wszystko? — zapytała, lecz tym razem w jej głosie nie było oskarżenia.
Narcyza opuściła wzrok.
— Wszystko, co wówczas wydawało się rozsądne. Być może popełniłam błędy. Może za długo pozwalałam na kolejne próby, bo bałam się, że któregoś dnia wrócisz i zapytasz właśnie o to.
Bellatrix drgnęła.
— Myślałaś o tym?
— Każdego dnia. Wiedziałam, że jeżeli kiedykolwiek wyjdziesz, pierwszą rzeczą, którą dostrzeżesz, będzie niewidoma córka. Bałam się, że uznasz, iż cię zawiodłam.
— Nie zawiodłaś.
Narcyza podniosła głowę.
Bellatrix wypowiedziała słowa niechętnie, ale wyraźnie.
— Nie zawiodłaś jej — dodała. — Ani mnie.
Narcyza zakryła usta dłonią.
Bellatrix natychmiast poczuła się nieswojo.
— Nie zaczynaj znowu płakać.
— Próbuję nie płakać.
— Źle ci idzie.
Narcyza zaśmiała się przez łzy, krótko i cicho.
Bellatrix przesunęła palcem po jednym z wypukłych punktów.
— Jak mam wiedzieć, kiedy jej pomagać, a kiedy zostawić ją w spokoju?
— Zapytaj.
— A jeśli odpowie, że niczego nie potrzebuje tylko dlatego, że chce udowodnić samodzielność?
— Powiedz, co możesz zrobić, i pozwól jej zdecydować. Możesz też zapytać później.
— To mało skuteczne.
— Wychowywanie dziecka nie jest przesłuchaniem.
— Trixie nie jest dzieckiem.
— Tym bardziej nie możesz wydawać jej poleceń w każdej sprawie.
Bellatrix przyjrzała się sześciu punktom.
— Pokaż mi.
Narcyza przez chwilę nie rozumiała.
— Brajl — wyjaśniła Bellatrix. — Pokaż mi od początku.
W oczach Narcyzy pojawiło się coś łagodniejszego. Przysunęła model.
— Dwie kolumny po trzy punkty. Lewa kolumna to pierwszy, drugi i trzeci. Prawa to czwarty, piąty i szósty.
Bellatrix powtórzyła układ, przesuwając palcem po kolejnych miejscach.
— Jak wygląda litera „B”?
— Punkty pierwszy i drugi.
Bellatrix dotknęła dwóch górnych punktów w lewej kolumnie.
— Bellatrix.
— I Bellatrix II.
— Właśnie.
— Litera „T” — dodała Narcyza — to punkty drugi, trzeci, czwarty i piąty.
Bellatrix odnalazła je wolniej.
— Trixie.
— Tak.
Nie rozmawiały ponownie o pochodzeniu przezwiska. Bellatrix wiedziała już, że należało do córki tak samo jak pełne imię, nawet jeśli nadal nie podobał jej się fakt, że Narcyza używała go przez piętnaście lat, których ona nie otrzymała.
Tym razem nie pozwoliła zazdrości przejąć rozmowy.
— Jak pisze na tabliczce?
Narcyza przyniosła z sąsiedniego stolika przedmiot podobny do tego, który Bellatrix znalazła w pokoju córki.
— Pergamin wkłada się pomiędzy obie części. Dłutkiem wciska się punkty od odwrotnej strony kartki. Dlatego podczas pisania Trixie przesuwa się od prawej do lewej i tworzy znaki w lustrzanym układzie. Po wyjęciu oraz odwróceniu kartki czyta je od lewej do prawej.
Bellatrix skrzywiła się.
— To niepotrzebnie skomplikowane.
— Dla niej jest naturalne. Pisze w ten sposób od dzieciństwa.
— Sześć punktów nie pokonało jej. Nie pokona także mnie.
Narcyza uśmiechnęła się.
— Tego akurat jestem pewna.
Bellatrix przesunęła palcem po modelu litery „B”.
— Kiedy Trixie wróci, zapytam ją o tabliczkę, laskę, rysownicę i zajęcia rewalidacyjne.
— Nie pytaj, jakbyś prowadziła przesłuchanie.
— Nie prowadzę przesłuchań własnej córki.
Narcyza uniosła brew.
— Dobrze. Czasami prowadzę, ale nie nazywam ich w ten sposób.
— Zapytaj ją, co chce ci pokazać.
— Rudolf powiedział prawie to samo.
— Rudolf często ma rację.
— Nie powtarzaj mu tego.
— Nigdy.
Bellatrix podniosła się, lecz zatrzymała przed odejściem.
— Cissy?
— Tak?
Przez chwilę wyglądała, jakby szukała słowa, którego najbardziej nie lubiła używać.
— Dziękuję.
Narcyza zamarła.
— Za co?
— Za to, że byłaś przy niej.
Bellatrix wypowiedziała zdanie cicho, lecz nie próbowała go cofnąć.
Narcyza wstała. Bellatrix pozwoliła jej podejść, a potem sama objęła siostrę. Uścisk trwał krótko. Nie potrafiła pozostawać w podobnej bliskości z Narcyzą tak swobodnie jak z Rudolfem czy Trixie, lecz tym razem nie odsunęła się natychmiast.
— Nie płacz mi na suknię — mruknęła.
— To ty mnie objęłaś.
— Nie oznacza to, że możesz ją zniszczyć.
Narcyza roześmiała się cicho.
Po południu Bellatrix usiadła przy biurku w bibliotece.
Obok pergaminu leżała książka o brajlu oraz kilka dużych znaków przygotowanych przez Rudolfa. Nie sięgnęła od razu po pióro. Przez kilkanaście minut próbowała zapamiętać pierwsze litery, najpierw wzrokiem, później dotykiem.
Pomyliła dwa układy i zaklęła tak głośno, że bibliotekarz na portrecie zasłonił sobie uszy.
— Trixie nauczyła się tego jako dziecko — powiedziała.
Rudolf siedział po drugiej stronie stołu.
— Tak.
— I jednocześnie uczyła się chodzić z laską, korzystać z przewodnika w nowych miejscach, rozpoznawać plany oraz pisać od prawej do lewej.
— Tak.
— Później pojechała do Durmstrangu i po zwykłych lekcjach miała jeszcze rewalidację.
— Na początku regularnie. Później rzadziej, kiedy stała się bardziej samodzielna.
Bellatrix zamilkła.
Po raz pierwszy wszystkie informacje ułożyły się w całość.
Jej córka nie była niezwykła dlatego, że niepełnosprawność obdarzyła ją magicznie doskonałym słuchem albo uczyniła odporną na trudności. Nie była również najlepsza we wszystkim, czego próbowała.
Była niezwykła, ponieważ przez lata pracowała, uczyła się, myliła, poprawiała własne metody i tworzyła rozwiązania, których świat nie przygotował dla niej wcześniej.
— Ja również się nauczę — oznajmiła Bellatrix.
— Wierzę ci.
Wzięła pióro.
Tym razem list do córki nie rozpoczynał się od pytania o Karkarowa, temperaturę dormitorium ani nazwisko nauczyciela obrony.
Bellatrix II,
weszłam do twojego pokoju i otworzyłam szuflady. Rudolf twierdzi, że powinnam zacząć od przeprosin. Nie zamierzam przepraszać za to, że chciałam znaleźć się w miejscu, w którym została część ciebie, ale następnym razem zapytam, zanim dotknę twoich rzeczy. Według twojego ojca nadal nie jest to prawdziwe przeproszenie. Myli się.
Znalazłam tabliczkę, dłutko, zapasową laskę, rysownicę, wypukłe plany oraz kryształy z książkami czytanymi przez Narcyzę. Nie wiedziałam, że sama nagrywała dla ciebie podręczniki.
Przeczytałam również część dokumentów szkolnych. Wiem już, czym są tyflopedagogika i rewalidacja. Nie podoba mi się, że czasami potrzebujesz więcej czasu na przeczytanie materiału albo poznanie tego, co nauczyciel jedynie pokazał. Chciałabym, żeby wszystko było dla ciebie łatwiejsze niż dla innych, ponieważ jesteś moją córką. Rudolf twierdzi jednak, że dodatkowy czas nie oznacza wolniejszego myślenia. Tym razem prawdopodobnie ma rację.
Wiem też, że w nowych miejscach czasami korzystasz z przewodnika, a później uczysz się trasy sama. Nie uważam, że odbiera ci to samodzielność. Dopisuję to zdanie głównie dlatego, że Rudolf stoi obok i sprawdza, czy rzeczywiście je napiszę.
Kiedy wrócisz, pokażesz mi, jak używasz tabliczki, dłutka, rysownicy i folii. Opowiesz mi również o swoich zajęciach rewalidacyjnych. Nie dlatego, że zakładam, iż potrzebujesz mojej pomocy. Chcę wiedzieć, jak pracujesz, czego nie powinnam przestawiać i kiedy mam zapytać, zanim ci pomogę.
Uczę się brajla. Wiem już, że litera „B”, od której zaczyna się twoje pełne imię, składa się z punktów pierwszego i drugiego. Litera „T”, od której zaczyna się Trixie, ma punkty drugi, trzeci, czwarty i piąty.
Nadal uważam, że pisanie od prawej do lewej jest niepotrzebnie skomplikowane, ale nie pozwolę, żeby sześć punktów okazało się ode mnie mądrzejsze.
Narcyza powiedziała także, że czasem uczysz się od świtu do nocy. Nie rób tego. Nie jest to prośba.
Rudolf kazał mi skreślić ostatnie zdanie i napisać, że chciałabym porozmawiać o rozsądnym planie odpoczynku. Nie skreślę go. Możesz jednak odpowiedzieć, ile czasu naprawdę potrzebujesz na naukę i co pomaga ci pracować bez przemęczenia.
Nie odpowiedziałaś jeszcze na pytania z poprzedniego listu. Nadal oczekuję odpowiedzi przynajmniej na sześć z nich.
Twoja matka
Bellatrix Lestrange
Przeczytała list ponownie.
— To brzmi prawie rozsądnie — zauważył Rudolf.
— W takim razie muszę coś dopisać.
— Bello.
— Żartowałam.
Rudolf spojrzał na nią z niedowierzaniem.
Bellatrix złożyła pergamin i opieczętowała go.
Zanim przywiązała wiadomość do nogi sowy, przez chwilę trzymała ją w dłoniach. Wiedziała, że córka nie zobaczy charakteru pisma, gwałtownie skreślonych słów ani miejsca, w którym stalówka zatrzymała się na dłużej.
Pozna jednak coś innego.
Rzędy punktów przesuwających się pod palcami i układających się w głos matki.
Bellatrix otworzyła okno.
Sowa odleciała w stronę Durmstrangu, a ona patrzyła za nią, dopóki ciemny kształt nie zniknął na tle zimowego nieba.
Trixie nigdy nie zobaczy tego widoku.
Bellatrix wciąż nie potrafiła myśleć o tym bez bólu.
Po raz pierwszy rozumiała jednak, że córka nie potrzebowała, by matka opłakiwała za nią świat, którego nigdy nie znała. Nie potrzebowała również, żeby Bellatrix zachwycała się każdą zwyczajną czynnością tylko dlatego, że wykonywała ją bez wzroku.
Potrzebowała czasu, dostępnych materiałów, jasnych informacji oraz prawa do popełniania błędów bez zamieniania każdego z nich w dowód słabości.
Potrzebowała, żeby ludzie nie przestawiali przedmiotów bez ostrzeżenia, nie chwytali jej za rękę bez pytania i nie mylili korzystania z przewodnika ze zdaniem się na cudze decyzje.
Przede wszystkim potrzebowała, żeby Bellatrix nauczyła się wejść do jej świata bez próby przebudowania go na własne podobieństwo.
Bellatrix nie wiedziała jeszcze, czy potrafi.
Położyła palec na powiększonym znaku brajlowskim pozostawionym przez Rudolfa na parapecie.
Pierwszy i drugi.
B.
Pierwsza litera imienia, które dała córce.
Bellatrix II.
Od niej mogła zacząć.

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *