Rozdział 10 – 4 dni.

ROZDZIAŁ X
Cztery dni
Kiedy Trixie zeszła na śniadanie, Bellatrix siedziała już przy stole.
Samo w sobie nie byłoby to niczym niezwykłym, gdyby niespełna godzinę wcześniej Trixie nie zastała matki siedzącej na brzegu swojego łóżka i nie poprosiła jej, żeby pozwoliła jej jeszcze zasnąć. Bellatrix zdążyła w tym czasie wrócić do sypialni, ubrać się, doprowadzić włosy do stanu przypominającego zamierzony nieład, a następnie zająć krzesło po lewej stronie miejsca córki, jakby obawiała się, że ktoś mógłby ją uprzedzić.
Rudolf siedział po prawej stronie pustego krzesła i trzymał w dłoni filiżankę kawy. Wyglądał na zmęczonego, lecz spokojnego, czego nie można było powiedzieć o jego żonie. Bellatrix od chwili wejścia do jadalni kilkakrotnie spoglądała ku drzwiom, poprawiała ułożenie sztućców Trixie i pytała skrzaty, dlaczego śniadanie nie zostało jeszcze podane, chociaż na stole znajdowało się wystarczająco dużo jedzenia dla kilkunastu osób.
Narcyza obserwowała ją znad filiżanki herbaty. Lucjusz natomiast czytał gazetę i najwyraźniej uznał, że zachowa spokój znacznie dłużej, jeśli przynajmniej do końca pierwszego posiłku będzie udawał, że niczego nie słyszy.
Trixie zatrzymała się w drzwiach.
— Mówiłam, że zejdę, kiedy się obudzę.
Bellatrix natychmiast odsunęła jej krzesło.
— I właśnie zeszłaś.
— Po tym, jak obudziłaś mnie przed świtem.
— Nie było aż tak wcześnie.
Trixie ruszyła w stronę stołu, wodząc dłonią po oparciach ustawionych przy nim krzeseł.
— Na zewnątrz nadal było ciemno.
— Jest zima — odparła Bellatrix tonem, jakby wyjaśniało to również jej obecność w sypialni córki.
Rudolf uniósł filiżankę, ukrywając za nią uśmiech.
Trixie odnalazła swoje krzesło i usiadła pomiędzy rodzicami. Bellatrix niemal natychmiast zaczęła wymieniać potrawy znajdujące się na stole, choć córka nie zdążyła jeszcze poprosić skrzata o nałożenie czegokolwiek.
— Są jajka, grzanki, pieczarki, kiełbaski, owoce i coś, co Lucjusz uważa za odpowiednią owsiankę.
Lucjusz opuścił gazetę.
— Nie ja układałem jadłospis.
— Pozwoliłeś jednak, żeby to podano.
— Bello, od czternastu lat nie zarządzam twoimi preferencjami śniadaniowymi.
Bellatrix spojrzała z niechęcią na stojącą pośrodku stołu miskę.
— Najwyraźniej zdążyłeś zapomnieć, że owsianka jest jedzeniem dla ludzi, którzy utracili zęby.
Trixie sięgnęła po łyżkę.
— Lubię owsiankę.
Bellatrix zamilkła tak gwałtownie, jakby córka właśnie opowiedziała się po stronie przeciwnika.
Narcyza spokojnie odstawiła filiżankę.
— Z cynamonem i jabłkami — dodała. — Szczególnie zimą.
Bellatrix spojrzała najpierw na Trixie, a później ponownie na miskę, jakby owsianka dopuściła się wobec niej osobistej zdrady.
— W takim razie ta może zostać.
— Jak łaskawie — mruknął Lucjusz, wracając do gazety.
W tej chwili do jadalni wszedł Fips.
— Pani Bellatrix?
Matka i córka jednocześnie zwróciły głowy w jego stronę.
Skrzat znieruchomiał pośrodku pomieszczenia, wyraźnie przerażony tym, że zamiast jednej odpowiedzi otrzymał dwie.
— Która? — zapytał piskliwie.
— Ja — odpowiedziały równocześnie.
Narcyza westchnęła.
— Dlatego właśnie używamy zdrobnienia Trixie.
Bellatrix skrzywiła się lekko.
— Nadal uważam, że brzmi niedorzecznie.
Trixie odnalazła miskę i zaczęła nakładać sobie owsiankę.
— A jednak już go używasz.
— Wyłącznie wtedy, kiedy wymaga tego sytuacja.
— Czyli dość często.
Rudolf ponownie zasłonił usta filiżanką. Tym razem nie zdołał jednak całkowicie ukryć rozbawienia.
Bellatrix posłała mu krótkie, ostrzegawcze spojrzenie, po czym zwróciła się ku skrzatowi.
— Czego chciałeś?
Fips skłonił się tak nisko, że niemal dotknął nosem podłogi.
— Pani Bellatrix prosiła wczoraj, żeby Fips przyniósł z biblioteki wszystkie książki dotyczące Durmstrangu.
Lucjusz bardzo powoli odłożył gazetę.
— Wszystkie?
— Fips przyniósł siedemdziesiąt trzy tomy, panie.
Trixie odwróciła twarz ku matce.
— Po co ci siedemdziesiąt trzy książki o mojej szkole?
— Chcę wiedzieć, gdzie mieszkasz.
— Możesz mnie zapytać.
— Książki zawierają plany zamku.
Trixie zamieszała owsiankę, zanim odpowiedziała:
— Najprawdopodobniej nieaktualne. Północne skrzydło przebudowano trzydzieści lat temu.
Bellatrix zmarszczyła brwi.
— Skąd wiesz, jakie plany przyniósł Fips?
— Nie wiem. Wiem jedynie, że większość opracowań dostępnych w angielskich bibliotekach wydano przed przebudową.
Lucjusz popatrzył na szwagierkę z wyrazem cierpliwości człowieka, którego cierpliwość właśnie się kończyła.
— Siedemdziesiąt trzy tomy.
— Odeślę nieprzydatne.
— Nie będziesz zaznaczać w nich swoich uwag.
Bellatrix uniosła brwi.
— Niczego takiego nie planowałam.
— Bello, wczoraj zapisałaś na marginesie rodowej kroniki, że jej autor był idiotą.
— Ponieważ był.
Trixie zaczęła jeść owsiankę, uznając najwyraźniej, że dalsza część tej rozmowy nie wymagała jej udziału.
Pierwszy wspólny poranek mijał w rytmie podobnych wymian. Bellatrix chciała poznać plan zajęć córki, nazwiska wszystkich nauczycieli, układ dormitorium, wysokość poręczy przy stromych schodach oraz powód, dla którego Karkarow pozwalał uczniom wychodzić na północny dziedziniec podczas mrozów.
Trixie odpowiadała wtedy, kiedy pytania miały sens. Pozostałe odkładała na później, wyjaśniając, że nie potrafi jednocześnie jeść i przedstawiać pełnego planu architektonicznego szkoły.
Nie próbowała jednak zakończyć rozmowy.
W sposobie, w jaki matka gromadziła informacje, wyczuwała coś więcej niż zwykłą potrzebę kontroli. Bellatrix przez czternaście lat nie wiedziała niemal niczego. Teraz próbowała zamienić każdą odpowiedź w dowód, że stracone lata można przynajmniej dokładnie opisać.
Nie można było.
Trixie pozwoliła jej jednak próbować.
Przez dwa kolejne dni Bellatrix niemal nie odstępowała córki.
Pojawiała się przy każdym posiłku wcześniej niż pozostali, zajmowała miejsce obok Trixie i obrażała się, jeżeli Rudolf usiadł po stronie, którą wcześniej uznała za własną. Słuchała gry córki, przeglądała jej podręczniki i domagała się wyjaśnień, gdy któryś z tematów wydawał jej się zbyt prosty albo niedostatecznie interesujący.
Początkowo zakładała również, że Trixie musi należeć do najlepszych uczennic ze wszystkich przedmiotów. Córka pozbawiła ją tego przekonania podczas jednego z popołudni spędzonych nad szkolnymi książkami.
Bellatrix siedziała wtedy na brzegu fotela i przeglądała raport z ocenami, jakby trzymała w dłoniach dokument Ministerstwa wymagający natychmiastowego śledztwa.
— Z run i języków masz piątki — zauważyła. — Czasami szóstki.
— To prawda.
— Z historii magii również radzisz sobie dobrze.
Trixie, siedząca przy stole z brajlowskim podręcznikiem, czekała cierpliwie, aż matka dotrze do części, która wyraźnie ją niepokoiła.
— A tutaj są czwórki — powiedziała w końcu Bellatrix. — Z eliksirów, transmutacji i zaklęć.
Nie brzmiała, jakby oceny uważała za niezadowalające. Brzmiała tak, jakby podejrzewała nauczycieli o świadome fałszowanie wyników.
— Ponieważ z tych przedmiotów mam czwórki — wyjaśniła Trixie.
Bellatrix uniosła głowę znad pergaminu.
— Dlaczego?
— Bo nie ze wszystkiego jestem najlepsza.
Odpowiedź wyraźnie jej się nie spodobała.
— Materiał jest źle tłumaczony?
— Czasami. Czasami również popełniam błędy.
Bellatrix odłożyła raport na kolana.
— Jakie?
Trixie przesunęła palcami po wypukłych znakach książki.
— W zeszłym miesiącu pomyliłam dwa składniki eliksiru, ponieważ miały podobne oznaczenia. Wywar nadawał się do wylania. Podczas transmutacji nie utrzymałam przemiany dostatecznie długo, a na zajęciach z zaklęć pomyliłam dwa podobnie brzmiące czary.
— Powinnaś zmienić oznaczenia składników.
— Zmieniłam. Oceny to jednak nie cofnęło.
— Karkarow mógł pozwolić ci powtórzyć zadanie.
— Nie prosiłam. To był mój błąd.
Bellatrix przez chwilę wpatrywała się w pergamin, jakby nadal rozważała możliwość osobistego skorygowania szkolnej dokumentacji. Ostatecznie jednak złożyła raport i odłożyła go na stół.
— Czwórka nie jest złą oceną — powiedziała tonem człowieka, który dopiero uczył się przyjmować tę informację.
— Wiem.
— Ale możesz mieć lepszą.
Trixie uśmiechnęła się lekko.
— Być może. Materiał z każdym rokiem staje się jednak trudniejszy. Sam talent już nie wystarcza.
Bellatrix najwyraźniej nie była jeszcze gotowa pogodzić się z myślą, że w przypadku jej córki cokolwiek mogłoby nie wystarczać. Nie zaprzeczyła jednak.
Kiedy Trixie spędzała godzinę w bibliotece, matka siadała naprzeciwko i próbowała czytać, choć co kilka minut odkładała książkę, żeby zapytać, czego córka właśnie szuka. Gdy Trixie wychodziła z Narcyzą do ogrodu zimowego, Bellatrix po krótkim czasie odnajdywała powód, by pojawić się w tym samym miejscu. Podczas rozmowy z Lucjuszem o szkole zajmowała najbliższy fotel i próbowała uzupełniać jego wypowiedzi, mimo że przez większość dzieciństwa Trixie nie mogła wiedzieć o jej życiu niczego.
Początkowo dziewczyna nie protestowała.
Rozumiała, że matka próbowała zaspokoić głód, którego kilka dni nie mogło nawet zacząć łagodzić. Pozwalała więc Bellatrix trzymać ją za rękę podczas przechodzenia z pokoju do pokoju, o ile wcześniej o to zapytała, i odpowiadała na pytania, które normalnie uznałaby za zbyt osobiste.
Z czasem jednak nieustanna obecność matki zaczęła ciążyć.
Bellatrix nie potrafiła po prostu przebywać obok. Każdą ciszę wypełniała pytaniem, każdy gest próbowała zrozumieć, a każde wyjście córki z pokoju przyjmowała jak możliwość utraty kolejnego fragmentu wspólnego czasu.
Trzeciego dnia pobytu Narcyza oznajmiła przy obiedzie, że po południu chce porozmawiać z Trixie na osobności o sprawach związanych ze szkołą i kolejnymi wakacjami.
Bellatrix natychmiast uniosła głowę.
— Możecie rozmawiać tutaj.
Narcyza odłożyła nóż na krawędź talerza.
— Nie wszystko musi odbywać się przy tobie.
— Dlaczego nie?
— Ponieważ czasami Trixie chce porozmawiać wyłącznie ze mną.
Bellatrix spojrzała na siostrę z niedowierzaniem.
— Skąd wiesz?
— Ponieważ mi o tym powiedziała.
Uwaga Bellatrix natychmiast przeniosła się na córkę.
— O czym nie możesz rozmawiać przy mnie?
Trixie odłożyła widelec. Wiedziała już, że próba zignorowania pytania tylko przedłużyłaby rozmowę.
— Nie powiedziałam, że nie mogę. Powiedziałam, że chcę spędzić trochę czasu z Narcyzą.
— Spędzałaś z nią czas przez całe życie.
W głosie Bellatrix zabrzmiało coś znacznie bliższego zranieniu niż pretensji. Narcyza również to usłyszała, lecz nie zamierzała ustąpić.
— Bello, nie możesz zagarnąć każdej jej godziny tylko dlatego, że wróciłaś.
Bellatrix odsunęła się na krześle.
— Mogę przynajmniej spróbować.
Lucjusz zamknął oczy, jakby w ten sposób mógł na chwilę opuścić jadalnię.
Rudolf pozostawał nieruchomy, lecz jego spojrzenie przeniosło się na żonę.
— Właśnie o tym mówię — ciągnęła Narcyza. — Zachowujesz się tak, jakby każda chwila spędzona przeze mnie z Trixie była odebrana tobie.
— Nie powiedziałam tego.
— Nie musisz. Wystarczy zobaczyć, co robisz za każdym razem, kiedy wychodzimy z pokoju.
Bellatrix zacisnęła palce na serwetce.
— Chcę wiedzieć, gdzie jest moja córka.
— Znajduje się w domu, który zna lepiej od ciebie.
Słowa zawisły nad stołem.
Bellatrix powoli zwróciła twarz ku siostrze.
— To miało zaboleć?
— Miało przypomnieć ci rzeczywistość.
— Dość — powiedziała Trixie.
Nie podniosła głosu, jednak obie siostry natychmiast zamilkły.
Dziewczyna położyła dłonie na stole i zwróciła twarz ku matce.
— Narcyza mnie wychowała, ale to nie znaczy, że nie chcę ciebie. Nie odbieraj mi jednej z was, próbując udowodnić, która jest ważniejsza.
Bellatrix znieruchomiała.
— Nie odbieram ci jej.
— Za każdym razem, kiedy chcesz wiedzieć, dlaczego rozmawiam z nią bez ciebie, zachowujesz się tak, jakbym wybierała. Nie wybieram.
— Jestem twoją matką.
— Wiem. Nie musisz przypominać mi o tym za każdym razem, gdy zwracam się do Narcyzy.
Głos Trixie pozostawał spokojny, lecz Bellatrix usłyszała w nim granicę, której nie mogła przekroczyć bez utraty czegoś ważniejszego niż kilka wspólnie spędzonych godzin.
— Nie rozumiesz, jak to wygląda z mojej strony — powiedziała.
— Rozumiem, że jesteś zazdrosna.
Bellatrix wyprostowała się gwałtownie.
— Nie jestem…
Urwała.
Rudolf nie odezwał się, lecz samo jego milczenie wystarczyło, by przypomnieć jej rozmowę sprzed dwóch nocy.
Trixie czekała.
— Dobrze — powiedziała Bellatrix z widocznym wysiłkiem. — Jestem zazdrosna.
Narcyza odwróciła wzrok, najwyraźniej nie chcąc jeszcze bardziej utrudniać siostrze przyznania się do czegoś, co wszyscy wiedzieli od początku.
Bellatrix odetchnęła głębiej, zanim podjęła:
— Nie zamierzam ci jej odbierać. Nie oczekuj jednak, że od razu przestanę czuć to, co czuję.
— Nie oczekuję.
— W takim razie czego chcesz?
— Żebyś nie robiła z tej zazdrości mojego problemu.
Bellatrix zacisnęła usta.
Zdanie było ostre nie dlatego, że Trixie wypowiedziała je z gniewem, lecz dlatego, że nie pozostawiało miejsca na kłótnię. Córka nie żądała, żeby matka przestała cierpieć. Nie wybierała Narcyzy ani nie próbowała pomniejszyć prawa Bellatrix do macierzyństwa. Prosiła jedynie, by sama ponosiła odpowiedzialność za własne emocje.
Przez chwilę wydawało się, że Bellatrix odpowie gwałtownie.
Zamiast tego opuściła dłonie.
— Postaram się.
Narcyza spojrzała na nią zaskoczona.
Bellatrix natychmiast to zauważyła.
— Nie patrz tak, Cissy.
— Nie powiedziałam ani słowa.
— Tym razem naprawdę widzę twój ton.
Trixie uśmiechnęła się lekko, a napięcie przy stole nieco osłabło.
Bellatrix zwróciła się ponownie ku córce.
— Ile czasu potrzebujecie?
— Nie wiem. Może godzinę.
— To długo.
— Mamo.
Bellatrix westchnęła.
— Dobrze. Godzinę.
— I nie będziesz czekać pod drzwiami.
— Nie robię takich rzeczy.
Rudolf zakaszlał.
Żona rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie.
— To wydarzyło się raz.
— Dwa razy — przypomniała Trixie. — Rano weszłaś do mojego pokoju.
— Zapukałam.
— A później weszłaś, zanim odpowiedziałam.
— Nie odpowiadałaś.
— Spałam.
Narcyza podniosła się od stołu.
— Chodź, Trixie, zanim twoja matka zacznie przedstawiać włamanie do sypialni jako formę uprzejmości.
Bellatrix prychnęła, lecz pozwoliła córce odejść.
Nie poszła za nimi.
Było to niewielkie zwycięstwo, którego nikt nie skomentował.
Następnego dnia Rudolf odnalazł Trixie w bibliotece.
Siedziała przy długim stole, przesuwając palcami po wypukłych znakach książki przekształconej wcześniej zaklęciem. Wokół niej leżały otwarte tomy dotyczące dawnych alfabetów runicznych. Medalion spoczywał na blacie obok jej dłoni, ponieważ łańcuszek zaczepił się wcześniej o zapięcie szaty.
Rudolf zatrzymał się w drzwiach.
— Mogę wejść?
Trixie uniosła głowę.
— To biblioteka Lucjusza. Nie potrzebujesz mojego pozwolenia.
— Nie pytałem o bibliotekę.
Po chwili na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech.
— Możesz.
Rudolf wszedł i zamknął za sobą drzwi. Nie usiadł od razu. Podszedł do jednej z wysokich półek, wyjął niewielki tom i dopiero wtedy zajął miejsce naprzeciwko córki.
Przez kilka minut żadne z nich się nie odzywało.
Trixie wróciła do czytania, a Rudolf otworzył własną książkę. Cisza między nimi nie była niezręczna ani wypełniona oczekiwaniem, że ktoś powinien ją przerwać.
Dziewczyna zaczynała odkrywać, że ojciec potrafił być obok, nie domagając się natychmiastowego dostępu do jej myśli.
Bellatrix wypełniała każde pomieszczenie swoją obecnością.
Rudolf potrafił pozostawić w nim miejsce również dla innych.
— Mama wie, że tutaj jesteśmy? — zapytała po pewnym czasie.
— Wie, że przyszedłem z tobą do biblioteki.
— Protestowała?
— Powiedziała, że chciała pokazać ci jeden z podręczników znalezionych przez Fipsa.
— Ten o Durmstrangu?
— Jeden z siedemdziesięciu trzech.
Trixie parsknęła cicho.
— I pozwoliła ci ze mną przyjść?
Rudolf odwrócił stronę własnej książki.
— Powiedziałem, że wrócimy przed kolacją.
— To nie brzmi jak odpowiedź.
— Zgodziła się w sposób, który wymagał trzykrotnego trzaśnięcia drzwiami.
Trixie uśmiechnęła się, lecz po chwili spoważniała.
— Nie chcę, żeby czuła, że jej unikam.
Rudolf zamknął książkę.
— Nie unikasz.
— Czasami jestem przy niej zmęczona.
Wypowiedziała to ciszej, jakby sama myśl wydawała jej się nielojalna.
— Twoja matka potrafi zmęczyć człowieka szybciej niż całodniowy pojedynek.
— Kocham ją.
— Te dwie rzeczy nie są ze sobą sprzeczne.
Trixie przesunęła palcami po brzegu otwartej książki.
— Przez całe życie myślałam, że kiedy wrócicie, wszystko od razu stanie się proste. Że usłyszę wasze głosy i poczuję, jakbym znała je od zawsze.
Rudolf nie przerywał.
— Wiedziałam, kim jesteście, zanim was spotkałam. Znałam nazwiska, proces, Azkaban i wszystkie historie, które Narcyza uznała za odpowiednie do opowiedzenia. Kochałam was, chociaż was nie znałam.
Przełknęła ślinę.
— Teraz jesteście tutaj i nadal was kocham, ale czasami czuję się tak, jakbym siedziała obok obcych ludzi.
Rudolf pozostawał nieruchomy.
— My czujemy podobnie.
Trixie uniosła głowę.
— Naprawdę?
— Jesteś naszą córką. Kochaliśmy cię, zanim potrafiłaś mówić, i przez czternaście lat próbowaliśmy zachować w pamięci dziecko, którym byłaś. Większości tego, kim jesteś teraz, dopiero się uczymy. To nie czyni cię mniej naszą. Oznacza jedynie, że straconego czasu nie można zastąpić samym nazwiskiem ani uczuciem.
Trixie zacisnęła dłonie.
— Mama nie mówi w ten sposób.
— Twoja matka najpierw czuje, później działa, a dopiero znacznie później zastanawia się, jak to nazwać.
— Czyli nigdy?
— Czasami, przy dużej ilości szczęścia.
Trixie zaśmiała się krótko, lecz śmiech szybko ucichł.
— Boję się, że ją rozczaruję.
— Powiedziała ci, że nie musisz niczego udowadniać.
— Wiem. Jest jednak ze mnie tak dumna, kiedy mówię o Czarnym Panu, dawnych zaklęciach albo o tym, że chcę śmierci Dumbledore’a. Kiedy wspomniałam o ocenach, od razu próbowała znaleźć kogoś, kogo mogłaby za nie obwinić.
Na twarzy Rudolfa pojawił się cień rozbawienia.
— Bellatrix uważa, że świat powinien odpowiednio doceniać wszystko, co należy do niej.
— A jeśli pewnego dnia powiem coś, czego nie będzie chciała usłyszeć?
Rudolf oparł przedramiona o stół.
— Zapewne najpierw się rozgniewa.
— To nie jest szczególnie pocieszające.
— Nie próbuję cię pocieszać kłamstwem. Bellatrix reaguje gwałtownie. Nie sądzę jednak, żeby przestała cię kochać z powodu jednego zdania, nawet jeśli będzie się zachowywała tak, jakby właśnie rozpoczęła się wojna.
Trixie milczała.
— A ty? — zapytała w końcu.
— Co ja?
— Co się stanie, jeżeli nie będę taka, jak chciałeś?
Rudolf zastanowił się dłużej.
— Nie wiem jeszcze, jaka będziesz, więc trudno byłoby mi uczciwie twierdzić, że spełniasz albo zawodzisz moje oczekiwania. Chcę jedynie, żebyś nie podejmowała wszystkich decyzji po to, by zadowolić matkę, Czarnego Pana, Narcyzę albo mnie.
— To brzmi tak, jakbyś nie chciał, żebym mu służyła.
— Powiedziałem, że chcę wiedzieć, czy to twój wybór.
— Jest mój.
— W takim razie pewnego dnia powinnaś umieć wyjaśnić go sobie bez powoływania się na Bellatrix.
Trixie chciała odpowiedzieć, lecz w gardle pojawił się ucisk, którego nie zdołała powstrzymać.
Przez ostatnie dni próbowała zachować spokój. Nie chciała płakać podczas pierwszego spotkania, ponieważ obawiała się, że Bellatrix uzna jej łzy za żal albo słabość. Nie płakała, kiedy rodzice ją obejmowali, pytali o dzieciństwo ani opowiadali, że przez czternaście lat nie wiedzieli, czy żyje.
Teraz wystarczyło, że Rudolf siedział naprzeciwko i nie oczekiwał od niej żadnej odpowiedzi.
Pierwsza łza spłynęła po policzku, zanim zdążyła odwrócić twarz.
Trixie natychmiast otarła ją dłonią.
— Przepraszam.
— Za co?
— Nie wiem.
Rudolf nie przesunął krzesła ani nie próbował objąć jej bez pytania. Położył jedynie dłoń na stole, wystarczająco blisko, żeby mogła ją odnaleźć.
Trixie zacisnęła palce na jego ręce.
Łzy pojawiły się ponownie, tym razem zbyt szybko, by mogła je ukryć. Nie szlochała i nie próbowała opowiadać wszystkiego, co przez lata gromadziło się pod pozornym spokojem. Siedziała z pochyloną głową, pozwalając, by po policzkach spływały łzy będące jednocześnie ulgą, radością i żalem po czasie, którego nigdy nie odzyskają.
Rudolf pozostał obok.
Nie mówił, że wszystko będzie dobrze, ponieważ tego nie wiedział. Nie zapewniał, że stracone lata nie mają znaczenia, ponieważ miały.
Trzymał jedynie jej dłoń.
Po kilku minutach oddech Trixie stał się spokojniejszy.
— Nie mów mamie — poprosiła.
— O czym?
— Że płakałam.
Rudolf przesunął kciukiem po jej palcach.
— Nie widziałem żadnych łez.
Trixie uśmiechnęła się słabo.
— Dziękuję.
— Nie dziękuj zbyt szybko. W zamian zachowasz dla siebie, że twoja matka chodziła nocą po sypialni i sprawdzała, czy nadal oddycham.
Trixie uniosła głowę.
— Naprawdę?
— Kilka razy.
— Dlaczego?
— Bała się, że kiedy zaśnie, znikniemy oboje.
Palce Trixie zacisnęły się mocniej na jego dłoni.
— Tego też jej nie powiem.
— W takim razie mamy pierwszy wspólny sekret.
Dopiero ostatniego popołudnia Bellatrix mogła przekonać się, w jaki sposób córka wykorzystywała słuch i zmysł przeszkód podczas ćwiczeń.
Od pierwszej rozmowy chciała sprawdzić, jak Trixie walczy. Rudolf przypomniał jej jednak, że dziewczyna nadal podlegała ograniczeniom dotyczącym używania magii poza szkołą. Bellatrix natychmiast stwierdziła, że w posiadłości pełnej dorosłych czarodziejów Ministerstwo nie będzie w stanie ustalić, kto rzucił zaklęcie.
Trixie odmówiła.
— Nie chcę wrócić do Durmstrangu z ostrzeżeniem Ministerstwa tylko dlatego, że chciałaś zobaczyć, czy umiem się pojedynkować.
— Ostrzeżenie można spalić.
— Nadal będę wiedziała, że złamałam zasady bez powodu.
Bellatrix uznała to za przejaw niepotrzebnej ostrożności, lecz Rudolf zaproponował inne rozwiązanie.
Przenieśli się do dawnej sali ćwiczeń w zachodnim skrzydle. Pomieszczenie miało grube ściany, gładką kamienną podłogę i zabezpieczenia powstrzymujące przypadkowe zaklęcia. Lucjusz wykorzystywał je dawniej do prywatnych pojedynków, choć od wielu lat nikt tam nie ćwiczył.
Trixie stanęła pośrodku sali bez różdżki.
Bellatrix i Rudolf mieli rzucać nieszkodliwe czary w kamienne tarcze ustawione pod ścianami, a córka próbować określić kierunek ataku i rozpoznać zaklęcie na podstawie inkantacji albo dźwięku powstającego już po uwolnieniu magii.
— To nie pokaże mi, jak walczysz — zauważyła Bellatrix.
— Pokaże ci, co rzeczywiście potrafi usłyszeć — odpowiedział Rudolf. — To lepszy początek niż zakładanie, że potrafi wszystko.
Bellatrix nie wyglądała na przekonaną, lecz uniosła różdżkę.
— Gotowa?
Trixie przechyliła głowę.
— Tak.
Rudolf wypowiedział inkantację wyraźnie.
Trixie rozpoznała ją niemal natychmiast. Cofnęła się i uniosła rękę odruchem przypominającym ruch różdżki potrzebny do stworzenia tarczy. Czar przemknął obok niej i uderzył w kamienną płytę ustawioną przy tylnej ścianie.
— Zaklęcie odpychające — powiedziała. — Znałam inkantację, więc mogłam zacząć reagować, zanim opuściło różdżkę.
Bellatrix zmieniła pozycję i wypowiedziała inne, starsze zaklęcie, którego Trixie nigdy wcześniej nie słyszała. Dziewczyna wyczuła kierunek głosu i rozpoczęła unik, lecz nie potrafiła określić działania czaru.
— Nie znasz go? — zapytała matka, kiedy zaklęcie uderzyło w tarczę.
— Słyszałam słowa, ale nie znam tej inkantacji. Wiedziałam, że rzucasz czar. Nie wiedziałam jaki.
Bellatrix przyjęła tę odpowiedź z widocznym zainteresowaniem. Następny czar rzuciła niewerbalnie.
Trixie nie zareagowała na samo uniesienie różdżki. Dopiero gdy magia opuściła jej koniec i przecięła powietrze ostrym, wibrującym dźwiękiem, gwałtownie odwróciła głowę. Cofnęła się, lecz zbyt późno. Gdyby zaklęcie zostało skierowane w nią zamiast w tarczę, nie zdążyłaby całkowicie się osłonić.
Czar uderzył w kamień.
— Usłyszałam go dopiero w locie — powiedziała Trixie.
— Rozpoznałaś?
Dziewczyna zawahała się.
— Chyba zaklęcie odpychające.
— Dlaczego „chyba”?
— Rdzeń dźwięku był podobny do tego, które rzucił tata, ale twoje zabrzmiało wyżej i miało ostrzejszy pogłos. To mogła być kwestia różdżki, siły albo innego zaklęcia o podobnym brzmieniu.
Bellatrix opuściła różdżkę.
— Narcyza mówiła, że rozpoznajesz czary po dźwięku.
— Nie wszystkie. Tylko te, które dobrze znam.
Trixie wyjaśniła, że od dzieciństwa miała słuch absolutny. Zwyczajne dźwięki muzyczne rozpoznawała bez punktu odniesienia, a z czasem zaczęła zauważać, że zaklęcia również posiadają własną wysokość i barwę. Lumos miało dla niej czyste, wysokie c dwukreślne, chociaż światło nie przemierzało sali, lecz pojawiało się przy końcu różdżki. Zaklęcia lecące przez powietrze były bardziej złożone. Oprócz tonu podstawowego słyszała szum, drżenie i pogłos zależne od szybkości, mocy oraz sposobu rzucenia czaru.
Nie oznaczało to jednak, że każde zaklęcie mogła natychmiast nazwać.
Dwa różne czary mogły mieć zbliżoną wysokość. Ten sam czar brzmiał nieco inaczej w wykonaniu różnych osób, a echo w kamiennym pomieszczeniu potrafiło zniekształcić jego kierunek. Jeżeli Trixie nigdy wcześniej nie poznała zaklęcia, słuch absolutny pozwalał jej opisać dźwięk, ale nie odgadnąć jego działania.
— Czyli przypisujesz zaklęciom nuty? — zapytała Bellatrix.
— Nuty, barwę i sposób, w jaki dźwięk się porusza. Sama wysokość nie wystarcza.
— Ale pomaga.
— Pomaga, jeżeli nie pomylę się w ocenie.
Bellatrix najwyraźniej zamierzała odpowiedzieć, lecz Rudolf zaproponował kolejną próbę.
Trixie stanęła tyłem do rodziców i zasłoniła uszy. Rudolf dotknął jej nadgarstka, dając znak, że mogą zmienić pozycje. Bellatrix i Rudolf rozeszli się bez słowa, a następnie zatrzymali w dwóch różnych częściach sali.
Kiedy ojciec ponownie dotknął dłoni córki, Trixie opuściła ręce.
Nie wskazała ich od razu.
Przez kilka sekund stała nieruchomo, nasłuchując ciszy i odbić własnego oddechu od kamiennych ścian. Nie słyszała kroków ani głosów. Nie potrafiła z miejsca określić, gdzie dokładnie znajdowali się rodzice.
Ruszyła jednak przed siebie.
Szła wolniej niż zwykle, skupiając się na zmyśle przeszkód. Nie był on dodatkowym wzrokiem ani dokładnym obrazem otoczenia. Kiedy zbliżała się do większej przeszkody, wyczuwała zmianę przestrzeni przed sobą: subtelny opór, inne odbicie dźwięku i wrażenie, że powietrze przestaje być całkowicie otwarte.
Po kilku krokach zwolniła.
Zatrzymała się niedaleko Rudolfa i wyciągnęła rękę. Jej palce natrafiły na rękaw jego szaty.
— Tata — powiedziała.
— Skąd wiesz? — zapytała Bellatrix z drugiego końca sali.
Trixie natychmiast zwróciła twarz ku jej głosowi.
— Teraz wiem również, gdzie jesteś ty.
Ruszyła w stronę matki. Nie szła bezbłędnie po prostej. Raz skorygowała kierunek po tym, jak echo jej własnych kroków wróciło szybciej od bocznej ściany. Kiedy znalazła się kilka kroków od Bellatrix, ponownie wyczuła przeszkodę, zwolniła i odnalazła jej ramię.
— Mogę podejść do was, nawet kiedy milczycie — wyjaśniła. — Zmysł przeszkód pomaga mi zauważyć, że ktoś albo coś znajduje się blisko. Nie pozwala mi jednak z drugiego końca sali policzyć ludzi ani ustalić, kim są.
Bellatrix przyglądała jej się uważnie.
— A gdybym stała za drzwiami?
— Gdybyś mówiła albo chodziła, mogłabym cię usłyszeć. Gdybyś stała nieruchomo i milczała, nie wiedziałabym, czy tam jesteś. Zmysł przeszkód nie działa przez ściany.
— A gdyby w sąsiednim pokoju stało pięć osób?
— Nie wiedziałabym o nich, dopóki nie zaczęłyby wydawać dźwięków. Mogłabym usłyszeć kilka głosów albo kroków, ale nie wyczuję samej liczby ludzi przez ścianę.
Bellatrix przez chwilę milczała. Nie wyglądała na rozczarowaną. Raczej na kogoś, kto po raz pierwszy próbował oddzielić rodzinne opowieści od rzeczywistych możliwości córki.
— Dobrze — powiedziała w końcu. — Jeszcze raz.
Przez następne kilkanaście minut rodzice stopniowo zwiększali trudność ćwiczenia.
Zaklęcia wypowiadane głośno dawały Trixie więcej czasu. Jeżeli znała inkantację, potrafiła rozpoznać czar i rozpocząć reakcję, zanim magia opuściła różdżkę. Kiedy jednak Bellatrix użyła dwóch starych zaklęć rodowych, dziewczyna usłyszała słowa, lecz nie miała pojęcia, jakie niosły działanie.
Zaklęcia niewerbalne były znacznie trudniejsze.
Trixie odbierała je dopiero w locie. Niektóre wydawały niski, drżący ton, inne przecinały powietrze ostrym świstem albo niemal bezgłośnym szmerem. Znane czary rozpoznawała po podstawowej wysokości i barwie, lecz nie zawsze robiła to prawidłowo.
Raz pomyliła dwa zaklęcia o podobnym tonie podstawowym. Innym razem dźwięk odbił się od bocznej ściany i sprawił, że Trixie rozpoczęła unik w niewłaściwą stronę. Gdy rodzice rzucili dwa czary niemal równocześnie, zdołała rozpoznać pierwszy, ale drugi usłyszała za późno.
Nie próbowała ukrywać pomyłek.
Po każdej z nich zatrzymywała się, odtwarzała w pamięci usłyszany dźwięk i próbowała wskazać moment, w którym wyciągnęła niewłaściwy wniosek.
Bellatrix początkowo reagowała na błędy widocznym zniecierpliwieniem. Szybko jednak zauważyła, że Trixie nie oczekiwała łatwiejszych prób ani pochwał za samo uczestnictwo. Chciała wiedzieć, co zrobiła źle.
Podczas kolejnego ćwiczenia Bellatrix rzuciła niewerbalne zaklęcie w tarczę ustawioną po lewej stronie, a sama przesunęła się w prawo.
Córka zwróciła głowę ku dźwiękowi lecącego czaru. Dopiero kiedy zaklęcie uderzyło w kamień, matka odezwała się z nowego miejsca:
— Gdzie jestem?
Trixie natychmiast odwróciła się w prawo.
— Po prawej stronie. Zaklęcie poleciało w lewo, ale twój głos dochodzi z prawej.
— A zanim się odezwałam?
— Wiedziałam, gdzie poleciał czar. Nie wiedziałam, gdzie zatrzymałaś się ty. Mogłabym cię odnaleźć zmysłem przeszkód, gdybym podeszła bliżej, ale z tego miejsca nie znałam dokładnego położenia.
Bellatrix pokiwała głową.
— To uczciwa odpowiedź.
— Wcześniej prawdopodobnie odpowiedziałabym zbyt szybko.
— A teraz?
— Teraz wiem, że pewność nie zawsze oznacza, że mam rację.
Na twarzy Bellatrix pojawił się powolny uśmiech.
— To nie jest szczególnie użyteczne w pojedynku.
— Bardziej użyteczne niż pewna, ale błędna odpowiedź.
Rudolf roześmiał się cicho.
Bellatrix podeszła do córki.
— Jesteś zbyt spokojna.
— To wada?
— Czasami. Możesz pozwolić przeciwnikowi na pierwszy ruch.
— A ty czasami atakujesz, zanim wiesz, gdzie powinien trafić czar.
— Zazwyczaj trafia.
— Zazwyczaj nie znaczy zawsze.
Bellatrix przez chwilę wyglądała na urażoną, a później wybuchnęła śmiechem.
— Dobrze. Pokażę ci, jak wykorzystywać dźwięk pierwszego zaklęcia, żeby przygotować się na kolejny ruch przeciwnika.
— Kiedy wrócę.
Uśmiech matki osłabł.
— Nie musisz wracać jutro.
— Muszę.
— Możesz zostać jeszcze tydzień.
— Nie mogę bez końca przedłużać wizyty.
— To dopiero cztery dni.
— Właśnie tyle uzgodniono.
Bellatrix wsunęła różdżkę do rękawa.
— Napiszę do Karkarowa.
— Nie.
Jedno słowo wystarczyło, żeby ciepło pozostałe po udanym ćwiczeniu zmieniło się w napięcie.
Bellatrix odsunęła się nieznacznie.
— Nie prosiłam o zgodę.
— A ja nie proszę cię, żebyś decydowała o moim powrocie.
— Jestem twoją matką.
— A ja jestem uczennicą, która zobowiązała się wrócić do szkoły.
— Szkoła może zaczekać.
— Ty również możesz.
Bellatrix cofnęła się, jakby córka ją uderzyła.
Trixie natychmiast złagodniała.
— Nie powiedziałam, że chcę od ciebie uciec. Chcę skończyć naukę, wrócić do przyjaciół i własnych obowiązków. Jeśli zostanę tylko dlatego, że boisz się mnie wypuścić, następny wyjazd będzie jeszcze trudniejszy.
Rudolf nie interweniował.
Bellatrix patrzyła na córkę przez dłuższą chwilę. W końcu odwróciła twarz, jakby przyznanie Trixie racji wymagało od niej większego wysiłku niż wszystkie wcześniejsze ćwiczenia.
— Nie podoba mi się, kiedy masz rację.
— Zauważyłam.
— Będę do ciebie pisała — oznajmiła Bellatrix po chwili.
Trixie ścisnęła jej dłoń.
— Pisz często.
— Nie będziesz musiała mnie o to prosić.
— Tylko zostaw mi czas na odpowiedź.
Bellatrix westchnęła, ale nie cofnęła ręki.
— Postaram się.
— To wystarczy.
— Na razie — poprawiła matka.
Trixie uśmiechnęła się lekko.
— Wrócę.
— Jeszcze nie wyjechałaś.
— Mówię na później.
Bellatrix przyciągnęła ją do siebie.
— Nie znoszę, kiedy przygotowujesz odpowiedzi wcześniej.
— Ty przygotowałaś siedemdziesiąt trzy książki.
— To zupełnie co innego.
Następnego dnia świstoklik miał aktywować się w południe.
Bellatrix próbowała przesunąć wyjazd najpierw o godzinę, później o dwie, a w końcu oznajmiła Lucjuszowi, że źle obliczył czas podróży i Trixie bezpieczniej będzie wrócić następnego ranka.
Lucjusz nie podjął dyskusji. Przekazał jedynie Karkarowowi wiadomość, że świstoklik został zatwierdzony na dwunastą i nie zamierzał ponownie kontaktować się z Durmstrangiem z powodu nagłej zmiany emocjonalnych preferencji Bellatrix.
Kufer Trixie stał już w holu.
Fips sprawdził zamknięcia cztery razy, ponieważ Bellatrix za każdym razem pytała, czy na pewno niczego nie zapomniano. Narcyza dołożyła dodatkową parę rękawiczek, kilka paczek słodyczy oraz szal, którego Trixie początkowo nie chciała zabierać. Ostatecznie uznała jednak, że odmowa wymagałaby dłuższej rozmowy niż włożenie go do kufra.
Rudolf podarował jej niewielką srebrną zakładkę z herbem Lestrange’ów.
— Nie jest zaczarowana — wyjaśnił. — Nie powinna uruchomić szkolnych zabezpieczeń ani wzbudzić podejrzliwości Karkarowa.
Trixie przesunęła palcami po wygrawerowanym herbie.
— Mama chciała ją zaczarować?
— Chciała umieścić w niej zaklęcie pozwalające sprawdzić, gdzie jesteś.
Trixie odwróciła głowę ku Bellatrix.
— Nie zrobiłam tego — powiedziała matka szybko.
— Ponieważ Rudolf cię powstrzymał?
— Ponieważ uznałam, że mogłabyś się obrazić.
Rudolf uniósł brew.
— Po rozmowie.
— Nadal podjęłam właściwą decyzję.
Trixie schowała zakładkę do kieszeni.
— Dziękuję, tato.
Rudolf objął córkę spokojnie, nie tak gwałtownie jak Bellatrix, lecz mocniej niż podczas pierwszego wieczoru.
— Napisz, kiedy dotrzesz.
— Napiszę.
— I nie pozwól, żeby twoja matka zajęła całą sowiarnię.
— Będę próbowała.
Bellatrix stała kilka kroków dalej, trzymając w ręce złożony pergamin.
Kiedy Rudolf się odsunął, natychmiast podeszła do córki.
— To dla ciebie.
Trixie przyjęła list.
— Mogłaś powiedzieć mi wszystko teraz.
— Nie mogłam.
— Dlaczego?
— Ponieważ masz go przeczytać dopiero w Durmstrangu.
Trixie przesunęła palcem po złożonym pergaminie.
— To nadal nie wyjaśnia, dlaczego nie możesz powiedzieć tego osobiście.
— W liście brzmi lepiej.
— Ile stron?
Bellatrix zawahała się na ułamek sekundy.
— Niewiele.
Narcyza chrząknęła.
— Osiem.
— To nie jest dużo — zaprotestowała Bellatrix. — Miałam wiele do powiedzenia.
Trixie schowała list obok zakładki.
— Przeczytam po powrocie.
— Natychmiast po powrocie.
— Po rozpakowaniu.
— Wcześniej.
— Mamo.
Bellatrix westchnęła z wyraźnym niezadowoleniem.
— Dobrze. Po rozpakowaniu. Ale zanim pójdziesz do Anji.
Trixie uśmiechnęła się.
— Zobaczę.
Matka złapała ją za ramiona.
— Nie odpowiadaj mi „zobaczę” moim własnym tonem.
— To nie był twój ton.
— Był.
— Może jesteśmy podobne.
To wystarczyło, żeby część napięcia zniknęła z twarzy Bellatrix.
Narcyza podeszła następna. Objęła Trixie i poprawiła jej kołnierz, chociaż nie wymagał poprawiania.
— Uważaj na schodach i nie wychodź bez szala na dziedziniec.
— Wiem.
— Pisz, jeżeli czegokolwiek będziesz potrzebowała.
Trixie odwzajemniła uścisk.
— Będę pisała również wtedy, kiedy niczego nie potrzebuję.
Narcyza pocałowała ją w czoło.
— Tym lepiej.
Bellatrix patrzyła na nie, lecz tym razem nie próbowała przerwać ani odebrać siostrze ostatniej chwili. W jej twarzy nadal widoczne było napięcie, ale pozwoliła Narcyzie odsunąć się we własnym czasie.
Mosiężny kompas leżał na stoliku pośrodku holu. Lucjusz sprawdził godzinę.
— Minuta.
Trixie położyła jedną dłoń na uchwycie kufra, a drugą na świstokliku.
Bellatrix natychmiast znalazła się obok.
— Nie podoba mi się ten sposób podróżowania.
— Mnie też nie.
— Moglibyśmy użyć kominka.
— Sieć Durmstrangu nie jest połączona z prywatnymi kominkami w Anglii.
— Mogłaby być.
— Bello — odezwał się Rudolf.
— Wiem.
Bellatrix ujęła twarz córki w dłonie.
Przez chwilę nie mówiła niczego. Nie próbowała już przekonywać jej do pozostania ani wymieniać wszystkich powodów, dla których szkoła mogła zaczekać. W ciągu czterech dni nauczyła się przynajmniej tyle, że powtarzanie tych samych argumentów nie zmieni decyzji Trixie.
— Wrócę — zapewniła dziewczyna.
— Wiem — odpowiedziała Bellatrix. — Nie znaczy to, że musi mi się podobać, że odchodzisz.
Trixie uniosła ręce i objęła matkę.
Bellatrix przyciągnęła ją do siebie gwałtownie, lecz nie tak mocno jak podczas pierwszego spotkania. Nadal trzymała córkę, jakby świat mógł spróbować wyrwać ją z jej ramion, ale tym razem wiedziała już, że uścisk musi się kiedyś skończyć.
— Napiszę — powiedziała Trixie przy jej włosach.
— Ja pierwsza.
— Już napisałaś.
— Napiszę drugi list.
— Nie zdążę jeszcze przeczytać pierwszego.
— To nie ma znaczenia.
Trixie roześmiała się.
— Do zobaczenia, mamo.
Bellatrix odsunęła ją od siebie.
— Do zobaczenia, Trixie.
Po raz pierwszy wypowiedziała zdrobnienie bez kpiny, irytacji ani przesadnej ostrożności.
Po prostu wypowiedziała imię córki.
Kompas rozgrzał się pod dłonią Trixie.
Bellatrix cofnęła się o krok.
Świstoklik szarpnął, powietrze zawirowało, a dziewczyna wraz z kufrem zniknęła z holu.
Przez kilka sekund nikt się nie poruszył.
Bellatrix patrzyła na puste miejsce, w którym przed chwilą stała córka. Jej ramiona pozostawały lekko uniesione, jakby ciało nie zdążyło jeszcze zrozumieć, że nie miało już kogo obejmować.
Rudolf stanął obok niej.
— Wróci.
— Wiem.
— Powiedziałaś to bardzo przekonująco.
Bellatrix opuściła ręce.
— Nie oznacza to, że podoba mi się konieczność uwierzenia w jej słowa.
Narcyza podniosła kompas ze stolika.
— Za kilka godzin przyjdzie wiadomość, że dotarła bezpiecznie.
Bellatrix skinęła głową.
Potem odwróciła się gwałtownie i ruszyła w stronę biblioteki.
— Dokąd idziesz? — zapytał Rudolf.
— Napisać do niej.
— Dałaś jej list pięć minut temu.
Bellatrix nie zwolniła kroku.
— Tamten pisałam wczoraj.
Rudolf spojrzał na Narcyzę.
— Sowiarnia rzeczywiście może się okazać za mała.
Bellatrix nie odpowiedziała.
Zanim Trixie zdążyła dotrzeć do Durmstrangu i rozpakować kufer, jej matka rozpoczęła drugi list.

7 comments

  1. Dzięki kochana, bardzo mi miło. Wiesz, ja tak myślę, że to jest fanfic. Nie jestem pisarką, a to piszę dla relaksu i przyjemności. Mam jeszcze dużo pomysłów. Wiem, że akcja się wolno rozwija, ale chyba nie umiem na razie jej przyspieszyć. Znaczy mogę, ale nie wiem, czy trzeba. 🙂

  2. Na razie przeczytałam do tego momentu, dlatego pozwolę sobie na zbiorczy komentarz. Lindo, piszesz dojrzale, rozwinęłaś się. pamiętam wcześniejsze opowiadania i tyle dojrzałości w nich nie było. Postacie są dobrze zarysowane, umiesz oddać charakter Bellatrix, choć przyznam, że nie chciałabym mieć takiej matki, jaką jest Bella. Mam wrażenie, że ona jest trochę takim rodzicem helikopterowym, choćby przykład ocen itd. kontrolującym, a jednocześnie odbierającym całą przestrzeń własnemu dziecku. Bella nie grzeszy cierpliwością, chcąc nadrobić wszystkie lata w kilka dni, nie zwracając za bardzo uwagi na uczucia córki.
    Generalnie kilka niedociągnięć natury technicznej też bym znalazła, ale umówmy się, od tego są inni, poza tym wyłapywanie błędów własnych czasem jest trudniejsze, niż napisanie kolejnego rozdziału, a gdyby było inaczej, nie potrzebowalibyśmy korektorów.

  3. Znaczy nie no, Narcyza podniosła kompas, który jak zrozumiałam, był świstoklikiem, gdy Trixie już odleciała. No to chyba jednak niemożliwe.

  4. wiesz co, staram się teraz pisać, by więcej było narracji, niz takich suchych dialogów. Myślę, że uaktywniła świstoklik,. Czyli podniosła go, a potem się uaktywnił. Tak piszę, żeby mniej więcej ta nasza niepełnosprawność była zgodna z niepełnosprawnością w tym świecie, anie żeby niewidomi byli jakimiś niezwykłymi. Zobaczymy, co uda mi się dalej stworzyć w tym aspekcie. 🙂

  5. A, jeszcze dodam, że jest coś, co spodobało mi się szczególnie. Mam na myśli opis działania zmysłu przeszkód.

  6. W rytmie podobnych wymian – zabrakło jakiegoś dokończenia. Że domyślnie chodzi o zdania/poglądy/dialogi/coś tam w tym guście, to jeszcze nie znaczy, że tak jest naturalnie w języku polskim. 😉
    Granic to się jednak nie słyszy w czyimś głosie. W głosie można usłyszeć emocje, zdecydowanie, pewność siebie lub jej brak albo chrypę, ale granice?
    Jak to “podniosła kompas ze stolika”? Czy świstoklik nie przenosił się z podróżnikiem?

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *