ROZDZIAŁ III
Echo
Ferie zimowe zawsze mijały zbyt szybko.
Trixie lubiła wracać do Malfoy Manor. Durmstrang od pięciu lat był jej szkołą, miejscem nauki, przyjaźni i coraz śmielszych magicznych eksperymentów, lecz to posiadłość Malfoyów pozostawała domem. Tutaj znała każdy korytarz, każdy stopień i każdą skrzypiącą deskę. Potrafiła rozpoznać pomieszczenie po zapachu drewna, chłodzie posadzki albo sposobie, w jaki odbijały się w nim jej kroki.
Nie potrzebowała laski wewnątrz domu. Skrzaty także dawno przestały pojawiać się przy niej za każdym razem, gdy przechodziła z jednego pokoju do drugiego. Nauczyły się, że Trixie szybciej dotrze sama do biblioteki, niż one zdążą zaproponować jej pomoc.
Tamtego styczniowego poranka Malfoy Manor brzmiało jednak inaczej.
Dom nie był głośniejszy niż zwykle. Panowała w nim właściwa Malfoyom cisza: uporządkowana, dostojna i tak starannie pielęgnowana, jak srebra w jadalni. Pod nią kryło się jednak napięcie.
Lucjusz od kilku dni częściej opuszczał posiadłość. Wracał późno, czasem dopiero nad ranem, a potem zamykał się z Narcyzą w gabinecie. Rozmawiali głosami ściszonymi zaklęciem, lecz żadna magia nie potrafiła ukryć przed Trixie sposobu, w jaki poruszali się później po domu. Lucjusz stawiał kroki jeszcze wolniej niż zwykle, jakby każdy ruch poprzedzał namysłem. Narcyza zaś coraz częściej zatrzymywała się w połowie zdania i nasłuchiwała odgłosów z korytarza.
Trixie nie próbowała podsłuchiwać.
Nie musiała.
Wiedziała, że wszystko miało związek z wydarzeniami ostatnich miesięcy. Ministerstwo nadal zaprzeczało powrotowi Voldemorta, „Prorok Codzienny” przedstawiał Dumbledore’a jako starca tracącego rozeznanie, a Harry’ego Pottera jako chłopca spragnionego uwagi. W Malfoy Manor nikt jednak nie miał wątpliwości.
Czarny Pan powrócił.
Lucjusz odpowiedział na jego wezwanie i od tamtej nocy coraz częściej znikał z domu.
Dla Narcyzy oznaczało to nadejście kolejnej wojny.
Dla Trixie oznaczało coś zupełnie innego.
Bellatrix i Rudolf nadal żyli.
Czarny Pan pamiętał o wiernych uwięzionych w Azkabanie.
Ta myśl towarzyszyła jej każdego dnia. Czasami budziła się w środku nocy, przekonana, że usłyszała głos matki na korytarzu. Innym razem wyobrażała sobie pierwszą rozmowę z ojcem i zastanawiała się, czy rozpoznałby w niej własną córkę. Nie pamiętała ich głosów. Nie znała sposobu, w jaki chodzili, oddychali ani wypowiadali jej imię. Rodzice istnieli dla niej poprzez cudze opowieści, srebrny medalion i niezachwianą pewność, że kiedyś wrócą.
Tego ranka siedziała w bibliotece z grubym tomem dotyczącym zaklęć ochronnych. Zwykły tekst został przez nią wcześniej zamieniony na brajl przy pomocy niewerbalnego zaklęcia. Przesuwała palcami po wypukłych punktach, lecz po raz trzeci czytała to samo zdanie i nadal nie potrafiła skupić się na jego znaczeniu.
Z korytarza dobiegły ją kroki Lucjusza.
Znała je doskonale. Równy rytm, lekki stuk laski i szelest długiej szaty. Tym razem jednak nie minął biblioteki. Zatrzymał się tuż przed drzwiami.
Zapukał.
Trixie zdjęła dłonie z książki.
— Wejdź.
Drzwi otworzyły się niemal bezszelestnie.
— Trixie.
— Wuju?
Lucjusz nie odpowiedział od razu. Wszedł kilka kroków w głąb biblioteki, lecz nie usiadł. Dziewczyna wyczuła zapach zimnego powietrza i śniegu, który nadal musiał topnieć na jego płaszczu. Najwyraźniej wrócił do domu zaledwie kilka minut wcześniej.
— Chciałbym, żebyś przyszła do mojego gabinetu.
— Stało się coś z moimi rodzicami?
Pytanie padło natychmiast.
Lucjusz zaczerpnął powietrza nieco głębiej.
— Nie otrzymałem żadnej wiadomości z Azkabanu.
— W takim razie chodzi o Czarnego Pana?
Nie zaprzeczył.
Trixie zamknęła książkę.
— Co się wydarzyło?
— Porozmawiamy w gabinecie. Narcyza już tam czeka.
Jego głos pozostał spokojny, ale Trixie słyszała ukryte pod nim napięcie. Lucjusz przyszedł do niej z decyzją, której sam nie podjął. Nie zamierzał przekazywać jej zwykłej rodzinnej wiadomości ani kolejnej instrukcji dotyczącej ostrożności w Durmstrangu.
Wstała.
— Prowadź.
— Znasz drogę.
— Wiem. Ale skoro przyszedłeś po mnie osobiście, możesz przynajmniej iść obok.
Lucjusz przez krótką chwilę milczał.
— Oczywiście.
Wyszli razem na korytarz.
Żadne z nich nie rozmawiało. Trixie szła bez dotykania ścian, rozpoznając kolejne miejsca po zmieniającym się echu kroków. Lucjusz pozostawał tuż obok, ale nie próbował jej prowadzić. Dopiero kiedy dotarli do gabinetu, otworzył drzwi i przepuścił ją przodem.
Narcyza siedziała przy kominku. W dłoniach trzymała filiżankę herbaty, która zdążyła już ostygnąć. Nie piła. Obracała tylko porcelanę pomiędzy palcami, jakby dzięki temu mogła zachować spokój.
Draco stał przy oknie.
Trixie rozpoznała go po oddechu i sposobie, w jaki uderzał paznokciem o szybę. Najwyraźniej także został wezwany albo przyszedł sam, wyczuwając napięcie w domu.
— Usiądź, kochanie — powiedziała Narcyza.
Trixie zajęła fotel naprzeciwko kominka. Lucjusz zamknął drzwi i nałożył na nie zaklęcie wyciszające.
Dopiero potem podszedł do biurka.
— Otrzymałem wiadomość — zaczął.
— Od niego? — zapytała Trixie.
Lucjusz przesunął po blacie niewielki zwój pergaminu.
— Wiadomość została przekazana przez jednego z ludzi Czarnego Pana. Nie zawiera wielu szczegółów.
— Czego chce?
Narcyza drgnęła lekko.
Lucjusz nie spuścił wzroku z siostrzenicy.
— Chce cię poznać.
Słowa zabrzmiały spokojnie.
Trixie miała jednak wrażenie, że podłoga pod jej stopami przesunęła się o kilka centymetrów.
Przez chwilę przestała słyszeć tykanie zegara i trzask ognia. Wszystkie dźwięki gabinetu oddaliły się, zagłuszone przez przyspieszone bicie jej serca.
Czarny Pan wiedział o niej.
Nie tylko o córce Bellatrix i Rudolfa Lestrange’ów, która jako niemowlę pozostała pod opieką krewnych. Chciał ją spotkać. Chciał usłyszeć jej głos i dowiedzieć się, kim się stała.
— Kiedy? — zapytała.
Narcyza natychmiast odstawiła filiżankę.
— Trixie, zanim odpowiesz, powinnaś zrozumieć, czym będzie to spotkanie.
— Rozumiem.
— Nie, jeszcze nie rozumiesz. Czarny Pan nie zaprasza ludzi na zwykłe rozmowy. Będzie cię obserwował, oceniał każde słowo i sprawdzał, czy jesteś tym, za kogo się uważasz.
— W takim razie tym bardziej chcę tam pojechać.
Narcyza podniosła się.
— Proszę cię tylko, żebyś nie odpowiadała od razu. Nie musisz zgodzić się dlatego, że przez całe życie czekałaś na tę możliwość.
Trixie odwróciła twarz w stronę ciotki.
— Właśnie dlatego muszę się zgodzić.
— Nie musisz niczego.
— Ciociu, Czarny Pan powrócił po czternastu latach. Pamięta o moich rodzicach, a teraz chce poznać mnie. Gdybym odmówiła, zastanawiałabym się do końca życia, co mogło się wydarzyć.
— Znacznie bardziej martwi mnie to, co może się wydarzyć, jeśli pojedziesz.
— Nie zamierzam go obrażać ani prowokować.
— Czasami robisz to bez zamiaru.
Lucjusz odchrząknął.
— Narcyza nie próbuje cię zatrzymać wyłącznie ze strachu. Czarny Pan nie jest człowiekiem, którego można oceniać według zwykłych zasad. Widzi więcej, niż ludzie chcieliby przed nim odsłonić. Potrafi sprawić, że człowiek sam poda mu informacje, których nigdy nie zamierzał wypowiedzieć.
— W takim razie będę mówiła prawdę.
— Prawda może być równie niebezpieczna jak kłamstwo, jeśli przekazuje się ją niewłaściwej osobie.
— Uważasz, że mam przed nim coś ukrywać?
— Uważam, że zanim coś powiesz, powinnaś wiedzieć, dlaczego to mówisz.
Trixie przez chwilę milczała.
— Chcę go poznać. Chcę wiedzieć, kim jest naprawdę, a nie kim był w waszych opowieściach. Chcę usłyszeć od niego, czy zamierza uwolnić moich rodziców. I chcę, żeby on również dowiedział się, kim jestem.
Lucjusz obserwował ją przez kilka sekund.
— To nie będzie spotkanie dwojga równych sobie ludzi.
— Wiem.
— Nie będziesz domagała się odpowiedzi.
— Postaram się.
— To nie wystarczy.
— Dobrze. Nie będę domagała się odpowiedzi. Ale będę zadawała pytania, jeśli mi na to pozwoli.
Narcyza westchnęła ciężko.
— Czy istnieje cokolwiek, co mogłoby sprawić, żebyś zmieniła zdanie?
Trixie zastanowiła się uczciwie.
— Nie.
Odpowiedziała bez podnoszenia głosu. Nie było w tym buntu ani próby zwycięstwa nad ciotką. Była jedynie decyzja.
Narcyza odwróciła się do męża.
— Zamierzałeś ją zabrać bez względu na to, co powiem?
— Nie. Zamierzałem pozwolić jej zdecydować, wiedząc, jaka będzie odpowiedź.
— To prawie to samo.
— Gdyby odmówiła, nie zmuszałbym jej.
— Nie odmówiłaby.
— Właśnie.
Trixie przesunęła dłonią po poręczy fotela.
— Wuju, proszę. Zabierz mnie do niego.
Ostatnie słowa zabrzmiały ciszej.
Lucjusz znieruchomiał.
Trixie rzadko prosiła. Najczęściej oznajmiała, czego zamierza dokonać, albo tak długo przedstawiała argumenty, aż inni ustępowali dla świętego spokoju. Tym razem nie próbowała niczego wymusić.
Narcyza również usłyszała zmianę w jej głosie.
Przez krótką chwilę miała przed sobą nie piętnastoletnią uczennicę Durmstrangu, lecz małą dziewczynkę, która zasypiała z medalionem Bellatrix w dłoni i pytała, czy matka wróci przed kolejnym Bożym Narodzeniem.
Lucjusz zwinął pergamin.
— Spotkanie odbędzie się dzisiaj wieczorem. Masz niecałą godzinę.
Trixie wypuściła powietrze.
— Dziękuję.
Od strony okna dobiegł ją gwałtowny ruch.
Draco odwrócił się od szyby.
— Ona naprawdę jedzie?
W jego głosie nie było rozbawienia. Nie brzmiał również na zaskoczonego. Było w nim coś cięższego: poczucie, że po raz kolejny wydarzyło się coś ważnego, podczas gdy on pozostał poza zamkniętymi drzwiami.
Lucjusz zwrócił się w stronę syna.
— Słyszałeś całą rozmowę.
— Słyszałem, że Czarny Pan chce spotkać Trixie. Nie usłyszałem tylko dlaczego.
— Powód nie został nam wyjaśniony.
— Ale zabierasz ją bez zadawania pytań.
— Nie mam zwyczaju żądać od Czarnego Pana uzasadnienia jego decyzji.
Draco zrobił kilka kroków w głąb gabinetu.
— A ja? On wie, że istnieję?
Narcyza natychmiast spojrzała na syna.
— Draco…
— Nie pytam ze złością. Chcę wiedzieć. Ojciec służył mu jeszcze przed moimi narodzinami. Od dziecka słucham, że nazwisko Malfoy coś znaczy, że kiedyś będę odpowiadał za rodzinę i że muszę być gotowy. A teraz on wraca i chce poznać Trixie.
Trixie nie odezwała się.
Rozumiała go lepiej, niż Draco przypuszczał. Przez większość życia to ona czuła się pozostawiona poza miejscem należącym się innym. Draco miał Hogwart, Slytherin, przyjaciół i rodziców. Teraz po raz pierwszy ktoś wybrał ją, a nie jego.
— To nie jest nagroda — powiedział Lucjusz. — Czarny Pan nie rozdaje zaproszeń dzieciom swoich zwolenników po to, by poczuły się wyróżnione.
— W takim razie czym jest?
— Oceną.
Draco zesztywniał.
— Chce dowiedzieć się, kim stała się córka dwojga ludzi, którzy przez czternaście lat pozostawali w Azkabanie. Trixie jest związana z jego przeszłością w sposób, w jaki ty nie jesteś.
— Jestem twoim synem.
— Właśnie dlatego powinieneś się cieszyć, że nie musisz dzisiaj poddawać się podobnej ocenie.
— Może chciałbym mieć możliwość samodzielnie o tym zdecydować.
Lucjusz zmrużył oczy.
— Twój czas nadejdzie wcześniej, niż prawdopodobnie sobie życzysz. Nie próbuj go przyspieszać tylko dlatego, że nie lubisz być pomijany.
Słowa zabolały Dracona. Trixie usłyszała, jak chłopak gwałtownie nabrał powietrza.
Narcyza podeszła do syna.
— Nie jesteś mniej ważny tylko dlatego, że dzisiaj jedzie ona.
— Wiem.
Nie brzmiał, jakby naprawdę w to wierzył.
Trixie podniosła się z fotela.
— Nie odbieram ci miejsca, Draco.
— Nie powiedziałem, że odbierasz.
— Ale właśnie tak się czujesz.
Milczał.
— Gdyby chodziło o rodzinne przyjęcie albo szkolną nagrodę, mogłabym powiedzieć, że wolałabym, żebyśmy pojechali razem. Ale na to spotkanie czekałam przez całe życie. Nie będę przepraszała, że Czarny Pan chce mnie poznać.
— Nie oczekuję przeprosin.
— Dobrze. Bo ich nie otrzymasz.
Draco prychnął, ale napięcie w jego oddechu nieco osłabło.
— Powiesz mi później, jaki był?
Trixie zawahała się.
— Powiem ci tyle, ile będę mogła.
— Czyli prawdopodobnie nic.
— Nie wiem jeszcze. W przeciwieństwie do ciebie nie udaję, że potrafię przewidzieć każdą rozmowę.
— Ja przynajmniej próbuję.
— I dlatego tak często się mylisz.
Narcyza weszła pomiędzy nich.
— Wystarczy. Trixie musi się przygotować, a ty nie będziesz spędzał następnej godziny, próbując wywołać kłótnię tylko dlatego, że jesteś zazdrosny.
— Nie jestem zazdrosny.
— Oczywiście, że jesteś. To nie znaczy, że kocham cię mniej. Znaczy jedynie, że nadal mam oczy i uszy.
Draco zacisnął usta.
Trixie skierowała się ku drzwiom.
— Wrócę wieczorem.
Narcyza zatrzymała ją głosem.
— Pójdę z tobą na górę.
Przez całą drogę do pokoju żadna z nich się nie odzywała.
Narcyza szła tuż obok, nie dotykając siostrzenicy. Trixie wyczuwała jednak, że ciotka chce coś powiedzieć. Jej oddech był zbyt równy, jak zawsze wtedy, gdy z całych sił próbowała zachować spokój.
Zatrzymały się przed drzwiami.
— Masz jeszcze chwilę — powiedziała Narcyza. — Chciałabym, żebyś mnie wysłuchała, zanim zaczniesz myśleć wyłącznie o tym spotkaniu.
— Słucham.
Narcyza ujęła obie jej dłonie.
— Bądź sobą.
Trixie uśmiechnęła się lekko.
— Zamierzam.
— Nie odpowiadaj tak szybko. Wiem, jak bardzo podziwiasz Bellę. Wiem, że całe życie próbujesz wyobrazić sobie, jaka była, co powiedziałaby w danej sytuacji i czy byłaby z ciebie dumna. Nie próbuj jednak dzisiaj mówić głosem swojej matki.
Trixie zesztywniała.
— Nie udaję jej.
— Nie powiedziałam, że świadomie to robisz. Ale czasami wybierasz najbardziej gwałtowną odpowiedź tylko dlatego, że wydaje ci się, iż właśnie tak postąpiłaby Bella.
— Była silna.
— Była. Była również porywcza, zaborcza, niecierpliwa i tak pewna własnej racji, że czasami nie słyszała niczego poza własnym gniewem. Kochałam ją, ale nie będę przed tobą udawać, że nie miała wad.
— Czarny Pan cenił ją właśnie taką.
— Nie wiesz, które jej cechy cenił, a które jedynie wykorzystywał.
Trixie cofnęła dłonie.
— Ciociu…
— Nie próbuję nastawić cię przeciwko niemu. Wiem, że byłoby to bezskuteczne. Chcę tylko, żebyś pamiętała, że człowiek, którego spotkasz, potrafi sprawić, by ludzie oddawali mu wszystko i nazywali to własnym wyborem.
Trixie przez chwilę milczała.
— Moi rodzice naprawdę dokonali własnego wyboru.
— Tak. I zapłacili za niego czternastoma latami życia.
— Nie żałowali.
— Tego również nie możesz wiedzieć.
— Mama nigdy by go nie zdradziła.
— Nie powiedziałam, że zdradziła. Mówię tylko, że wierność nie usuwa cierpienia. Czternaście lat w Azkabanie nie staje się łatwiejsze tylko dlatego, że człowiek nadal wierzy w swoją sprawę.
Trixie odwróciła twarz.
— Po prostu chciałabym, żeby była ze mnie dumna.
Gniew zniknął z głosu równie szybko, jak się pojawił.
Narcyza ponownie sięgnęła po jej dłonie.
— Bella była z ciebie dumna, zanim zdążyłaś cokolwiek osiągnąć. Nie musisz zostać jej kopią ani robić na Czarnym Panu wrażenia, żeby zasłużyć na prawo do bycia jej córką.
— A jeśli mnie nie zaakceptuje?
— Czarny Pan?
— Mama.
Narcyza znieruchomiała.
— Nie widziała mnie, odkąd byłam niemowlęciem. Nie wiedziała nawet, że jestem niewidoma. W jej wyobraźni mogę być zupełnie kimś innym.
— Bella może zareagować gwałtownie. Prawdopodobnie zada ci kilkadziesiąt pytań jednocześnie, obrazi połowę twoich nauczycieli i uzna, że każda osoba, która powiedziała ci coś nieprzyjemnego, zasługuje na klątwę. Ale nie spojrzy na ciebie i nie pomyśli, że chciałaby mieć inną córkę.
— Skąd ta pewność?
— Ponieważ widziałam ją przy twojej kołysce. Nie pozwalała nawet mnie trzymać cię zbyt długo, bo uważała, że próbuję odebrać jej własne dziecko.
Na ustach Trixie pojawił się uśmiech.
— Naprawdę?
— Naprawdę. Rudolf był jedyną osobą, której pozwalała cię zabrać bez dokładnej instrukcji, choć jemu również potrafiła tłumaczyć, jak powinien trzymać własną córkę.
Trixie ścisnęła palce Narcyzy.
— Dziękuję.
Ciotka przyciągnęła ją do siebie.
Trixie nie przepadała za długimi uściskami, ale tym razem nie odsunęła się natychmiast. Oparła policzek o ramię Narcyzy, przez chwilę pozwalając sobie być niepewną piętnastoletnią dziewczyną, a nie córką Lestrange’ów przygotowującą się na spotkanie z Voldemortem.
— Wróć do mnie — powiedziała Narcyza.
— Lucjusz będzie ze mną.
— Nie prosiłam Lucjusza. Proszę ciebie.
Trixie odsunęła się.
— Wrócę.
— I nie obiecuj mu niczego tylko dlatego, że powie coś, co zawsze chciałaś usłyszeć.
— Nie zamierzam składać żadnych przysiąg.
— Dobrze.
Narcyza dotknęła jeszcze jej policzka.
— Przygotuj się. Będę czekała na dole.
Trixie weszła do pokoju i zamknęła drzwi.
Przez kilka sekund stała nieruchomo.
Dopiero teraz naprawdę dotarło do niej, co się wydarzy.
Spotka człowieka, za którym tęskniła, nie znając go. Człowieka, którego powrót oznaczał dla niej jedyną realną nadzieję na odzyskanie rodziców.
Podeszła do szafy. Wybrała ciemnozieloną suknię o prostym kroju, bez ozdób mogących przeszkadzać podczas podróży. Potem założyła gruby czarny płaszcz i sprawdziła różdżkę ukrytą w rękawie.
Medalion Bellatrix znajdował się na jej szyi jak zawsze.
Przesunęła po nim opuszkami palców.
— Mamo — wyszeptała. — Mam nadzieję, że tego właśnie chciałaś.
Nie wiedziała, czy mówi o spotkaniu z Voldemortem, czy o wszystkim, kim dotąd się stała.
Po kilku minutach zeszła do holu.
Lucjusz czekał przy drzwiach w czarnym płaszczu podróżnym. W dłoni trzymał laskę, a jego włosy były starannie związane, jakby wybierał się na oficjalne spotkanie, nie do kryjówki najniebezpieczniejszego czarnoksiężnika w Wielkiej Brytanii.
Narcyza stała nieco dalej. Draco nie pojawił się, lecz Trixie słyszała jego kroki na piętrze. Zatrzymał się przy balustradzie, skąd zapewne obserwował wyjazd.
— Gotowa? — zapytał Lucjusz.
— Tak.
Podszedł bliżej i poprawił kołnierz jej płaszcza.
Trixie uniosła brwi.
— Narcyza już sprawdzała, czy odpowiednio się ubrałam.
— Narcyza sprawdzała cię jako ciotka. Ja odpowiadam za to, żebyś dotarła na miejsce w odpowiednim stanie.
— Czy źle zapięty kołnierz mógłby obrazić Czarnego Pana?
— Nie. Mógłby natomiast sprawić, że przez całą podróż szczękałabyś zębami i próbowała udawać, że nie jest ci zimno.
Trixie uśmiechnęła się.
— Dziękuję, wuju.
Lucjusz skinął głową.
Narcyza objęła ją jeszcze raz, krócej niż na górze.
— Będę czekała.
— Wiem.
Ciężkie drzwi posiadłości otworzyły się. Do holu wdarło się lodowate powietrze, niosąc zapach świeżego śniegu i mokrych drzew.
Trixie rozłożyła białą laskę. Na terenie posiadłości znała drogę, lecz śnieg tłumił echo i ukrywał nierówności alejek. Nie zamierzała narażać się na upadek tylko po to, by udowodnić Lucjuszowi coś, o czym i tak wiedział.
Wyszli.
Przez kilka minut szli bez słowa. Trixie poruszała laską przed sobą, a jednocześnie słuchała miarowego chrzęstu butów wuja. Śnieg skrzypiał pod stopami. Mróz szczypał ją w policzki, a z pobliskiego lasu dochodził szelest gałęzi.
— Dokąd jedziemy? — zapytała.
— Nie mogę podać ci nazwy miejsca.
— Nie ufasz mi?
— Ufam ci wystarczająco, by cię tam zabrać. Nie ufam twojej skłonności do zadawania pytań w niewłaściwym miejscu ani temu, co Czarny Pan mógłby uznać za próbę rozpowszechniania informacji.
— Czy ktoś może wyciągnąć tę nazwę z mojej głowy?
Lucjusz zwolnił.
— Tak.
— Czarny Pan?
— Czarny Pan nie musi wyciągać informacji z ludzi w sposób, który potrafią zauważyć.
Trixie zastanowiła się nad tym.
— Czy będzie próbował czytać moje myśli?
— Prawdopodobnie już podczas pierwszych minut rozmowy oceni, czy warto. Nie próbuj go powstrzymywać. Nie potrafisz jeszcze obronić umysłu przed kimś takim jak on.
— A jeśli zobaczy coś, czego nie chciałabym mu pokazywać?
— Właśnie dlatego Narcyza prosiła cię, żebyś niczego nie udawała. Najłatwiej ukrywa się rzeczy, których człowiek sam nie wypiera się przed sobą.
— To nie brzmi pocieszająco.
— Nie miało.
Dotarli do granicy zabezpieczeń posiadłości.
Lucjusz zatrzymał się.
— Musimy się teleportować. Schowaj laskę i chwyć mnie za ramię.
Trixie złożyła ją jednym ruchem i wsunęła pod płaszcz. Potem odnalazła rękaw wuja.
— Gotowa?
— Nie wiem. Ale możemy jechać.
— To uczciwsza odpowiedź niż zwykłe „tak”.
Chwilę później świat zacisnął się wokół niej.
Teleportacja szarpnęła jej ciało, odebrała oddech i przez ułamek sekundy sprawiła, że nie istniało nic poza uciskiem. Kiedy stopy ponownie dotknęły twardego podłoża, Trixie zachwiała się, lecz Lucjusz przytrzymał ją za ramię.
Powietrze pachniało zupełnie inaczej.
Nie czuła śniegu ani drzew. Otaczała ją woń wilgotnego kamienia, starego drewna, kurzu i dymu z odległego paleniska. Powietrze było chłodne, ale nieruchome. Nie słyszała wiatru ani ptaków.
Znajdowali się wewnątrz dużego budynku.
Trixie ponownie rozłożyła laskę.
— Jesteśmy na miejscu? — zapytała.
— Niedaleko.
Ruszyli w głąb korytarza. Kamienne płyty były nierówne, a echo kroków wskazywało, że sufit znajdował się wysoko. Kilka razy mijali zamknięte drzwi. Za jednymi dochodziły przyciszone głosy, za innymi panowała całkowita cisza.
Po pewnym czasie ktoś zbliżył się z przeciwnej strony.
Kroki były wolne, ale zdecydowane.
— Lucjuszu.
Nieznajomy mężczyzna zatrzymał się kilka metrów przed nimi.
— Czarny Pan oczekuje.
Lucjusz skinął głową.
— Dziękuję.
Mężczyzna odszedł.
Trixie przez chwilę nasłuchiwała.
— Kto to był?
— Jeden z jego ludzi.
— Znam go?
— Nie.
— W takim razie mogłeś podać mi nazwisko.
— Właśnie dlatego go nie podałem. Nie potrzebujesz dzisiaj kolejnych informacji, nad którymi zaczniesz się zastanawiać.
— Sam zachęcałeś mnie do ciekawości.
— Zachęcałem cię do zdobywania wiedzy. To nie oznacza, że masz obowiązek wiedzieć wszystko w każdej chwili.
Minęli jeszcze dwa korytarze. Podłoże zmieniło się z kamienia na drewno. Trixie poczuła ciepło bijące zza jednych z drzwi oraz zapach wosku i pergaminu.
Lucjusz zatrzymał się.
— Jesteśmy.
Trixie złożyła laskę.
Wuj odwrócił się w jej stronę.
— Posłuchaj mnie jeszcze raz. Nie odpowiadaj szybko tylko dlatego, że cisza zacznie ci ciążyć. On będzie milczał celowo. Może zmieniać temat, wracać do wcześniejszych odpowiedzi albo powiedzieć coś, co ma cię sprowokować. Nie próbuj zrobić na nim wrażenia.
— Narcyza powiedziała to samo.
— W takim razie być może istnieje szansa, że przynajmniej jedno z nas zostanie przez ciebie wysłuchane.
— Będę sobą.
— To właśnie mnie niepokoi.
Trixie parsknęła cicho.
Lucjusz położył dłoń na klamce, lecz jeszcze jej nie nacisnął.
— Nie nazywaj go Voldemortem.
— Wiem.
— Nie dotykaj go ani żadnego przedmiotu bez pozwolenia.
— Nie zamierzałam.
— Nie wyciągaj różdżki, jeśli cię o to nie poprosi.
— Wuju, wiem, jak zachowywać się podczas spotkań.
— Nigdy nie byłaś na spotkaniu z Czarnym Panem.
Trixie wzięła głęboki oddech.
— Jestem gotowa.
— Nie jesteś. Nikt nie jest. Ale możemy wejść.
Lucjusz zapukał.
Po chwili zza drzwi rozległ się głos:
— Wejdźcie.
Nie był tak niski, jak Trixie wyobrażała go sobie w dzieciństwie. Był wyższy, chłodny i niezwykle wyraźny. Każda głoska brzmiała, jakby została wypowiedziana dokładnie w taki sposób, w jaki miała zabrzmieć.
Lucjusz otworzył drzwi.
Z pomieszczenia wypłynęło ciepło kominka. Trixie weszła za wujem, wsłuchując się w miękkie echo kroków. Pokój był przestronny, lecz wypełniony meblami. Po lewej znajdowały się regały ze starymi księgami, po prawej ciężki stół albo biurko. Powietrze pachniało pergaminem, skórą opraw, woskiem i drewnem.
Nie słyszała kroków trzeciej osoby.
Mimo to natychmiast wiedziała, gdzie się znajduje.
Czyjaś obecność wypełniała pomieszczenie w sposób, którego nie potrafiła wyjaśnić. Magia nie została użyta, a jednak Trixie czuła ją niemal pod skórą. Nie była gwałtowna. Przeciwnie — pozostawała tak doskonale kontrolowana, że właśnie ta kontrola wydawała się groźna.
Lucjusz skłonił się głęboko.
— Panie.
Przez kilka sekund nie otrzymał odpowiedzi.
Trixie stała nieruchomo. Nie próbowała odnaleźć dłoni wuja ani odgadnąć, w którą stronę powinna zwrócić twarz. Pozwalała ciszy trwać.
Po chwili rozległ się cichy szelest szaty.
— Lucjuszu.
Jedno słowo wystarczyło, by postawa Malfoya stała się jeszcze bardziej sztywna.
— Przyprowadziłem Trixie Lestrange, panie.
— Widzę.
Voldemort poruszył się.
Jego kroki były niemal bezgłośne, ale Trixie słyszała zmianę oddechu Lucjusza i lekkie przesunięcie powietrza. Czarny Pan obchodził ją powoli, nie zbliżając się na tyle, by mogła poczuć jego ciepło.
Oceniał.
Jej dłonie pozostawały spokojnie opuszczone wzdłuż ciała. Nie zaciskała palców na medalionie, choć miała na to ogromną ochotę.
— Lestrange — powiedział po chwili.
Nazwisko zabrzmiało w jego ustach inaczej niż w Durmstrangu. Nie jak oskarżenie ani szept dotyczący skazanych przestępców. Bardziej jak przypomnienie dawnej obietnicy.
— A więc to ty.
Trixie zwróciła twarz w stronę głosu.
— Tak, mój panie.
— Gdy zniknąłem, byłaś niemowlęciem.
— Wiem.
— Twoja matka nie opowiadała mi o dziecku. Bellatrix rzadko mówiła o czymkolwiek, co nie dotyczyło naszej sprawy. Wspomniała jedynie, że ma córkę i że nikt nie ma prawa wykorzystać jej przeciwko rodzinie.
Trixie poczuła jednocześnie ukłucie rozczarowania i dumy.
— To brzmi jak ona.
— Skąd możesz wiedzieć, jak brzmi kobieta, której prawie nie pamiętasz?
Pytanie nie zostało zadane łagodnie.
Trixie milczała przez chwilę.
— Nie mogę wiedzieć. Znam ją z opowieści Narcyzy, Lucjusza i ludzi, którzy pamiętają pierwszą wojnę. Znam to, co zrobiła, i wiem, że nie wyrzekła się ciebie nawet podczas procesu. Resztę sobie wyobrażam.
— A wyobrażenia bardzo łatwo pomylić z prawdą.
— Wiem.
— Naprawdę?
— Coraz bardziej.
Voldemort zatrzymał się przed nią.
— Czy boisz się, że kiedy Bellatrix wróci, okaże się inną kobietą niż ta, którą stworzyłaś sobie w myślach?
Lucjusz drgnął.
Trixie poczuła, że jej oddech przyspiesza, lecz nie próbowała temu zaprzeczać.
— Tak.
— Czego konkretnie się boisz?
— Że mnie nie zaakceptuje. Że uzna, iż nie jestem taka, jak powinna być jej córka. Nie trafiłam do Hogwartu ani do Slytherinu. Jestem niewidoma, o czym nie wiedziała przed aresztowaniem. Nie znam jej i nie jestem do niej podobna we wszystkim, choć przez całe życie próbowałam sobie wyobrazić, czego by ode mnie oczekiwała.
— A więc zanim spotkałaś mnie, już próbowałaś zostać Bellatrix.
— Nie próbuję nią zostać.
— Próbujesz zasłużyć na aprobatę kobiety, której pragnień nie znasz. Różnica jest niewielka.
Trixie zacisnęła usta.
Nie spodziewała się, że pierwsza rozmowa z Voldemortem tak szybko dotknie rzeczy, których nie potrafiła powiedzieć nawet Narcyzie.
— Matka byłaby rozczarowana córką, która całe życie spędziłaby na bezmyślnym naśladowaniu jej gestów — ciągnął Voldemort. — Bellatrix ceniła siłę. Kopia nie jest silna. Jest tylko cieniem.
Nie powiedział, że Bellatrix na pewno ją pokocha.
Nie próbował jej uspokoić.
A jednak Trixie odczuła ulgę.
— Nie chcę być cieniem — powiedziała.
— W takim razie nie mów mi tego, co według ciebie powiedziałaby ona.
— Nie zamierzałam.
— Wszyscy tak twierdzą, zanim zaczną szukać odpowiedzi, które zapewnią im moją przychylność.
Trixie uniosła podbródek.
— W takim razie będziesz musiał sam ocenić, czy jestem szczera.
W pomieszczeniu zapadła cisza.
Lucjusz wstrzymał oddech.
Voldemort jednak nie rozgniewał się. Po kilku sekundach odsunął się od niej i podszedł do kominka.
— Właśnie to robię.
Trixie usłyszała cichy ruch drewna w palenisku. Voldemort najprawdopodobniej poruszył je różdżką bez wypowiadania zaklęcia.
— Lucjusz powiedział mi o twojej szkole — odezwał się. — O odmowie Dumbledore’a, egzaminach do Durmstrangu i zainteresowaniu wiedzą, której nauczyciele nie chcieli ci udostępnić.
— Powiedział również o bibliotece?
— Oczywiście.
Trixie zwróciła twarz w stronę wuja.
— Nie musiałaś próbować ukrywać tego przede mną — powiedział Voldemort. — Interesuje mnie raczej, dlaczego dałaś się przyłapać.
Lucjusz niemal niezauważalnie wypuścił powietrze. Było to dokładnie to samo pytanie, które sam zadał kilka miesięcy wcześniej.
— Uczeń wszedł wcześniej, niż się spodziewałam — odpowiedziała Trixie. — Nie znałam jego planu zajęć.
— A więc popełniłaś błąd.
— Tak.
— Nie próbujesz się usprawiedliwiać?
— Mogłabym powiedzieć, że mnie obraził, próbował zabrać księgę i chciał sprowadzić nauczyciela. Nadal jednak to ja źle oceniłam sytuację.
— Czego szukałaś?
— Tekstów o śladach pozostawianych przez zaklęcia. Chciałam sprawdzić, czy magia zachowuje coś z człowieka, który jej użył.
Voldemort odwrócił się od kominka.
— Magia echa.
— Tak.
— Sama nazwałaś ją w ten sposób?
— Nauczyciele mówili o wyczuwaniu drgań i rozpoznawaniu inkantacji. To nie wyjaśniało wszystkiego, co odbieram. „Magia echa” wydawała mi się dokładniejsza.
— Opowiedz mi o niej.
Pierwszy raz jego głos zabrzmiał nieco inaczej. Nadal był chłodny i kontrolowany, ale pojawiło się w nim autentyczne zainteresowanie.
— Nie słyszę tylko głosu ani ruchu różdżki. Czasami rozpoznaję zaklęcie, zanim zostanie dokończone. Czuję, jak magia skupia się w określony sposób. Jedne zaklęcia są ostre i wąskie, inne rozchodzą się szerzej. Niektóre pozostawiają po sobie ślad, nawet gdy efekt już zniknie.
— Rozpoznajesz czarodzieja po jego magii?
— Czasami. Jeśli znam go dobrze albo wielokrotnie słyszałam jego zaklęcia.
— Każdy brzmi inaczej?
— Tak. Nawet kiedy rzuca tę samą inkantację.
Voldemort podszedł bliżej.
— Wyciągnij różdżkę.
Lucjusz poruszył się gwałtowniej.
— Panie…
— Gdybym zamierzał ją zaatakować, twoja obecność nie stanowiłaby przeszkody.
Nie powiedział tego z pogardą. Był to jedynie chłodny fakt.
Lucjusz skłonił głowę.
Trixie wyciągnęła różdżkę z rękawa.
— Nie rzucaj zaklęcia — polecił Voldemort. — Trzymaj ją.
Usłyszała delikatny ruch jego własnej różdżki.
Nie padła inkantacja.
Mimo to przez pomieszczenie przeszła fala magii.
Nie przypominała podmuchu wiatru ani drżenia powietrza. Trixie odczuła ją głębiej, jak nacisk rozchodzący się pod skórą. Nie była skierowana przeciwko niej. Voldemort pozwolił magii rozwinąć się w przestrzeni i zatrzymał ją tuż przed osiągnięciem konkretnego kształtu.
Trixie zmarszczyła brwi.
— Co odbierasz? — zapytał.
Nie odpowiedziała od razu.
— Porządek.
— To niewiele mówi.
— Twoja magia nie rozprasza się ani przez chwilę. Nawet kiedy pozwalasz jej wypełnić pokój, każdy jej fragment pozostaje pod kontrolą. Nie ma wahania ani niepotrzebnego ruchu.
Voldemort milczał.
Trixie skupiła się mocniej.
— Jest też… głęboka.
— Głęboka?
— Jak pomieszczenie, w którym słyszy się pierwsze echo, ale nie można ustalić, gdzie znajduje się ostatnia ściana. Czuję tylko część, którą pozwalasz mi poczuć.
Lucjusz zwrócił wzrok na Czarnego Pana.
Trixie wiedziała, że ma rację. Voldemort nie pokazywał jej całej swojej magii. Wypuścił zaledwie cienką warstwę czegoś znacznie większego.
— Dobrze — powiedział.
Nie była to pochwała. Raczej potwierdzenie, że odpowiedziała zgodnie z jego oczekiwaniem.
— Lumos.
Zaklęcie zabrzmiało.
Trixie nie widziała światła, lecz natychmiast rozpoznała, jak struktura magii otwiera się i rozchodzi po pomieszczeniu.
— Lżejsza — powiedziała. — Nie słabsza. Po prostu rozłożona inaczej. Wcześniej wszystko pozostawało zamknięte w jednym miejscu. Teraz magia rozeszła się szeroko, jakby odsunęła ściany.
— Lucjuszu, rzuć to samo zaklęcie.
Malfoy uniósł różdżkę.
— Lumos.
Trixie od razu pokręciła głową.
— Zupełnie inne.
— Wyjaśnij — zażądał Voldemort.
— Magia wuja jest bardziej miękka, ale również mniej czysta. Nie chodzi o to, że jest słaba. Pomiędzy zamiarem a zaklęciem pojawia się krótka chwila, w której myśli o efekcie i otoczeniu. Jakby sprawdzał, czy światło nie odsłoni czegoś, czego nie chce pokazać.
Lucjusz zastygł.
Voldemort zgasił oba światła.
— Nox.
W pokoju pozostał tylko blask kominka.
— Czy wiedziałeś o tym? — zapytał Lucjusza.
— Wiedzieliśmy, że rozpoznaje czarodzieja po sposobie rzucania zaklęć. Sądziliśmy, że wykorzystuje dźwięk inkantacji, oddech i ruch powietrza.
— Nie. Ona odbiera zamiar przechodzący w magię.
Voldemort ponownie zwrócił się do Trixie.
— Potrafisz wyczuć kłamstwo?
— Nie wprost. Mogę usłyszeć, że ktoś jest napięty albo niepewny. Przy zaklęciu jest łatwiej, bo magia nie zawsze słucha słów.
— Potrafiłabyś rozpoznać zaklęcie niewerbalne?
— Jeśli wcześniej poznałabym jego strukturę. Albo gdyby było wystarczająco charakterystyczne.
— Odbić je?
— Czasami.
— Czasami to odpowiedź człowieka, który boi się przyznać do ograniczeń, albo człowieka, który jeszcze ich nie zna.
— W moim przypadku jedno i drugie.
Przez sekundę w pomieszczeniu panowała cisza.
Voldemort wydał z siebie cichy odgłos, który nie był śmiechem, lecz mógł oznaczać rozbawienie.
— Przynajmniej rozumiesz różnicę.
Podszedł do regału.
— Wszystkie podręczniki magii pisano z perspektywy czarodziejów, którzy widzą. Opisują ruch różdżki, kolor, kierunek błysku i zmianę wyglądu przedmiotu. Ty zostałaś zmuszona do odrzucenia większości metod używanych przez innych.
— Nie całkowicie. Nauczyciele opisują mi ruchy, a ja je zapamiętuję.
— Ale nie uczysz się przez naśladowanie obrazu.
— Nie.
— Musiałaś więc znaleźć inną drogę.
Trixie skinęła głową.
— Kiedyś uważałam to za niesprawiedliwe. Nadal czasami tak myślę. Ale gdybym widziała, być może nigdy nie nauczyłabym się słuchać magii.
Voldemort wyjął z półki grubą księgę. Przesunął palcami po oprawie, po czym odłożył ją na stół.
— Nie traktuj ograniczenia jak daru. To sentymentalna pułapka ludzi, którzy próbują nadać cierpieniu szlachetne znaczenie. Ślepota odebrała ci pewne możliwości. Ty stworzyłaś inne, ponieważ nie zamierzałaś pozostać bezradna.
Słowa były ostre, lecz Trixie poczuła, że właśnie dlatego trafiają do niej mocniej niż wszystkie zapewnienia o tym, że niepełnosprawność wzroku uczyniła ją wyjątkową.
Voldemort nie próbował udawać, że niczego nie straciła.
Jednocześnie nie litował się nad nią.
— Dumbledore zobaczył tylko to, czego nie mogę zrobić — powiedziała.
— Dumbledore widzi ludzi przez pryzmat roli, którą może im wyznaczyć. Lubi słabych, jeśli może ich chronić. Lubi zagubionych, jeśli może ich prowadzić. Człowiek, który odrzuca jego ochronę i znajduje własną drogę, jest dla niego znacznie mniej wygodny.
Trixie poczuła znajome gorąco gniewu.
— Nigdy ze mną nie porozmawiał. Lucjusz pisał do niego kilka razy, ale Dumbledore uznał, że Hogwart nie zapewni mi bezpieczeństwa. Nie pozwolił mi zdać egzaminu ani pokazać, co potrafię. Zdecydował, zanim mnie poznał.
— I dlatego chcesz go zabić.
Nie było to pytanie.
Lucjusz zesztywniał.
Trixie jednak nie zaprzeczyła.
— Tak.
— Tylko dlatego, że nie przyjął cię do szkoły?
— Nie chodzi tylko o szkołę. Chodzi o to, że miał władzę i użył jej, żeby zamknąć przede mną drzwi. Potem wszyscy zachowywali się tak, jakbym powinna być wdzięczna za jego troskę. Chciałam Slytherinu, rodzinnej historii i możliwości uczenia się w miejscu, do którego należeli moi rodzice. On uznał, że wie lepiej.
— A gdyby jutro zaoferował ci miejsce?
Trixie zamilkła.
— Teraz?
— Tak.
— Nie wiem.
— Zastanów się.
— Chciałabym wejść do Hogwartu. Chciałabym zobaczyć… poznać miejsce, którego mi odmówiono. Chciałabym uczyć się tam, przejść korytarzami, po których chodzili rodzice, i sprawdzić, gdzie przydzieliłaby mnie Tiara. Ale nie wiem, czy potrafiłabym przyjąć coś, co dałby mi dopiero wtedy, gdy udowodniłam mu, że się mylił.
— Czyli nie nienawidzisz samego Hogwartu.
— Nigdy go nie nienawidziłam. Nienawidzę Dumbledore’a.
— Dobrze.
Lucjusz spojrzał na Voldemorta z niepokojem.
Trixie również poczuła zmianę w jego głosie.
— Dobrze? — powtórzyła.
— Nienawiść jest użyteczna, jeśli człowiek potrafi wybrać jej przedmiot. Ty nie chcesz zniszczyć miejsca, którego pragnęłaś. Chcesz odebrać władzę człowiekowi, który zamknął przed tobą drzwi.
Podszedł bliżej.
— Musisz jednak nauczyć się panować nad tym uczuciem. Człowiek owładnięty nienawiścią staje się przewidywalny. Wystarczy pokazać mu właściwy cel, a sam pobiegnie w pułapkę.
Trixie przypomniała sobie ucznia z Durmstrangu i list Karkarowa.
— Tak jak w bibliotece.
— Właśnie. Pozwoliłaś chłopcu, którego uważałaś za słabszego, zdecydować o twoim zachowaniu. Obraził rodziców, a ty odpowiedziałaś dokładnie tak, jak się spodziewał.
— Nie zamierzam drugi raz popełnić tego błędu.
— Wszyscy tak mówią tuż po pierwszym.
Voldemort spojrzał w stronę Lucjusza.
— Zostaw nas.
Malfoy nie poruszył się.
— Panie, obiecałem Narcyzie…
— Obiecałeś, że nie spuścisz dziewczyny z oczu?
— Tak.
— W takim razie możesz powiedzieć żonie, że sam kazałem ci złamać tę obietnicę.
Lucjusz spojrzał na Trixie.
Nie musiała widzieć jego twarzy, by wiedzieć, jak bardzo nie podoba mu się pozostawienie jej samej. Przez czternaście lat odpowiadał za bezpieczeństwo córki Bellatrix. Nie zamierzał łatwo przekazać tej odpowiedzialności człowiekowi, przed którym sam drżał.
— Nic jej się nie stanie — powiedział Voldemort. — Chyba że odkryję powód, dla którego miałoby być inaczej.
Nie było to pocieszenie.
Lucjusz skłonił głowę.
— Oczywiście, panie.
Podszedł do drzwi.
— Trixie.
— Wuju?
Przez chwilę wyglądało na to, że zamierza coś powiedzieć. Ostatecznie jednak tylko otworzył drzwi.
— Będę czekał na korytarzu.
— Wiem.
Wyszedł.
Drzwi zamknęły się.
Trixie nasłuchiwała, dopóki kroki wuja nie oddaliły się na tyle, by nie mógł słyszeć rozmowy.
Voldemort nie odezwał się od razu.
Pozwolił ciszy trwać, aż Trixie poczuła, że brak obecności Lucjusza zmienił całe pomieszczenie. Wuj nie mógł już przerwać, ostrzec ani zabrać jej do domu.
Została sama z Czarnym Panem.
— Teraz odpowiedz ponownie — powiedział Voldemort. — Czego ode mnie oczekujesz?
Trixie zacisnęła dłoń na medalionie.
Nie mogła już ukryć się za rozmową o magii ani pytaniami dotyczącymi Dumbledore’a. Voldemort chciał usłyszeć to, czego pragnęła najbardziej.
— Chcę, żebyś uwolnił moich rodziców.
Wypowiedziała to bez wahania.
— Wiem, że nie trzymałeś ich w Azkabanie i że nie poszli tam z twojego rozkazu. Ale trafili tam, ponieważ próbowali cię odnaleźć. Przez czternaście lat nie wyparli się ciebie i nie podali nazwisk innych ludzi, żeby odzyskać wolność. Zasługują na to, żebyś po nich wrócił.
Voldemort nie zareagował na jej śmiałość.
— Co jeszcze?
Trixie zaczerpnęła powietrza.
— Chcę śmierci Dumbledore’a.
— To już wiem.
— Chcę, żeby przestał decydować o świecie czarodziejów. Żeby ludzie przestali wierzyć, że wszystko, co nazywa dobrem, rzeczywiście nim jest. Chciałabym kiedyś stanąć przed nim i powiedzieć mu, że nie zdołał mnie zatrzymać.
— A potem?
— Potem chciałabym go zabić.
W pokoju panowała całkowita cisza.
— Sama?
— Gdybym potrafiła.
— Nie potrafisz.
Słowa nie zawierały pogardy. Były zwykłym stwierdzeniem faktu.
— Jeszcze nie.
Voldemort podszedł bliżej.
— Dumbledore jest jednym z najpotężniejszych czarodziejów żyjących w tym kraju. Ty jesteś piętnastoletnią uczennicą, która dopiero zaczyna rozumieć własną zdolność. Gdybyś stanęła dziś naprzeciw niego, rozbroiłby cię, zanim zdążyłabyś wypowiedzieć pierwszą inkantację.
— Dlatego chcę się uczyć.
— Ode mnie?
— Tak.
— Ponieważ jestem jedyną osobą zdolną go zabić?
— Między innymi.
— Co jeszcze?
Trixie zastanowiła się.
— Ponieważ nie boisz się magii tylko dlatego, że inni nazwali ją zakazaną. Rozumiesz, że wiedza sama w sobie nie jest dobra ani zła. I nie traktujesz mnie tak, jakbym była bezradna.
— Znam cię od niespełna godziny.
— A mimo to pozwoliłeś mi pokazać, co potrafię. Dumbledore nie poświęcił mi nawet jednej rozmowy.
Voldemort zatrzymał się naprzeciwko niej.
— A więc twoja lojalność można kupić uwagą.
Trixie poczuła się, jakby ją uderzył.
— Nie.
— Właśnie opisałaś mi człowieka, który odrzucił cię bez rozmowy, i człowieka, który cię wysłuchał. Jednego nienawidzisz. Drugiemu chcesz służyć. Różnica wydaje się niewielka.
— Nie chcę ci służyć tylko dlatego, że ze mną rozmawiasz.
— Dlaczego więc?
Trixie zacisnęła palce.
— Bo wróciłeś, chociaż wszyscy mówili, że nie żyjesz. Bo moi rodzice oddali ci wolność i nadal wierzę, że nie zrobiliby tego dla kogoś niegodnego. Bo chcę świata, w którym czarodzieje nie muszą ukrywać się przed mugolami i pozwalać, żeby ludzie niemający magii decydowali o naszym istnieniu. Chcę wiedzy i siły. Chcę mieć wpływ na własne życie.
Zawahała się.
— I tak. Chcę również należeć do czegoś, czego nikt nie będzie mógł mi odebrać.
Voldemort przez chwilę milczał.
— To ostatnie jest najuczciwszą rzeczą, jaką mi powiedziałaś.
Trixie poczuła, że policzki zaczynają ją piec.
— Nie przyszłam tutaj, żeby opowiadać ci o własnej samotności.
— Nie musiałaś. Zrobiłaś to przy każdej odpowiedzi.
Nie powiedział tego łagodnie. Nie próbował jej pocieszyć ani zapewnić, że od tej chwili już nigdy nie będzie sama.
Rozumiał jednak.
I właśnie to wystarczyło.
— Dumbledore zamknął przed tobą drzwi — kontynuował. — Rodzice pozostali za murami Azkabanu. Malfoyowie cię wychowali, ale zawsze wiedziałaś, że nie jesteś ich córką. Chcesz miejsca, które będzie należało do ciebie bez względu na cudzą zgodę.
— Tak.
— A sądzisz, że ja mogę ci je dać?
— Możesz uwolnić moich rodziców. Możesz pokonać Dumbledore’a. Możesz pozwolić mi uczyć się magii, której inni nie chcą mi pokazać.
— Mogę również odebrać ci wszystko, co wymieniłaś.
Trixie znieruchomiała.
— Władza nie jest schronieniem, Trixie. Człowiek, który zbliża się do niej wyłącznie po to, by poczuć się bezpiecznie, prędzej czy później odkrywa, że sam oddał komuś wszystkie swoje słabe miejsca.
— Wiem, że nie jesteś bezpieczny.
— Nie wiesz.
— Lucjusz wrócił po pierwszym spotkaniu z tobą przerażony. Narcyza boi się, że odbierzesz jej Dracona. Wiem, że możesz być okrutny i że nie wybaczasz ludziom, którzy cię zawodzą.
— A jednak przyszłaś.
— Ponieważ nie zamierzam cię zdradzić.
— Tego również nie możesz wiedzieć po jednym spotkaniu.
— Mogę wiedzieć, czego chcę.
— Ludzie bardzo łatwo deklarują wierność, zanim dowiedzą się, ile będzie ich kosztować.
Trixie pomyślała o rodzicach.
— Mama i ojciec wiedzieli.
— Tak.
Pierwszy raz w jego głosie pojawiło się coś, co przypominało uznanie.
— Bellatrix i Rudolf zapłacili za swoją lojalność czternastoma latami. Nie błagali o łaskę, nie zrzucili winy na klątwę Imperius i nie kupili wolności nazwiskami dawnych towarzyszy. Pamiętam o nich.
Trixie poczuła, jak ściska ją w gardle.
— Uwolnisz ich?
Voldemort pozwolił pytaniu wybrzmieć.
— Azkaban nie zatrzyma na zawsze ludzi, których potrzebuję.
To nie była obietnica wypowiedziana wprost.
Dla Trixie zabrzmiała jednak mocniej niż przysięga.
— Kiedy?
— Gdy nadejdzie właściwa chwila.
— Czy to będzie niedługo?
— Zaczynasz żądać odpowiedzi.
Trixie opuściła głowę.
— Przepraszam.
— Nie przepraszaj za pragnienie. Naucz się jedynie, kiedy należy je ujawniać.
Podszedł do niej jeszcze bliżej.
— Twoja matka wróci do mnie. A kiedy to zrobi, wróci również do ciebie.
Trixie przestała oddychać.
Czekała na te słowa od dnia, w którym zaczęła rozumieć, czym jest Azkaban.
— Dziękuję, mój panie.
— Jeszcze mi nie dziękuj. Nie uczyniłem niczego dla ciebie.
Zdanie powinno było odebrać jej radość.
Nie odebrało.
Nie potrzebowała, by Voldemort uwalniał rodziców z miłości do niewidomej córki Bellatrix. Wystarczało jej, że zamierzał ich uwolnić.
— Wiem — powiedziała. — Ale dla mnie rezultat pozostanie taki sam.
Voldemort wydał cichy, suchy odgłos przypominający rozbawienie.
— Przynajmniej tego nie ukrywasz.
Przeszedł w stronę stołu, na którym leżała stara księga.
— Nie nazwę cię moją uczennicą po jednym spotkaniu. Nazwisko Lestrange otworzyło ci te drzwi, ale nie zagwarantuje, że pozostaną otwarte.
Trixie słuchała w napięciu.
— Wrócisz do Durmstrangu. Będziesz rozwijała magię echa, lecz nie będziesz opowiadała nauczycielom o wszystkim, co dzisiaj odkryliśmy. Nauczysz się odróżniać strukturę zaklęcia od emocji osoby, która je rzuca. Nauczysz się również milczeć wtedy, gdy ciekawość każe ci zadawać pytania.
— A potem?
— Kiedy uznam, że nadeszła pora, wezwę cię ponownie.
Serce Trixie zabiło mocniej.
— Będziesz mnie uczył?
— Powiedziałem, że wezwę cię ponownie. Nie próbuj zamieniać jednej możliwości w obietnicę wszystkiego, czego pragniesz.
— Rozumiem.
— Nie. Ale być może się nauczysz.
Voldemort podszedł do drzwi.
— Jest jeszcze jedna rzecz.
Trixie zwróciła się w jego stronę.
— Nie próbuj stać się Bellatrix. Jej gwałtowność była użyteczna, kiedy kierowała ją przeciwko właściwym ludziom. Stawała się wadą, kiedy pozwalała, by emocje kierowały nią. Ty potrafisz się zatrzymać. Nie trać tej zdolności tylko dlatego, że chcesz przypominać matkę.
— Chcę, żeby była ze mnie dumna.
— Będzie znacznie bardziej dumna z córki, która potrafi dokonać czegoś własnego, niż z niedoskonałej kopii siebie.
Trixie poczuła znajome pieczenie pod powiekami, ale tym razem nie pozwoliła łzom wypłynąć.
— Skąd wiesz?
— Ponieważ znam Bellatrix lepiej, niż ty znasz ją obecnie.
Słowa zabolały, ale nie mogła im zaprzeczyć.
— Czy była… — urwała. — Czy naprawdę była taka niezwykła, jak wszyscy mówią?
— Bellatrix była niezwykle zdolna, odważna i całkowicie oddana temu, co uznawała za własne. Jej największa siła i największa słabość miały to samo źródło. Kiedy kochała albo nienawidziła, nie pozostawało w niej miejsce na nic innego.
Trixie ścisnęła medalion.
— Chyba trochę to po niej odziedziczyłam.
— Wiem.
Voldemort otworzył drzwi, nie dotykając klamki.
— Lucjuszu.
Po kilku sekundach wuj wszedł do pomieszczenia. Jego kroki były spokojne, ale Trixie słyszała napięcie ukryte pod każdym z nich.
— Panie?
— Zabierz ją do domu.
Lucjusz skłonił głowę.
— Oczywiście.
— Przyprowadziłeś mi kogoś znacznie bardziej interesującego, niż sugerował twój opis.
Malfoy nie potrafił całkowicie ukryć zaskoczenia.
— Uznałem, że powinieneś sam ją ocenić.
— Słusznie.
Voldemort zwrócił się po raz ostatni do Trixie.
— Wrócisz, kiedy cię wezwę. Do tego czasu nie próbuj zwracać mojej uwagi głupotą, lekkomyślnym łamaniem zakazów ani deklaracjami składanymi ludziom, których nie znasz.
— Nie zrobię tego.
— Nie składaj obietnic, których nie miałaś jeszcze okazji dotrzymać.
Trixie poprawiła się:
— Zapamiętam.
— To wystarczy.
Lucjusz otworzył przed nią drzwi.
Trixie wyjęła laskę, rozłożyła ją i zatrzymała się jeszcze na moment.
— Dobranoc, mój panie.
— Dobranoc, Bellatrix Lestrange.
Po raz pierwszy wypowiedział jej pełne imię.
Nie „córka Bellatrix”.
Nie „dziewczyna”.
Bellatrix Lestrange.
Wyszła na korytarz.
Drzwi zamknęły się za nią cicho.
Przez pierwsze kilka minut Lucjusz niczego nie mówił.
Szedł obok, pozwalając jej samodzielnie odnajdywać drogę laską. Trixie nie miała pewności, czy milczał dlatego, że nie wiedział, co wydarzyło się po jego wyjściu, czy dlatego, że wiedział wystarczająco dużo.
Dopiero gdy znaleźli się przy wyjściu z budynku, zapytał:
— Co ci powiedział?
Trixie uśmiechnęła się nieznacznie.
— Ostrzegałeś mnie, żebym nie powtarzała wszystkiego, co usłyszę podczas tego spotkania.
— Nie powiedziałem, że masz ukrywać to przede mną.
— Czarny Pan poprosił cię, żebyś wyszedł. Chyba właśnie dlatego, że nie chciał, żebyś znał całą rozmowę.
Lucjusz zacisnął usta.
— Szybko uczysz się wykorzystywać jego decyzje jako argument.
— Powiedział, że kiedy nadejdzie właściwa chwila, uwolni moich rodziców.
Lucjusz zatrzymał się.
— Powiedział dokładnie w ten sposób?
— Powiedział, że Azkaban nie zatrzyma na zawsze ludzi, których potrzebuje. I że kiedy mama wróci do niego, wróci również do mnie.
Przez chwilę wuj milczał.
— Nie traktuj tego jak obietnicy złożonej wyłącznie tobie.
— Wiem. Uwolni ich dla siebie.
— I nie przeszkadza ci to?
— Dlaczego miałoby? Kiedy mama przejdzie przez bramy Azkabanu, nie będę pytała, czy zrobił to dla mnie, dla niej czy dla wojny. Będzie wolna.
Lucjusz przyglądał jej się przez chwilę.
— To bardzo praktyczne.
— Nauczyłam się od ciebie.
— Nie jestem pewien, czy powinienem być z tego dumny.
Wyszli na zewnątrz.
Zimne powietrze uderzyło Trixie w twarz. Przez moment stała nieruchomo, pozwalając, by mróz uspokoił rozgrzane emocjami ciało.
— Zapytał o magię echa — powiedziała.
— Słyszałem.
— Chce, żebym ją rozwijała. Powiedział, że wezwie mnie ponownie.
Lucjusz wypuścił powietrze.
— Tego właśnie się obawiałem.
Trixie odwróciła twarz w jego stronę.
— Dlaczego? Sam mu o niej powiedziałeś.
— Chciałem, żeby wiedział, że nie jesteś wyłącznie dzieckiem Bellatrix. Nie oczekiwałem, że zainteresuje się tobą aż tak szybko.
— Uważasz, że nie powinnam wracać?
— To nie będzie zależało ode mnie.
— Ale co ty uważasz?
Lucjusz długo milczał.
— Uważam, że Czarny Pan dostrzegł w tobie coś, co może okazać się użyteczne. To znacznie więcej, niż większość ludzi otrzymuje podczas pierwszego spotkania. Jest to także znacznie bardziej niebezpieczne.
— Narcyza powiedziałaby dokładnie to samo.
— Właśnie dlatego nie zamierzam powtarzać jej całej rozmowy.
Trixie uśmiechnęła się.
— A więc ty również potrafisz coś przed nią ukryć.
— Nie ukrywam. Wybieram odpowiedni moment na przekazanie informacji.
— To brzmi znacznie lepiej.
— Zwykle właśnie dlatego używam podobnych określeń.
Trixie schowała laskę i chwyciła go za ramię.
Chwilę później deportowali się.
Narcyza czekała w holu.
Nie siedziała w salonie ani nie próbowała udawać, że zajmowała się czymś innym. Stała przed schodami, dokładnie tam, gdzie zostawili ją kilka godzin wcześniej.
Kiedy drzwi posiadłości się otworzyły, natychmiast podeszła bliżej.
— Trixie?
Dziewczyna zdążyła zdjąć tylko rękawiczki. Potem bez słowa objęła ciotkę.
Narcyza znieruchomiała.
Trixie rzadko inicjowała podobne gesty, zwłaszcza w obecności Lucjusza i Dracona. Po chwili ciotka odwzajemniła uścisk, przyciskając ją do siebie znacznie mocniej.
— Wszystko w porządku? — zapytała.
— Tak.
— Nic ci nie zrobił?
— Nie. Rozmawialiśmy.
— O czym?
Trixie nie odsunęła się od razu.
— O mnie. O rodzicach, Dumbledorze i magii echa.
Narcyza spojrzała nad jej ramieniem na męża.
— Zostawił mnie z nią samą — powiedział Lucjusz.
— Obiecałeś, że nie spuścisz jej z oczu.
— Czarny Pan wydał inne polecenie.
— A ty po prostu wyszedłeś?
— Cissy, gdyby zamierzał ją skrzywdzić, moja obecność nie mogłaby temu zapobiec.
— To miało mnie uspokoić?
— Nie. Miało wyjaśnić sytuację.
Narcyza odsunęła Trixie na długość ramion.
— Jesteś pewna, że nic ci nie jest?
— Jestem. Powiedział, że wezwie mnie ponownie.
Dłonie Narcyzy zacisnęły się na jej ramionach.
— Dlaczego?
— Zainteresowała go moja magia.
— Lucjuszu.
— Nie ja kazałem mu się nią zainteresować.
— To ty mu o niej powiedziałeś.
— Powiedziałem prawdę. Nie zamierzałem przedstawiać Trixie jako bezradnego dziecka tylko po to, by Czarny Pan stracił zainteresowanie.
— Bezradne dzieci zwykle nie włamują się do zakazanych bibliotek — odezwał się Draco z końca korytarza.
Trixie odwróciła twarz w jego stronę.
— Jak długo tam stoisz?
— Wystarczająco długo, żeby usłyszeć, że spotkasz go ponownie.
Podszedł bliżej. Próbował brzmieć obojętnie, ale Trixie słyszała napięcie w jego oddechu.
— Jaki był?
Trixie zastanowiła się nad odpowiedzią.
— Inny, niż sobie wyobrażałam.
— To znaczy?
— Myślałam, że będzie mówił niżej. Jego głos jest bardzo precyzyjny i prawie nie słychać w nim emocji.
— Pytał o mnie?
Pytanie padło szybciej, niż Draco zamierzał.
W holu zrobiło się cicho.
Trixie nie chciała go okłamywać.
— Nie.
Chłopak odwrócił głowę.
— Oczywiście.
— Draco — odezwał się Lucjusz.
— Nic się nie stało. Po prostu chciałem wiedzieć.
Trixie puściła Narcyzę i podeszła w jego stronę.
— Nie spotkał się ze mną dlatego, że jestem ważniejsza od ciebie. Chciał wiedzieć, co stało się z córką Bellatrix i Rudolfa. Dla niego jestem częścią ich historii.
— A teraz?
Trixie przypomniała sobie sposób, w jaki wypowiedział jej pełne imię.
— Teraz chyba trochę mniej.
Draco milczał.
— Co mu powiedziałaś? — zapytał.
— Wszystkiego ci nie powtórzę.
— Dlaczego? Zabronił?
— Nie. Ale ta rozmowa należała do mnie.
Na twarzy Dracona pojawiło się rozczarowanie.
Trixie wyciągnęła dłoń i dotknęła jego ramienia.
— Powiedział, że ludzie próbujący zbyt szybko zwrócić jego uwagę zwykle robią to głupotą. Myślę, że to dobra wiadomość również dla ciebie.
Draco prychnął.
— Bardzo zabawne.
— Nie żartuję. Twój czas naprawdę nadejdzie. Tylko nie próbuj go przyspieszać po to, żeby ze mną rywalizować.
— Nie rywalizuję z tobą.
— Oczywiście, że rywalizujesz. Robisz to od chwili, gdy nauczyliśmy się mówić.
Kącik jego ust drgnął.
— Bo zawsze uważałaś, że jesteś lepsza.
— Nie zawsze. Tylko w większości rzeczy.
— I dlatego wyrzucono cię z biblioteki?
— Nie wyrzucono mnie. Odebrano mi dostęp na trzy miesiące.
— To ogromna różnica.
— Dla mnie tak.
Narcyza pokręciła głową, ale napięcie w jej głosie nieco osłabło.
— Oboje powinniście już spać. Jest późno.
— Nie zasnę — odpowiedziała Trixie.
— W takim razie możesz leżeć w łóżku i nie spać. Nadal będzie to rozsądniejsze niż kolejna rozmowa o Czarnym Panu o tej porze.
Trixie zwróciła się jeszcze do Lucjusza.
— Dziękuję, wuju.
— Za podróż?
— Za to, że mnie wychowałeś, dotrzymałeś obietnicy złożonej ojcu i zabrałeś mnie dzisiaj ze sobą.
Lucjusz wyprostował się nieznacznie.
Nie należał do ludzi, którzy łatwo przyjmowali podobne słowa.
— Nie musisz mi za to dziękować.
— Czarny Pan powiedział to samo. Wy obaj macie problem z przyjmowaniem podziękowań.
— Nie porównuj mnie do niego.
— Nie zrobiłam tego. Zauważyłam tylko podobieństwo.
Lucjusz westchnął.
— Idź spać, Trixie.
Uśmiechnęła się.
— Dobranoc.
Narcyza pocałowała ją w czoło.
— Dobranoc, kochanie.
Draco rzucił krótkie:
— Dobranoc.
Trixie ruszyła po schodach.
Kiedy dotarła do swojego pokoju, zamknęła drzwi i zdjęła płaszcz. Tej nocy ciemność wydawała się jej szczególnie spokojna.
Usiadła na łóżku.
Medalion Bellatrix spoczywał na jej piersi. Trixie uniosła go i zamknęła w dłoni.
Czarny Pan nie obiecał, że uwolni rodziców dla niej.
Nie powiedział, że stanie się jej opiekunem, nie zapewnił, że należy do jego świata, i nie próbował pocieszać jej z powodu dzieciństwa spędzonego bez matki i ojca.
Powiedział jedynie, że pamięta o wiernych.
Że Azkaban nie zatrzyma ich na zawsze.
I że Bellatrix wróci do swojej córki.
To wystarczyło.
Trixie położyła się, nadal trzymając medalion.
Przez czternaście lat jej wiara opierała się na opowieściach, nadziei i dziecięcym przekonaniu, że kiedyś wydarzy się cud.
Teraz nie czekała już na cud.
Czekała na otwarcie bram Azkabanu.
Zapowiada się na ciekawe rozwinięcie.
Ale druga pani znalazła. Czekam na jej teksty również i na bardziej konstruktywne komentarze.
OOO, Zuzanna nie znalazła pretekstu?
xd
Haha, wróci zaraz, nie martw się. 😀 🙂
1. „Kiedy kochała albo nienawidziła, nie pozostawało w niej miejsce na nic innego.”
Powinno być raczej „nie pozostawało w niej miejsca”, to dopełniacz, nie biernik.
2. „Zostawił mnie z nią samą – powiedział Lucjusz”
Coś się rozjechało, Trixie została sama, ale z Czarnym Panem, nie Lucjuszem, więc powinno być raczej: „Zostawiłem ją samą z Nim”.
Niech Bellatrix już wróci, bo oszaleję, jeśli Trixie będzie jeszcze długo wzdychała i czekała na jej powrót.