ROZDZIAŁ VIII
Po drugiej stronie ciszy
Bellatrix pozostała przed zamkniętymi drzwiami długo po tym, jak po drugiej stronie ucichły kroki córki.
Powinna była odejść. Trixie była zmęczona, chciała spać i wyraźnie powiedziała, że niczego nie potrzebuje. Bellatrix rozumiała, że dziewczyna ma prawo zamknąć drzwi i zostać sama, nawet jeśli cudze potrzeby zwykle wydawały jej się mniej istotne od własnych zamiarów.
Mimo to nie potrafiła zmusić nóg do ruchu.
Jej córka znajdowała się zaledwie kilka kroków dalej. Nie w Durmstrangu, nie w Azkabanie ani w innym miejscu, do którego Bellatrix nie miała dostępu. Nie była już tylko niemowlęciem zachowanym w coraz mniej wyraźnym wspomnieniu ani zbiorem informacji, które Narcyza, Lucjusz i sam Czarny Pan przekazywali jej przez cały wieczór.
Była tutaj.
Bellatrix mogła unieść rękę i zapukać. Mogła jeszcze raz usłyszeć głos Trixie, dotknąć jej ciemnych włosów albo zadać kolejne pytanie, zanim dzielące je drzwi ponownie zamienią się w granicę.
Nie chciała zasypiać.
Bała się, że jeśli odejdzie, zamknie oczy i pozwoli sobie stracić kontrolę choćby na kilka godzin, cały ten dzień okaże się kolejnym wytworem umysłu wycieńczonego czternastoma latami więzienia. Obudzi się na kamiennej pryczy, a dotyk dłoni Trixie i wypowiedziane przez nią słowo „mamo” będą tylko wspomnieniem, którym dementorzy pozwolili jej się nacieszyć po to, by za chwilę odebrać je ponownie.
Palce Bellatrix zacisnęły się na różdżce.
Nie przywykła do bezsilności. Jeśli czegoś pragnęła, brała to, wymuszała albo niszczyła przeszkodę stojącą jej na drodze. Nie istniało jednak zaklęcie, które mogłoby zwrócić jej pierwsze słowo córki, pierwszy krok, pierwszy dzień nauki ani wszystkie noce, podczas których Trixie budziła się pod dachem Malfoyów i wołała Narcyzę zamiast własnej matki.
Z pokoju dobiegł cichy szelest.
Bellatrix natychmiast uniosła głowę.
Przez kilka sekund nasłuchiwała, lecz nic więcej się nie wydarzyło. Trixie najwyraźniej odłożyła jakiś przedmiot albo przygotowywała się do snu.
Był to zupełnie zwyczajny dźwięk.
Tak zwyczajny, że poruszył Bellatrix bardziej niż wszystkie uroczyste słowa wypowiedziane tego wieczoru.
Jej córka układała się do snu w pokoju znajdującym się kilka kroków dalej.
— Bello.
Głos Rudolfa wyrwał ją z zamyślenia.
Odwróciła się gwałtownie, jakby została przyłapana na czymś niewłaściwym. Mąż stał przy końcu korytarza, wsparty lekko o drewnianą balustradę. W półmroku wyglądał niemal tak samo jak dawniej, choć Azkaban odcisnął na nim ślad równie wyraźny jak na niej. Był chudszy i blady, a wokół oczu pojawiły się linie, których wcześniej nie pamiętała.
Jego spojrzenie pozostało jednak spokojne.
Zbyt spokojne.
— Co? — rzuciła.
— Niczego jeszcze nie powiedziałem.
— Patrzysz.
— Zazwyczaj patrzę na ludzi, z którymi zamierzam rozmawiać.
— Nie rozmawialiśmy.
Rudolf odepchnął się od balustrady i podszedł bliżej.
— Przyszedłem sprawdzić, czy zamierzasz spędzić całą noc pod jej drzwiami.
Bellatrix ponownie zwróciła twarz w stronę pokoju córki.
— Mogłabym.
— Mogłabyś także pozwolić jej zasnąć bez zastanawiania się, dlaczego matka zatrzymała się na korytarzu i nie odeszła.
— Nie wie, że tutaj stoję.
— Rozpoznaje twoje kroki. Jeżeli jeszcze nie śpi, prawdopodobnie słyszała, że zatrzymałaś się przed drzwiami.
Bellatrix zmarszczyła brwi.
Nie pomyślała o tym.
Jeszcze jedna rzecz, której nie wiedziała.
Narcyza z pewnością potrafiłaby powiedzieć, czy Trixie lubi przed snem całkowitą ciszę, czy zostawia uchylone okno, jak długo czyta i po czym można poznać, że należy przestać z nią rozmawiać, nawet jeśli nadal uprzejmie odpowiada. Wiedziałaby również, po jakim czasie od zamknięcia drzwi dziewczyna zwykle zasypiała.
Bellatrix nie wiedziała niczego.
— Cissy zna każdy jej zwyczaj — powiedziała z goryczą.
Rudolf zatrzymał się obok niej.
— Wychowała ją.
— Nie musisz mi przypominać.
— W takim razie przestań zachowywać się tak, jakby zrobiła ci coś złego.
Bellatrix zwróciła się ku niemu.
— Nie zachowuję się w ten sposób.
— Przez cały wieczór rywalizowałaś z nią o uwagę Trixie.
— To moja córka.
— A Narcyza była przy niej przez niemal całe życie.
Słowa trafiły celniej, niż Bellatrix chciała przyznać.
— Nie jest jej matką.
— Nie powiedziałem, że zajęła twoje miejsce. Pełniła wobec niej matczyną rolę wtedy, kiedy my nie mogliśmy.
— Byliśmy w Azkabanie, nie na wakacjach.
— Wiem.
— Mówisz tak, jakbyśmy sami zdecydowali, że nie będziemy jej wychowywać.
— Niczego takiego nie powiedziałem.
— Ale myślisz.
Rudolf westchnął, lecz nie okazał zniecierpliwienia.
— Bello, nie walczysz teraz ze mną.
— Nie mów mi, z kim walczę.
— Walczysz z czternastoma latami. Z Narcyzą, ponieważ przeżyła je przy Trixie. Z Lucjuszem, bo zna ją lepiej od ciebie. Z Durmstrangiem, bo za kilka dni zabierze ją z powrotem do życia, w którym nie ma dla ciebie jeszcze stałego miejsca. Walczysz z każdym człowiekiem, który otrzymał choćby jeden dzień jej dzieciństwa, podczas gdy ty nie miałaś żadnego.
Bellatrix zacisnęła szczękę.
Chciała zaprzeczyć, ale nie znalazła odpowiednich słów.
Rudolf miał irytujący zwyczaj wypowiadania prawdy właśnie wtedy, kiedy najbardziej pragnęła jej uniknąć. Było tak przed Azkabanem i najwyraźniej czternaście lat więzienia niczego w tej kwestii nie zmieniło.
— Chcę tylko tego, co mi zabrano — powiedziała w końcu.
— Tego nie odzyskasz.
Spojrzała na niego z gniewem.
— Nie próbuj mnie pocieszać.
— Nie próbuję. Mówię prawdę. Nie odzyskasz jej dzieciństwa, ale możesz być obecna w tym, co dopiero przed nią.
— Nie wystarcza mi to.
— Tobie nigdy nic nie wystarczało.
— I właśnie dlatego przeżyłam Azkaban.
Przez chwilę patrzyli na siebie w ciszy.
Bellatrix chciała, żeby Rudolf odwrócił wzrok, wycofał się albo przynajmniej przestał wyglądać tak, jakby rozumiał więcej, niż zamierzała mu powiedzieć. On jednak pozostał nieruchomy.
— Chodź — odezwał się w końcu. — Pozwól jej spać.
Nie wyciągnął ręki. Nie próbował jej odciągać ani wydawać poleceń.
Bellatrix jeszcze raz spojrzała na zamknięte drzwi.
— Ona rano nadal tutaj będzie — dodał Rudolf.
— Skąd wiesz?
— Ponieważ sama ci to obiecała.
— Ludzie składają obietnice, a potem znikają.
— Trixie nie jest Andromedą.
Bellatrix odwróciła się tak szybko, że ciemne włosy uderzyły ją w twarz.
— Nie wypowiadaj przy mnie tego imienia.
Rudolf nie cofnął się.
— Właśnie dlatego powinnaś je usłyszeć. Trixie nie opuści cię tylko dlatego, że kocha także Narcyzę, nie zgadza się z tobą albo chce wrócić do szkoły. Jeżeli zaczniesz traktować każdą jej potrzebę niezależności jak zdradę, sama ją od siebie odepchniesz.
— Nie odepchnę jej.
— W takim razie pozwól jej być Trixie, a nie wyłącznie córką Bellatrix Lestrange.
Bellatrix poczuła znajome gorąco gniewu. Najłatwiej byłoby podnieść głos, uderzyć w najczulszy punkt albo odejść, zanim Rudolf powie coś jeszcze.
Zamiast tego pozostała na miejscu.
— Nie wiem, jak to zrobić — przyznała tak cicho, że niemal nie rozpoznała własnego głosu.
Twarz Rudolfa złagodniała.
— Wiem.
— Nie patrz na mnie w ten sposób.
— W jaki?
— Jakbyś się nade mną litował.
— Nigdy się nad tobą nie litowałem.
To była prawda.
Właśnie dlatego go wybrała. Nie wyłącznie dlatego, że należał do odpowiedniej rodziny ani dlatego, że małżeństwo Lestrange’a z najstarszą córką Blacków odpowiadało obu rodom. Rudolf nigdy nie próbował jej naprawiać, uciszać ani zmuszać do udawania kobiety spokojniejszej i łatwiejszej do zniesienia.
Potrafił ją zatrzymać, lecz nie przez złamanie jej woli. Stawał przed nią i czekał, aż sama zauważy granicę, nawet jeśli wcześniej musiała kilkakrotnie się o nią rozbić.
Bellatrix rzuciła ostatnie spojrzenie drzwiom córki, po czym ruszyła za mężem. Nie przyznałaby tego głośno, ale podczas drogi liczyła kroki, chcąc dokładnie zapamiętać, jak daleko ich sypialnia znajdowała się od pokoju Trixie.
Narcyza przygotowała dla nich jedną z większych komnat we wschodnim skrzydle. W kominku płonął ogień, a na szerokim łóżku leżała świeża pościel. Na stoliku czekały dzban wody, dwie szklanki i butelka wina. Na krześle pozostawiono dla Bellatrix nocną koszulę oraz szlafrok.
Zatrzymała się pośrodku pokoju.
Drzwi zamknęły się za Rudolfem.
Cisza, która po tym zapadła, była inna od tej na korytarzu. Nie było w niej Trixie, Narcyzy ani Lucjusza. Nie było pytań, cudzych spojrzeń ani konieczności pilnowania każdego słowa.
Po raz pierwszy od ucieczki z Azkabanu zostali naprawdę sami.
Bellatrix rozejrzała się po pomieszczeniu, choć prawie go nie zauważała. Czuła obecność Rudolfa za plecami i słyszała jego oddech, spokojny jak zawsze, ale nieco głębszy.
— Narcyza założyła, że będziemy spać razem — powiedziała.
— Jesteśmy małżeństwem.
— Po czternastu latach to dość odważne założenie.
— Chcesz osobnego pokoju?
Odwróciła się gwałtownie.
— Nie.
Jedno słowo zabrzmiało ostrzej, niż zamierzała.
Rudolf przez chwilę patrzył na nią bez ruchu.
— W takim razie zostanę.
Bellatrix prychnęła.
— Jak łaskawie.
Podeszła do stolika i nalała sobie wina, chociaż ręka lekko jej zadrżała. Była wściekła, że Rudolf mógł to zauważyć. Wypiła kilka łyków, zanim ponownie na niego spojrzała.
— Dlaczego tak mało mówiłeś podczas kolacji?
— Mówiłem.
— Za mało.
— Ty mówiłaś za nas oboje.
— To moja córka.
— Nasza.
Bellatrix odstawiła szklankę zbyt mocno. Szkło uderzyło o blat, ale nie pękło.
— Wiem, że jest również twoja.
— Nie zawsze tak brzmisz.
— Co miałam zrobić? Siedzieć spokojnie i czekać, aż ktoś pozwoli mi się odezwać? Miałam czternaście lat pytań. Chciałam usłyszeć każde jej słowo, zanim Narcyza odpowie za nią albo Lucjusz przypomni, że zna ją od niemowlęcia.
— Nikt nie próbował ci jej odebrać.
— Wszyscy już mieli jej część.
Bellatrix zaczęła chodzić po pokoju.
— Narcyza ma jej dzieciństwo. Lucjusz ma rodzinne posiłki, święta, wakacje i rozmowy. Draco ma wspomnienia, w których razem dorastali. Karkarow zna pięć lat jej szkolnego życia. Nawet obcy nauczyciele wiedzą, jakich zaklęć używa i co sprawia jej trudność. A ja mam jeden dzień.
— Masz przyszłość.
— Już to mówiłeś.
— Ponieważ nadal nie chcesz tego usłyszeć.
Bellatrix zatrzymała się przed kominkiem. Ogień ogrzewał jej twarz, lecz nie potrafił usunąć chłodu, który przez czternaście lat wniknął znacznie głębiej niż w skórę.
— Nie wiem, czy żyła — powiedziała po chwili. — Przez wszystkie te lata nie wiedziałam nawet tego.
Rudolf podszedł bliżej.
— Ja również nie wiedziałem.
— Ty zawsze potrafiłeś wierzyć w rozsądne rozwiązania. Że Narcyza się nią zajęła, że Lucjusz ochronił rodzinę, że wszystko musiało ułożyć się tak, jak powinno.
— Nie wiedziałem, czy tak się stało. Po prostu nie mogłem pozwolić sobie myśleć inaczej.
Bellatrix spojrzała na niego uważniej.
— Myślałeś o niej?
— Każdego dnia.
Odpowiedział bez wahania. Spokojnie, jakby nie było w tym niczego, czego należałoby się wstydzić.
Bellatrix odwróciła wzrok.
W Azkabanie łatwiej było wierzyć w powrót Czarnego Pana niż w przyszłe spotkanie z córką. Voldemort był potęgą, przeznaczeniem i obietnicą zemsty. Trixie była maleńkim dzieckiem, którego zapach Bellatrix z czasem przestała pamiętać. Myśl, że mogła umrzeć, zapomnieć o matce albo zostać wychowana tak, by jej nienawidzić, była gorsza od obecności dementorów.
— Bałam się jej — powiedziała.
Rudolf uniósł brwi.
— Trixie?
— Nie jej samej. Tego, jak będzie mnie odbierać, jeżeli kiedykolwiek się spotkamy. Myślałam, że zobaczy we mnie to samo, co ludzie podczas procesu. Kogoś obcego, szalonego i niebezpiecznego.
— Nie odbiera cię w ten sposób.
— Jeszcze mnie nie zna.
— Ty także jej nie znasz.
Bellatrix zacisnęła usta.
— Powiedziała, że czekała na naszą wolność. Wierzyła w powrót Czarnego Pana.
Na jej twarzy pojawił się gwałtowny, niemal triumfalny uśmiech.
— Słyszałeś ją. Inni drżeli przed jego imieniem, a ona czekała. Dumbledore ją odrzucił, lecz nie pozwoliła mu się złamać. Wyjechała, uczyła się, stworzyła własne zaklęcie i zdobyła miejsce, którego nikt nie podarował jej z litości. Jest dokładnie taka, jaka powinna być.
— Jest sobą.
— Jest Lestrange.
— Jedno nie wyklucza drugiego.
Bellatrix otworzyła usta, zamierzając odpowiedzieć, lecz Rudolf znalazł się tuż przed nią. Nie dotykał jej jeszcze, a mimo to przestrzeń pomiędzy nimi nagle wydała się zbyt mała.
Przez czternaście lat próbowała zachować w pamięci jego twarz. W najgorsze noce odtwarzała linię szczęki, dotyk dłoni i sposób, w jaki wypowiadał jej imię, gdy byli sami. Z czasem wspomnienia zaczęły się rozpadać. Niektóre szczegóły znikały, inne mieszały się z koszmarami, aż Bellatrix przestała wiedzieć, czy pamięta prawdziwego Rudolfa, czy jedynie obraz stworzony po to, żeby nie oszaleć.
Teraz naprawdę stał przed nią.
Uniósł dłoń, lecz zatrzymał ją, zanim dotknął jej twarzy.
— Mogę?
Bellatrix niemal się oburzyła.
— Jesteś moim mężem.
— To nie jest odpowiedź.
Patrzył na nią spokojnie, a jednak w jego głosie znajdowało się napięcie, którego wcześniej nie słyszała. On również się bał. Nie jej gwałtowności ani odmowy, lecz tego, że dotknie kobiety, której już nie zna, i odkryje, iż czternaście lat zniszczyło coś, czego oboje nie potrafią odzyskać.
Bellatrix zrobiła ostatni krok i sama przyłożyła jego dłoń do policzka.
— Możesz.
Palce Rudolfa przesunęły się powoli po jej skórze, wzdłuż kości policzkowej, skroni i linii szczęki. Nie dotykał jej tak, jak ona dotykała wcześniej Trixie, zachłannie i gwałtownie. Poznawał ją cierpliwie, pozwalając, by każdy szczegół zastąpił wspomnienie, które zdążyło się zatrzeć.
Bellatrix zadrżała.
Nie dlatego, że dotyk był niepewny.
Był zbyt czuły.
Przez czternaście lat nikt nie dotykał jej w ten sposób. Strażnicy szarpali, popychali i zakładali kajdany. Każdy kontakt oznaczał przemoc, kontrolę albo przypadek. Nawet własne ciało stało się czymś obcym, wychudzonym i niepotrzebnym, co należało jedynie utrzymać przy życiu.
Dłoń Rudolfa przypominała jej, że kiedyś była nie tylko więźniarką, lecz także kobietą, której pragnął.
Bellatrix uniosła rękę i dotknęła jego policzka. Pod palcami wyczuła szorstką skórę, mocniej zarysowane kości i niewielką bliznę, której wcześniej tam nie było.
— Jesteś stary — powiedziała.
Rudolf parsknął cicho.
— Ty również nie wyglądasz jak w dniu naszego aresztowania.
— Nadal wyglądam lepiej od ciebie.
— Oczywiście.
— Nie zgadzaj się ze mną tym tonem.
— Minęło czternaście lat, a ty nadal rozpoznajesz każdy mój ton.
— Niektóre rzeczy trudno zapomnieć.
Jego dłoń objęła jej nadgarstek. Rudolf nie odsunął palców od swojej twarzy, lecz przesunął je w stronę ust i pocałował wnętrze dłoni.
Bellatrix zamarła.
Dotyk był lekki, niemal ostrożny, a jednak przeszedł przez nią jak gwałtowne zaklęcie. Całe ciało napięło się, jakby nie wiedziało, czy powinno przyjąć czułość, czy przed nią uciec.
Przez chwilę patrzyła na Rudolfa, szukając w jego twarzy choćby śladu litości.
Nie znalazła go.
Była tylko tęsknota.
Tak samo surowa, bolesna i głęboka jak jej własna.
Wyrwała dłoń z jego uścisku, lecz jedynie po to, by złapać go za przód szaty i przyciągnąć do siebie.
Pocałowała go gwałtownie.
Nie było w tym cierpliwości ani ostrożności. Bellatrix nigdy nie potrafiła kochać połowicznie, a teraz w jednej chwili próbowała odzyskać czternaście lat rozłąki, gniewu i wszystkich nocy, podczas których nie wiedziała, czy Rudolf nadal oddycha.
Rudolf odpowiedział równie mocno.
Jedną ręką objął ją w pasie, drugą wsunął w splątane włosy. Bellatrix przywarła do niego, jakby chciała upewnić się, że nie był wspomnieniem wywołanym przez głód, wyczerpanie albo obecność dementorów. Czuła ciepło jego ciała, ciężar ramion i oddech urywający się tak samo jak jej własny.
Kiedy odsunęli się od siebie, trwało to tylko tyle, ile potrzebowali, by zaczerpnąć powietrza.
— Czternaście lat — powiedziała.
Rudolf oparł czoło o jej skroń.
— Wiem.
— Nienawidzę, kiedy to mówisz.
— Dlaczego?
— Brzmisz tak, jakbyś potrafił się z tym pogodzić.
— Nie pogodziłem się. Po prostu nie mogę tego zmienić.
— Ja również nie mogę.
Bellatrix ponownie go pocałowała, tym razem wolniej, choć nie mniej intensywnie. Chciała sobie przypomnieć smak jego ust, sposób, w jaki oddychał tuż przy niej, i to, jak mocno obejmował ją wtedy, kiedy próbowała ukryć, że właśnie tego potrzebowała.
Rudolf przesunął ustami wzdłuż jej policzka i zatrzymał się przy skroni. Bellatrix zamknęła oczy.
Czułość była trudniejsza do zniesienia niż gwałtowność.
Z gniewem wiedziała, co robić. Mogła odpowiedzieć krzykiem, klątwą albo śmiechem. Wobec spokojnego pocałunku złożonego przy linii włosów pozostawała bezbronna.
— Nie przestawaj — powiedziała.
Rudolf odsunął się odrobinę.
— Bello.
— Powiedziałam, żebyś nie przestawał.
— Chcę mieć pewność.
Spojrzała na niego niemal obrażona.
— Czego?
— Że naprawdę tego chcesz, a nie próbujesz jedynie udowodnić sobie, że więzienie niczego ci nie odebrało.
Przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu.
Tylko Rudolf mógł zadać jej takie pytanie i nie zostać odepchniętym ani przeklętym.
— Odebrało mi bardzo wiele — odpowiedziała. — Siłę, czas, naszą córkę i część rzeczy, których jeszcze nie potrafię nazwać. Nie zamierzam udawać, że było inaczej. Nie odebrało mi jednak tego, że cię chcę.
Rudolf przesunął kciukiem po jej policzku.
— To mi wystarczy.
Tym razem to on ją pocałował.
Bellatrix pozwoliła mu poczuć drżenie swoich rąk, kiedy przesuwały się po jego ramionach, plecach i karku. Każda wyczuwalna kość, każdy ślad i napięty mięsień stanowiły dowód, że Rudolf przeżył.
Że naprawdę wrócił.
On poznawał ją z podobną uwagą, nie porównując z kobietą zachowaną we wspomnieniach, lecz przyjmując każdy ślad pozostawiony przez lata, których nie mogli przeżyć razem.
Kiedy jego ruchy stały się ostrożniejsze, Bellatrix pochwyciła jego dłoń.
— Nie rozpadnę się.
— Nie boję się, że się rozpadniesz.
— W takim razie nie dotykaj mnie tak, jakbym miała.
— Próbuję cię poznać.
— Znałeś mnie.
— Znałem kobietę sprzed czternastu lat.
Bellatrix znieruchomiała.
— I nie chcesz tej, która wróciła?
Rudolf ujął jej twarz w obie dłonie.
— Chcę ciebie. Tej, która wróciła. Nawet jeśli jeszcze nie wiem, kim dokładnie jest.
Coś w niej pękło.
Nie gwałtownie, lecz głęboko i cicho, jak mur, który zbyt długo wydawał się niezniszczalny.
Pocałowała go ponownie. Tym razem nie chodziło wyłącznie o głód. Była w tym ulga, wdzięczność, której nigdy nie nazwałaby na głos, i rozpaczliwe pragnienie, by choć przez jedną noc nie musieć być niezłomną Bellatrix Lestrange, najwierniejszą służebnicą Czarnego Pana ani kobietą, której nic nie potrafi złamać.
Mogła być żoną, która przez czternaście lat tęskniła za dotykiem męża.
Pożyczona suknia osunęła się z jej ramion, a Bellatrix nie próbowała jej zatrzymać. Nie czuła wstydu z powodu ciała zmienionego przez Azkaban. Rudolfa także nie oszczędzono. Na jego skórze znajdowały się ślady, których nie pamiętała.
Przesunęła palcami po jednej z blizn.
— Tego nie było.
— Ciebie również nie było, kiedy powstało.
— Opowiesz mi.
— Kiedyś.
— Jutro.
— Zobaczymy.
Spojrzała na niego z oburzeniem.
— To moje słowa.
— Od dawna używałaś ich zbyt często.
Bellatrix roześmiała się po raz pierwszy bez gniewu i goryczy.
Dalsze słowa przestały być potrzebne.
Odnajdywali się powoli, choć żadnemu z nich nie wystarczała ostrożność. Pamiętali dawne gesty, lecz ciała, które na nie odpowiadały, zostały zmienione przez lata głodu, chłodu i samotności. Musieli na nowo poznawać swoje reakcje, przyjmując, że nie wszystko pozostało takie samo.
Nie oznaczało to jednak, że pragnęli się mniej.
Przeciwnie.
Tęsknota gromadzona przez czternaście lat sprawiała, że każdy pocałunek wydawał się zbyt krótki, każdy dotyk niewystarczający, a każda chwila oddalenia niemal nieznośna. Bellatrix nie pozwalała Rudolfowi odsunąć się na długo. On nie próbował jej uspokajać ani oszczędzać. Odpowiadał własną siłą, pokazując, że nie tylko ona przez wszystkie te lata pamiętała, tęskniła i czekała.
Przez resztę nocy nie musieli mówić o Azkabanie.
Każdy odnaleziony gest, każdy pocałunek i każda chwila, w której upewniali się, że drugie nadal znajduje się obok, stanowiły odpowiedź na lata samotności. Nie odzyskali straconego czasu, lecz po raz pierwszy od czternastu lat mogli na chwilę zapomnieć, że w ogóle został im odebrany.
Kiedy wreszcie leżeli obok siebie, ogień w kominku niemal wygasł, a pokój pogrążył się w półmroku.
Bellatrix nadal nie spała.
Leżała na boku, z dłonią opartą na piersi męża, wyczuwając pod palcami rytm serca. Rudolf miał zamknięte oczy, lecz wiedziała, że również jeszcze nie zasnął. Jego ramię obejmowało ją mocno, jakby nawet teraz nie chciał pozwolić jej się odsunąć.
— Nie żałujesz? — zapytała.
Rudolf otworzył oczy.
— Czego?
— Że wróciłeś do mnie i od pierwszego dnia musisz znosić dokładnie to samo co dawniej.
— Nie jesteś taka sama jak dawniej.
— Gorsza?
— Bardziej niecierpliwa.
— To niemożliwe.
— A jednak.
Uderzyła go lekko w ramię.
— Pytam poważnie.
— Ja również odpowiadam poważnie. Nie wróciłem do kobiety, którą poślubiłem. Ona nie istnieje od czternastu lat. Ty także nie wróciłaś do tego samego mężczyzny.
Bellatrix poczuła narastający niepokój.
— Co próbujesz powiedzieć?
— Że musimy poznać się ponownie.
— Nie jesteśmy obcymi ludźmi.
— Nie. Ale jesteśmy inni.
Bellatrix odwróciła się na plecy.
— Trixie również mnie nie zna.
— Zna twoją historię. Ciebie dopiero zaczyna poznawać.
— Jestem jej matką.
— To daje ci więź. Nie daje ci automatycznie całego zaufania.
Bellatrix spuściła wzrok.
Ta prawda bolała bardziej niż klątwa nie dlatego, że córka chciała ją zranić, lecz właśnie dlatego, że nie było w niej żadnej złośliwości.
— A jeśli wybierze Narcyzę? — zapytała cicho.
— Nie musi wybierać.
— Kiedy będzie się bała, pójdzie do Cissy. Kiedy zachoruje, zawoła ją. Gdy będzie potrzebowała rady, napisze do niej, nie do mnie.
— Przez jakiś czas prawdopodobnie tak.
Bellatrix odwróciła się do niego gwałtownie.
— Miałeś mnie uspokoić.
— Nie pytaj mnie o prawdę, jeśli oczekujesz wyłącznie pocieszenia.
— Jesteś nieznośny.
— Wiem.
— I co mam z tym zrobić?
Rudolf przesunął dłonią po jej ramieniu.
— Być przy niej. Słuchać. Nie żądać, żeby natychmiast oddała ci miejsce, które Narcyza budowała przez całe jej życie.
— Nie chcę miejsca Narcyzy.
— W takim razie stwórz własne.
Bellatrix milczała.
Własne miejsce.
Nie jako druga Narcyza. Nie jako łagodna opiekunka pilnująca posiłków, snu i odpowiedniego ubrania. Bellatrix nigdy nie potrafiłaby być taka jak siostra, a Trixie nie potrzebowała dwóch Narcyz.
Mogła mieć matkę, która nauczy ją walczyć, pokaże magię, o której inni bali się mówić, i nie pozwoli jej ponownie uwierzyć, że musi przepraszać za własne istnienie.
— Nauczę ją wszystkiego — oznajmiła.
Rudolf westchnął.
— Nie to miałem na myśli.
— Wiem. Ale i tak ją nauczę.
— Najpierw zapytaj, czego chce się nauczyć.
— Będzie chciała.
— Bello.
— Słyszałeś, jak mówiła o dawnych zaklęciach i runach. Jest ciekawa. Chce wiedzy.
— Uczy się w Durmstrangu.
— Wiem. Dlatego zamierzam sprawdzić, czego tam uczą.
Rudolf ponownie opadł na poduszki.
— Karkarow będzie zachwycony.
— Może być wdzięczny, że nie zamierzam odwiedzać go natychmiast.
— Słowo „natychmiast” jest tutaj najważniejsze.
Bellatrix uśmiechnęła się.
— Powinno.
Po chwili położyła się obok męża i pozwoliła, by ponownie objął ją ramieniem. Tym razem cisza nie była ciężarem. Słyszała bicie jego serca, odległy szum wiatru za oknem i sporadyczne trzaski dogasającego drewna.
— Rudolfie?
— Tak?
— Ona naprawdę powiedziała, że chce śmierci Dumbledore’a.
— Słyszałem.
— I że czekała na powrót Czarnego Pana.
— To również słyszałem.
— Jesteś z niej dumny?
Rudolf zastanawiał się dłużej.
— Jestem dumny z tego, że potrafi myśleć, uczyć się i nie pozwoliła innym zdecydować, kim ma zostać. Nie wiem jednak jeszcze, ile z jej oddania Czarnemu Panu wynika z własnych przekonań, a ile z potrzeby znalezienia kogoś, kto dał jej to, czego odmówił Dumbledore.
Bellatrix odsunęła się nieznacznie.
— Nie podoba ci się jej lojalność?
— Nie znam jej jeszcze wystarczająco dobrze, żeby ją ocenić.
— Czarny Pan uwolnił nas z Azkabanu.
— Wiem, komu zawdzięczamy wolność.
— Brzmisz, jakbyś miał wątpliwości.
— Nie mam wątpliwości co do naszej służby. Nie chcę jedynie, żeby jedynym powodem naszej dumy z Trixie była jej lojalność wobec Czarnego Pana. Jest naszą córką również wtedy, kiedy myśli inaczej, niż się spodziewaliśmy.
Bellatrix nie odpowiedziała.
Nie zgadzała się z nim całkowicie, ale po raz pierwszy tego wieczoru nie miała ochoty się kłócić.
— Jutro dowiem się więcej — stwierdziła.
— Jutro pozwolisz jej zjeść śniadanie, zanim zaczniesz zadawać pytania.
— Zobaczymy.
— Bello.
— Dobrze. Przynajmniej zanim usiądzie.
Rudolf roześmiał się cicho.
Bellatrix wsłuchała się w ten dźwięk, w jego oddech i równy rytm serca znajdującego się pod jej dłonią.
Po raz pierwszy od czternastu lat zasnęła bez chłodu kamiennej pryczy, krzyków więźniów i strachu, że kiedy się obudzi, nie będzie pamiętała twarzy ludzi, których kochała.
Zasnęła w ramionach męża, pod jednym dachem z córką.
Obudziła się gwałtownie.
Przez pierwsze sekundy nie wiedziała, gdzie się znajdowała. Miękki materac pod plecami wydawał się obcy, ciepło pościeli wywoływało niepokój, a brak chłodu i obecności dementorów był tak nienaturalny, że umysł natychmiast uznał go za pułapkę.
Usiadła i chwyciła różdżkę leżącą na stoliku.
Pokój.
Malfoy Manor.
Rudolf spał obok.
Trixie.
Bellatrix zerwała się z łóżka.
— Bello — odezwał się zaspany Rudolf.
Nie odpowiedziała. Narzuciła na siebie szlafrok i wybiegła na korytarz, nie zakładając butów, nie poprawiając włosów i nie zastanawiając się, czy ktokolwiek ją zobaczy.
Musiała sprawdzić.
Korytarz był cichy. Domownicy jeszcze spali, a przez wysokie okna sączyło się blade światło poranka. Bellatrix niemal biegła w stronę sypialni Trixie.
Zatrzymała się przed drzwiami.
Przez chwilę nie słyszała niczego.
Serce uderzyło gwałtownie.
Wyciągnęła rękę do klamki, lecz przypomniała sobie słowa córki i Rudolfa.
Zamknięte drzwi.
Własne miejsce.
Ludzie pukają.
Cofnęła dłoń i zapukała.
Nie otrzymała odpowiedzi.
Zapukała ponownie, tym razem mocniej.
— Trixie?
Nadal nic.
Nie wytrzymała.
Nacisnęła klamkę i weszła.
W pokoju panował półmrok. Bellatrix najpierw dostrzegła otwarty kufer, kilka rzeczy przewieszonych przez oparcie krzesła i laskę opartą o nocny stolik. Dopiero później spojrzała na łóżko.
Trixie spała zwinięta pod kołdrą, z ciemnymi włosami rozsypanymi na poduszce.
Była tutaj.
Bellatrix wypuściła powietrze, nie zdając sobie wcześniej sprawy, że je wstrzymywała.
Podeszła do łóżka i przez chwilę po prostu patrzyła. We śnie Trixie wyglądała młodziej. Nie jak pewna siebie uczennica Durmstrangu, która mówiła o śmierci Dumbledore’a, dawnych zaklęciach i powrocie Czarnego Pana, lecz jak dziecko, którym nadal pozostawała w najstarszych wspomnieniach matki.
Bellatrix ostrożnie usiadła na brzegu materaca.
Trixie poruszyła się i zmarszczyła brwi.
— Narcyzo? — wymamrotała sennie.
Jedno imię.
Tylko jedno słowo.
A jednak ugodziło Bellatrix prosto w pierś.
Przez moment miała ochotę wstać i wyjść, zanim córka całkowicie się obudzi. Nie chciała słyszeć, że jej obecność jest pomyłką, ani czekać, aż Trixie zrozumie, iż kobieta siedząca przy łóżku nie jest osobą, której odruchowo oczekiwała.
Zamiast tego pozostała na miejscu.
— Nie — odpowiedziała. — To ja.
Trixie przebudziła się nieco bardziej.
— Mamo?
Ból zniknął równie szybko, jak się pojawił.
— Tak.
— Co się stało?
— Nic.
— Jest rano?
— Jeszcze wcześnie.
Trixie naciągnęła kołdrę wyżej.
— To dlaczego mnie obudziłaś?
Bellatrix zawahała się.
Nie potrafiła powiedzieć prawdy. Nie chciała przyznać, że obudziła się w panice, przekonana, iż córka zniknęła w nocy, a wszystko, co wydarzyło się poprzedniego dnia, było jedynie snem.
— Chciałam sprawdzić, czy czegoś potrzebujesz.
Trixie milczała przez chwilę.
— Potrzebuję snu.
Bellatrix zmrużyła oczy.
— Śpisz od kilku godzin.
— Ludzie zazwyczaj śpią dłużej niż kilka godzin.
— W Azkabanie nie było takiej możliwości.
— Nie jesteśmy w Azkabanie.
Odpowiedź była spokojna, lecz zatrzymała Bellatrix skuteczniej niż jakiekolwiek ostrzeżenie.
Trixie uniosła rękę i zaczęła szukać jej na brzegu łóżka. Bellatrix natychmiast pochwyciła jej palce.
— Wróć do swojego pokoju — powiedziała córka. — Nadal będę tutaj, kiedy wszyscy wstaną.
— Skąd mam wiedzieć?
— Bo ci mówię.
Bellatrix ścisnęła jej dłoń.
— Powiedziałaś mi to już wczoraj.
— I nie zniknęłam.
— Tym razem.
Trixie westchnęła sennie.
— Mamo, nie możesz budzić mnie każdej nocy tylko po to, żeby sprawdzić, czy nie zniknęłam.
Słowa były proste i pozbawione gniewu, ale Bellatrix poczuła wstyd. Nie lubiła tego uczucia. Kojarzyło jej się ze słabością, osądem i ludźmi próbującymi zmusić ją do żalu za własne wybory.
Tym razem jednak nie potrafiła przekształcić go w złość.
— Nie będę — powiedziała.
— Dobrze.
Bellatrix nadal nie wypuszczała jej dłoni.
— Mogę zostać, dopóki nie zaśniesz?
Trixie przesunęła się, robiąc jej więcej miejsca na brzegu łóżka.
— Możesz. Tylko nie zadawaj pytań.
— Nie zadaję bez przerwy pytań.
— Właśnie zadałaś jedno.
Bellatrix otworzyła usta, lecz zrezygnowała z odpowiedzi.
Trixie nadal trzymała ją za rękę. Po kilku minutach jej oddech ponownie stał się spokojny i równy.
Bellatrix siedziała nieruchomo.
Córka przez sen nazwała Narcyzę. To bolało i zapewne jeszcze długo miało boleć za każdym razem, kiedy Trixie odruchowo zwróci się do ciotki zamiast do niej, poszuka jej rady albo pomocy.
Potem jednak powiedziała „mamo”.
Bellatrix postanowiła, że na razie musi jej to wystarczyć.
Miała zaledwie kilka dni, zanim Trixie wróci do Durmstrangu, do życia, którego Bellatrix jeszcze nie znała. Nie mogła odzyskać czternastu utraconych lat ani zmusić córki, żeby w ciągu jednej nocy zaufała jej tak samo jak Narcyzie.
Mogła jednak zostać.
Słuchać.
Pytać, zamiast decydować.
Nie zamierzała odbierać Trixie życia, które zdołała już zbudować, ani rywalizować z Narcyzą o każdy gest i wspomnienie.
Chciała stworzyć własne miejsce.
Nie takie, które należało jej się wyłącznie dlatego, że była matką, lecz takie, do którego córka któregoś dnia sama zechce wracać.
czuję to samo, ze mi się kurde to wydłuża i że wolno mi akcja nistety idzie, ale co tam, ważne, by nam dobrze przy tym było. Niestety ta akcja będzie szła wolno, ale damy radę. 🙂
Ale spokojni, są przecież i cegły. To ewidentnie będzie cegła, zresztą ciekawie się zapowiadająca. Znaczy, jak na razie to mamy już całkiem sporo treści, a akcji tak w sumie tyle, że wydawca pewnie kazałby skrócić to o połowę, ale ja np. lubię w sumie to tempo. Przynajmniej nie czuję się, jakbym oglądała jakiś durny film, w którym wszystko dzieje się naraz.
Hahhhah, kurcze, no może, mam napisane 23 rozdziały, a poprawiam dziewiętnasty. Przede mną dużo pisania. 🙂
Nie wiem jak ty to robisz, ale średnio każdy rozdział ma ponad 30k znaków, prawie 40k czyli arkusz wydawniczy. A przeciętne książki mają zazwyczaj po 10 12 arkuszy wydawnicze czyli takie 400k 500k znaków. Właśnie opublikowałaś książkę xd