Rozdział 4 – wezwanie.

No, ten dopracowałam. Zapraszam do czytania. 🙂

ROZDZIAŁ IV
Wezwanie
Azkaban nie odbierał człowiekowi życia.
Odbierał wszystko, co sprawiało, że warto było żyć.
Kamienne mury od lat pozostawały niezmienne. Zimne, wilgotne i przesiąknięte rozpaczą, zdawały się istnieć poza światem. Nie docierał tutaj śmiech dzieci, śpiew ptaków ani zapach ziemi ogrzewanej pierwszym wiosennym słońcem. Nie było pór roku. Nie było nawet prawdziwego dnia i nocy, a jedynie ciemniejsze albo jaśniejsze pasmo szarości, które czasami wpadało przez wąski otwór wysoko pod sufitem.
Bellatrix Lestrange już dawno przestała liczyć dni.
Na początku próbowała. Wydrapywała kreski na kamieniu, rozdzielała tygodnie i usiłowała zapamiętać, ile czasu minęło od procesu. Później dementorzy odebrali jej potrzebę mierzenia czegokolwiek. Dni zlewały się ze sobą, miesiące traciły granice, a lata przestawały mieć znaczenie.
Nie wiedziała, ile razy budziła się na twardej pryczy, wsłuchując się w skrzypienie krat i lodowaty szelest szat dementorów sunących korytarzem. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz przespała całą noc bez koszmarów.
Pamiętała jednak, kim była.
To okazało się trudniejsze do odebrania niż szczęście.
Dementorzy potrafili wyciągnąć z człowieka każde dobre wspomnienie. W ich obecności Bellatrix ponownie przeżywała proces, zamknięcie drzwi celi i chwilę, w której odebrano jej różdżkę. W najgorszych momentach powracał również obraz kołyski oraz maleńkich palców zaciskających się na srebrnym medalionie.
Nie potrafili jednak pożywić się jej lojalnością.
Nie była ona szczęśliwym wspomnieniem. Nie należała do niczego, co mogliby wydrzeć z jej umysłu i obrócić przeciwko niej.
Była przekonaniem, obsesją i częścią tożsamości tak mocno wrośniętą w jej wnętrze, że nawet dementorzy nie umieli oddzielić jej od reszty.
Jej Pan żył.
Powtarzała to każdego dnia, choć nie zawsze była w stanie wypowiedzieć słowa na głos.
Jej Pan powróci.
Czasami głos Bellatrix przypominał jedynie ochrypły szept. Innym razem krzyczała, dopóki strażnicy nie przestawali reagować, przekonani, że jest kolejną więźniarką tracącą rozum.
Z upływem lat słowa te nie traciły dla niej znaczenia. Przeciwnie. Im dłużej pozostawała w Azkabanie, tym mocniej w nie wierzyła.
Voldemort nie mógł zginąć jak zwyczajny człowiek. Nie mógł pozwolić, żeby niemowlę, Dumbledore i całe tchórzliwe Ministerstwo na zawsze pozbawili go władzy. Musiał gdzieś istnieć, osłabiony albo pozbawiony ciała, lecz nadal żywy.
Bellatrix nie wiedziała, gdzie przebywał.
Nie wiedziała, dlaczego przez tyle lat ich nie odnalazł.
Wiedziała tylko, że wróci.
Trwała dla niego.
Nie dla Ministerstwa, które sądziło, że może ją ukarać. Nie dla strażników, którzy po kilku latach przestali odróżniać jej krzyki od krzyków pozostałych więźniów. Nie nawet dla samej siebie.
Trwała, żeby pewnego dnia ponownie uklęknąć przed swoim panem i powiedzieć mu, że ani przez chwilę się go nie wyrzekła.
O Rudolfie wiedziała niewiele.
Zostali przewiezieni do Azkabanu razem, lecz po przekroczeniu bram więzienia natychmiast ich rozdzielono. Bellatrix trafiła do jednej z cel przeznaczonych dla najniebezpieczniejszych więźniów. Rudolfa oraz jego brata zabrano w inną stronę.
Przez czternaście lat nie zamieniła z mężem ani jednego słowa.
Nie wiedziała nawet, w którym skrzydle go umieszczono.
Kilka razy słyszała odległe głosy, gdy dementorzy prowadzili więźniów innymi korytarzami. Raz wydawało jej się, że rozpoznała Rudolfa. Było to tylko jedno słowo, wypowiedziane niskim, zmęczonym głosem, zanim ciężkie drzwi ponownie się zamknęły.
Nie miała pewności, czy głos naprawdę należał do niego.
Innym razem, wiele lat później, strażnicy prowadzili ją na przesłuchanie związane z kolejnym bezsensownym odwołaniem przygotowanym przez jakiegoś urzędnika. Na końcu bocznego korytarza dostrzegła męską sylwetkę w szarej więziennej szacie.
Mężczyzna był wychudzony, pochylony i miał włosy znacznie dłuższe niż Rudolf w dniu aresztowania.
Odwrócił głowę.
Nie zdążyła zobaczyć jego twarzy.
Dementor popchnął ją naprzód, a kamienne drzwi zamknęły się pomiędzy nimi.
Bellatrix zdecydowała jednak, że był to Rudolf.
Musiał nim być.
Nie pozwalała sobie zastanawiać się, czy mąż nadal żyje. Podobnie jak w przypadku Voldemorta i córki, przyjmowała jego istnienie jako fakt. Zwątpienie nie przyniosłoby jej żadnej korzyści. Mogłoby jedynie podarować Azkabanowi kolejną rzecz, którą wykorzystałby przeciwko niej.
Najtrudniej było myśleć o Bellatrix II, którą Narcyza niemal od kołyski nazywała Trixie.
Bellatrix pamiętała córkę tylko jako niemowlę.
Czasami próbowała odtworzyć w myślach jej twarz, lecz obrazy stawały się coraz mniej wyraźne. Włosy pozostawały ciemne. Dłonie niewielkie. Oczy również powinny być ciemne, chociaż Bellatrix nie była już pewna, czy rzeczywiście to pamiętała, czy tylko wyobrażała sobie dziecko podobne do siebie.
Pamiętała za to ciężar małego ciała trzymanego przy piersi.
Zapach włosów.
Ciepło.
Sposób, w jaki Trixie zaciskała palce na jej ubraniu, kiedy Narcyza próbowała wziąć ją na ręce.
Bellatrix przechowywała te obrazy głęboko. Nie przywoływała ich, gdy dementorzy znajdowali się blisko. Wiedziała, że natychmiast zamieniliby je w narzędzie tortury.
Pozwalała sobie na nie tylko czasami, kiedy chłód na korytarzach słabł, a charakterystyczny szelest szat oddalał się do innych części więzienia.
Wtedy wyobrażała sobie, że Trixie żyje.
Dziewczynka urodzona w 1980 roku musiała być już nastolatką. Bellatrix pamiętała dzień jej narodzin, lecz po czternastu latach bez kalendarza nie potrafiła określić, jaki miesiąc ani nawet rok trwał poza murami Azkabanu.
Trixie zapewne mówiła pełnymi zdaniami.
Chodziła.
Uczyła się magii.
Być może przypominała matkę. Być może była podobna do Rudolfa. Bellatrix nie wiedziała, czy trafiła do Hogwartu, do jakiego domu ją przydzielono ani kto nauczył ją pierwszego zaklęcia.
Nie wiedziała nawet, czy córka znała jej imię.
Ta myśl była gorsza niż większość wspomnień podsuwanych przez dementorów.
Jeżeli Narcyza i Lucjusz żyli, powinni byli dotrzymać obietnicy. Powinni byli wychować Trixie jako Lestrange, nie pozwalając, by Ministerstwo albo Dumbledore przedstawili jej rodziców jako ludzi, których należało się wstydzić.
Bellatrix wierzyła, że Narcyza tego nie zrobiła.
Nie ufała Lucjuszowi całkowicie. Szwagier zawsze nade wszystko cenił przetrwanie, pozycję i dobre imię własnego rodu. Cissy jednak była jej siostrą.
Musiała powiedzieć Trixie prawdę.
Musiała nauczyć ją, kim byli jej rodzice.
Tego dnia Bellatrix leżała na pryczy, wpatrując się w kamienny sufit, gdy nagły ból przeszył jej lewe przedramię.
Najpierw był tak niespodziewany, że przez chwilę uznała go za kolejne wspomnienie. Dementor przepływał właśnie gdzieś na końcu korytarza. Chłód wypełniał celę, a z sąsiedniego skrzydła dochodził monotonny jęk któregoś z więźniów.
Potem ból uderzył ponownie.
Bellatrix zerwała się do pozycji siedzącej.
Pod skórą zapłonął ogień.
Nie przypominał chłodu dementorów, bólu od dawna nieleczonych mięśni ani ran pozostawionych przez twardy kamień. Był gorący, pulsujący i dziwnie znajomy.
Przez kilka sekund nie mogła oddychać.
Drżącymi palcami chwyciła brzeg rękawa i odsunęła go aż do łokcia.
Mroczny Znak.
Przez lata wyblakł tak bardzo, że czasami przypominał jedynie stary ślad na skórze. Czaszka i wąż pozostawały ledwo widoczne. Strażnicy przestali zwracać na nie uwagę, a Bellatrix dotykała ich nocami, przypominając sobie, że kiedyś naprawdę należała do czegoś większego niż kamienna cela.
Teraz znak ciemniał.
Czarna czaszka odzyskiwała wyraźny kształt. Wąż wychodzący z jej ust zdawał się poruszać, jakby po czternastu latach obudził się pod skórą.
Ból narastał.
Bellatrix przycisnęła przedramię do piersi. Z gardła wyrwał jej się zduszony dźwięk, lecz nie był to krzyk cierpienia.
Rozpoznała wezwanie.
Czarny Pan przywoływał swoich ludzi.
Przywoływał ją.
Przez jedną straszną chwilę Bellatrix nie była w stanie się poruszyć. Jej ciało próbowało odpowiedzieć na rozkaz, lecz cela pozostawała zamknięta. Nie miała różdżki. Nie mogła się teleportować ani uklęknąć przed swoim panem.
Znak zapłonął mocniej.
— Nie mogę — wyszeptała.
Słowa zabrzmiały rozpaczliwie.
— Panie, nie mogę odpowiedzieć.
Rzuciła się do krat.
Chwyciła je obiema dłońmi i szarpnęła z całej siły, jakby czternaście lat więzienia mogło wreszcie ustąpić pod wpływem samego pragnienia. Metal pozostał nieruchomy.
— Wróciłeś.
Jej głos drżał.
Nie z lęku.
Z zachwytu tak gwałtownego, że niemal przypominał ból.
— Wiedziałam, że wrócisz.
Zaczęła się śmiać.
Najpierw cicho, jakby dawno nieużywane mięśnie nie pamiętały już tego dźwięku. Potem coraz głośniej. Śmiech odbijał się od kamiennych ścian, płynął korytarzem i mieszał z krzykami pozostałych więźniów.
Bellatrix śmiała się, zaciskając palce na kratach.
Dementor zatrzymał się przed jej celą.
Chłód zgęstniał. Wspomnienie upadku Voldemorta, procesu i odbieranej różdżki uderzyło w nią z całą siłą. Kolana ugięły się pod jej ciężarem.
Nie przestała się śmiać.
Dementor mógł odebrać jej wspomnienie szczęścia.
Nie mógł zmienić faktu.
Mroczny Znak płonął.
Voldemort żył.
Dementor odpłynął.
Bellatrix osunęła się na kamienną posadzkę, lecz nadal trzymała lewe ramię przy piersi. Oddychała szybko, czując, że po raz pierwszy od czternastu lat w jej wnętrzu porusza się coś więcej niż gniew.
Nadzieja.
Daleko, w innym skrzydle Azkabanu, Rudolf Lestrange obudził się z dłonią zaciśniętą na własnym przedramieniu.
Jego Mroczny Znak również płonął.
Nie zareagował śmiechem.
Przez kilka sekund siedział całkowicie nieruchomo, z zamkniętymi oczami, pozwalając bólowi potwierdzić to, czego nie odważyłby się przyjąć po pierwszym uderzeniu.
Czarny Pan wrócił.
Rudolf powoli podwinął rękaw. Nawet w nikłym świetle widział, że znak odzyskał dawną czerń.
Serce przyspieszyło, lecz twarz pozostała spokojna.
— A więc miałaś rację, Bello — wyszeptał.
Nie wiedział, czy żona żyje.
Wierzył jednak, że jeśli jej znak zapłonął, musiała reagować tak gwałtownie, jak reagowała na wszystko, co dotyczyło Voldemorta.
Chwilę później przez więzienie poniósł się odległy śmiech.
Był słaby, zniekształcony przez grube ściany i kolejne korytarze. Rudolf mógł go pomylić z krzykiem dowolnego więźnia, który właśnie stracił resztki zdrowego rozsądku.
Nie pomylił.
Znał śmiech żony.
Nawet czternaście lat nie mogło sprawić, żeby go zapomniał.
Oparł głowę o kamienną ścianę.
— Wiedziałaś — powiedział cicho. — Oczywiście, że wiedziałaś.
Bellatrix nie mogła go usłyszeć.
Nie miało to znaczenia.
Po raz pierwszy od chwili uwięzienia Rudolf wiedział z niemal całkowitą pewnością, że jego żona żyje.
I że zrozumiała wezwanie dokładnie tak samo jak on.
Mroczny Znak przestał płonąć po kilku minutach.
Nie zbladł jednak ponownie.
Pozostał ciemny i wyraźny.
Od tamtej nocy Bellatrix nie była już tym samym więźniem.
Azkaban nadal odbierał jej siły. Dementorzy wciąż sunęli pod celą, zmuszając ją do przeżywania najgorszych chwil. Ciało pozostawało wychudzone, mięśnie słabe, a głos ochrypły od lat krzyku i milczenia.
Zmienił się jednak sposób, w jaki wstawała z pryczy.
Każdego dnia pierwszą rzeczą, którą robiła po przebudzeniu, było odsunięcie rękawa. Dotykała Mrocznego Znaku, upewniając się, że wezwanie nie było snem wywołanym przez szaleństwo.
Znak zawsze pozostawał na swoim miejscu.
Był dowodem.
Czarny Pan odzyskał ciało.
Gdzieś poza Azkabanem ponownie gromadził swoich ludzi, planował zemstę i odbudowywał władzę.
Bellatrix cieszyła się.
Jednocześnie nigdy wcześniej mury nie wydawały jej się tak ciasne.
Jej Pan ją wezwał.
Ona nie odpowiedziała.
Wiedziała, że nie ponosi winy. Wiedziała, że nawet Voldemort musiał rozumieć, iż jego uwięzieni zwolennicy nie mogą opuścić cel wyłącznie dzięki własnej woli.
Wiedza nie przynosiła ulgi.
Każdego dnia wyobrażała sobie moment, w którym wreszcie przed nim stanie. Upadnie na kolana, ucałuje skraj jego szaty i powróci na swoje miejsce.
Nie będzie tłumaczyła się ani błagała o przebaczenie. Nie zdradziła go i nie popełniła błędu.
Powie jedynie prawdę.
Próbowała odpowiedzieć.
Przez następne miesiące stawała się coraz bardziej niespokojna.
Podchodziła do krat częściej, nasłuchując obcych kroków. Badała palcami kamienie wokół zamków. Szarpała metal, choć wiedziała, że bez różdżki nie zdoła naruszyć zabezpieczeń.
Czasami wykrzykiwała imię Voldemorta, chcąc, by dementorzy i całe Ministerstwo usłyszeli, że nadal do niego należy.
Innym razem siedziała całkowicie nieruchomo, planując przyszłość.
Czarny Pan wrócił.
To oznaczało, że również ona odzyska wolność.
Nie wiedziała, kiedy. Nie wiedziała, czy potrwa to kilka miesięcy, czy kolejny rok.
Wiedziała tylko, że Voldemort nie zapomni o ludziach, którzy spędzili czternaście lat w Azkabanie, ponieważ odmówili wyrzeczenia się jego imienia.
Wraz z nadzieją coraz częściej pojawiały się myśli o Trixie.
Wcześniej Bellatrix ostrożnie trzymała wspomnienie córki z dala od własnego umysłu. Teraz pozwalała mu powracać. Skoro Voldemort żył, istniała szansa, że kiedyś opuści więzienie. A skoro mogła odzyskać wolność, mogła również odzyskać dziecko.
Próbowała wyobrazić sobie piętnastoletnią córkę.
Czy była wysoka?
Czy mówiła szybko?
Czy miała temperament Blacków, czy spokój Rudolfa?
Czy trafiła do Slytherinu?
Czy potrafiła już rzucać zaklęcia niewerbalne?
Czy Narcyza nauczyła ją, że nigdy nie należy pochylać głowy przed ludźmi wyłącznie dlatego, że mają nad nią chwilową przewagę?
Pytania mnożyły się, a Bellatrix nie potrafiła odpowiedzieć na żadne.
Najgorsze przychodziło później.
Czy Trixie pamiętała, że miała matkę?
Nie mogła pamiętać jej twarzy ani głosu. Była niemowlęciem, kiedy Bellatrix została aresztowana. Wszystko, co wiedziała o rodzicach, musiało pochodzić od Malfoyów.
Bellatrix ufała Narcyzie, ale czternaście lat było długim czasem.
Cissy mogła zacząć uważać Trixie za własne dziecko.
Ta myśl budziła w Bellatrix gniew tak silny, że kilka razy rzuciła się na kraty, zanim zdołała odzyskać kontrolę.
Narcyza mogła ją wychować.
Mogła ją karmić, uspokajać, uczyć chodzić i mówić.
Nie mogła stać się jej matką.
Trixie była córką Bellatrix.
Należała do niej.
Po chwili przychodziło poczucie winy, którego Bellatrix nienawidziła jeszcze bardziej niż zazdrości. Narcyza zrobiła to, czego ona sama nie mogła. Jeżeli Trixie żyła, była bezpieczna i znała własne nazwisko, należało to zawdzięczać właśnie jej.
Bellatrix obiecywała sobie, że będzie o tym pamiętać.
Nie miała pewności, czy dotrzyma tej obietnicy, kiedy wreszcie zobaczy córkę w ramionach siostry.
W oddzielnym skrzydle Rudolf czekał inaczej.
Nie szarpał krat. Nie wykrzykiwał imienia Voldemorta i nie próbował siłą pokonać zabezpieczeń. Siedział przy ścianie, obserwując Mroczny Znak oraz zmiany zachodzące w więzieniu.
Strażnicy, nieliczni czarodzieje pojawiający się przy dostawach i kontrolach, stawali się coraz bardziej nerwowi. Przestali prowadzić rozmowy w pobliżu cel. Kilka razy Rudolf słyszał urwane zdania dotyczące Ministerstwa, Dumbledore’a i niemożliwych plotek.
Dementorzy również zachowywali się inaczej.
Przez lata poruszali się według niezmiennego rytmu. Przepływali korytarzami, zatrzymywali się przy celach, a potem odchodzili, pozostawiając po sobie chłód i rozpacz.
Teraz gromadzili się w większych grupach.
Czasami opuszczali skrzydło na wiele godzin. Innym razem pozostawali przy wejściach, ale nie zwracali uwagi na więźniów. Zdawali się nasłuchiwać wezwania docierającego spoza murów.
Rudolf obserwował.
Czarny Pan nie musiał wysyłać czarodziejów do szturmu na twierdzę. Azkaban opierał swoje bezpieczeństwo przede wszystkim na dementorach. Jeśli przestali służyć Ministerstwu, więzienie straciło najważniejszych strażników.
Pozostawały kraty, zaklęcia i morze.
Zabezpieczenia stworzone przez ludzi można było jednak złamać.
Rudolf nie wiedział, czy Voldemort prowadził z dementorami rozmowy ani co mógł im zaoferować. Domyślał się jedynie, że istoty karmiące się rozpaczą znacznie łatwiej odnajdą się w świecie opanowanym przez Czarnego Pana niż pod kontrolą Ministerstwa narzucającego im ograniczenia.
Czekał.
W przeciwieństwie do Bellatrix wiedział, że nie przyspieszy wydarzeń samą siłą pragnienia.
Próbował zachować resztki energii.
Jeśli nadejdzie chwila ucieczki, będzie musiał być gotowy. Nie wiedział, w jakim stanie znajdowała się żona, brat ani inni uwięzieni zwolennicy Voldemorta. Nie wiedział, czy po czternastu latach zdołają biec, walczyć albo utrzymać różdżkę.
Wiedział jednak, że Bellatrix spróbuje zrobić wszystko naraz.
Ktoś będzie musiał powstrzymać ją przed zmarnowaniem odzyskanej wolności w ciągu pierwszych kilku minut.
Ta myśl wywołała na jego twarzy słaby uśmiech.
Była pierwszą prawie zwyczajną myślą, na jaką pozwolił sobie od lat.
Nie wiedzieli, ile miesięcy upłynęło od powrotu Voldemorta.
Pewnej nocy Azkaban ucichł.
Nie była to zwykła cisza. Zabrakło szelestu szat dementorów, kroków na korytarzach oraz przytłaczającego chłodu, który od lat przenikał każdy kamień.
Bellatrix obudziła się gwałtownie.
Przez pierwszą chwilę nie wiedziała, co ją zbudziło.
Potem zrozumiała.
Nie czuła dementorów.
Ich obecność zawsze pozostawała gdzieś na granicy świadomości, nawet kiedy znajdowali się w odległym skrzydle. Człowiek wiedział, że są blisko, ponieważ każde dobre wspomnienie stawało się słabsze, a w piersi pojawiał się ciężar.
Teraz tego nie było.
Bellatrix usiadła.
Na korytarzu panowała całkowita cisza.
Wstała z pryczy i podeszła do krat.
— No dalej — wyszeptała. — Pokażcie mi, co przygotowaliście.
Nie otrzymała odpowiedzi.
Po chwili gdzieś daleko rozległ się metaliczny dźwięk.
Nie był to wybuch.
Przypominał serię ciężkich zamków otwierających się jeden po drugim.
Pierwszy.
Drugi.
Następny.
Dźwięk zbliżał się powoli.
Bellatrix zacisnęła palce na kratach.
Na końcu korytarza pojawiła się wysoka postać odziana w czarną szatę.
Dementor.
Płynął w jej stronę, ale tym razem nie przynosił ze sobą zwykłej fali rozpaczy. Chłód nadal towarzyszył jego obecności, lecz istota nie zatrzymywała się przy zamkniętych celach.
Mijała kolejne drzwi.
Za każdym razem zamek ustępował.
Dementor nie wypowiadał zaklęć ani nie dotykał krat. Wystarczało, że przesuwał się obok, a zabezpieczenia więzienia gasły jak światła pozbawione źródła energii.
Zatrzymał się przed Bellatrix.
Przez moment mierzyli się w milczeniu.
Bellatrix uniosła głowę.
Nie cofnęła się ani o krok.
Dementor przesunął szponiastą dłoń wzdłuż krat.
Zamek otworzył się.
Drzwi celi uchyliły się powoli.
Bellatrix nie ruszyła od razu.
Przez czternaście lat wyobrażała sobie ten moment tysiące razy. W jej myślach zawsze towarzyszył mu huk, walka, głos Voldemorta albo zaklęcia rozbijające kamienne mury.
W rzeczywistości drzwi po prostu stanęły otworem.
Dementor odpłynął w głąb korytarza.
Nie próbował jej zatrzymać.
Bellatrix spojrzała na próg.
Jeden krok wystarczył, by opuściła miejsce, które przez czternaście lat stanowiło cały jej świat.
Zrobiła go powoli.
Nogi zadrżały. Musiała oprzeć dłoń o ścianę, ale nie zatrzymała się.
Postawiła drugi krok.
Potem trzeci.
Stanęła na korytarzu.
Cela pozostała za jej plecami.
Bellatrix odwróciła się w jej stronę po raz ostatni.
— Nie zdołaliście mnie złamać — powiedziała.
Głos miała ochrypły, lecz pewny.
— Nie sprawiliście, żebym żałowała. Nie odebraliście mi jego imienia.
Dotknęła Mrocznego Znaku.
— A teraz mój Pan odbiera mnie wam.
Ruszyła korytarzem.
Drzwi kilku innych cel również stały otwarte. Wychodzili z nich ludzie, których z trudem rozpoznawała. Antonin Dołohow był wychudzony i posiwiały. Augustus Rookwood poruszał się, podpierając ściany. Mulciber miał twarz tak zapadniętą, że przypominała czaszkę.
Wszyscy jednak żyli.
Wszyscy nosili na przedramionach ciemne znaki.
Nikt nie pytał, co się wydarzyło.
Rozumieli.
Dementorzy przestali strzec Azkabanu dla Ministerstwa.
Przeszli na stronę Voldemorta.
— Gdzie Rudolf? — zapytała Bellatrix.
Głos zabrzmiał ostrzej, niż zamierzała.
Dołohow spojrzał na nią nieprzytomnie.
— Nie wiem. Otwierają cele w innych skrzydłach.
Bellatrix natychmiast ruszyła w stronę schodów.
— Bello — zawołał ktoś za nią. — Powinniśmy iść do dolnej bramy.
Nie zatrzymała się.
— Najpierw znajdę męża.
— Jeżeli zaczniesz błądzić po Azkabanie, zabezpieczenia mogą ponownie się zamknąć, zanim dotrzesz do innego skrzydła — powiedział Rookwood.
Bellatrix odwróciła się gwałtownie.
— Kto je zamknie? Dementorzy, którzy właśnie otworzyli nam cele? Ministerstwo, które nawet nie wie, co się tutaj dzieje?
— Otwarto nam drogę ku dolnej bramie — odpowiedział Rookwood. — Jeżeli stoi za tym Czarny Pan, właśnie tam powinniśmy się udać. Rudolf zapewne trafi tam z pozostałymi.
Wzmianka o Voldemorcie zatrzymała ją skuteczniej niż jakikolwiek rozkaz.
Jeżeli rzeczywiście przygotował im drogę wyjścia, Rudolf również powinien podążać w tym samym kierunku.
Bellatrix zacisnęła szczękę.
— W takim razie ruszajcie.
Schodzili powoli.
Po czternastu latach mięśnie odmawiały posłuszeństwa. Kilku więźniów potknęło się na schodach. Nikt nie miał różdżki ani siły pozwalającej na otwartą walkę.
Nie było jednak z kim walczyć.
Dementorzy przepływali obok, ignorując uciekinierów.
W górnych częściach więzienia rozlegały się krzyki pozostałych osadzonych. Otwarto tylko wybrane cele. Inni więźniowie uderzali w kraty, błagali o uwolnienie i wykrzykiwali przekleństwa.
Bellatrix nie zwracała na nich uwagi.
Czarny Pan wybrał swoich ludzi.
Pozostali nie mieli znaczenia.
Na dole dotarli do szerokiego kamiennego przejścia prowadzącego ku zewnętrznym bramom. Magiczne zabezpieczenia migotały słabo, jakby ktoś odcinał je jedno po drugim.
Wtedy Bellatrix usłyszała własne imię.
— Bello.
Zatrzymała się.
Głos był niższy i bardziej ochrypły niż w jej wspomnieniach. Czternaście lat zmieniło go, ale nie na tyle, by mogła się pomylić.
Odwróciła się.
Rudolf stał kilka kroków dalej.
Był przeraźliwie chudy. Włosy opadały mu na ramiona, twarz miał zapadniętą, a dawne eleganckie szaty zastąpił szary, zniszczony strój więźnia. Podtrzymywał pod ramię Rabastana, który wyglądał jeszcze gorzej.
Bellatrix przez chwilę nie mogła się poruszyć.
Przez czternaście lat przyjmowała życie męża za pewnik, ponieważ nie mogła pozwolić sobie na inną możliwość.
Teraz stał przed nią.
Naprawdę żył.
Rudolf puścił brata, gdy ten odzyskał równowagę, i ruszył ku żonie. Nie szedł szybko. Żadne z nich nie miało już siły na gwałtowne ruchy, chociaż Bellatrix próbowała.
Znalazła się przy nim pierwsza.
Chwyciła jego twarz obiema dłońmi, nie dbając o ludzi dookoła.
— Jesteś — powiedziała.
Nie było to pytanie ani powitanie.
Rudolf objął jej nadgarstki.
— Słyszałem twój śmiech, kiedy znak zapłonął. Wiedziałem wtedy, że nadal żyjesz i że zrozumiałaś wezwanie dokładnie tak jak ja.
— Próbowałam się wydostać.
— Tego również się domyśliłem.
Jego spokój, choć osłabiony czternastoma latami Azkabanu, nadal brzmiał znajomo.
Bellatrix przesunęła palcami po jego policzkach, próbując odnaleźć pod zniszczoną twarzą mężczyznę, którego pamiętała.
— Azkaban zmienił cię bardziej, niż przypuszczałam — powiedziała.
— Ciebie również. Z daleka niemal cię nie poznałem, ale potem usłyszałem głos.
— Głos nadal mam ten sam.
— I nadal brzmisz tak, jakbyś za chwilę miała się ze mną pokłócić.
— To powinno cię uspokoić. Widocznie nie zmieniłam się aż tak bardzo.
Przyciągnęła go do siebie.
Nie był to delikatny uścisk. Bellatrix zacisnęła ramiona na jego ciele tak mocno, jakby chciała upewnić się, że żaden dementor, strażnik ani mur nie zdoła ich ponownie rozdzielić.
Rudolf objął ją równie mocno.
Przez chwilę stali pośrodku korytarza, nie zwracając uwagi na pozostałych uciekinierów.
— Myślałeś o niej? — zapytała Bellatrix przy jego ramieniu.
Nie musiała wypowiadać imienia.
— Każdego dnia, choć nie pozwalałem sobie zbyt często wyobrażać, kim mogła się stać. Nie wiedziałem, czy kiedykolwiek będę mógł porównać te obrazy z prawdą.
Bellatrix odsunęła się nieznacznie.
— Urodziła się w 1980 roku. Musi mieć piętnaście lat.
— Jeżeli dobrze odgadujemy, jaki rok jest teraz poza murami.
— Pamiętam, kiedy się urodziła.
— Ja również. Nie pamiętam tylko, ile zim minęło naprawdę, a ile przeżyłem jedynie w głowie.
Bellatrix zacisnęła usta.
— Musi żyć.
— Jeżeli Narcyza i Lucjusz przeżyli wojnę, zaopiekowali się nią.
— Cissy jej nie oddała.
Rudolf natychmiast usłyszał, co kryło się pod tym zdaniem.
— Narcyza nie ukradła ci córki, Bello.
— Wiem.
— Nie brzmiało to przekonująco.
— Powiedziałam, że wiem. Nie oznacza to, że musi mi się podobać, iż to ona zna Trixie, a ja nie.
— Najpierw musimy stąd wyjść.
Bellatrix podniosła głowę.
— Najpierw staniemy przed Czarnym Panem.
— Oczywiście.
Nie musieli omawiać tego dłużej.
Przed nimi otworzyły się ostatnie drzwi.
Uderzył w nich zimny morski wiatr.
Bellatrix zatrzymała się na progu.
Po raz pierwszy od czternastu lat poczuła na twarzy deszcz. Nie wilgoć kamiennej celi ani wodę podawaną przez strażników. Prawdziwe krople spadające z otwartego nieba.
Zamknęła oczy.
Morze huczało wokół wyspy. Wiatr szarpał splątanymi włosami i cienką więzienną szatą. Rudolf stanął obok, wystarczająco blisko, by mogła poczuć ciepło jego ramienia.
Niebo pozostawało ciemne.
Dla Bellatrix było najpiękniejszym widokiem, jaki pamiętała.
Na skalistym brzegu czekały ciemne łodzie. Kilka zakapturzonych postaci pomagało więźniom dostać się poza ostatnią linię zabezpieczeń, gdzie będzie można się teleportować albo skorzystać ze świstoklików.
Jeden z mężczyzn podszedł do Bellatrix i podał jej ciężki czarny płaszcz.
— Czarny Pan oczekuje was natychmiast po opuszczeniu wyspy.
Bellatrix wyrwała mu ubranie z dłoni.
— Czekałam czternaście lat. Nie zamierzam kazać mu czekać ani chwili dłużej.
Narzuciła płaszcz na ramiona.
Rudolf otrzymał drugi. Pomógł Rabastanowi wejść do najbliższej łodzi, po czym zwrócił się do żony.
— Dasz radę?
Bellatrix spojrzała na niego z oburzeniem.
— Jeżeli po czternastu latach pierwszą rzeczą, jaką zamierzasz zrobić, jest pytanie, czy potrzebuję pomocy, powinieneś wrócić do swojej celi i lepiej przemyśleć nasze małżeństwo.
— Uznam to za odpowiedź twierdzącą.
Wyciągnął do niej rękę.
Bellatrix spojrzała na nią.
Potem zacisnęła na niej palce i weszła do łodzi.
Nie dlatego, że nie potrafiła zrobić tego sama.
Chciała poczuć, że Rudolf naprawdę znowu znajdował się przy niej.
Gdy odbili od brzegu, Azkaban zaczął oddalać się w ciemności.
Bellatrix nie obejrzała się ani razu.
Siedziała wyprostowana, choć całe ciało drżało z zimna i wyczerpania. Jedną ręką trzymała skraj płaszcza, drugą pozostawiała zaciśniętą na dłoni Rudolfa.
Dotknęła kciukiem Mrocznego Znaku.
— Wracam, mój Panie — powiedziała.
Wiatr niemal porwał jej słowa, lecz Rudolf je usłyszał.
— Tym razem już nic mnie od ciebie nie oddzieli.
Przed nimi czekał Voldemort.
Za murami Azkabanu znajdowała się ich piętnastoletnia córka.
Bellatrix nie wiedziała jeszcze, którą z tych dwóch osób zobaczy jako pierwszą.
Wiedziała tylko, że odzyska oboje.
A każdy człowiek, który spróbuje ponownie stanąć pomiędzy nimi, będzie żałował, że bramy Azkabanu kiedykolwiek się otworzyły.

3 comments

  1. Jeśli dobrze pamiętam, to dementorzy poruszali się bezszelestnie, dlaczego więce teraz mieliby zacząć szeleścić szatami?
    “Chwyciła je obiema dłońmi i szarpnęła z całej siły, jakby czternaście lat więzienia mogło wreszcie ustąpić pod wpływem samego pragnienia.”
    Obawiam się, że tu się pomieszały pojęcia więzienia jako miejsca i jako stanu uwięzienia, co poskutkowało stylistycznym babolkiem. I to rymowanym.
    “Przez moment mierzyli się w milczeniu”. Znaczy wzrokiem? Dementor? Przecież oni mieli brak oczu zasłonięty kapturem. Nawet jeśli wzrokiem, to zabrakło tu tego wzroku.
    Za murami Azkabanu to akurat oni się znajdowali jeszcze chwilę wcześniej. Ta konstrukcja sugeruje, że ich córka właśnie teraz była w więzieniu albo że oni jeszcze nie wyszli. W sensie, jest w zasadzie zbędna, bo i tak kontekst więzienia pozostał już za nimi.

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *