Rozdział 13 – nauka.

ROZDZIAŁ XIII
Nauka
Trixie wróciła do Malfoy Manor w pierwszy piątek marca, kilka minut po czwartej po południu.
Świstoklik postawił ją na kamiennej posadzce głównego holu znacznie łagodniej niż podczas poprzedniej podróży, choć kufer i tak opadł z głuchym uderzeniem, a mosiężny kompas wysunął się jej z dłoni. Zanim zdążyła odzyskać równowagę, usłyszała szybkie kroki przecinające hol.
Bellatrix nie czekała, aż córka się wyprostuje.
Objęła ją tak gwałtownie, że Trixie cofnęła się o pół kroku i oparła dłoń o ramię matki. Uścisk był silny, zachłanny i zupełnie nieproporcjonalny do czasu, który upłynął od ich ostatniego spotkania.
— Mówiłaś, że wrócisz — powiedziała Bellatrix, jakby córka właśnie dotrzymała wyjątkowo ryzykownej obietnicy.
— Byłam tutaj niecałe dwa miesiące temu.
— To długo.
Trixie uśmiechnęła się przy jej włosach.
— Napisałaś do mnie sto osiemnaście stron.
Bellatrix natychmiast odsunęła ją od siebie.
— Policzyłaś?
— Musiałam kupić drugą szkatułę.
Na twarzy matki pojawiła się duma, której zapewne nie wywołałaby informacja o żadnym szkolnym osiągnięciu.
— W takim razie powinnaś była wcześniej napisać, że pierwsza jest za mała.
— Bałam się, że uznasz to za zachętę.
— Słusznie.
Rudolf podszedł spokojniej. Pozwolił żonie nacieszyć się pierwszą chwilą, a dopiero później objął córkę. Nie ściskał jej tak gwałtownie jak Bellatrix. Przytrzymał ją jednak przez kilka sekund dłużej, niż robił to podczas pierwszego spotkania.
— Dobrze cię słyszeć — powiedziała Trixie.
— Ciebie również.
Bellatrix niemal natychmiast ponownie ujęła dłoń córki.
— Chodź. Muszę ci coś pokazać.
Rudolf nie podniósł głosu, ale w jego odpowiedzi zabrzmiało ostrzeżenie:
— Bello.
— Co?
— Mamy czas później.
Uścisk Bellatrix osłabł.
Trixie wyczuła zmianę, zanim którekolwiek z rodziców powiedziało coś więcej. W holu panowała cisza zbyt uważna jak na zwyczajny rodzinny powrót. Nie słyszała Narcyzy ani Lucjusza. Żaden skrzat nie pojawił się, by zabrać kufer, a drzwi prowadzące do salonu pozostawały zamknięte.
Voldemort już czekał.
— Później — powiedziała Bellatrix, choć wyraźnie nie była zadowolona z konieczności odkładania czegokolwiek. — Pokażę ci później.
— Co takiego?
Napięcie matki na moment ustąpiło miejsca satysfakcji.
— Uczę się brajla.
Trixie zwróciła ku niej twarz.
— Naprawdę?
— Oczywiście. Nie pozwolę, żeby sześć punktów okazało się ode mnie mądrzejsze.
— Jak ci idzie?
— Doskonale.
Rudolf chrząknął.
— Myli dwa znaki i próbuje przesuwać palec szybciej, niż potrafi rozpoznać pojedynczą literę.
Bellatrix odwróciła się ku niemu gwałtownie.
— Nie prosiłam o ocenę.
Córka uśmiechnęła się szerzej.
— Pokażesz mi później.
— Napisałam twoje imię.
— Całe?
— Oczywiście.
— Bez błędu?
Bellatrix zawahała się odrobinę za długo.
— Rudolf twierdzi, że jeden punkt znajduje się zbyt nisko, ale można rozpoznać słowo.
— To prawie doskonale.
— Właśnie.
Rudolf podniósł kufer córki zaklęciem. Zanim ruszyli w stronę salonu, Bellatrix zatrzymała Trixie i poprawiła kołnierz jej szaty. Zrobiła to gwałtowniej, niż było konieczne, szarpiąc materiał i próbując jednocześnie wygładzić zagniecenie, którego prawdopodobnie wcale nie było.
— Nie musisz się go obawiać — powiedziała cicho.
— Nie obawiam się.
— Wiem.
W głosie Bellatrix zabrzmiała duma, ale pod nią kryło się napięcie, którego Trixie nie słyszała podczas pierwszego spotkania z Voldemortem. Wówczas matka nie była obecna. Teraz wiedziała, że córka zostanie postawiona przed Czarnym Panem ponownie, a ona nie potrafiła przewidzieć ani kontrolować tego, czego będzie od niej chciał.
— Będę przy tobie — dodała.
Trixie nie odpowiedziała.
Nie wiedziała, czy Bellatrix rzeczywiście otrzymała pozwolenie na pozostanie podczas rozmowy.
Drzwi salonu otworzyły się, zanim zdążyły do nich podejść. Lucjusz stał po drugiej stronie. Jego oddech był równy, lecz sztywność sylwetki zdradzała wysiłek potrzebny do utrzymania pozornego spokoju.
— Czarny Pan czeka.
Bellatrix weszła pierwsza.
Trixie przekroczyła próg za nią i zatrzymała się. Nie próbowała od razu ustalać, gdzie znajdował się Voldemort. W pomieszczeniu panowała niemal całkowita cisza, a nieruchomy człowiek nie stawał się dla niej widoczny tylko dlatego, że był potężnym czarodziejem.
Słyszała jednak cichy trzask wygasającego drewna w kominku, przesunięcie szaty Lucjusza oraz oddechy rodziców. Z głębi salonu nie dochodziło nic, co pozwalałoby jej dokładnie zlokalizować siedzącą osobę.
Nie zgadywała.
Lucjusz zamknął drzwi.
Bellatrix poprowadziła córkę kilka kroków dalej, lecz Trixie delikatnie wysunęła dłoń z jej uścisku. Matka pozwoliła jej odejść, choć zrobiła to z wyraźną niechęcią.
— Podejdź — powiedział Voldemort.
Dopiero jego głos pozwolił Trixie ustalić kierunek.
Ruszyła ku niemu i zatrzymała się w odpowiedniej odległości.
— Mój Panie.
— Wróciłaś do szkoły, mimo że matka pragnęła cię zatrzymać.
— Tak.
— Dlaczego?
— Ponieważ chciałam wrócić.
Bellatrix poruszyła się za jej plecami.
— Trixie uznała, że cztery dni wystarczą, choć oczywiście…
Nie dokończyła.
Voldemort nie musiał podnosić głosu. Wystarczyło krótkie poruszenie, zapewne uniesienie dłoni, którego Trixie nie mogła zobaczyć.
— Nie pytałem ciebie — powiedział.
Bellatrix zamilkła.
— Oczywiście, mój Panie.
W jej odpowiedzi nie było sprzeciwu skierowanego przeciwko Voldemortowi. Uraza dotyczyła samej sytuacji, w której nie pozwolono jej objaśnić decyzji córki ani dodać własnej wersji wydarzeń.
— Dlaczego chciałaś wrócić? — zapytał Voldemort.
Trixie przesunęła kciukiem po łańcuszku medalionu.
— Durmstrang jest częścią mojego życia. Mam tam naukę, obowiązki i ludzi, których nie chciałam porzucić tylko dlatego, że rodzice odzyskali wolność.
— Nie wystarczyło ci, że ich otrzymałaś?
— Wystarczyło, żeby spełnić moje najważniejsze pragnienie. Nie wystarczyło, żeby przestało istnieć wszystko inne.
W salonie zapadła cisza.
Voldemort nie pochwalił odpowiedzi, lecz również jej nie zakwestionował.
— Czy powiedziałaś komuś o naszym pierwszym spotkaniu?
— Nie.
— Nikomu?
— Anja wie tylko, że podczas ferii byłam w Anglii. Karkarow domyśla się więcej, ale niczego ode mnie nie usłyszał.
— A rodzina?
— Wie to, co sam im powiedziałeś.
Bellatrix wciągnęła powietrze odrobinę gwałtowniej. Nie podobała jej się myśl, że Voldemort wiedział o wcześniejszej rozmowie z Trixie więcej niż ona.
— Chciałaś komuś opowiedzieć? — zapytał.
Trixie nie odpowiedziała natychmiast.
— Tak.
— Komu?
— Anji. Później rodzicom.
— Dlaczego tego nie zrobiłaś?
— Ponieważ spotkanie nie było moją tajemnicą do rozdawania.
Tym razem Voldemort przesunął palcami po poręczy fotela. Trixie usłyszała ciche tarcie skóry o materiał.
— Dobrze.
Jedno słowo wystarczyło, by poczuła ciepło rozchodzące się pod żebrami.
Nie było to ciepło rodzinnej dumy, którą Bellatrix okazywała bez miary. Voldemort nie dawał pochwał łatwo ani hojnie. Właśnie dlatego każde krótkie potwierdzenie miało dla Trixie większą wagę, niż powinno.
— Zostawcie nas — rozkazał.
Lucjusz skłonił się natychmiast.
Rudolf również nie protestował.
Bellatrix pozostała na swoim miejscu.
— Mój Panie — odezwała się — chciałabym być obecna podczas nauki Trixie.
— Wiem.
— Mogłabym pomóc. Obserwowałam, jak rozpoznaje kierunek zaklęć. Znam jej sposób poruszania się, a poza tym…
— Powiedziałem, żebyście wyszli.
Bellatrix zamilkła.
Jej oddech stał się płytszy. Nie zamierzała otwarcie sprzeciwić się Czarnemu Panu, ale wciąż nie ruszała się z miejsca, jakby sama obecność mogła stać się argumentem.
— Trixie — powiedziała ciszej. — Jeżeli chcesz, żebym została…
Voldemort nie przerwał jej.
Czekał.
Trixie zrozumiała, że nie chodziło wyłącznie o usunięcie matki z salonu. Chciał zobaczyć, czy córka potrafi przeciwstawić się matce, której uznania pragnęła przez całe życie, a jednocześnie wykonać jego polecenie bez zasłaniania się cudzą wolą.
— Mamo — powiedziała. — Wyjdź.
Bellatrix wstrzymała oddech.
— Nie musisz zostawać sama tylko dlatego, że…
— Chcę zostać.
Słowa zabrzmiały spokojnie, lecz stanowczo.
Matka nie odpowiedziała od razu. Trixie niemal czuła ciężar jej spojrzenia, intensywnego i zranionego, choć wiedziała, że Bellatrix nie pozwoliłaby sobie okazać tego uczucia w obecności Voldemorta.
— Oczywiście — powiedziała w końcu. — Skoro tego chcesz.
Przeszła obok córki. Kiedy znalazła się wystarczająco blisko, na moment dotknęła jej dłoni. Gest trwał zaledwie sekundę, jakby Bellatrix musiała upewnić się, że więź między nimi nie zniknęła tylko dlatego, że została wykluczona z rozmowy.
Drzwi zamknęły się.
Trixie została sama z Voldemortem.
Nie czuła strachu. Miała jednak świadomość, że od tej chwili każde słowo będzie należało wyłącznie do niej. Nie będzie córką Bellatrix odpowiadającą pod jej spojrzeniem ani dziewczyną, której Lucjusz lub Narcyza mogliby podsunąć bezpieczniejszą reakcję.
— Zraniłaś ją — zauważył Voldemort.
— Wiem.
— Żałujesz?
— Nie.
— Dlaczego?
Trixie wyczuła niedaleko oparcie krzesła, lecz nie usiadła, ponieważ nie otrzymała pozwolenia.
— Gdyby została, nie wiedziałabym, czy odpowiadam sama, czy próbuję powiedzieć to, co chciałaby usłyszeć.
— Chcesz mówić to, co chciałaby usłyszeć?
— Czasami.
— To słabość.
— Wiem.
— Nie próbujesz jej ukrywać.
— Gdybym próbowała, nadal by istniała.
Voldemort milczał przez chwilę.
— Twoja matka oddała mi wolność, rodzinę i własne życie. Uważasz ją za wzór.
— Tak.
— Czy służyłabyś mi, gdyby Bellatrix nigdy tego nie robiła?
Pytanie nie zaskoczyło Trixie. Spodziewała się go od chwili otrzymania wezwania.
— Nie wiem, kim byłabym, gdyby moja matka była inną osobą.
— To wymijająca odpowiedź.
— To jedyna prawdziwa. Wszystko, co wiedziałam o tobie jako dziecko, pochodziło z historii o niej, z opowieści Narcyzy i z nazwiska, które noszę. Nie mogę udawać, że wybory matki nie wpłynęły na moje.
— Zatem twoja lojalność należy do niej, nie do mnie.
— Nie.
— Wyjaśnij.
Trixie uniosła głowę.
— Ona nauczyła mnie, kim jesteś. Dumbledore pokazał mi, kim jest. Ty jako pierwszy pozwoliłeś mi zdecydować, co zrobię z tą wiedzą. Wysłuchałeś mnie, nie potraktowałeś jak dziecka ani problemu, którego szkoła nie chce przyjąć. Później uwolniłeś moich rodziców.
— Uwolniłem ich, ponieważ byli mi potrzebni.
— Wiem.
— A jednak uznajesz to za dar dla siebie.
— Jedno nie wyklucza drugiego.
W głosie Voldemorta pojawiło się coś przypominającego rozbawienie, choć nie był to śmiech.
— Przypominasz matkę bardziej, niż sądzisz.
Trixie nie wiedziała, czy była to pochwała, ostrzeżenie czy jedynie stwierdzenie.
— Gdybym wydał ci rozkaz, którego Bellatrix zabroniłaby wykonać, komu byś się podporządkowała?
— Tobie.
Odpowiedziała bez wahania.
— Tak szybko?
— Jeżeli rozkaz rzeczywiście pochodziłby od ciebie.
— A gdyby dotyczył jej?
Tym razem potrzebowała kilku sekund.
— Zależałoby od rozkazu.
Powietrze w salonie stało się chłodniejsze. Trixie usłyszała delikatny świst drewna przecinającego powietrze. Voldemort uniósł różdżkę.
Nie wiedziała, jakie zaklęcie mógłby rzucić ani czy w ogóle zamierzał to zrobić.
Nie cofnęła się.
— Zła odpowiedź — powiedział.
— Prawdziwa.
— Sądzisz, że możesz wybierać pomiędzy moimi poleceniami?
— Sądzę, że nie znam odpowiedzi na rozkaz, którego jeszcze nie usłyszałam. Gdybym teraz powiedziała inaczej, skłamałabym, żeby cię zadowolić.
Przez dłuższą chwilę nic się nie wydarzyło.
Potem różdżka Voldemorta opadła.
— Usiądź.
Trixie odnalazła krzesło i zajęła miejsce.
— Bellatrix odpowiada bez zastanowienia — powiedział. — Zawsze wybiera mnie.
— Wiem.
— Ty się zastanawiasz.
— Tak.
— To może uczynić cię mniej wierną.
Trixie położyła dłonie na kolanach.
— Albo sprawić, że kiedy już wybiorę, będę wiedziała, dlaczego to zrobiłam.
Voldemort nie skomentował odpowiedzi.
Po chwili wstał. Trixie usłyszała szelest szaty oraz kroki na dywanie.
— Twoja magia — powiedział. — Nazwałaś ją echem.
— Tak.
— Pokaż.
Trixie wyjęła różdżkę.
— Tutaj?
— Obawiasz się szkolnych przepisów?
— Nie chcę, żeby Ministerstwo wykryło użycie magii i wysłało ostrzeżenie do Durmstrangu.
— W tym pomieszczeniu Ministerstwo niczego nie wykryje.
Nie wyjaśnił, czy zawdzięczał to zabezpieczeniom Lucjusza, własnym zaklęciom czy czemuś znacznie starszemu. Trixie nie pytała.
— Czego mam szukać?
— Tego właśnie chcę się dowiedzieć.
W salonie znajdowało się wiele przedmiotów noszących ślady magii. Trixie wyczuwała czasem ich obecność, kiedy stała wystarczająco blisko, ale nie otrzymywała w ten sposób gotowej wiedzy. Nie widziała kształtów ani nazw. Czuła jedynie, że w określonym kierunku znajduje się skupisko magii, aktywnej albo pozostawionej przez wcześniejsze zaklęcia.
Jej własne zaklęcie nie miało inkantacji. Rozwijała je przez kilka lat, początkowo jako prosty impuls pomagający odnajdywać zaklęte przedmioty w tym samym pomieszczeniu. Z czasem nauczyła się odbierać część różnic pomiędzy aktywnym czarem, uśpionym zabezpieczeniem i pozostałością magii.
Nie stworzyła go całkowicie od podstaw. Punktem wyjścia było Specialis Revelio, zaklęcie służące do ujawniania magii nałożonej na przedmiot. Trixie zmieniła jednak jego konstrukcję, ponieważ zwykły sposób działania opierał się przede wszystkim na informacji dostępnej wzrokiem. Jej wersja nie ukazywała zaklęcia ani nie podawała jego nazwy. Wysyłała ku przedmiotowi krótką falę magii, a odpowiedź wracała jako układ drżeń i nacisków, który Trixie nazywała echem. Mogła dzięki temu rozpoznać obecność czaru i niektóre cechy jego konstrukcji, lecz nie otrzymywała gotowej wiedzy o jego działaniu.
Nigdy jednak nie badała tych granic w kontrolowanych warunkach.
Uniosła różdżkę i wypuściła impuls.
Magia rozeszła się zbyt szeroko.
Odbiła się od ochronnych zaklęć na oknach, zabezpieczeń ścian, różdżki Voldemorta oraz kilku przedmiotów zgromadzonych na stoliku. Sygnały wróciły niemal jednocześnie, nakładając się na siebie jak wiele głosów wypowiadających różne słowa w tej samej chwili.
Trixie odruchowo pochyliła głowę. W skroniach pojawił się nacisk, a palce mocniej zacisnęły się na różdżce.
— Za szeroko — powiedział Voldemort.
— Jest tu zbyt wiele magii.
— Nie. To ty próbujesz odebrać wszystko naraz.
— Nie powiedziałeś, czego szukam.
— W prawdziwej sytuacji również nie zawsze będziesz wiedziała.
Trixie wyprostowała się.
— Jak mam wybrać, zanim znajdę źródło?
— Zdecyduj, czego nie chcesz słuchać.
Dotąd próbowała przede wszystkim zwiększać siłę impulsu. Jeżeli odpowiedź była niewyraźna, wysyłała więcej magii, licząc, że silniejszy sygnał przyniesie dokładniejszy obraz.
Voldemort właśnie mówił jej, że robiła odwrotnie, niż powinna.
— Jeszcze raz — polecił.
Trixie wypuściła słabszą falę, skupiając ją na przedmiotach znajdujących się przed nią. Nie potrafiła jeszcze całkowicie odciąć zabezpieczeń domu, lecz tym razem ich odpowiedź była dalsza i mniej natarczywa.
Rozpoznała trzy skupiska magii.
— Na stoliku znajdują się trzy zaklęte przedmioty.
— Wiesz, czym są?
— Nie.
— Który jest niebezpieczny?
Trixie skupiła się na pierwszym sygnale. Był zwarty, ostry i zamknięty wokół niewielkiego metalowego przedmiotu.
— Pierwszy.
— Dlaczego?
— Magia jest napięta. Reaguje ostro i skupia się przy powierzchni.
— Zgadujesz.
Trixie zacisnęła usta.
— Tak.
— Nie pytam, co przypomina ci ten sygnał. Pytam, co wiesz.
Tym razem odpowiedziała ostrożniej:
— Wiem, że czar jest nadal aktywny i związany z powierzchnią przedmiotu. Nie wiem, co robi.
— Lepiej.
Voldemort uniósł coś zaklęciem. Trixie usłyszała ciche przesunięcie metalu nad blatem.
— Wyciągnij rękę.
Nie zrobiła tego natychmiast.
— Mam dotknąć przedmiotu?
— Tak.
Trixie wysunęła dłoń. Kiedy palce znalazły się blisko metalu, magia zareagowała gwałtownym impulsem. Nie uderzyła jej ani nie zraniła. Odepchnęła dłoń krótkim, mocnym ruchem.
Trixie cofnęła rękę.
— Zabezpieczenie przed dotykiem.
— Dokładniej.
Ponownie wysłała wąski impuls. Teraz, kiedy zaklęcie się uaktywniło, mogła rozpoznać jego ruch znacznie wyraźniej.
— Reaguje na osobę, do której przedmiot nie należy. Nie atakuje, tylko odpycha.
— To pierścień zabezpieczony przed kradzieżą.
Trixie zapamiętała układ czaru. Wcześniej uznałaby jego ostrość za dowód agresywnego działania. Teraz wiedziała, że nieprzyjemne wrażenie nie wystarczało do rozpoznania funkcji.
— Drugi przedmiot — polecił Voldemort.
Drugie skupisko było słabsze. Magia pozostawała zamknięta i niemal nieruchoma.
— Czar jest uśpiony — powiedziała. — Nie reaguje na otoczenie.
— Czy jest bezpieczny?
Trixie przypomniała sobie wcześniejszy błąd.
— Nie wiem.
— Otwórz go.
— To szkatułka?
— Właśnie się dowiedziałaś.
Trixie skierowała różdżkę ku źródłu sygnału. Nie znała dokładnego położenia wieka, więc użyła prostego zaklęcia otwierającego na cały przedmiot.
Zawiasy skrzypnęły.
Z wnętrza wydobył się gwałtowny czar. Trixie usłyszała go dopiero po uwolnieniu — suchy, wysoki trzask przeciął powietrze i pomknął w jej stronę.
Zareagowała za późno.
Zaklęcie Voldemorta zatrzymało czar, zanim ten dotarł do krzesła. Powietrze przed Trixie zadrżało i ucichło.
— Nie zdążyłabym się osłonić — przyznała.
— Nie.
Nie pocieszył jej ani nie złagodził odpowiedzi.
— Uznałam, że skoro magia jest nieruchoma, przedmiot nie stanowi bezpośredniego zagrożenia.
— Pomyliłaś brak aktywności z bezpieczeństwem.
— Czar czekał na otwarcie.
— I nie mogłaś poznać jego pełnego działania bez uaktywnienia. Mogłaś jednak zauważyć, że skupia się wewnątrz przedmiotu, a nie na jego granicy.
Trixie ponownie zbadała zamkniętą szkatułkę. Teraz wyczuła subtelną różnicę. Pierścień utrzymywał magię wokół powierzchni, jak barierę. W szkatułce napięcie kierowało się od środka na zewnątrz.
— To nadal nie powiedziałoby mi, jaki czar zostanie uwolniony.
— Nie. Powiedziałoby ci jedynie, że coś czeka wewnątrz. Czasami tyle wystarczy, żeby nie otwierać przedmiotu własną ręką.
Trzeci sygnał był najsłabszy. Nie odpowiadał regularnie, lecz rozpadał się na niewyraźne pozostałości.
— Tutaj czar już nie działa — powiedziała Trixie. — Został jedynie ślad.
— Co robił?
— Nie wiem. Struktura jest zbyt zatarta.
— Spróbuj.
— Mógł otwierać albo odblokowywać.
— Dlaczego?
— Ślad przebiega wzdłuż metalowego przedmiotu i skupia się na jego końcu. Ale to tylko przypuszczenie.
— To klucz. Użyto na nim zaklęcia otwierającego.
Trixie odetchnęła spokojniej.
— Jak dawno?
Zawahała się.
— Dawniej niż pozostałych zaklęć.
— To nie jest odpowiedź.
— Nie potrafię określić liczby lat na podstawie jednego śladu.
Przez chwilę Voldemort milczał.
— Wreszcie — powiedział. — Nie próbujesz zamienić niewiedzy w efektowną odpowiedź.
Trixie poczuła ukłucie wstydu.
Przez lata wiele osób zachwycało się tym, jak dużo potrafiła usłyszeć albo wyczuć. Czasami sama dopowiadała więcej, niż naprawdę wiedziała, ponieważ oczekiwano od niej niezwykłości. Jeżeli przypuszczenie okazywało się prawdziwe, nikt nie pytał, ile było w nim wiedzy, a ile szczęścia.
Voldemort nie pozwalał jej ukryć różnicy.
— Zaklęcie rzucono ponad trzydzieści lat temu — powiedział. — Nie dlatego, że każda trzydziestoletnia magia brzmi tak samo. Zapamiętasz ten ślad jako jeden punkt odniesienia. Później otrzymasz następne.
Trixie skinęła głową.
— Co znajduje się za drzwiami? — zapytał niespodziewanie.
Zwróciła twarz ku wejściu do salonu.
Po drugiej stronie panowała cisza. Wcześniej słyszała kroki Bellatrix, krążącej po korytarzu, lecz od pewnego czasu matka się nie poruszała.
— Nie wiem.
— Twoja matka jest tam?
— Była. Słyszałam jej kroki.
— A teraz?
— Teraz nie wydaje żadnego dźwięku. Może nadal stać na korytarzu albo odejść.
— Ilu ludzi znajduje się za drzwiami?
— Nie wiem.
— Nie wyczuwasz ich magii?
— Nie. Nie rzucają zaklęć, a ściana i drzwi oddzielają mnie od ich różdżek. Nie potrafię wykrywać ludzi tylko dlatego, że istnieją.
— Dobrze.
Trixie nie spodziewała się pochwały za przyznanie się do ograniczenia.
Voldemort przeszedł w stronę wysokiego regału ustawionego przy bocznej ścianie.
— W tej części salonu znajduje się jeszcze jedno aktywne zaklęcie. Odnajdź je.
Trixie skierowała różdżkę ku miejscu, z którego dochodziły jego kroki. Pierwszy impuls był ponownie zbyt szeroki i odbił się od zabezpieczeń okna. Przy drugim ograniczyła falę do regału i przylegającej ściany.
Odpowiedź nadal pozostawała niejasna.
Nie wyczuwała przedmiotu ukrytego za murem ani osoby stojącej w sąsiednim pokoju. Magia znajdowała się na powierzchni dostępnej z salonu. W jednym miejscu ochronne zaklęcie domu układało się inaczej, jakby omijało wąski fragment ściany.
— Coś zakłóca zabezpieczenie przy prawej stronie regału — powiedziała. — Nie wiem, czy to przedmiot, drzwi czy część zaklęcia domu.
— Podejdź.
Wstała i ruszyła ostrożnie. Laskę pozostawiła w kufrze, dlatego wyciągnęła przed siebie wolną dłoń i zwolniła, kiedy zmysł przeszkód ostrzegł ją o bliskości regału.
Dotknęła krawędzi półki.
Z tak małej odległości mogła wysłać słabszy, dokładniejszy impuls. Magia wróciła z wąskiego pionowego pasa, wokół którego zabezpieczenie ściany układało się nienaturalnie.
— Tutaj jest przejście — stwierdziła. — Albo zamknięta wnęka.
— Skąd wiesz?
— Zaklęcie nie ukrywa powierzchni. Zmienia sposób, w jaki magia ochronna ją omija. Gdybym badała całe pomieszczenie naraz, uznałabym to za część zabezpieczeń domu.
Voldemort przesunął regał jednym ruchem różdżki. Za nim znajdowały się wąskie kamienne drzwi.
— Co jest za nimi? — zapytał.
Trixie położyła dłoń na chłodnym kamieniu.
— Nie wiem.
— Nie spróbujesz?
— Drzwi są zamknięte i zabezpieczone. Mogę zbadać zaklęcie na ich powierzchni, ale nie powiem, co znajduje się po drugiej stronie.
Voldemort milczał.
— Wcześniej odpowiedziałabyś inaczej? — zapytał w końcu.
— Prawdopodobnie próbowałabym zgadnąć.
— A gdybyś trafiła?
— Uznałabym, że rzeczywiście potrafię to wyczuć.
— Właśnie w ten sposób człowiek tworzy własną słabość i nazywa ją zdolnością.
Trixie zacisnęła palce na różdżce.
Nie było w jego słowach kpiny. Była chłodna, bezlitosna precyzja.
— Wróć na krzesło.
Kiedy usiadła, Voldemort stanął kilka kroków od niej.
— Rozpoznajesz zaklęcia po dźwięku.
— Nie wszystkie.
— Twoja matka twierdziła inaczej.
— Mama widziała, że czasami reaguję szybko. Mogła uznać, że wiem więcej, niż naprawdę wiedziałam.
— A ty jej nie poprawiłaś.
Trixie spuściła głowę.
— Nie zawsze.
Voldemort uniósł różdżkę.
Nie usłyszała samego ruchu. Dopiero gdy niewerbalne zaklęcie opuściło drewno, powietrze przeciął niski dźwięk o ostrej, drżącej krawędzi.
Czar nie był skierowany w nią. Uderzył w kamienną płytę ustawioną przy ścianie.
— Co to było? — zapytał.
Trixie odtworzyła dźwięk w pamięci. Ton podstawowy przypominał jej jedno z zaklęć odpychających, lecz barwa była bardziej zwarta.
— Nie wiem. Brzmiało podobnie do zaklęcia odpychającego.
— Było wiążące.
— Ten sam ton?
— Zbliżony. Inna konstrukcja, inna różdżka i inne pomieszczenie.
Voldemort rzucił drugi czar. Tym razem dźwięk był wyższy i krótszy.
— Zaklęcie odpychające — odpowiedziała Trixie.
— Tak.
— Brzmiało inaczej niż w wykonaniu Rudolfa.
— Ponieważ nie słyszysz nazwy czaru. Słyszysz magię poruszającą się w powietrzu. Wysokość pomaga ci ją porządkować, ale nie jest etykietą. Ten sam czar może zmienić barwę zależnie od różdżki, siły, odległości i otoczenia.
— Słuch absolutny nie wystarczy.
— Słuch absolutny pozwala ci zapamiętać dźwięk. Nie gwarantuje, że właściwie go zrozumiesz.
Trixie przyjęła słowa bez protestu.
— Lumos — powiedział Voldemort.
Na końcu jego różdżki pojawiło się światło. Trixie usłyszała krótki, czysty ton powstający w chwili uaktywnienia zaklęcia, ale żaden dźwięk nie przemknął przez pomieszczenie.
— Światło nie leci jak zaklęcie uderzające — zauważyła.
— Dlatego nie usłyszysz go nadlatującego. Nie każde zaklęcie daje ci takie samo ostrzeżenie. Niektóre zadziałają dokładnie tam, gdzie zostaną przywołane. Inne poruszają się niemal bezgłośnie. A jeżeli czarodziej wypowie inkantację, poznasz ją wcześniej tylko wtedy, gdy znasz słowa.
— Czyli w pojedynku zawsze będę reagować później niż człowiek, który widzi ruch różdżki?
— W niektórych sytuacjach tak.
Nie próbował zaprzeczać ani przekonywać jej, że talent wyrówna każdą różnicę.
— Można to poprawić? — zapytała.
— Możesz skrócić czas reakcji, nauczyć się rozpoznawać więcej dźwięków i wykorzystywać położenie przeciwnika. Nie przestaniesz jednak być ograniczona przez moment, w którym otrzymujesz informację.
Trixie poczuła ciężar tych słów.
Nie były odrzuceniem. Właśnie dlatego mogła ich wysłuchać.
— Twoja magia echa jest niedokładna — mówił dalej Voldemort. — Rozlewa się, zamiast wybierać. Mylisz aktywność z funkcją, podobieństwo z pewnością i własne przypuszczenia z wiedzą. Próbujesz nadrabiać brak informacji większą siłą impulsu.
Każde zdanie było krytyką, lecz żadna nie brzmiała jak wyrok.
— Można ją rozwinąć? — zapytała.
— Wszystko można rozwinąć, dopóki istnieje coś, co warto zachować.
— A istnieje?
Voldemort nie odpowiedział od razu.
— Odnalazłaś przejście ukryte w zabezpieczeniach i potrafiłaś przyznać, czego nie wiesz. To wystarczy, żebym sprawdził, czego jeszcze możesz się nauczyć.
Trixie poczuła, jak palce mocniej zaciskają się na różdżce.
Nie nazwał jej niezwykłą.
Nie powiedział, że przewyższa innych uczniów.
Uznał jedynie, że warto kontynuować.
To wystarczyło.
— Przyjedziesz ponownie za dwa tygodnie — oznajmił.
— Do Malfoy Manor?
— Otrzymasz wiadomość.
— Karkarow zacznie zadawać pytania.
— Pozwól mu pytać.
— Coraz bardziej się boi.
— Nie musisz znać przyczyny jego strachu, żeby z niego korzystać.
Trixie skinęła głową.
Voldemort podniósł różdżkę i otworzył drzwi salonu.
Bellatrix znajdowała się po drugiej stronie.
Nie stała bezpośrednio przy wejściu, ale odwróciła się tak szybko po szczęknięciu zamka, że musiała przez większą część rozmowy krążyć po korytarzu. Rudolf siedział w fotelu pod przeciwległą ścianą i trzymał otwartą książkę. Sądząc po sztywności jego palców na brzegu kartki, od dawna nie przewrócił strony.
Bellatrix weszła do środka.
Najpierw spojrzała na Voldemorta, później na córkę.
— Mój Panie?
— Ma pewien potencjał — powiedział. — Ale wymaga nauki.
Twarz Bellatrix rozjaśniła się gwałtowną dumą.
— Wiedziałam.
— Nie pytałem, czy wiedziałaś.
— Oczywiście, mój Panie.
Voldemort minął ją i odszedł korytarzem. Lucjusz natychmiast podążył za nim, pozostawiając rodzinę samą.
Bellatrix znalazła się przy córce niemal w tej samej chwili.
— Co robiłaś? Czego cię uczył? Rzucałaś zaklęcia? Czy coś cię uderzyło?
Trixie schowała różdżkę.
— Czarny Pan sprawdził moją magię.
Matka dotknęła jej policzka, potem ramienia, jakby szukała obrażeń.
— Wyglądasz na zmęczoną.
— Tym razem tak.
Bellatrix cofnęła dłoń.
— Co się wydarzyło?
— Nie mogę opowiedzieć ci o szczegółach.
— Jestem twoją matką.
— Wiem.
— Nie musisz ukrywać przede mną tego, czego cię uczy.
— Polecił mi zatrzymać szczegóły dla siebie.
W oddechu Bellatrix pojawił się ból, zanim zdążył przerodzić się w gniew.
— Zabronił ci mówić mnie?
— Polecił zachować szczegóły. Mogę powiedzieć, że sprawdzał magię echa.
— To nie to samo.
— Właśnie.
Bellatrix patrzyła na córkę długo.
Trixie spodziewała się sprzeciwu, kolejnych pytań albo próby wyciągnięcia informacji innym sposobem. Matka zacisnęła jednak usta, a po chwili powoli skinęła głową.
— Dobrze.
Rudolf zamknął książkę.
— Bello?
— Czarny Pan wydał jej polecenie. Nie będę żądała, żeby je złamała.
W jej głosie znajdowała się duma, ale także coś nowego: świadomość, że więź córki z Voldemortem zaczynała istnieć poza nią. Bellatrix tego pragnęła, a jednocześnie nie była przygotowana na uczucie, które pojawiło się, gdy rzeczywiście się wydarzyło.
— Mogę przynajmniej zapytać, czy jesteś zadowolona? — odezwała się.
Trixie zastanowiła się.
Niektóre słowa Voldemorta wciąż bolały. Nie była jednak rozczarowana.
— Tak.
— W takim razie ja również.
Bellatrix objęła ją i przyciągnęła do siebie.
— Chociaż następnym razem nie każ mi wychodzić takim tonem.
— Jakim?
— Jakbym była dzieckiem.
— Powiedziałam tylko: „Mamo, wyjdź”.
— Właśnie. Bardzo stanowczo.
— Zadziałało.
Rudolf odwrócił twarz, ukrywając uśmiech.
Bellatrix prychnęła.
— Chodź. Teraz pokażę ci, jak napisałam twoje imię.
W bibliotece czekała kartka pokryta nierównymi punktami.
Trixie usiadła przy stole i ostrożnie przesunęła opuszkami po pierwszym wierszu. Bellatrix stała obok w napięciu przypominającym oczekiwanie na wynik pojedynku.
Dziewczyna odczytała pierwsze litery.
— Napisałaś „Bellatriks”.
— Nie.
— Tutaj jest „ks”.
— Miał być znak „x”.
— W brajlu, którego używam, zapisuję to jako dwie litery.
Bellatrix odwróciła się ku Rudolfowi.
— Dlaczego mi tego nie powiedziałeś?
— Powiedziałem. Uznałaś, że nazwisko Lestrange nie powinno podlegać ograniczeniom alfabetu.
— Nie powinno.
Trixie przesunęła palcami dalej.
Jeden z punktów rzeczywiście znajdował się zbyt nisko, a ostatnia litera została odbita odwrotnie. Mimo to słowo dało się odczytać.
— Prawie całe — powiedziała.
— Doskonale.
— Prawie.
Bellatrix położyła dłonie na biodrach.
— Przy następnym liście będzie bez błędu.
— Wierzę ci.
Trixie dotknęła kartki ponownie.
Nie chodziło o poprawność punktów.
Matka próbowała nauczyć się sposobu pisania, którego jeszcze kilka tygodni wcześniej nie znała. Nie zrobiła tego dlatego, że Trixie potrzebowała kolejnej osoby odczytującej jej odpowiedzi. Chciała samodzielnie poznawać słowa córki.
— Zachowam tę kartkę — powiedziała.
Bellatrix znieruchomiała.
— Jest błędna.
— Właśnie dlatego następna pokaże, ile się nauczyłaś.
— Mogę przygotować lepszą od razu.
— Tę też zachowam.
Duma Bellatrix złagodniała. Przez moment na jej twarzy pojawiło się coś bardziej kruchego, zanim ponownie ukryła to pod zwyczajną pewnością siebie.
— W takim razie podpiszę ją.
— Atramentem?
— Jeszcze nie umiem napisać całego podpisu brajlem.
— Czyli jednak sześć punktów czasami wygrywa.
— Tylko pierwszą rundę.
Dwa tygodnie później Trixie otrzymała kolejne wezwanie.
Karkarow nie pytał o powód wyjazdu. Przeczytał list Lucjusza, sprawdził daty zajęć i podpisał pozwolenie tak szybko, jakby chciał pozbyć się pergaminu, zanim pozostawiona na nim magia przeniesie się na jego dłonie.
Nie oznaczało to, że przestał obserwować Trixie.
Podczas posiłków milkł, gdy angielska sowa lądowała przed dziewczyną. Po zajęciach częściej pojawiał się na korytarzach prowadzących do jej dormitorium, chociaż zawsze potrafił znaleźć dla swojej obecności oficjalne uzasadnienie.
Trixie słyszała jego napięcie.
Nie znała jednak jego przyczyny i nie próbowała wypełniać niewiedzy domysłami.
Druga lekcja odbyła się w mniejszym pomieszczeniu, pozbawionym zbędnych mebli i silnych zabezpieczeń na ścianach. Voldemort przygotował sześć przedmiotów, z których każdy nosił ślady kilku zaklęć rzucanych w różnym czasie.
Trixie miała rozpoznać, które warstwy nadal działały, które pozostawały uśpione, a które były jedynie pozostałością wcześniejszej magii.
Pomyliła się przy pierwszym przedmiocie.
W drugim rozpoznała aktywne zabezpieczenie, ale nie zauważyła wygasłej klątwy znajdującej się pod nim. Przy trzecim pomyliła ślad zaklęcia oczyszczającego z resztką magii samego przedmiotu. Czwarty zbadała zbyt silnie, przez co odpowiedzi kilku warstw ponownie zlały się w jeden nieczytelny sygnał.
Voldemort nie podnosił głosu.
Po każdym błędzie kazał jej rozpocząć od początku i wyjaśnić, w którym momencie przestała wiedzieć, a zaczęła zgadywać.
Dopiero przy piątym przedmiocie zdołała prawidłowo oddzielić dawną klątwę od późniejszego zaklęcia oczyszczającego.
Przy szóstym odpowiedziała:
— Nie wiem, która warstwa jest starsza.
— Dlaczego?
— Obie są zbyt słabe, a przedmiot wielokrotnie poddawano innym zaklęciom. Mogę powiedzieć, że żadna nie jest świeża. Nie potrafię ustalić kolejności.
Voldemort milczał przez chwilę.
— Lepiej.
Trixie zapamiętała to słowo na całą drogę do Durmstrangu.
Lekcje nie sprawiły, że szkolna nauka stała się łatwiejsza.
Przeciwnie. Wyjazdy zabierały jej część weekendów, a ćwiczenia wymagały skupienia, po którym przez kilka godzin bolały ją skronie i męczyły dłonie. Po powrocie musiała nadrabiać materiały, przygotowywać prace i odpowiadać na listy rodziny.
W połowie marca otrzymała czwórkę z praktycznej transmutacji. Ruch różdżki był zbyt szeroki i przemiana utrzymała się zaledwie przez kilka sekund. Z eliksirów nadal miała czwórki, natomiast z zaklęć przeplatała piątki z niższymi ocenami za ćwiczenia wymagające szybkiego celowania.
Bellatrix poświęciła półtorej strony listu na wykaz osób odpowiedzialnych jej zdaniem za niesprawiedliwe ocenianie.
Trixie odpisała:
Ocena była właściwa. Zaklęcie nie utrzymało się dostatecznie długo. Nie pisz do nauczyciela.
Bellatrix odpowiedziała:
Nie zamierzałam pisać. Rozważałam osobistą rozmowę.
Trixie napisała:
Tym bardziej nie przyjeżdżaj.
Matka nie obiecała, że zastosuje się do polecenia. Nie pojawiła się jednak w Durmstrangu.
Podczas kwietniowej lekcji w pomieszczeniu znajdowały się trzy kamienne tarcze oraz dwóch śmierciożerców. Mężczyźni stali nieruchomo i nie odzywali się.
Voldemort nie powiedział Trixie, gdzie ich umieścił.
— Ilu ludzi znajduje się w sali? — zapytał.
Trixie nasłuchiwała.
Słyszała jego głos, własny oddech i cichy trzask ognia. Pozostali stali dostatecznie daleko, by nie mogła oddzielić ich oddechów od szmeru pomieszczenia.
— Wiem tylko, gdzie jesteś ty — odpowiedziała. — Nie wiem, czy ktoś jeszcze tu stoi.
— Wyślij impuls.
Zrobiła to.
Odebrała zaklęcia zabezpieczające tarcze, ślady dawnych ćwiczeń w podłodze oraz magię różdżki Voldemorta. Nie wyczuła nieruchomych ludzi. Ich ciała nie były zaklętymi przedmiotami, a różdżki nie rzucały czarów tylko dlatego, że znajdowały się w ich dłoniach.
— Nadal nie wiem — powiedziała.
— Dobrze. Rookwood.
Jeden z mężczyzn zrobił krok.
Trixie natychmiast zwróciła głowę w stronę szelestu szaty i uderzenia podeszwy o kamień.
— Po lewej, kilka kroków ode mnie.
— Dołohow.
Drugi poruszył się po przeciwnej stronie.
— Po prawej, dalej niż pierwszy.
— Teraz wiesz, gdzie stoją — powiedział Voldemort. — Nie dlatego, że wyczułaś ich obecność. Otrzymałaś dźwięk.
— Tak.
— Rookwood, niewerbalnie.
Trixie usłyszała zaklęcie dopiero po opuszczeniu różdżki. Przecięło powietrze krótkim, niskim świstem i uderzyło w jedną z tarcz.
— Zaklęcie ochronne — powiedziała.
— Nie — odpowiedział Rookwood. — Wzmacniające.
Voldemort nie skomentował pomyłki.
— Dołohow.
Drugie zaklęcie było ostrzejsze, z wyraźnym metalicznym pogłosem. Trixie znała ten dźwięk z zajęć.
— Tnące.
— Tak — potwierdził Voldemort.
Nie pozwolił jej jednak zatrzymać się na sukcesie.
Mężczyźni zamienili się miejscami. Trixie śledziła ich kroki, lecz Dołohow zatrzymał się w chwili, gdy Rookwood nadal się poruszał. Po kilku sekundach dziewczyna błędnie przypisała obie pozycje jednemu człowiekowi.
Przy kolejnym ćwiczeniu zaklęcia poleciały niemal równocześnie. Rozpoznała pierwsze, ale drugie usłyszała zbyt późno. Gdyby było skierowane w nią, nie zdążyłaby się obronić.
— Dwóch przeciwników nadal mnie przeciąża — przyznała.
— Ponieważ próbujesz śledzić obu jednakowo — powiedział Voldemort. — W prawdziwej walce wybór przeciwnika może być ważniejszy niż próba kontrolowania całej przestrzeni.
— A jeśli wybiorę niewłaściwego?
— Wtedy przegrasz.
Nie dodał „na razie” ani nie obiecał, że odpowiednia liczba ćwiczeń usunie każdą granicę.
Trixie przyjęła tę odpowiedź.
W następnych tygodniach lekcje stały się trudniejsze, ale ich trudność nie polegała na odkrywaniu coraz bardziej niezwykłych możliwości. Voldemort systematycznie odbierał Trixie fałszywe przekonania o tym, co potrafiła.
Magia pozostawiała ślady w przedmiotach i miejscach, lecz ślady te nie były opowieścią o człowieku.
Trixie nie potrafiła z nich odczytać, czy ktoś rzucał zaklęcie z miłości, gniewu albo strachu. Czasami gwałtowna, nierówna struktura wynikała z pośpiechu, uszkodzonej różdżki albo oporu materiału. Czasem precyzyjna klątwa została rzucona w panice, a niechlujne zaklęcie ochronne powstało z pełną świadomością.
Kiedy podczas jednej z prób Trixie powiedziała, że czarodziej musiał się bać, Voldemort przerwał ćwiczenie.
— Nie wiesz tego.
— Ślad jest nieregularny.
— To mówi ci coś o sposobie rzucenia czaru, nie o uczuciach człowieka.
— Mógł się spieszyć.
— Albo mieć uszkodzoną różdżkę. Albo drżeć z zimna. Albo celowo zmienić konstrukcję.
Trixie opuściła różdżkę.
— Czyli nie mogę rozpoznawać intencji.
— Nie możesz czytać cudzych myśli z resztek magii. Jeżeli zaczniesz wierzyć, że potrafisz, ktoś wykorzysta twoją pewność przeciwko tobie.
Voldemort podszedł bliżej.
— Konstrukcja mówi, co zrobiono. Ślad może czasem wskazać sposób wykonania, ale nie daje ci prawdy o człowieku. Magia nie jest spowiedzią.
Trixie zapamiętała te słowa.
Myślała o Bellatrix i listach pełnych poleceń, które matka nazywała troską. Myślała o zazdrości wobec Narcyzy i o miłości tak gwałtownej, że próbowała zagarnąć wszystko, czego dotknęła.
Myślała również o Voldemorcie.
O tym, że wysłuchał jej, uwolnił rodziców i poświęcał czas na naukę. Żadnej z tych rzeczy nie robił jednak bez własnego celu.
Nie przeszkadzało jej to.
Przynajmniej jeszcze nie.
Pod koniec kwietnia Voldemort zabrał ją do podziemnej komnaty Malfoy Manor. Nie ukrył przedmiotów w ścianach ani za zamkniętymi drzwiami. Na długich kamiennych półkach i stołach rozłożono kilkadziesiąt starych ozdób, pierścieni, amuletów, kluczy oraz niewielkich szkatułek.
Większość nie zawierała już aktywnej magii.
— Wśród nich znajduje się jeden przedmiot, którego nie powinno się dotykać bez zabezpieczenia — powiedział Voldemort. — Odnajdź go.
Trixie stała przy wejściu z różdżką w dłoni.
Nie wysłała od razu szerokiego impulsu.
Najpierw podeszła do pierwszego stołu i zbadała jego powierzchnię krótką, skupioną falą. Odrzuciła trzy wygasłe ślady i jedno słabe zaklęcie konserwujące. Przy drugim stole zatrzymała się dłużej, ale rozpoznana magia należała wyłącznie do zamka niewielkiej szkatułki.
Voldemort nie podpowiadał.
Lucjusz stał przy drzwiach i obserwował ją w milczeniu. Trixie słyszała czasem szelest jego szaty, lecz nie próbowała odgadywać wyrazu jego twarzy.
Przy trzeciej półce odpowiedzi kilku przedmiotów nałożyły się na siebie. Trixie wskazała jeden z nich, lecz Voldemort nie pozwolił jej zakończyć próby.
— Jesteś pewna?
Zbadała przedmiot ponownie.
— Nie.
— Co wiesz?
— Jest na nim aktywne zaklęcie, ale skupia się na zachowaniu metalu. To ochrona przed korozją.
— Zatem nie jest tym, czego szukasz.
Trixie przesunęła się dalej.
Po blisko godzinie bolały ją skronie, a koncentracja zaczynała słabnąć. Dwa razy musiała przerwać i oprzeć dłoń o kamienny stół. Voldemort nie pozwalał jej kontynuować w chwili przeciążenia.
— Pięć minut — powiedział za drugim razem.
— Mogę pracować dalej.
— Możesz również popełnić błąd tylko dlatego, że nie chcesz przyznać się do zmęczenia.
Trixie zacisnęła szczękę, ale zastosowała się do polecenia.
Dopiero przy ostatniej półce poczuła coś odmiennego.
Jeden z amuletów nosił kilka warstw dawnej magii. Najbardziej zewnętrzna była niemal wygasła. Pod nią znajdowała się jednak cieńsza, aktywna struktura, zamknięta ciasno wokół niewielkiego przedmiotu.
Trixie nie potrafiła określić działania.
Nie wiedziała, czy była to klątwa, zabezpieczenie czy zaklęcie reagujące na dotyk.
Mogła powiedzieć tylko to, co naprawdę rozpoznała.
— Na tej półce znajduje się metalowy przedmiot z dwiema warstwami magii. Zewnętrzna prawie wygasła. Wewnętrzna nadal działa i skupia się blisko powierzchni.
— Który?
Trixie przesuwała różdżkę powoli, zawężając kierunek. Zatrzymała ją nad jednym z amuletów.
— Ten. Nie wiem, co zrobi po dotknięciu.
Voldemort uniósł przedmiot zaklęciem.
Zardzewiały amulet zawisł w powietrzu. Na jego powierzchni znajdowały się niemal całkowicie zatarte znaki.
Lucjusz wydał z siebie cichy dźwięk zaskoczenia.
— Znasz go? — zapytał Voldemort.
— Nie, mój Panie. Musiał należeć do jednej z wcześniejszych gałęzi rodu.
Voldemort umieścił amulet w metalowym naczyniu i uaktywnił pierwszą warstwę. Powietrze przeszył krótki trzask. Druga magia poruszyła się dopiero chwilę później, próbując przeniknąć w stronę dłoni trzymającej naczynie.
— Pierwszy czar miał odwracać uwagę — powiedział. — Drugi przenosi klątwę na człowieka, który uzna przedmiot za bezpieczny po rozproszeniu zewnętrznej warstwy.
Trixie słuchała obu struktur, zapamiętując różnicę.
— Nie wiedziałam, co robi.
— Nie musiałaś. Wystarczyło, że zauważyłaś drugą warstwę i nie dotknęłaś przedmiotu.
Voldemort zamknął amulet w szkatułce.
— Gdyby leżał za grubą ścianą albo został odizolowany odpowiednim materiałem, nie odnalazłabyś go.
— Wiem.
— Gdyby wewnętrzna magia całkowicie wygasła, mogłabyś uznać go za zwykłą ozdobę.
— Tak.
— A jednak w tych warunkach zrobiłaś to, czego od ciebie oczekiwałem.
Trixie czekała.
— Zaczynasz być użyteczna — powiedział.
Słowa nie były ciepłe.
Nie miały przynieść pocieszenia ani poczucia bezpieczeństwa.
Były oceną.
Trixie poczuła mimo to głęboką satysfakcję.
Przez całe życie ludzie zastanawiali się, czego nie potrafi zrobić, czego nie zobaczy i jak bardzo trzeba zmienić świat, żeby mogła się w nim poruszać. Dumbledore uznał, że jego szkoła nie była dla niej przygotowana, zanim pozwolił jej przekroczyć próg Hogwartu.
Voldemort nie obiecywał, że jej niepełnosprawność przestanie mieć znaczenie. Nie twierdził, że magia echa zastąpi wzrok ani że Trixie nauczy się zwyciężać w każdej walce.
Wskazywał błędy.
Odbierał jej fałszywą pewność.
A później pytał, co można zrobić z tym, co pozostało.
Trixie nie dostrzegała jeszcze ceny, którą zwykle płaciło się za bycie użytecznym dla człowieka takiego jak on.
Słyszała jedynie, że nie była już ciekawostką ani uzdolnionym dzieckiem podziwianym przez rodzinę.
Stawała się kimś, kogo zamierzał zatrzymać.

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *