Rozdział 2 – – noc powrotu.

ROZDZIAŁ II
Noc powrotu
Wieczór był duszny i nienaturalnie cichy.
Nad posiadłością Malfoyów zbierały się ciężkie, ciemne chmury, zapowiadające pierwszą letnią burzę. Wiatr, który przez całe popołudnie poruszał gałęziami starych buków otaczających dwór, ucichł zupełnie. Powietrze znieruchomiało, jakby cały świat czekał na coś, czego nie potrafił jeszcze nazwać.
Trixie siedziała w bibliotece na piętrze.
Przesuwała opuszkami palców po wypukłych linijkach brajlowskiego wydania „Historii magii”, ale od kilku minut nie przyswajała ani jednego zdania. Palce odczytywały kolejne słowa, podczas gdy myśli nieustannie wracały do tego samego niepokoju.
Towarzyszył jej od kilku dni.
Nie wynikał z żadnej rozmowy ani zasłyszanej plotki. Nikt nie powiedział jej niczego, co mogłoby go wywołać. Było to raczej niewyraźne wrażenie, że magia dookoła niej brzmi inaczej. Zaklęcia wykonywane podczas ostatnich lekcji wydawały się pozostawiać w powietrzu dłuższe echo. Ściany Durmstrangu odbijały kroki bardziej głucho niż zwykle, a w dzień powrotu do Malfoy Manor medalion Bellatrix przez kilka minut pozostawał dziwnie ciepły.
Trixie próbowała przekonać samą siebie, że szuka znaczenia tam, gdzie go nie było.
Nie udało jej się.
Uniósłszy dłoń, przesunęła palcami po medalionie. Metal był chłodny, ale sam dotyk przyniósł jej znajome poczucie bliskości z kimś, kogo właściwie nie pamiętała.
Bellatrix.
Od wydarzeń opisanych w liście Karkarowa minęło kilka miesięcy. Trixie nadal nie żałowała wypowiedzianych w gabinecie słów. Nie próbowała zabić Dumbledore’a i nie miała jeszcze wiedzy pozwalającej naprawdę mu zagrozić, lecz samo pragnienie nie zniknęło.
Zostało z nią.
Tak samo jak pragnienie powrotu rodziców.
Oderwała dłonie od książki, kiedy na dole otworzyły się drzwi wejściowe.
Najpierw dobiegł ją przeciągły dźwięk zawiasów, później cichy szelest ciężkiego materiału. Ktoś wszedł do holu, ale przez kilka sekund nie ruszył się z miejsca.
Trixie wyprostowała się.
Nie musiała schodzić ani pytać, kto wrócił. Od dzieciństwa rozpoznawała domowników po sposobie poruszania się. Narcyza stawiała lekkie, niemal bezszelestne kroki. Draco chodził szybko, często niecierpliwie, a po schodach zdarzało mu się przeskakiwać po dwa stopnie. Lucjusz zawsze poruszał się spokojnie, z pewnością człowieka, który uważał, że to inni powinni czekać na niego.
Tym razem jednak jego chód był inny.
Pierwszy krok zabrzmiał ciężko. Następny pojawił się dopiero po dłuższej chwili. Lucjusz poruszał się wolniej niż zwykle i nie uderzył laską o posadzkę ani razu. Nie było w nim charakterystycznej, chłodnej pewności siebie.
Trixie zamknęła książkę.
Na dole rozległy się szybkie kroki Narcyzy.
— Lucjuszu?
Nie odpowiedział od razu.
Trixie słyszała szelest zdejmowanego płaszcza, cichy odgłos rękawiczek odłożonych na stolik i oddech człowieka, który próbował odzyskać pełną kontrolę nad własnym głosem.
— Cissy — powiedział w końcu.
Zwracał się do żony po imieniu albo nazywał ją Narcyzą. Dziecięcego zdrobnienia używał rzadko, najczęściej wtedy, gdy byli sami albo gdy wydarzyło się coś naprawdę poważnego.
— Co się stało? — zapytała Narcyza.
Lucjusz ponownie zamilkł.
Trixie wstała.
Przez czternaście lat w Malfoy Manor wielokrotnie rozmawiano o przeszłości. O pierwszej wojnie, procesach i ludziach, którzy po upadku Voldemorta zniknęli, wyrzekli się dawnych przekonań albo trafili do Azkabanu. Jedni wymawiali jego imię ze strachem. Inni z resztkami dawnego szacunku. Lucjusz prawie nigdy nie mówił o nim otwarcie przy dzieciach.
Trixie jednak wiedziała, że nie wszyscy uwierzyli w jego śmierć.
Bellatrix nie uwierzyła.
To właśnie za próbę odnalezienia swojego pana znalazła się w Azkabanie.
Trixie wyszła na korytarz i skierowała się ku schodom. Nie próbowała poruszać się bezszelestnie. Lucjusz i tak wiedziałby, że słucha.
— Trixie — odezwał się z dołu. — Zejdź do salonu.
W jego głosie nie było gniewu. Było za to napięcie, którego nigdy wcześniej u niego nie słyszała.
Zeszła powoli, przesuwając dłonią po wypolerowanej poręczy. Z każdym kolejnym stopniem serce biło jej mocniej.
Narcyza czekała na nią u podnóża schodów. Nie odezwała się, lecz kiedy Trixie zbliżyła się do ostatniego stopnia, wyciągnęła dłoń. Dziewczyna nie potrzebowała pomocy, ale tym razem jej nie odrzuciła.
Palce ciotki były zimne.
W salonie Lucjusz stał przy kominku. Jego laska spoczywała na fotelu, a płaszcz pozostał w holu. W pomieszczeniu unosił się zapach dymu, wilgotnej ziemi i czegoś metalicznego, czego Trixie nie potrafiła rozpoznać.
Zatrzymała się kilka kroków od niego.
— Co się wydarzyło?
Lucjusz odwrócił się od ognia.
— Musisz zrozumieć, że to, co zaraz usłyszysz, nie może opuścić tego domu. Nie napiszesz o tym nikomu z Durmstrangu. Nie wspomnisz o tym przy pracownikach Ministerstwa ani w miejscu, w którym może usłyszeć cię ktoś obcy.
— Zanim zgodzę się milczeć, chcę wiedzieć, o czym mam nie mówić.
— To nie jest prośba.
— W takim razie nie musisz udawać, że pozostawiasz mi wybór.
Narcyza lekko ścisnęła jej dłoń.
— Trixie, tym razem po prostu wysłuchaj wuja.
Dziewczyna odwróciła twarz w stronę Lucjusza.
— Słucham.
Przez chwilę nie odzywał się żaden z nich. Za oknami rozległ się pierwszy, bardzo odległy grzmot.
Lucjusz nabrał powietrza.
— Czarny Pan powrócił.
Słowa zabrzmiały cicho.
Nie potrzebował podnosić głosu. Ich ciężar natychmiast wypełnił całe pomieszczenie.
Trixie znieruchomiała.
Przez kilka uderzeń serca nie była pewna, czy dobrze zrozumiała. W uszach pojawił się szum, a palce zacisnęły się na dłoni Narcyzy tak mocno, że ciotka musiała to poczuć.
— Powtórz — wyszeptała.
— Czarny Pan odzyskał ciało i ponownie wezwał swoich ludzi.
Trixie wypuściła dłoń Narcyzy.
Wszystkie opowieści, które słyszała od dzieciństwa, nagle przestały być historią. Voldemort nie był już wspomnieniem, legendą ani imieniem pojawiającym się w szeptach dorosłych.
Żył.
Pierwszą osobą, o której pomyślała, nie był jednak on.
— Mama — powiedziała.
Jedno słowo opuściło jej usta, zanim zdążyła nad nim zapanować.
Zaraz po nim pojawiło się drugie.
— Ojciec.
Lucjusz nie musiał pytać, o czym myślała.
Jeśli Voldemort odzyskał dawną potęgę, Azkaban nie był już miejscem, z którego nie było powrotu. Człowiek zdolny przeżyć własną śmierć mógł również otworzyć więzienie strzeżone przez dementorów.
— On ich uwolni — powiedziała Trixie.
Nie zabrzmiało to jak pytanie.
Narcyza cofnęła się lekko.
— Trixie, jeszcze niczego nie wiemy.
— Wiem wystarczająco dużo. Mama i ojciec byli mu wierni. Nie wyrzekli się go podczas procesu. Nie próbowali uniknąć Azkabanu. Czekali przez czternaście lat.
Zwróciła twarz ku Lucjuszowi.
— Powiedz jej.
Lucjusz wpatrywał się w nią z trudnym do odczytania wyrazem twarzy.
— Czarny Pan pamięta o ludziach uwięzionych w Azkabanie.
— Wspomniał o nich?
— Tak.
— O mojej matce?
— Nie wymienił jej imienia, ale mówił o tych, którzy próbowali go odnaleźć i pozostali mu wierni, choć zostali za to skazani. Nie miałem wątpliwości, kogo miał na myśli.
Trixie poczuła, jak przez jej ciało przebiega dreszcz.
— Co dokładnie powiedział?
— Nie będę powtarzał każdego jego słowa.
— Dlaczego?
Lucjusz odwrócił się od kominka.
— Ponieważ nie była to rozmowa przeznaczona dla ciebie. Nie uczestniczyłaś w niej i nie rozumiesz jeszcze okoliczności, w których się odbyła.
— Zrozumiem, jeśli mi je wyjaśnisz.
— Nie wszystko jest opowieścią, którą można przynieść do domu i zamienić w rodzinną legendę.
Chłód w jego głosie zatrzymał Trixie.
Po raz pierwszy naprawdę usłyszała, że wuj nie wrócił z triumfalnego spotkania. Lucjusz był żywy i odzyskał kontakt z człowiekiem, któremu kiedyś służył, ale nie wyglądał jak ktoś, kto właśnie otrzymał nagrodę.
— Bałeś się — powiedziała.
Narcyza gwałtownie spojrzała na męża.
Lucjusz zesztywniał.
— Uważaj, Trixie.
— Nie mówię tego, żeby cię obrazić. Słyszę, jak oddychasz. Kiedy wszedłeś do domu, prawie nie stawiałeś lewej nogi. Nadal trzymasz prawą dłoń przy boku, jakby cię bolała. I od chwili, gdy wróciłeś, nie dotknąłeś laski.
Narcyza przeniosła wzrok na rękę męża.
— Lucjuszu?
— Nic mi nie jest.
— Pokaż mi ramię.
— Narcyzo, powiedziałem, że nic mi nie jest.
— A ja poprosiłam, żebyś pokazał mi ramię.
Lucjusz milczał przez kilka sekund. W końcu podwinął rękaw lewej ręki.
Narcyza wypuściła powietrze.
Trixie nie mogła zobaczyć Mrocznego Znaku, ale poczuła zmianę w pomieszczeniu. Narcyza podeszła bliżej męża, a jej palce musnęły jego skórę.
— Jest ciemniejszy — powiedziała.
— Ożył.
Trixie zwróciła się w stronę jego głosu.
— To właśnie w ten sposób cię wezwał?
Lucjusz opuścił rękaw.
— Znak zaczął płonąć. Wiedziałem, co oznacza, zanim zdążyłem o tym pomyśleć.
— I od razu się stawiłeś?
Pytanie było szczere, ale Lucjusz wyczuł w nim coś więcej. Trixie próbowała ustalić, czy on również pozostał wierny. Czy człowiek wychowujący ją przez czternaście lat należał do tych samych ludzi co jej rodzice, czy może do tych, którzy próbowali zapomnieć.
— Stawiłem się — odpowiedział.
— Nie zawahałeś się?
Narcyza odwróciła się w stronę dziewczyny.
— To nie jest pytanie, na które musi ci odpowiadać.
— Chcę wiedzieć.
— A ja chcę, żebyś pamiętała, że twój wuj właśnie wrócił z miejsca, w którym mógł zginąć. Nie będziesz go teraz przesłuchiwać.
— Nie przesłuchuję go. Próbuję zrozumieć, co się wydarzyło.
Lucjusz usiadł w fotelu. Dopiero wtedy Trixie usłyszała, jak bardzo był zmęczony.
— Zawahałem się — powiedział.
Narcyza spojrzała na niego, ale nie przerwała.
— Nie dlatego, że nie rozpoznałem wezwania. Zawahałem się, ponieważ przez czternaście lat żyliśmy w świecie, w którym nauczyliśmy się uważać jego upadek za fakt. Miałem rodzinę, stanowisko w Ministerstwie i nazwisko, które z wielkim trudem uwolniłem od podejrzeń. Wiedziałem, że gdy się stawię, wszystko to może przestać mieć znaczenie.
— Ale poszedłeś.
— Znak nie pozostawiał wiele czasu na zastanowienie. Poza tym niestawienie się byłoby odpowiedzią samą w sobie.
Trixie rozumiała.
Voldemort wrócił po czternastu latach i od razu sprawdził, kto odpowie na jego wezwanie. Ludzie, którzy nie przyszli, sami przyznali, że już mu nie służą.
— Gdzie go spotkałeś?
Lucjusz spojrzał na Narcyzę. Nie wyglądała na zadowoloną, ale nie próbowała go zatrzymać.
— Na cmentarzu.
— Gdzie?
— Nazwa miejsca nie ma znaczenia.
— Dla mnie ma.
— Nie zamierzam ci jej podawać.
— Dlaczego?
— Ponieważ jesteś czternastoletnią uczennicą, która niedawno włamała się do zamkniętej biblioteki i oznajmiła rodzinie, że zamierza kiedyś zabić Dumbledore’a. Nie dam ci informacji, które mogłyby skłonić cię do samotnych poszukiwań miejsca, w którym widziano Czarnego Pana.
Trixie zacisnęła usta.
— Nie zrobiłabym niczego tak nierozsądnego.
Lucjusz uniósł brew.
— Złamałaś zabezpieczenia biblioteki, ponieważ nie chciałaś poprosić mnie o książkę.
— To nie jest to samo.
— Właśnie dlatego nie otrzymasz nazwy cmentarza.
Narcyza usiadła na kanapie, ale nie odrywała wzroku od męża.
— Co zobaczyłeś, kiedy tam dotarłeś?
Lucjusz przez dłuższą chwilę spoglądał w ogień.
— Czarny Pan już miał ciało. Stał przed nami, trzymając różdżkę. Harry Potter znajdował się na cmentarzu razem z nim.
Trixie poruszyła się gwałtownie.
— Potter go widział?
— Tak.
— Walczyli?
— Potter przeżył.
— Nie o to zapytałam.
Lucjusz zmrużył oczy.
— Nie byłem świadkiem samego początku. Kiedy zostałem wezwany, rytuał już się zakończył. Na ziemi leżało ciało drugiego chłopca, a Potter był unieruchomiony. Później doszło do pojedynku.
Narcyza pobladła.
— Drugiego chłopca?
— Cedrika Diggory’ego.
Imię zawisło w salonie.
Trixie znała je z listów Dracona. Cedrik był uczestnikiem Turnieju Trójmagicznego, starszym uczniem Hogwartu, którego większość szkoły uważała za prawowitego reprezentanta.
— Nie żyje? — zapytała.
— Zginął na cmentarzu.
— Zabił go Czarny Pan?
— Nie będziemy omawiać szczegółów jego śmierci — przerwała Narcyza. — Jeden chłopiec już nie żyje, a drugi wrócił do Hogwartu po spotkaniu z człowiekiem, którego cały świat uważał za martwego. To powinno wystarczyć, żebyś zrozumiała, że nie mówimy o triumfalnej uroczystości.
Trixie odwróciła się w jej stronę.
— Nigdy nie powiedziałam, że śmierć Diggory’ego mnie cieszy.
— Ale powrót Voldemorta tak.
Trixie nie odpowiedziała.
Narcyza znała odpowiedź.
— Dla ciebie oznacza nadzieję na odzyskanie rodziców — powiedziała ciszej. — Rozumiem to. Nie żądam, żebyś udawała, że się nie cieszysz. Chcę jednak, żebyś pamiętała, że to, co dla ciebie jest obietnicą, dla innych ludzi już stało się tragedią.
— Czarny Pan nie wrócił po to, żeby uszczęśliwiać wszystkich.
— Właśnie tego się obawiam.
— Cissy — ostrzegł Lucjusz.
Narcyza natychmiast zwróciła się ku niemu.
— Nie będę udawała przed nią, że jego powrót nie ma żadnej ceny. Draco nadal znajduje się w Hogwarcie. Potter wrócił do zamku po spotkaniu z nim. Dumbledore wie. Jeżeli zacznie się wojna, mój syn będzie w samym jej środku.
— Rok szkolny kończy się za kilka dni.
— Przez kilka dni można stracić wszystko.
Jej głos zadrżał po raz pierwszy.
Trixie poczuła nieprzyjemne ukłucie. W pierwszej chwili po usłyszeniu wiadomości nie pomyślała o Draconie ani o tym, że znajdował się blisko Dumbledore’a i Pottera. Myślała tylko o Bellatrix i Rudolfie.
— Draco wróci — powiedziała.
— Nie możesz tego wiedzieć.
— Dumbledore nie pozwoli, żeby coś stało się uczniom w jego szkole. Przecież właśnie na tym opiera całą swoją władzę.
— Diggory również był jego uczniem — odpowiedziała Narcyza.
Trixie zamilkła.
Lucjusz oparł głowę o fotel.
— Ministerstwo nie uwierzy Potterowi.
— Skąd ta pewność? — zapytała Narcyza.
— Knot nie będzie chciał przyznać, że Czarny Pan powrócił. Od miesięcy przekonuje wszystkich, że sytuacja znajduje się pod kontrolą. Gdyby uznał prawdę, musiałby jednocześnie przyznać, że Dumbledore miał rację, a on sam nie potrafi zagwarantować bezpieczeństwa.
— Dumbledore mu uwierzy?
— Dumbledore wie.
Trixie poczuła, jak radość miesza się z gniewem.
— W takim razie znowu będzie przedstawiał siebie jako jedyną osobę, która może uratować świat.
— Prawdopodobnie — odpowiedział Lucjusz. — I właśnie dlatego przez najbliższe miesiące musisz zachowywać się rozsądniej niż dotychczas. Nikt w Durmstrangu nie może dowiedzieć się ode mnie, że Czarny Pan powrócił. Oficjalnie niczego nie wiesz.
— Karkarow będzie wiedział.
Lucjusz otworzył oczy.
— Dlaczego tak uważasz?
— Był jednym z was.
Narcyza zesztywniała.
— Kto ci powiedział?
— Nikt nie musiał. Karkarow reaguje na nazwisko mojej matki inaczej niż pozostali nauczyciele. Unika rozmów o pierwszej wojnie, a kiedy ktoś wspomina procesy śmierciożerców, zawsze kończy lekcję wcześniej. Poza tym zna zaklęcia, których nie powinien znać zwykły dyrektor szkoły.
Lucjusz przyglądał jej się przez chwilę.
— Nie będziesz z nim o tym rozmawiać.
— Jeżeli nosi znak, już wie.
— Nie nosi go od czternastu lat bez konsekwencji. Karkarow podczas procesu podał nazwiska innych ludzi, żeby odzyskać wolność.
Trixie poczuła natychmiastową pogardę.
— Zdradził?
— Złożył zeznania i został zwolniony.
— Mama nigdy by tego nie zrobiła.
— Nie — odpowiedział Lucjusz. — Bellatrix wolała Azkaban.
Duma uniosła głowę Trixie.
Wiedziała.
Zawsze wiedziała.
— Czy Czarny Pan ukarze Karkarowa?
— To nie twoja sprawa.
— Zdradził go.
— Powiedziałem, że to nie twoja sprawa.
Trixie zacisnęła dłonie, lecz tym razem nie naciskała. Miała wystarczająco dużo informacji, by zrozumieć strach dyrektora. Po powrocie do Durmstrangu będzie uważniej słuchała jego kroków, tonu głosu i oddechu. Jeśli Czarny Pan wezwał dawnych ludzi, Karkarow prawdopodobnie już wiedział, że dłużej nie może się ukrywać.
— Czy wspomniał o mnie? — zapytała po chwili.
Lucjusz nie od razu zrozumiał.
— Kto?
— Czarny Pan. Powiedziałeś, że pamiętał o mamie i ojcu. Czy zapytał, co stało się z ich córką?
W salonie zapanowała cisza.
Narcyza odwróciła twarz w stronę męża.
Lucjusz przez kilka sekund ważył odpowiedź.
— Nie.
Jedno słowo wystarczyło, by Trixie poczuła rozczarowanie. Próbowała je ukryć, ale jej ramiona opadły nieznacznie.
— Rozumiem.
— Nie traktuj tego jak zniewagi — powiedział Lucjusz. — Nigdy cię nie spotkał. Kiedy zniknął, byłaś niemowlęciem. Wiedział, że Bellatrix i Rudolf mają córkę, ale nie miał powodu pytać o dziecko podczas pierwszego spotkania ze swoimi ludźmi po czternastu latach.
— Nie jestem już dzieckiem.
— Dla niego jesteś nieznaną czternastoletnią dziewczyną.
Trixie odwróciła twarz.
— W takim razie kiedyś przestanę nią być.
Narcyza wyprostowała się.
— Co to ma znaczyć?
— Skoro mnie nie zna, będzie musiał mnie poznać.
— Trixie…
— Nie mówię, że jutro zacznę go szukać. Wiem, że nie mogę po prostu pojawić się przed nim i oczekiwać, że uzna mnie za kogoś ważnego. Ale jestem córką jego najwierniejszych ludzi. Uczę się szybciej niż większość uczniów, znam zaklęcia, których nie potrafią rzucać starsi ode mnie, i nie boję się wiedzy tylko dlatego, że ktoś nazwał ją zakazaną. Kiedyś mu to pokażę.
Lucjusz wypuścił powietrze.
— Właśnie tego się obawiałem.
— Dlaczego? Zawsze mówiłeś, że człowiek powinien mieć cel, a nazwisko bez własnych osiągnięć nie ma żadnej wartości.
— Mówiłem również, że rozsądny człowiek nie próbuje zwrócić na siebie uwagi najpotężniejszego czarnoksiężnika naszych czasów, zanim zrozumie, czego może od niego zażądać.
— Czego miałby ode mnie żądać?
— Wszystkiego.
Odpowiedź padła natychmiast.
Trixie zamilkła.
Lucjusz pochylił się ku niej.
— Służba Czarnemu Panu nie polega na tym, że pokazujesz mu kilka zaklęć, a on w nagrodę spełnia twoje marzenia. Nie jest łagodnym opiekunem odrzuconych dzieci. Nie uwolni twoich rodziców po to, żeby dać ci rodzinę. Uwolni ich, ponieważ są mu potrzebni i pozostali wierni jego sprawie.
Słowa zabolały ją bardziej, niż się spodziewała.
— To nie zmienia tego, że ich uwolni.
— Nie. Ale zmienia powód.
— Powód nie ma dla mnie znaczenia, jeśli wrócą.
Narcyza wstała.
— Powinien mieć.
— Dlaczego? Czy mam odmówić spotkania z własną matką tylko dlatego, że Czarny Pan uwolni ją dla własnych celów?
— Nikt tego od ciebie nie oczekuje.
— W takim razie czego chcecie? Żebym udawała przerażoną? Żebym płakała nad Diggorym i powtarzała, że wolałabym, aby Czarny Pan pozostał martwy, a moi rodzice do końca życia siedzieli w Azkabanie?
— Chcę, żebyś przestała sprowadzać wszystko do dwóch skrajności — odpowiedziała Narcyza. — Możesz pragnąć powrotu rodziców i jednocześnie rozumieć, że człowiek, który ich uwolni, nie robi tego z miłości do ciebie. Możesz cieszyć się nadzieją i nadal dostrzegać niebezpieczeństwo.
— Nie boję się go.
— Nigdy go nie spotkałaś.
— Wszyscy mówią mi to samo, jakby samo spotkanie miało zmienić wszystko, co o nim wiem.
— Może zmienić — powiedział Lucjusz.
W jego głosie było coś, co sprawiło, że Trixie ponownie zwróciła się w jego stronę.
— Co ci zrobił?
Narcyza zamknęła oczy.
Lucjusz pozostał nieruchomy.
— Nic, czego nie powinienem był się spodziewać.
— To nie jest odpowiedź.
— To jedyna, jaką otrzymasz.
— Wuju…
— Przez czternaście lat utrzymywałem, że działałem pod wpływem klątwy Imperius. Zapewniałem ludzi, że nigdy dobrowolnie mu nie służyłem. Zachowałem wolność, dom i pozycję, podczas gdy twoi rodzice gnili w Azkabanie. Nie oczekiwałem, że Czarny Pan powita mnie jak człowieka, który pozostał bez skazy.
Trixie poczuła, jak jej podziw dla niego ustępuje miejsca niezrozumieniu.
— Wyrzekłeś się go?
Narcyza natychmiast weszła pomiędzy nich.
— Lucjusz zrobił to, co musiał, żeby ochronić rodzinę.
— Mama nie zrobiła.
— Twoja matka miała inne możliwości i dokonała innego wyboru.
— Mogła skłamać.
— Bella nigdy nie potrafiła kłamać w sprawie własnej lojalności — powiedziała Narcyza. — Była z niej zbyt dumna.
— I dlatego Czarny Pan pamięta o niej po czternastu latach.
Słowa Trixie zabrzmiały oskarżycielsko.
Lucjusz jednak nie podniósł głosu.
— Tak. Pamięta o niej. A ja żyłem przez te czternaście lat z żoną i synem, wychowywałem ciebie, chroniłem majątek obu rodzin i robiłem wszystko, żeby Ministerstwo nie odebrało nam domu. Możesz uznać, że postąpiłem tchórzliwie. Masz do tego prawo. Nie pozwolę jednak, żebyś uwierzyła, iż każda decyzja podjęta dla przetrwania jest zdradą, a każde bezmyślne poświęcenie dowodem odwagi.
Trixie zacisnęła palce na medalionie.
Nie chciała nazwać Lucjusza tchórzem. Był człowiekiem, który ją wychowywał, bronił jej przed Ministerstwem i próbował zmusić Dumbledore’a, by przyjął ją do Hogwartu. Mimo to nie potrafiła zignorować różnicy.
Lucjusz wrócił do domu.
Bellatrix i Rudolf pozostali w Azkabanie.
— Czy żałujesz? — zapytała.
— Czego?
— Że się go wyrzekłeś.
Narcyza spojrzała na męża z napięciem.
Lucjusz długo nie odpowiadał.
— Żałuję, że kiedykolwiek znaleźliśmy się w sytuacji, w której każdy wybór prowadził do utraty czegoś ważnego — powiedział w końcu. — Nie żałuję, że Draco dorastał z obojgiem rodziców. Nie żałuję, że Narcyza nie musiała przez czternaście lat zastanawiać się, czy żyję. I nie żałuję, że mogłem dotrzymać obietnicy złożonej twojemu ojcu.
Trixie uniosła głowę.
— Jakiej obietnicy?
— Że nie pozwolimy nikomu odebrać ci nazwiska ani miejsca w rodzinie.
Nigdy wcześniej jej o tym nie powiedział.
Medalion nagle wydał się cięższy.
— Ojciec naprawdę o to poprosił?
— W noc, kiedy razem z Bellatrix opuścili posiadłość. Wiedział, że mogą nie wrócić.
— Narcyza mówiła tylko o medalionie.
— Nie wszystkie wspomnienia trzeba przekazywać dziecku od razu.
— Mam czternaście lat.
— A więc właśnie przestałaś być dzieckiem?
— Według ciebie jestem nim tylko wtedy, kiedy pytam o coś, czego nie chcesz mi powiedzieć.
Kącik ust Lucjusza drgnął, ale nie był to uśmiech.
— Być może w tej kwestii rzeczywiście przypominasz Bellatrix bardziej, niż chciałbym przyznać.
Trixie nie wiedziała, czy potraktować to jako ostrzeżenie, czy komplement.
Wybrała drugą możliwość.
Narcyza ponownie usiadła obok niej.
— Posłuchaj mnie uważnie. Wiem, że marzysz o spotkaniu z rodzicami. Wiem, ile razy jako dziecko pytałaś, kiedy wrócą, i jak długo odmawiałaś przyjęcia odpowiedzi, że być może nigdy. Jeżeli rzeczywiście opuszczą Azkaban, nie będę próbowała cię przed nimi ukrywać ani zatrzymywać przy sobie.
Trixie wyczuła w jej głosie ból.
— Ale?
— Ale musisz pamiętać, że mogą wrócić inni, niż ich sobie wyobrażasz.
— Nadal będą moimi rodzicami.
— Oczywiście.
— W takim razie nic więcej nie ma znaczenia.
— Ma. Azkaban nie opuszcza człowieka bez śladu. Czternaście lat z dementorami zmienia sposób, w jaki się myśli, śpi, reaguje na dotyk i obecność innych ludzi. Bella może być bardziej gwałtowna, niż ją sobie wyobrażasz. Rudolf może potrzebować czasu, zanim ponownie przyzwyczai się do zwyczajnego życia.
— Ja też będę potrzebowała czasu.
Narcyza zamilkła.
Trixie mówiła dalej:
— Oni mnie nie znają. Gdy trafili do Azkabanu, byłam niemowlęciem. Nie wiedzą, jak mówię, czego się uczę ani jak wyglądam. Nie wiedzą nawet, że jestem niewidoma. Mogą mnie nie zaakceptować.
— Nie mów tak.
— To prawda. Sama powiedziałaś, że mama się o tym nie dowiedziała.
— Nie wiem, jak zareaguje w pierwszej chwili — przyznała Narcyza. — Bella często najpierw reagowała, a dopiero później myślała. Mogę ci jednak obiecać jedno: kiedy cię zobaczy, nie będzie potrafiła uznać cię za kogoś obcego. Przez pierwsze miesiące twojego życia zachowywała się tak, jakby nikt poza nią nie miał prawa cię dotknąć.
— Nawet ojciec?
— Rudolf miał specjalne przywileje — odpowiedział Lucjusz. — Choć Bella czasami również jemu tłumaczyła, jak powinien trzymać własną córkę.
Na twarzy Trixie pojawił się pierwszy tego wieczoru prawdziwy uśmiech.
— Naprawdę?
— Była przekonana, że wszystko robi najlepiej.
— Nie była przekonana — poprawiła Narcyza. — Ona po prostu nie dopuszczała możliwości, że mogłoby być inaczej.
Trixie przesunęła kciukiem po powierzchni medalionu.
— Będę czekała.
Narcyza ścisnęła jej dłoń.
— Wiem.
— Nawet jeśli potrwa to długo. Czarny Pan wrócił po czternastu latach. Mama i ojciec również wrócą.
Lucjusz przyglądał się jej w milczeniu.
Dla Trixie powrót Voldemorta nie oznaczał wojny.
Nie oznaczał śmierci Cedrika Diggory’ego, pojedynku z Potterem ani odrodzenia człowieka, przed którym drżała większość świata czarodziejów.
Oznaczał otwarte drzwi Azkabanu.
Narcyza również to rozumiała. Właśnie dlatego bała się bardziej niż wcześniej.
Trixie nie widziała w Czarnym Panu tyrana, przed którym należało chronić dzieci. Widziała jedyną osobę zdolną zwrócić jej rodziców.
Takiej wiary nie można było rozproszyć ostrzeżeniem.

Kolację podano późno.
Deszcz uderzał o wysokie okna jadalni, a kolejne grzmoty przetaczały się nad posiadłością. Przy stole ustawiono trzy nakrycia. Miejsce Dracona pozostało puste. Miał wrócić z Hogwartu dopiero po zakończeniu roku szkolnego.
Narcyza kilka razy spoglądała na wolne krzesło.
— Potter powie Dumbledore’owi wszystko — powiedziała w końcu.
Lucjusz odłożył kielich.
— Już powiedział.
— A Dumbledore poinformuje uczniów?
— Zapewne będzie próbował. Knot zrobi wszystko, żeby go powstrzymać.
— Draco znajdzie się pomiędzy nimi.
— Draco nie wie, co się wydarzyło. Dla niego zakończenie Turnieju będzie tragedią związaną ze śmiercią Diggory’ego. Nie ma powodu, żeby Dumbledore mówił uczniom o ludziach obecnych na cmentarzu.
Trixie siedziała przy swoim miejscu, niemal nie dotykając jedzenia.
— Czy Potter cię rozpoznał?
Lucjusz zastygł z kielichem w dłoni.
— Nie wiem.
— Widział cię?
— Miał inne rzeczy, którymi musiał się zajmować.
— Ale nie nosiłeś maski przez cały czas?
— Trixie — powiedziała ostrzegawczo Narcyza.
— To ważne. Jeśli Potter go rozpoznał, może powiedzieć Dumbledore’owi. A jeśli Dumbledore powie Ministerstwu…
— Nie istnieją żadne dowody — przerwał Lucjusz. — Słowo Pottera nie wystarczy, żeby Ministerstwo aresztowało człowieka zajmującego moją pozycję.
— Czyli jesteś bezpieczny?
Lucjusz zawahał się.
— Na razie.
Trixie wyczuła, że to najuczciwsza odpowiedź, jakiej mógł jej udzielić.
Narcyza odłożyła sztućce.
— Musimy ustalić, co powiemy Draconowi, kiedy wróci.
— Prawdę — odpowiedziała Trixie.
— Nie całą.
— Dlaczego?
— Ponieważ Draco wróci do Hogwartu we wrześniu. Będzie otoczony ludźmi związanymi z Dumbledore’em, uczniami powtarzającymi plotki i nauczycielami obserwującymi każdą reakcję dzieci ze znanych rodzin. Im mniej będzie wiedział, tym mniej może powiedzieć przypadkiem.
— Draco nie jest głupi.
— Nie powiedziałam, że jest. Ale jest piętnastoletnim chłopcem, który czasami mówi więcej, niż powinien, kiedy próbuje zrobić wrażenie na kolegach.
Lucjusz nie zaprzeczył.
— Oboje musicie zacząć zachowywać większą ostrożność — powiedziała Narcyza. — Po wakacjach wrócicie do swoich szkół. Będziecie słyszeć plotki, oskarżenia i sprzeczne wersje wydarzeń. Nie wdawajcie się w publiczne dyskusje. Nie próbujcie bronić swoich rodzin przed każdym, kto powie coś obraźliwego.
— Czyli mam milczeć, kiedy ktoś nazywa moją matkę zbrodniarką? — zapytała Trixie.
— Masz wrócić do domu żywa, zdrowa i bez kolejnego listu od Karkarowa.
— To nie jest odpowiedź.
— Jest jedyną odpowiedzią, jakiej teraz potrzebujesz. Nie proszę, żebyś wyrzekła się rodziców. Proszę, żebyś nie pozwoliła obcym ludziom sprowokować się do działania, które zaszkodzi tobie albo im.
— Skoro Czarny Pan wrócił, nie będę już musiała długo udawać.
Lucjusz spojrzał na nią surowo.
— Właśnie przeciwnie. Teraz będziesz musiała udawać lepiej niż kiedykolwiek wcześniej.
— Dlaczego?
— Ponieważ wojna nie zaczyna się od otwartej bitwy. Najpierw ludzie obserwują się nawzajem, sprawdzają lojalność i szukają słabych miejsc. Jeżeli od razu ogłosisz w Durmstrangu, że czekasz na zwycięstwo Czarnego Pana, staniesz się użyteczna dla każdego, kto będzie chciał zdobyć informacje o naszej rodzinie.
— Nie powiedziałabym niczego ważnego.
— Nie musiałabyś. Czasami wystarczy reakcja, jedno imię albo zbyt szybka odpowiedź.
Trixie przypomniała sobie, jak wiele potrafiła dowiedzieć się o innych wyłącznie z ich oddechu i sposobu mówienia. Lucjusz miał rację. Ludzie zdradzali prawdę, nawet kiedy nie wypowiadali jej wprost.
— Będę ostrożna — powiedziała.
Narcyza nie wyglądała na uspokojoną.
— Nie chcę tylko usłyszeć obietnicy. Chcę, żebyś zrozumiała, dlaczego o to proszę.
— Chcesz mnie ochronić.
— Chcę ochronić was wszystkich. Dracona przed Dumbledore’em i ludźmi, którzy mogą próbować wykorzystać go przeciwko ojcu. Ciebie przed Karkarowem, Czarnym Panem i tobą samą. Lucjusza przed Potterem i Ministerstwem. Nasz dom przed kolejną wojną.
— Nie możesz ochronić domu przed wojną, która już się zaczęła — powiedział Lucjusz.
Narcyza zwróciła się ku niemu.
— Mogę przynajmniej próbować ochronić dzieci.
— Nie jesteśmy dziećmi — zaprotestowała Trixie.
— Będziecie nimi zawsze wtedy, gdy będę musiała wybierać pomiędzy waszym bezpieczeństwem a waszą dumą.
Trixie zamilkła.
Narcyza rzadko mówiła w ten sposób. Zazwyczaj była spokojna, opanowana i gotowa godzinami tłumaczyć swoje decyzje. Tym razem w jej głosie pojawiło się coś twardego, niemal przypominającego Bellatrix.
Lucjusz również to usłyszał.
— Draco wróci za kilka dni — powiedział. — Porozmawiam z nim osobiście. Trixie nie będzie mu wcześniej wysyłała żadnych listów dotyczących powrotu Czarnego Pana.
— Nie zamierzałam.
— Dobrze.
— Ale kiedy wróci, nie będziecie traktować mnie tak, jakbym nie miała prawa uczestniczyć w rozmowie.
Lucjusz uniósł brew.
— To zależy od tego, czy nauczysz się uczestniczyć w niej bez zadawania pytań, na które nie możemy odpowiedzieć.
— Będę zadawała pytania. Mogę jedynie obiecać, że nie na wszystkie zażądam odpowiedzi od razu.
Narcyza wypuściła powietrze, a na ustach Lucjusza pojawił się ledwo dostrzegalny uśmiech.
— W twoim wykonaniu jest to zapewne największe ustępstwo, jakiego możemy oczekiwać.
Trixie nie odpowiedziała.
Po kolacji wróciła na piętro. Nie poszła jednak od razu do własnego pokoju. Zatrzymała się w bibliotece, przy biurku, na którym pozostawiła otwartą książkę.
„Historia magii” nadal leżała dokładnie w tym samym miejscu.
Jeszcze kilka godzin wcześniej opisywane w niej wojny, powroty i upadki wielkich czarodziejów wydawały jej się zamkniętą przeszłością. Teraz rozumiała, że historia nie zawsze pozostaje na kartach książek.
Czasami otwiera drzwi domu i wchodzi do środka razem z człowiekiem, który wrócił z cmentarza.
Trixie zamknęła tom.
Podeszła do okna i odsunęła je. Do biblioteki wdarło się wilgotne powietrze, zapach deszczu oraz chłód burzy. Nie widziała błyskawic przecinających niebo, ale słyszała grzmoty i czuła drżenie szyb.
Zacisnęła dłoń na medalionie.
Czarny Pan powrócił.
Pamiętał o wiernych.
Pamiętał o tych, którzy przez czternaście lat pozostawali w Azkabanie.
Trixie nie wiedziała jeszcze, kiedy otworzą się bramy więzienia. Nie wiedziała, ile tygodni albo miesięcy będzie musiała czekać. Po raz pierwszy jednak jej marzenie nie było już tylko dziecięcą nadzieją.
Stało się zapowiedzią przyszłości.
— Wróćcie — wyszeptała.
Tym razem nie prosiła.
Była pewna, że zostanie wysłuchana.

20 comments

  1. Chyba tak, bo licencjat napisałam słabym językiem, a chyba nauka idzie w nas, nie w las, bo magisterkę już napisałam bardzo dobrą.

  2. Dzięki. Mam w głowie bardzo dużo pomysłów. Z 300 stron napisałam, a pracuję nad trzynastym rozdziałem. 🙂 Chyba po tej magisterce muszę się wypisać w czymś lżejszym. 🙂

  3. Ależ spokojnie. Na razie powiem, że podoba mi się zarysowanie charakterów postaci. Każda z nich czegoś chce, ma jakieś swoje cele i cechy osobowości, które są pokazane niekoniecznie łopatologicznie. Kolejna pochwała następnym razem. 😀

  4. No, bo jak mi dowalicie wszystko, co złe, a o dobrym nie powiecie, to nie skończę pisać. 😀

  5. Dobra, zgadzam się, ale pod jednym warunkiem, że będziesz też oceniała dobre strony tekstu i fabuły, oki? 🙂

  6. To ja mogę być korektorką, czyli tą wredną pigwą, co się czepia i wynajduje dziury w całym. 😛

  7. To nie jest wytykanie, tylko mój nieuleczalny perfectionismus germanico-mathematicus się odzywa. Nie umiem czytać, nie analizując, więc jeśli coś zwróci moją uwagę, po prostu to zaznaczam. A jak na tak obszerne rozdziały, jest naprawdę dobrze. Przy takiej ilości tekstu coś zawsze może umknąć. Te uwagi to tylko dopieszczanie tekstu.

  8. serio? Będziecie mi wytykać przecinki? Ludzie, ja też nie wszystko zauważę, a tych rodziałów mam z 20 juz napisanych. Jestem po akademii muzycznej, anie po filologii polskiej. Zabijanie? Kochana, poczekaj, to opowiadanie ma mieć ze 100 rodziałów, a ty mi tu o zabijaniu? 😀 🙂 Cieszę się, ze to czytacie. Staram się, jak mogę. <3

  9. I nawet coś pisane dla relaksu może być wygładzone w każdym calu.
    Akurat @Zuzler ma rację: jeśli jej imię to Narcyza, „zwracał się do żony po imieniu albo nazywał ją Narcyzą” to obie części zdania są semantycznie równoważne. W jednym zdaniu zestawienie tego jako dwóch różnych opcji brzmi aż boleśnie, bo to konstrukcja typu „szedł pieszo albo poruszał się na nogach”. Dużo lepiej brzmiałoby: „Zwracał się do żony po imieniu albo nazywał ją zdrobniale”.
    W dwóch miejscach brakuje mi przecinka:
    1. „…nie miała jeszcze wiedzy pozwalającej naprawdę mu zagrozić” – brakuje przecinka przed „pozwalającej”, to przydawka imiesłowowa, czy jak to tam się w polskiej terminologii nazywa.
    2. „…należał do tych samych ludzi co jej rodzice” – brakuje przecinka przed „co”.
    Niech wreszcie zacznie się coś dziać, jakieś zabijanie, ileż można rozmawiać i macać medalion 😛

  10. No mam takie wrażenie, może umiesz, nie wiem, ale odniosłam wrażenie, że nie. Piszę to kochana dla relaksu, relaksuj się ze mną, czytając to. <3 🙂

  11. Narcyza nie miała mrocznego znaku. A ty o wszystko się czepiasz, czekam na twoje teksty. Nie umiesz czerpać przyjemnosci z czytania.

  12. Zwracał się po imieniu albo nazywał ją Narcyzą? To, powiedziałabym, małe urozmaicenie.
    Zaraz, czy Narcyza nie należała do śmierciożerców? Bo jeśli należała, to jaki sens ma połowa rozmowy, która się odbyła, skoro ona to wszystko powinna sama wiedzieć i tłumaczyć razem z Lucjuszem?

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *