Rozdział 11 – atrament.

ROZDZIAŁ XI
Atrament
Powrót do Durmstrangu nie przypominał wyjazdu.
Cztery dni wcześniej Trixie opuszczała zamek z sercem bijącym tak szybko, że niemal nie słyszała głosu Karkarowa ani instrukcji profesora Steinera. Nie wiedziała wówczas, czy pogłoski o ucieczce są prawdziwe, czy w salonie Malfoy Manor rzeczywiście czekają na nią rodzice i czy kobieta, o której myślała przez całe życie, przyjmie niewidomą córkę z dumą, czy z rozczarowaniem.
Teraz mosiężny kompas wyrzucił ją na kamienną posadzkę sali przeznaczonej do podróży, a ona wiedziała już, jak brzmi śmiech Bellatrix, jak mocno matka potrafi obejmować oraz jak spokojnie Rudolf wypowiada słowa, których nie trzeba później poprawiać ani wyjaśniać.
Wiedziała również, że tęsknota może rozpocząć się jeszcze przed pożegnaniem.
Zachwiała się po lądowaniu, lecz nie upadła. Kufer uderzył o podłogę tuż obok, a kompas wysunął się jej z dłoni i potoczył kilka centymetrów po kamieniu.
— Panno Lestrange?
Profesor Steiner czekał przy stole ustawionym pod ścianą.
— Wszystko w porządku — odpowiedziała Trixie, prostując się.
— Podróż przebiegła bez zakłóceń?
— Jak na świstoklik.
Steiner podszedł bliżej i uniósł kufer zaklęciem, zanim Trixie zdążyła chwycić za uchwyt. Nie protestowała. Po czterech dniach spędzonych z Bellatrix nie miała ochoty rozpoczynać pierwszej rozmowy w Durmstrangu od wyjaśniania kolejnemu dorosłemu, że potrafi samodzielnie zająć się własnym bagażem. Profesor nie próbował chwytać jej za ramię ani udzielać wskazówek dotyczących dobrze znanej drogi, dlatego pozwoliła, by kufer sunął za nimi.
W sali znajdował się również Karkarow.
Trixie rozpoznała go po ciężkich perfumach oraz charakterystycznym przesunięciu krzesła, które zwykle poprzedzało jego wstanie. Dyrektor podszedł kilka kroków, lecz zatrzymał się wcześniej niż zazwyczaj, jakby nie chciał znaleźć się zbyt blisko córki Bellatrix Lestrange.
— Wróciła pani zgodnie z ustaleniami — powiedział.
— Tak.
Najwyraźniej spodziewał się bardziej rozbudowanej odpowiedzi.
— Sprawy rodzinne zostały rozwiązane?
Trixie odnalazła medalion spoczywający pod kołnierzem szaty. Przez cztery dni przywykła do tego, że mogła rozmawiać o rodzicach jak o ludziach istniejących naprawdę, a nie wyłącznie jak o nazwiskach w rodzinnych opowieściach.
— Moi rodzice są wolni i wrócili do rodziny — odpowiedziała. — Nie wiem, czy można nazwać to rozwiązaniem wszystkich spraw, ale właśnie dlatego zostałam wezwana do Anglii.
Karkarow milczał przez chwilę.
— Rozumiem.
Nie brzmiał, jakby rzeczywiście chciał rozumieć cokolwiek więcej.
— Czy Bellatrix i Rudolf Lestrange zamierzają utrzymywać z panią regularny kontakt?
— Są moimi rodzicami.
Trixie nie podniosła głosu ani nie nadała odpowiedzi szczególnego znaczenia, lecz dyrektor natychmiast zmienił temat. Poinformował ją, że profesor Steiner przekaże materiały z opuszczonych zajęć, a wszystkie zaległości należy nadrobić do końca tygodnia.
Kiedy Trixie zapewniła, że to zrobi, rozmowa powinna była się zakończyć. Karkarow nadal jednak stał na swoim miejscu. Dziewczyna słyszała jego nierówny oddech oraz cichy szelest materiału, gdy przesuwał dłonią po szacie. Nie wiedziała, czego dokładnie się obawiał. Być może wolności jej rodziców, może ich lojalności wobec Voldemorta, a może samego faktu, że wydarzenia sprzed czternastu lat przestały należeć do przeszłości.
Nie zapytała.
— Mogę odejść?
— Tak. Oczywiście.
Profesor Steiner otworzył drzwi. Trixie wyszła z sali, pozostawiając Karkarowa samego z pytaniami, których nie miał odwagi wypowiedzieć.
Na korytarzu czekała Anja.
Nie odezwała się od razu. Najpierw podbiegła, zatrzymała się niecały krok przed Trixie, a potem gwałtownie ją objęła.
— Miałaś wrócić rano.
— Świstoklik przygotowano dopiero na południe.
— Przez pół dnia wszyscy twierdzili, że już nie wrócisz.
Trixie odwzajemniła uścisk.
— Kto dokładnie kryje się pod słowem „wszyscy”?
— Głównie Volkov. Powiedział, że skoro twoi rodzice uciekli z Azkabanu, zabiorą cię ze szkoły i zaczną przygotowywać do przejęcia świata.
— Volkov ma bardzo wysoką opinię o możliwościach mojej rodziny.
Anja odsunęła się nieznacznie.
— To prawda?
— Która część?
— Twoi rodzice naprawdę tam byli?
Trixie skinęła głową.
— Oboje.
Anja przez chwilę nic nie mówiła. Nie zapytała, czy Bellatrix wyglądała tak jak na fotografiach, czy Rudolf opowiadał o Azkabanie ani czy Trixie się bała. Przez pięć lat przyjaźni nauczyła się, że dziewczyna sama wybiera informacje, którymi chce się podzielić. Naciskanie sprawiało jedynie, że zamykała się jeszcze bardziej.
— Jacy są? — zapytała w końcu.
Trixie zastanowiła się.
— Głośniejsi, niż sobie wyobrażałam.
— Oboje?
— Głównie mama.
— To mnie nie dziwi. Od kilku dni wszyscy powtarzają, że Bellatrix Lestrange jest najniebezpieczniejszą i najbardziej szaloną z uciekinierek.
Trixie zesztywniała.
Anja natychmiast to zauważyła.
— Nie powiedziałam, że w to wierzę.
— Nie znasz jej.
— Ty znasz ją od czterech dni.
W słowach Anji nie było złośliwości, jedynie ostrożnie wypowiedziana prawda.
Trixie przesunęła palcami po łańcuszku medalionu.
— Wiem.
Przyjaciółka dotknęła jej ramienia.
— Chcesz o tym porozmawiać?
— Jeszcze nie.
— Dobrze.
Ruszyły w stronę dormitorium, podczas gdy kufer sunął za nimi pod kontrolą profesora Steinera. Anja opowiadała o opuszczonych zajęciach, o tym, jak Volkov zepsuł eliksir podczas lekcji, oraz o sporze dwóch uczniów o książkę, której żaden z nich nie przeczytał. Nie wracała do rodziców Trixie, pozwalając, by zwyczajny rytm szkoły stopniowo otoczył przyjaciółkę znajomymi głosami.
Dopiero po wejściu do pustego dormitorium Trixie naprawdę poczuła, że wróciła.
W powietrzu unosił się zapach wosku, zimnego kamienia i perfum jednej ze współlokatorek. Po lewej znajdowało się jej łóżko, naprzeciwko biurko, a obok okna niewielka szafa, której drzwi od kilku tygodni skrzypiały przy otwieraniu. Wszystko stało na swoim miejscu.
Nie było tylko Bellatrix, czekającej za drzwiami albo pojawiającej się z kolejnym pytaniem, zanim Trixie zdążyła odpowiedzieć na poprzednie.
Cisza powinna była przynieść ulgę.
Zamiast tego wydała się zbyt pusta.
Profesor Steiner pozostawił kufer przy łóżku i pożegnał się, przypominając o zajęciach następnego ranka. Anja zaczęła wyjmować ze swojej torby notatki z ostatnich dni.
— Przepisałam wszystko dwa razy, bo za pierwszym razem Volkov rozlał atrament na połowie kartek.
— Dlaczego twoje notatki znajdowały się obok jego atramentu?
— Próbował przepisać zaległe zadanie przed samą lekcją. Zrobił to tak szybko, że strącił kałamarz.
— Zdążył skończyć?
— Zdążył zniszczyć moje notatki.
Trixie uśmiechnęła się i otworzyła kufer.
Na samej górze leżał szal dołożony przez Narcyzę. Pod nim znajdowały się ubrania, podręczniki, drewniane pudełko oraz pergamin otrzymany od Bellatrix przed wyjazdem.
Osiem stron.
Matka złożyła je razem, przewiązała czarną wstążką i opatrzyła pieczęcią Lestrange’ów, chociaż Trixie miała przeczytać list zaledwie kilka godzin po jego napisaniu.
Dziewczyna usiadła na łóżku i rozłożyła pergamin. Otrzymywane listy były pisane zwykłym atramentem, podobnie jak większość tekstów w świecie czarodziejów. Trixie mogła poprosić Anję o ich przeczytanie, nie zamierzała jednak przekazywać prywatnych słów matki przez cudzy głos.
Wyjęła więc różdżkę i nałożyła na pierwszą stronę zaklęcie dostępnościowe, które opracowała kilka lat wcześniej. Nie tworzyło ono tekstu ani nie pisało za nią. Jedynie na krótko przekształcało istniejące linie atramentu w układ wypukłych punktów odpowiadających brajlowskim znakom. Oryginalne pismo pozostawało na pergaminie i mogło powrócić do dawnej postaci po zakończeniu czytania.
Trixie przesunęła palcami po pierwszym wierszu.
List nie rozpoczynał się od powitania.
Trixie,
kiedy to czytasz, powinnaś być już w Durmstrangu, chociaż nadal uważam, że powrót po czterech dniach był decyzją niepotrzebnie pośpieszną. Twój ojciec twierdzi, że nie powinnam zaczynać listu od krytykowania twoich wyborów, ale skoro dokonałaś niewłaściwego wyboru, nie widzę powodu, żeby udawać coś przeciwnego.
Trixie uśmiechnęła się.
Przeczytała Anji na głos kilka pierwszych zdań, uznając je za wystarczająco nieszkodliwe. Przyjaciółka parsknęła śmiechem, lecz nie próbowała przysunąć się bliżej ani pytać o pozostałą część.
Bellatrix żądała natychmiastowej wiadomości o bezpiecznym dotarciu, nazwiska osoby, która powitała córkę, dokładnego opisu rozmowy z Karkarowem oraz potwierdzenia, że w dormitorium było wystarczająco ciepło. Chciała również wiedzieć, czy którakolwiek z uczennic dotykała rzeczy Trixie bez pozwolenia i jak nazywał się chłopiec, który na drugim roku próbował zabrać jej różdżkę.
Trixie przeczytała na głos jedynie ostatnie pytanie.
— Nie mówiłaś, że ktoś próbował zabrać ci różdżkę — zauważyła Anja.
— Miałam jedenaście lat. To nie było ważne.
— Dla Bellatrix Lestrange zapewne jest.
Trixie przesunęła palce do kolejnego wiersza, lecz tym razem czytała już wyłącznie dla siebie.
Matka przypominała, by nie podawała nikomu nazwisk osób przebywających obecnie w posiadłości i nie opowiadała o rozmowach prowadzonych podczas wizyty, zwłaszcza tych dotyczących Czarnego Pana. Jeżeli Karkarow zacznie zadawać pytania, Trixie miała przypomnieć mu, że jej sprawy rodzinne nie należą do obowiązków dyrektora szkoły.
Anja siedziała wystarczająco daleko, by nie móc odczytać brajla, ale Trixie i tak przesunęła pergamin bliżej siebie.
Nie zamierzała mówić przyjaciółce o spotkaniu z Voldemortem.
Nie dlatego, że jej nie ufała. Pewnych informacji nie należało przekazywać nikomu, a tajemnica powierzona przez Czarnego Pana nie przestawała być tajemnicą tylko dlatego, że Anja była jej bliska.
W dalszej części listu Bellatrix pytała o plan zajęć, nauczycieli, godziny posiłków, zabezpieczenia dormitorium, bibliotekę, zakazane księgi, temperaturę w zamku i powód, dla którego Trixie nie zabrała z domu drugiej pary cieplejszych butów.
Przypominała, żeby nie pozwalała nikomu prowadzić się bez pytania, chociaż sama nauczyła się tej zasady zaledwie dwa dni wcześniej. Ostrzegała przed zbytnią ufnością wobec Karkarowa, profesorów, uczniów, szkolnych skrzatów, obcych sów oraz każdego człowieka, który uśmiecha się zbyt uprzejmie.
Ostatnia strona brzmiała inaczej.
Nie podoba mi się, że wróciłaś. Nie dlatego, że nie powinnaś kończyć szkoły, ale dlatego, że w domu zrobiło się zbyt cicho natychmiast po twoim wyjeździe. Rudolf twierdzi, że powinnam napisać, iż tęsknię, zamiast przez pół strony opisywać błędy Karkarowa i niedostateczne zabezpieczenia Durmstrangu.
Ma rację tylko częściowo.
Tęsknię.
Napisz, kiedy przeczytasz.
Twoja matka
Bellatrix Lestrange
Trixie zatrzymała palce na ostatnich słowach.
Nie spodziewała się, że właśnie to proste wyznanie poruszy ją bardziej niż wszystkie wcześniejsze pytania, ostrzeżenia i polecenia.
Tęsknię.
Bellatrix nie napisała, że córka ma natychmiast wrócić, że powinna zmienić decyzję ani że Karkarow nie ma prawa jej zatrzymywać. Przyznała jedynie, że dom bez niej stał się zbyt cichy.
— I? — zapytała Anja.
Trixie zakończyła działanie zaklęcia. Wypukłe punkty wygładziły się, pozostawiając zwyczajny zapis atramentem, po czym dziewczyna złożyła pergamin.
— Chce wiedzieć, czy dotarłam, kto mnie przywitał, co powiedział Karkarow, czy jest mi ciepło, czy jem, czego się uczę, z kim rozmawiam i dlaczego nie zabrałam drugiej pary butów.
— Wszystko w jednym liście?
— To nie wszystko.
Anja roześmiała się.
Trixie włożyła pergamin do drewnianego pudełka, które dotąd służyło do przechowywania kilku pamiątek i starych spinek. List zajmował prawie połowę jego wnętrza.
— Będziesz potrzebowała większego — zauważyła Anja.
— To pierwszy.
— Właśnie dlatego.
Trixie nie wiedziała jeszcze, jak szybko okaże się, że przyjaciółka miała rację.
Drugi list od Bellatrix dotarł następnego ranka.
Sowa wleciała do Wielkiej Sali, wykonała szeroki krąg pod sklepieniem i opadła na stół tuż przed Trixie, niemal przewracając filiżankę stojącą obok jej talerza. Pergamin był złożony, opieczętowany i wyraźnie grubszy niż zwyczajna wiadomość.
Anja odsunęła dzbanek.
— Odpisałaś jej w nocy?
— Jeszcze nie.
— W takim razie skąd drugi list?
Trixie przesunęła palcami po pieczęci.
— Zaczęła go pisać, zanim dotarłam.
Przy sąsiednim stole kilka osób ściszyło rozmowę. Nazwisko Lestrange’ów znajdowało się od kilku dni na pierwszych stronach europejskich gazet, dlatego czarna pieczęć i angielska sowa natychmiast przyciągnęły uwagę.
Karkarow również ją zauważył.
Siedział przy stole nauczycielskim. Trixie nie widziała jego twarzy, ale usłyszała gwałtownie odstawioną filiżankę. Porcelana uderzyła o spodek z ostrym brzękiem.
Sowa nie odlatywała. Wyciągnęła nogę, do której przywiązano niewielką kartkę. Trixie odwiązała ją i nałożyła krótkie zaklęcie odczytowe.
Sowa ma zaczekać na potwierdzenie odbioru. Nie ufam szkolnej poczcie.
Trixie sięgnęła do torby po niewielką tabliczkę brajlowską, dłutko oraz skrawek grubszego pergaminu.
Nie pisała różdżką. Czarodzieje używali do korespondencji zwykłych piór i atramentu, a ona korzystała z własnego narzędzia, które pozwalało jej kontrolować każdy znak.
Wsunęła pergamin pomiędzy części tabliczki i zatrzasnęła boczne zapięcia. Lewą dłonią kontrolowała położenie kolejnych komórek, a prawą trzymała dłutko. Ponieważ punkty były wyciskane od tylnej strony kartki, musiała zapisywać litery od prawej do lewej, w lustrzanym odbiciu. Dopiero po wyjęciu i odwróceniu pergaminu mogła przeczytać tekst od lewej do prawej.
Dłutko cicho naciskało kolejne punkty.
Otrzymałam oba listy. Dotarłam bezpiecznie. Jestem przy śniadaniu. Odpowiem wieczorem.
Trixie zatrzymała dłoń, a następnie dopisała:
Ja też tęsknię.
Po zakończeniu wyjęła pergamin z tabliczki, odwróciła go i przeczytała wiadomość palcami. Jeden znak wymagał poprawy, dlatego ponownie umieściła kartkę w tabliczce i ostrożnie skorygowała układ punktów.
Nie przepisywała odpowiedzi zwykłym atramentem. Narcyza od lat płynnie czytała brajlem i w razie potrzeby mogła odczytać wiadomość pozostałym. Rudolf zaczął uczyć się alfabetu punktowego, gdy po wyjściu z Azkabanu dowiedział się, że jego córka jest niewidoma. Bellatrix natomiast oznajmiła już podczas pierwszych dni, że nie zamierza przez resztę życia prosić siostry o odczytywanie słów własnego dziecka.
Jej cierpliwość do nauki pozostawała ograniczona, lecz motywacja była wyjątkowo silna.
Trixie zwinęła pergamin, przywiązała go do nogi sowy i pozwoliła jej odlecieć.
Anja siedziała obok w milczeniu.
— Nie pytasz, co napisałam?
— Gdybyś chciała mi powiedzieć, już byś to zrobiła.
Trixie odnalazła kubek.
— Napisałam, że dotarłam bezpiecznie i odpowiem wieczorem.
— Rozsądnie.
— Mama prawdopodobnie i tak napisze trzeci list, zanim otrzyma odpowiedź.
Anja odwróciła głowę ku oddalającej się sowie.
— Zaczynam ją lubić.
— Nie znasz jej.
— Znam kogoś, kto potrafi wysłać osiem stron pytań, rozpocząć drugi list przed otrzymaniem odpowiedzi i trzymać sowę na miejscu jak zakładnika. To wystarczy, żeby wzbudzić zainteresowanie.
Trixie uśmiechnęła się.
Kiedy podniosła łyżkę, usłyszała kroki Karkarowa. Dyrektor zatrzymał się przy ich stole.
— Panno Lestrange.
— Tak, panie dyrektorze?
— Otrzymuje pani korespondencję od rodziny.
Nie było to pytanie.
— Tak.
Karkarow przypomniał jej, że szkolne przepisy pozwalały na prywatne listy, jednak wszystkie przesyłki mogły zostać sprawdzone pod kątem zakazanych przedmiotów i niebezpiecznych zaklęć.
Trixie spokojnie zapewniła, że jeżeli paczka będzie zawierała jakikolwiek przedmiot, szkoła może zastosować zwykłą procedurę. Sama korespondencja nie dawała jednak dyrektorowi prawa do czytania prywatnych wiadomości.
— Pani matka może nie znać obecnych zasad Durmstrangu — powiedział Karkarow.
— Mama zna zasady. Nie oznacza to, że je aprobuje.
Anja pochyliła głowę, najwyraźniej próbując ukryć uśmiech.
Dyrektor poprosił, aby Trixie przekazała matce, że korespondencja nie może zakłócać zajęć ani powodować niepokoju wśród pozostałych uczniów.
— List leżał na stole przez mniej niż minutę — zauważyła Trixie.
— Nie mówię wyłącznie o dzisiejszym liście.
Dziewczyna uniosła twarz w jego stronę.
— O jakich innych listach pan mówi?
Karkarow zawahał się.
Nie istniały jeszcze żadne inne.
— O przyszłych — odpowiedział w końcu.
— Przekażę mamie, że obawia się pan przyszłej korespondencji.
— Nie powiedziałem, że się obawiam.
— Oczywiście.
Karkarow odszedł, zanim Trixie zdążyła dodać coś więcej.
Anja zaczekała, aż jego kroki ucichną.
— Twoja matka nawet nie musi tutaj być, żeby go denerwować.
— To jedna z jej licznych zdolności.
Trixie odpisała tego wieczoru.
W dormitorium rozłożyła większą tabliczkę brajlowską i wsunęła do niej czysty pergamin. Następnie zaczęła wyciskać dłutkiem kolejne znaki, przesuwając się od prawej krawędzi kartki ku lewej. Praca wymagała czasu i skupienia. Każda pomyłka była trudniejsza do usunięcia niż skreślone słowo zapisane atramentem, dlatego po ukończeniu każdego fragmentu wyjmowała pergamin, odwracała go i sprawdzała punkty palcami.
Pisała, że dotarła bezpiecznie, Karkarow nie próbował jej zatrzymać, dormitorium było ogrzewane, a współlokatorki nie dotykały jej rzeczy bez pozwolenia.
Pominęła nazwisko chłopca, który cztery lata wcześniej zabrał jej różdżkę. Nie opisała również zabezpieczeń szkoły ani planu korytarzy.
Na końcu dodała:
Nie musisz pytać, czy tęsknię. Tęsknię. Nie oznacza to jednak, że żałuję powrotu. Chcę być tutaj i chcę wracać do domu. Obie rzeczy mogą być prawdziwe jednocześnie.
Po przeczytaniu gotowej wiadomości złożyła pergamin i opatrzyła go pieczęcią.
Bellatrix odpowiedziała po dwóch dniach.
Mogą, chociaż jedna z nich nadal podoba mi się znacznie mniej.
Nie odpowiedziałaś na pytanie o chłopca z drugiego roku, nazwisko nauczyciela obrony, temperaturę w dormitorium ani to, czy Karkarow osobiście sprawdził świstoklik.
Trixie odpisała ręcznie:
Nie odpowiedziałam, ponieważ nie uznałam tych informacji za potrzebne.
Następny list Bellatrix rozpoczynał się od zdania:
To ja zdecyduję, które informacje są mi potrzebne.
Poniżej matka umieściła dwanaście ponumerowanych pytań.
Trixie odpowiedziała na siedem.
Kolejny list zawierał adnotację:
Pominęłaś pytania trzecie, szóste, ósme, dziewiąte i jedenaste.
Trixie napisała:
Zauważyłam.
Po tygodniu Bellatrix zaczęła numerować nie tylko pytania, lecz także polecenia, ostrzeżenia oraz tematy, do których zamierzała wrócić w następnej wiadomości. Potrafiła przejść od opisu kłótni z Lucjuszem do żądania nazwisk wszystkich nauczycieli, następnie do wspomnienia z dzieciństwa, a na końcu dodać, że Trixie powinna nosić cieplejszy szal, ponieważ Narcyza twierdziła, iż w Bułgarii temperatura spadła poniżej zera.
Jej listy były głośne.
Trixie nie potrafiła określić ich inaczej. Nawet zapisane na pergaminie zdania brzmiały tak, jakby Bellatrix wypowiadała je swoim gwałtownym głosem, niecierpliwie oczekując natychmiastowej odpowiedzi. Stawiała wykrzykniki tam, gdzie inni ludzie użyliby kropki, przekreślała całe akapity i dopisywała nowe na marginesach. Czasami kończyła list, po czym odwracała pergamin i dodawała jeszcze jedną stronę.
Pytała o oceny, posiłki i ćwiczenia, ale równie często pisała o sobie.
Opisywała, jak bardzo denerwuje ją bezczynność, że Lucjusz nie pozwala jej opuszczać posiadłości bez wcześniejszego uzgodnienia oraz że Ministerstwo przedstawia zbiegów jako grupę dowodzoną przez Syriusza Blacka.
Mój kuzyn jest najwyraźniej tak utalentowany, że potrafił zorganizować naszą ucieczkę, mimo że nie miał z nami żadnego kontaktu. „Prorok” nie wyjaśnia, jak miałby tego dokonać, ale od jego dziennikarzy nie wymagałabym zdolności rozumowania.
Trixie od dzieciństwa znała drzewo genealogiczne Blacków i wiedziała, że Syriusz był kuzynem Bellatrix. Narcyza wyjaśniła jej również, że został wykreślony z rodzinnego gobelinu, odrzucił poglądy rodu i przez wiele lat uchodził za człowieka, który zdradził zarówno rodzinę, jak i dawnych przyjaciół.
Nie znała jednak miejsca jego pobytu ani obecnych powiązań. Wiedziała jedynie to, co podawały gazety oraz co Narcyza uznała wcześniej za część rodzinnej historii.
Nie znała również szczegółów osobistej wrogości między nim a Bellatrix. Matka wspominała o Syriuszu z gwałtowną pogardą, lecz nie opisała jeszcze wydarzeń, które sprawiły, że nawet jego imię wystarczało, aby zmienić jej ton.
Trixie nie pytała.
Bellatrix sama opowie tę historię, kiedy uzna to za potrzebne albo kiedy po raz kolejny nie zdoła dłużej powstrzymywać gniewu.
Listy Rudolfa przychodziły rzadziej.
Pierwszy dotarł cztery dni po powrocie Trixie. Zajmował jedną stronę i rozpoczynał się zwyczajnym powitaniem.
Droga Trixie,
twoja matka napisała do ciebie już pięć razy, dlatego zakładam, że wiesz, co wydarzyło się w domu od twojego wyjazdu, jakie zdanie ma o Karkarowie oraz dlaczego uważa, że powinnaś nosić dwa szale jednocześnie.
Nie będę pytał o wszystko. Chciałbym wiedzieć, co po powrocie wydało ci się inne niż przed wyjazdem.
Trixie czytała ten list kilkakrotnie.
Pytanie Rudolfa nie dotyczyło planu zajęć, zabezpieczeń ani nazwisk ludzi, którzy mogli stanowić zagrożenie. Nie pytał nawet wprost, jak się czuła.
Chciał wiedzieć, co się zmieniło.
Odpowiedziała:
Szkoła jest taka sama. Ja nie.
Nie wiem jeszcze, na czym dokładnie polega różnica. Wcześniej myślałam o was jak o ludziach istniejących gdzieś poza moim życiem. Teraz, kiedy coś się wydarza, zastanawiam się, co powiedziałaby mama i co ty byś o tym pomyślał. Czasami jest to męczące, szczególnie w przypadku mamy, ponieważ potrafię sobie wyobrazić kilka jej odpowiedzi jednocześnie.
Rudolf napisał:
To normalne. Bellatrix rzeczywiście potrafi udzielić kilku odpowiedzi naraz, często zanim rozmówca skończy pytanie.
Nie musisz natychmiast wiedzieć, co się zmieniło. Wystarczy, że pozwolisz zmianie istnieć, zanim spróbujesz ją nazwać.
W następnych listach pytał o książki, których nie znał, znaczenie niektórych run oraz to, czy Trixie nadal uważa, że trudny język jest interesujący właśnie dlatego, że wymaga wysiłku. Czasami opowiadał o własnej młodości, ale nigdy w sposób przypominający oficjalne rodzinne kroniki.
Pisał o pierwszym szkolnym pojedynku, który wygrał, nie używając ani jednego zaklęcia ofensywnego, o księdze wyniesionej z działu zakazanego i ukrywanej przez miesiąc pod poluzowaną deską podłogi oraz o profesorze, którego cierpliwość postanowił kiedyś sprawdzić.
Przez dwa lata kończył wypracowania coraz bardziej niedorzecznymi zdaniami, zaczynając od nieznacznych błędów rzeczowych, a kończąc na twierdzeniu, że Ministerstwo powinno powierzyć goblinom prowadzenie Hogwartu. Nauczyciel ani razu nie zaznaczył tych fragmentów, co ostatecznie przekonało Rudolfa, że czytał jedynie pierwszą i ostatnią stronę każdej pracy.
Nie wszystkie historie przedstawiały go w korzystnym świetle, lecz właśnie dlatego Trixie je lubiła. Ojciec nie próbował budować przed nią własnej legendy. Pozwalał jej poznać chłopca, którym był, zanim został mężem Bellatrix, śmierciożercą i więźniem Azkabanu.
Listy Narcyzy były najbardziej znajome.
Ciotka pisała o domu, pogodzie, ubraniach, posiłkach oraz o tym, że Fips przez trzy dni szukał jednego z kolczyków Bellatrix, zanim odkrył, iż przez cały czas znajdował się on we włosach właścicielki.
Przypominała o rękawiczkach, ale nigdy nie żądała potwierdzenia, że Trixie rzeczywiście je założyła. Informowała, że Lucjusz narzeka na liczbę sów zajmujących posiadłość, Rudolf odzyskał kilka książek z dawnego domu Lestrange’ów, a Bellatrix próbowała przekształcić jedną z komnat w salę ćwiczeń dla córki, chociaż nie było pewności, czy Trixie w ogóle będzie chciała z niej korzystać.
Narcyza wspominała także o postępach rodziny w nauce brajla.
Rudolf uczył się cierpliwie, znak po znaku, i potrafił już samodzielnie odczytać krótkie zdania. Bellatrix twierdziła, że alfabet został niepotrzebnie skomplikowany, po czym spędzała wieczory nad tablicą znaków, dopóki nie nauczyła się rozpoznawać większości liter. Odmawiała przyznania, że myliła niektóre układy punktów, i oskarżała Narcyzę o niejasne tłumaczenie.
W jednym z listów ciotka napisała:
Twoja matka nieustannie pyta, czy już otrzymałaś jej wiadomość, nawet jeśli od wysłania minęło pół godziny. Próbuję wyjaśnić jej, że Bułgaria nie leży po drugiej stronie ogrodu, ale cierpliwość nigdy nie należała do zalet naszej rodziny.
Trixie odpowiedziała:
Mama twierdzi, że cierpliwość jest potrzebna tylko ludziom, którzy nie potrafią zmusić świata do szybszego działania.
Narcyza odpisała:
To rzeczywiście brzmi jak Bellatrix.
Po dwóch tygodniach drewniane pudełko przestało wystarczać.
Trixie nie chciała zamawiać szkatuł przy innych uczennicach ani tłumaczyć, dlaczego potrzebuje osobnych pojemników na tak dużą liczbę listów opatrzonych pieczęcią Lestrange’ów. Po wieczornym posiłku poprosiła więc jednego ze szkolnych skrzatów, aby przyszedł do pustej sali obok biblioteki, wręczyła mu niewielką sakiewkę i dokładnie opisała trzy drewniane szkatuły, które miał kupić u dostawcy zaopatrującego szkołę.
Skrzat wrócił następnego wieczoru. Przyniósł trzy zwyczajne szkatuły pozbawione herbów i ozdób, dzięki czemu nie zwracały uwagi. Trixie sama oznaczyła ich wieka wypukłymi literami B, R oraz N.
Listy Bellatrix zajęły pierwszą szkatułę jeszcze przed końcem stycznia.
Trixie układała pergaminy chronologicznie, choć matka czasami wysyłała kolejną wiadomość, zanim poprzednia zdążyła dotrzeć. Ustalenie właściwej kolejności wymagało wtedy porównywania treści. Wszystkie listy zapisane atramentem odczytywała za pomocą zaklęcia podnoszącego znaki do brajlowskiej postaci, a następnie przywracała im pierwotny wygląd, zanim odłożyła pergaminy do szkatuły.
Własne odpowiedzi pisała zawsze ręcznie na tabliczce.
Z czasem dłutko pozostawiło niewielkie wgłębienie na jej środkowym palcu, szczególnie w dniach, kiedy odpowiadała jednocześnie matce, ojcu i Narcyzie. Trixie nie narzekała. Rytm kolejnych punktów uspokajał ją i zmuszał do zastanowienia się nad każdym zdaniem, zanim znalazło się na kartce.
Korespondencję rodziców przechowywała pod łóżkiem, oddzielnie od pozostałych listów. Nie ukrywała jej, ale nie pozostawiała również na biurku, gdzie każda współlokatorka mogłaby rozpoznać pieczęć Lestrange’ów.
Pewnego wieczoru Anja usiadła obok niej na podłodze, gdy Trixie próbowała zmieścić kolejny pergamin w szkatułce Bellatrix.
— Ile ich jest?
— Dwadzieścia siedem.
— Od kiedy wróciłaś?
— Od szesnastu dni.
Anja przez chwilę liczyła w myślach.
— To więcej niż jeden dziennie.
— Czasami pisze dwa.
— O czym można pisać dwa razy dziennie?
— Rano pyta, co będę robiła. Wieczorem chce wiedzieć, czy zrobiłam to zgodnie z jej oczekiwaniami.
— A robisz?
— Rzadko.
Anja pomogła docisnąć wieko.
— Jest taka, jak ją sobie wyobrażałaś?
Trixie oparła plecy o ramę łóżka.
— Nie.
— Gorsza?
— Bardziej.
— To nie jest odpowiedź.
Trixie przesunęła dłonią po gładkim wieku szkatułki.
— Jest bardziej gwałtowna, bardziej zazdrosna, bardziej męcząca i bardziej moja, niż potrafiłam sobie wyobrazić.
Anja nie skomentowała ostatniego słowa.
— A ojciec?
— Przy nim łatwiej milczeć.
— To dobrze?
— Bardzo.
Przez chwilę siedziały w ciszy.
— Cieszysz się, że uciekli? — zapytała w końcu Anja.
Pytanie było ostrożne, ale Trixie wyczuła w nim coś więcej niż zwykłą ciekawość.
W gazetach Bellatrix i Rudolf nie byli przedstawiani jako rodzice wracający do córki. Byli śmierciożercami, skazanymi przestępcami i ludźmi odpowiedzialnymi za tortury. Uczniowie szeptali o nich na korytarzach, czasami nie wiedząc, że Trixie przechodzi obok, a czasami mówiąc głośniej właśnie po to, by usłyszała.
— Tak — odpowiedziała.
— Nawet wiedząc, co zrobili?
Trixie zacisnęła palce na krawędzi szkatułki.
— Wiedziałam, zanim wrócili.
— To nie sprawia, że nic się nie zmienia.
— Nie powiedziałam, że nic się nie zmienia. Powiedziałam, że się cieszę.
Anja skinęła głową.
— Dobrze.
— Tylko tyle?
— Nie pytam, żeby przekonać cię, że powinnaś czuć coś innego. Chciałam wiedzieć.
Trixie rozluźniła dłonie.
— W gazetach nie ma wszystkiego.
— Wiem.
— Ale to, co w nich jest, nie zawsze jest kłamstwem.
Anja zwróciła twarz w jej stronę.
Trixie nie dodała niczego więcej.
Była to pierwsza rzecz, której nie potrafiła jeszcze wyjaśnić nawet samej sobie. Kochała rodziców, cieszyła się z ich wolności i nie żałowała ani jednej chwili spędzonej w domu, ale wiedziała również, co zrobili Longbottomom i innym ludziom.
Bellatrix nie okazywała żalu.
Trixie nie oczekiwała, że zacznie.
Jednak fakt, że coś rozumiała, nie oznaczał, iż każda część tej wiedzy układała się w prostą odpowiedź.
— Nie powiem nikomu o tej rozmowie — powiedziała Anja.
— Nie prosiłam.
— Wiem.
Trixie dotknęła jej dłoni.
— Dziękuję.
W lutym listy stały się częścią szkolnego rytmu.
Uczniowie przestali odwracać głowy za każdym razem, gdy angielska sowa lądowała przed Trixie, choć nadal szeptali, gdy na pergaminie znajdowała się czarna pieczęć. Bellatrix zyskała w Durmstrangu reputację matki, która potrafiła wysłać trzy listy jednego dnia i w każdym przypomnieć, że Karkarow nie ma prawa ograniczać jej kontaktu z córką.
Dyrektor reagował na nazwisko Lestrange’ów coraz gorzej.
Początkowo jedynie obserwował przesyłki. Później polecił, aby wszystkie paczki z Anglii trafiały najpierw do jego gabinetu, gdzie sprawdzano je pod kątem zakazanych przedmiotów i niebezpiecznych zaklęć.
Pierwsza paczka zawierała trzy książki, rękawiczki, dwa opakowania słodyczy oraz notatkę Bellatrix:
Jeżeli otworzył to Karkarow, niech wie, że w książkach nie ma nic bardziej niebezpiecznego niż wiedza, której najwyraźniej nie potrafił zapewnić własnym uczniom.
Koperta nie została zabezpieczona zaklęciem prywatności, dlatego Karkarow zdołał przeczytać wiadomość, zanim wezwał Trixie do gabinetu.
Dziewczyna wiedziała o tym, gdy tylko weszła. Dyrektor stał za biurkiem i oddychał przez nos, próbując opanować złość, pod którą kryło się wyraźne napięcie.
— Pani matka najwyraźniej uważa, że może obrażać dyrekcję mojej szkoły w oficjalnej korespondencji.
Trixie przesunęła dłonią po książkach.
— Gdyby chciała pana naprawdę obrazić, list byłby dłuższy.
Karkarow zacisnął palce na blacie.
— Proszę jej przekazać, że wszystkie przesyłki będą sprawdzane.
— Wie o tym. Dlatego napisała wiadomość również dla pana.
— Nie życzę sobie, żeby Bellatrix Lestrange zwracała się do mnie za pośrednictwem uczennicy.
— W takim razie powinien pan napisać bezpośrednio do niej.
W gabinecie zapadła cisza.
Trixie nie mogła zobaczyć twarzy dyrektora, lecz jego brak odpowiedzi powiedział jej wystarczająco wiele.
— Nie ma takiej potrzeby — stwierdził w końcu.
Przeszedł kilka kroków po pokoju, po czym zatrzymał się po drugiej stronie biurka.
— Chcę, żeby jedna rzecz była całkowicie jasna. Bellatrix Lestrange nie może pojawić się na terenie Durmstrangu. Jest poszukiwaną zbiegłą więźniarką. Gdyby spróbowała przekroczyć granice szkoły, zabezpieczenia zareagują, a ja będę zobowiązany powiadomić bułgarskie Ministerstwo Magii.
Trixie lekko przechyliła głowę.
— Nie przyjedzie tutaj.
— Skąd ta pewność?
— Nie dlatego, że szanuje pańskie przepisy. Nie zamierza jednak sprowadzić aurorów do szkoły własnej córki.
Karkarow milczał przez chwilę.
— Mam nadzieję, że właściwie ocenia pani jej rozsądek.
— Mama nie zawsze jest rozsądna. Potrafi jednak odróżnić własną niecierpliwość od sytuacji, w której naraziłaby rodzinę.
— Proszę mimo wszystko przekazać jej moje stanowisko.
— Wie już, że nie może wejść do Durmstrangu. To jedna z przyczyn, dla których tak często pisze.
Karkarow zacisnął palce na blacie.
— Może pani odejść.
Trixie zebrała książki i opuściła gabinet.
Jeszcze tego samego wieczoru napisała matce o rozmowie. Odpowiedź Bellatrix przyszła po trzech dniach i była wyjątkowo krótka.
Nie zamierzałam wchodzić do szkoły i pozwolić, żeby Karkarow wezwał aurorów. Nie oznacza to, że nie mogę czekać poza jej granicami.
Rudolf dopisał pod spodem innym charakterem pisma:
Nie zamierza również czekać poza granicami szkoły. Przynajmniej nie w tym tygodniu.
Pod jego zdaniem Bellatrix dodała:
Nie obiecywałam niczego w sprawie następnego.
Trixie przeczytała Anji wybrany fragment wiadomości, pomijając nazwisko Karkarowa.
— Przyjedzie? — zapytała przyjaciółka.
— Kiedyś.
— Dyrektor ucieknie.
— Możliwe.
— Myślisz, że naprawdę boi się twojej matki?
Trixie schowała pergamin.
— Nie tylko jej.
Nie rozwinęła tej myśli.
Pod koniec lutego śnieg przestał padać codziennie, chociaż dziedziniec nadal pozostawał pokryty grubą, zmrożoną warstwą. Dni powoli się wydłużały, w komnatach rzadziej palono ogień, a uczniowie zaczynali mówić o wiosennych egzaminach.
Listy pozwalały Trixie mierzyć czas inaczej.
Styczeń był miesiącem, w którym Bellatrix pytała o wszystko.
Luty stał się miesiącem, w którym zaczęła również odpowiadać.
Początkowo matka reagowała na każdą myśl córki przede wszystkim oceną. Jeżeli Trixie pisała o trudnym zaklęciu, Bellatrix wyjaśniała, jak sama wykonałaby je lepiej. Kiedy wspominała o sporze z nauczycielem, matka natychmiast proponowała kilka sposobów wygrania rozmowy, z których większość wymagała zastraszania, pojedynku albo ujawnienia nazwiska Lestrange.
Z czasem jednak w listach pojawiły się historie.
Bellatrix opisała swój pierwszy dzień w Hogwarcie, podczas którego pokłóciła się z dwiema starszymi uczennicami, ponieważ jedna z nich zasugerowała, że nazwisko Black nie gwarantuje miejsca w Slytherinie.
Pisała o dziecięcych sprzeczkach z Narcyzą, zakazanych książkach ukrywanych przed matką i o tym, jak kiedyś przekonała kilku młodszych kuzynów, że portret jednego z przodków pożera dzieci przechodzące obok niego po zmroku. Nie wszystkie historie musiały być prawdziwe w każdym szczególe, ale wszystkie brzmiały jak Bellatrix.
Rudolf stwierdził w osobnym liście:
Twoja matka ma niezwykły talent do pamiętania wydarzeń dokładnie tak, jak powinny były przebiegać, gdyby świat zawsze zgadzał się z jej opinią.
Trixie odpisała:
Skąd mam wiedzieć, która wersja jest prawdziwa?
Rudolf odpowiedział:
Najczęściej prawda znajduje się gdzieś pomiędzy jej wersją a wersją człowieka, którego akurat obwinia.
Bellatrix pisała również o własnej matce, o Narcyzie jako dziecku i o Andromedzie, choć to ostatnie imię pojawiało się rzadko i zwykle w zdaniach pełnych gniewu.
Nie prosiła Trixie, by podzielała ten gniew.
Przyjmowała jednak jako oczywiste, że córka stanie po jej stronie.
Trixie nie wiedziała jeszcze, czy rzeczywiście zawsze to zrobi.
W jednym z listów zapytała:
Czy nadal uważałabyś mnie za córkę, gdybym kiedyś się z tobą nie zgodziła?
Odpowiedź nie przyszła następnego dnia.
Nie pojawiła się również po dwóch dniach, co było niezwykłe. Bellatrix potrafiła pisać nawet wtedy, gdy nie miała niczego nowego do powiedzenia, dlatego cisza zaczęła niepokoić Trixie bardziej niż jakiekolwiek gwałtowne słowa.
Trzeciego dnia przyleciała sowa Rudolfa.
Twoja matka od dwóch dni pisze odpowiedź, drze kolejne arkusze pergaminu i zaczyna od nowa. Uważa, że nie należy ci o tym mówić, więc oczywiście zachowaj tę informację dla siebie.
Trixie uśmiechnęła się, lecz napięcie nie zniknęło.
List Bellatrix dotarł następnego ranka.
Zajmował tylko jedną stronę.
Nie podoba mi się twoje pytanie.
Nie dlatego, że nie wolno ci się ze mną nie zgadzać, ale dlatego, że najwyraźniej nadal uważasz, iż mogłabym przestać być twoją matką z powodu różnicy zdań.
Będę się złościć. Być może bardzo. Mogę uznać, że się mylisz, powiedzieć to zbyt głośno i próbować cię przekonać, nawet jeśli nie będziesz chciała słuchać.
Nie przestanę jednak być twoją matką.
Ty również nie przestaniesz być moją córką.
Nie pytaj o to ponownie.
Bellatrix
Trixie przeczytała list dwa razy.
Potem po raz trzeci.
Nie było w nim słowa „kocham”. Bellatrix nie używała go w korespondencji, jakby samo uczucie było zbyt oczywiste albo zbyt niebezpieczne, by zamknąć je w zwyczajnym zdaniu.
Nie musiała.
Trixie złożyła pergamin i umieściła go na samym dnie szkatułki, oddzielnie od pozostałych listów, żeby nie zniszczył się od częstego czytania.
Na początku marca Karkarow zaczął zachowywać się inaczej.
Nie chodziło wyłącznie o listy. Trixie zauważyła, że coraz częściej opuszczał posiłki, odwoływał spotkania i pozostawał zamknięty w gabinecie do późnej nocy. Podczas przemówień mówił szybciej, a gdy na dziedzińcu pojawiała się obca sowa, przerywał w połowie zdania i nasłuchiwał trzepotu skrzydeł.
Dziewczyna nie wiedziała, czego dokładnie się obawiał.
Być może Mroczny Znak przypominał mu o powrocie Voldemorta. Sam strach nie mówił jej jednak, co Karkarow zrobił w przeszłości ani dlaczego reagował znacznie gwałtowniej niż inni ludzie związani kiedyś z Czarnym Panem. Trixie mogła jedynie obserwować jego napięcie, unikanie pytań i sposób, w jaki milkł za każdym razem, kiedy rozmowa zbliżała się do Voldemorta.
Nie czuła wobec niego litości.
Nie próbowała go również zastraszać.
Sama obecność córki Bellatrix Lestrange wystarczała, by przypominać mu, że świat, przed którym próbował uciec, znajdował się coraz bliżej.
W pierwszy piątek marca profesor Steiner odnalazł ją po zajęciach z run.
— Dyrektor prosi panią do gabinetu.
Trixie schowała książki do torby.
— Znowu?
— Tym razem chodzi o wiadomość z Anglii.
— Od rodziny?
Steiner zawahał się.
— List przyszedł od Lucjusza Malfoya.
Nie od Bellatrix.
To wystarczyło, by Trixie zrozumiała, że nie chodzi o zwyczajną korespondencję.
Droga do gabinetu wydawała się dłuższa niż zazwyczaj. Dziewczyna rozpoznawała kolejne zakręty i schody, lecz jej myśli wracały do poprzedniego wezwania, kiedy podobny list Lucjusza zaprowadził ją do domu i rodziców.
Tym razem Karkarow nie zaprosił jej do siedzenia.
Na biurku leżał pojedynczy pergamin.
— Lucjusz Malfoy prosi o pani przyjazd do Anglii w przyszły weekend — powiedział. — Podanym powodem jest spotkanie rodzinne.
— To jedyny podany powód?
Karkarow natychmiast zesztywniał.
— Tak.
Trixie wyciągnęła rękę.
— Mogę przeczytać?
Dyrektor podał jej list.
Był krótki. Lucjusz prosił o zwolnienie Trixie od piątkowego popołudnia do niedzielnego wieczoru i zapewniał, że nie opuści żadnego egzaminu ani obowiązkowego wydarzenia szkolnego.
Dziewczyna przesunęła palcami po pergaminie. Pod zwyczajnym atramentem znajdowała się druga, bardzo delikatna warstwa magii. Nie wyczuła jej z drugiego końca pomieszczenia ani przez biurko. Zauważyła ją dopiero po dotknięciu listu: fragment papieru był odrobinę cieplejszy, a pod opuszkami pojawiało się subtelne drżenie.
Karkarow najwyraźniej nie zwrócił na nie uwagi.
— Świstoklik może zostać przygotowany — powiedział. — Chociaż częstotliwość tych wyjazdów zaczyna zakłócać naukę.
— Byłam w Anglii raz.
— To będzie drugi raz w ciągu dwóch miesięcy.
— Nie mam w tym czasie egzaminów.
— Szkoła nie jest miejscem, które opuszcza się za każdym razem, gdy rodzina wyraża takie życzenie.
Trixie nadal trzymała pergamin.
— Chce pan odmówić?
Karkarow milczał.
— Nie powiedziałem tego.
— W takim razie pojadę.
Dyrektor podszedł do okna.
— Panno Lestrange, istnieją sytuacje, w których człowiek powinien zastanowić się, czy każde wezwanie wymaga odpowiedzi.
— Istnieją również wezwania, których nierozsądnie byłoby nie usłyszeć.
Karkarow odwrócił się gwałtownie.
— Co ma pani na myśli?
Trixie złożyła pergamin.
— To samo, co pan.
Przez chwilę słyszeli jedynie wiatr uderzający o szyby.
— Kiedy będzie gotowy świstoklik? — zapytała.
— W piątek o czwartej.
— Dziękuję.
Odwróciła się w stronę drzwi.
— Panno Lestrange.
Zatrzymała się.
— Proszę uważać, komu pani ufa.
Te same słowa wypowiedział przed jej pierwszym wyjazdem. Wtedy również nie wyjaśnił, kogo dokładnie miał na myśli.
— Zaufanie nie zawsze jest najważniejsze — odpowiedziała. — Czasami ważniejsze jest to, kogo człowiek wybiera.
Opuściła gabinet.
Dopiero w dormitorium zamknęła drzwi, usiadła na łóżku i ponownie rozłożyła list Lucjusza. Anja znajdowała się na zajęciach, podobnie jak pozostałe dziewczęta, dlatego Trixie mogła bez przeszkód zdjąć zabezpieczenie.
Dotknęła różdżką cieplejszego miejsca na pergaminie.
Atrament nie zmienił swojej postaci. Z wnętrza papieru wydobył się niski głos Rudolfa, tak cichy, że nie mógł przeniknąć poza najbliższe otoczenie.
— Przyjedź zgodnie z listem Lucjusza. Nie mów nikomu, kto cię wezwał. Czarny Pan chce kontynuować waszą rozmowę.
Głos ucichł.
Pergamin stał się zwyczajny i chłodny.
Trixie siedziała bez ruchu, trzymając list w obu dłoniach.
Przez ostatnie tygodnie przyzwyczaiła się do tego, że rodzice istnieją w jej codziennym życiu. Bellatrix była obecna w gwałtownych listach, Rudolf w spokojnych pytaniach, a Narcyza w zwyczajnych wiadomościach o domu. Ich głosy docierały do niej przez atrament i pergamin, wypełniając przestrzeń pomiędzy Durmstrangiem a Anglią.
To wezwanie było inne.
Voldemort pamiętał o niej.
Chciał ponownie się spotkać, tym razem już po uwolnieniu Bellatrix i Rudolfa, kiedy spełnił obietnicę, której właściwie nigdy nie wypowiedział wprost.
Trixie dotknęła medalionu.
Nie bała się.
Czuła napięcie, ciekawość oraz coś przypominającego oczekiwanie przed rozpoczęciem trudnego utworu, którego pierwsze dźwięki znała, ale nie wiedziała jeszcze, dokąd zaprowadzi ją dalsza melodia.
Złożyła list i ukryła go na dnie szkatułki Rudolfa.
Kiedy Anja wróciła do dormitorium, Trixie siedziała przy biurku i odpowiadała na ostatnią wiadomość Bellatrix. Tabliczka brajlowska leżała przed nią, a dłutko wybijało kolejne punkty po odwrotnej stronie pergaminu.
— Znowu jedziesz do Anglii? — zapytała Anja, słysząc szelest oficjalnego listu.
— W przyszły weekend.
— Rodzinne spotkanie?
— Tak.
Nie było to całkowite kłamstwo.
Bellatrix i Rudolf z pewnością również tam będą.
Anja odłożyła torbę.
— Cieszysz się?
Trixie zatrzymała dłutko nad kolejną komórką.
— Tak.
Tym razem nie dodała niczego więcej.
W liście do matki napisała, że Karkarow zgodził się na wyjazd, zajęcia kończą się w piątek o trzeciej, a Anja przekaże jej notatki z poniedziałkowego poranka, gdyby powrót się opóźnił.
Nie wspomniała, kto naprawdę ją wezwał.
Bellatrix zapewne już wiedziała.
Po raz pierwszy jednak istniała rzecz łącząca Trixie z Voldemortem, której dziewczyna nie zamierzała omawiać w zwyczajnym liście do matki.
Po ukończeniu wiadomości wyjęła pergamin z tabliczki, odwróciła go i przeczytała wypukłe punkty palcami. Następnie złożyła kartkę, opieczętowała ją i podeszła do okna.
Na parapecie czekała sowa.
Trixie przywiązała wiadomość do jej nogi, pogładziła gładkie pióra i otworzyła okno. Do pokoju wpadło zimne powietrze, a ptak rozpostarł skrzydła i odleciał w stronę Anglii.
Dziewczyna zamknęła okno.
Na biurku pozostawały trzy szkatuły pełne listów, trzy różne głosy rodziny, którą dopiero zaczynała poznawać, oraz jeden ukryty pergamin zapowiadający rozmowę, o której nie mogła powiedzieć nikomu.
Do tej pory listy pozwalały jej zmniejszać odległość pomiędzy dwoma światami.
Teraz jeden z nich ponownie otwierał przed nią drzwi prowadzące do miejsca, z którego mogła już nie wrócić dokładnie taka sama.

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *