ROZDZIAŁ V
Powrót do Pana
Bellatrix nie wiedziała, dokąd prowadzą ich ludzie Czarnego Pana.
Nie pytała.
Po opuszczeniu skalistego brzegu Azkabanu uwolnionych więźniów przewieziono łodziami poza ostatnią linię zabezpieczeń. Tam czekali zakapturzeni czarodzieje, którzy nie przedstawiali się i nie udzielali żadnych wyjaśnień. Rozdzielili uciekinierów na mniejsze grupy, podali im ciężkie płaszcze, a następnie przekazywali z rąk do rąk kolejne świstokliki.
Podróż była męcząca nawet dla ludzi w pełni sił. Dla więźniów, którzy przez czternaście lat prawie nie opuszczali cel, każde szarpnięcie świstoklika stawało się osobną próbą. Bellatrix kilkakrotnie traciła orientację, lecz ani razu nie poprosiła o pomoc. Liczyło się wyłącznie to, że z każdą chwilą Azkaban oddalał się coraz bardziej, a gdzieś przed nią czekał człowiek, którego powrotu nigdy nie przestała oczekiwać.
Po ostatnim przeniesieniu wylądowała na kamiennej posadzce mrocznego korytarza. Kolana ugięły się pod nią, zanim zdążyła odzyskać równowagę. Rudolf, który pojawił się tuż obok, chwycił ją za ramię.
Bellatrix natychmiast wyrwała się z jego uścisku.
— Nie dotykaj mnie tak, jakbym miała się przewrócić.
— Właśnie prawie się przewróciłaś.
— Prawie nie ma znaczenia.
Rudolf przyjrzał jej się uważnie. Czternaście lat w więzieniu pozostawiło na nim ślady równie wyraźne jak na niej, lecz nawet wycieńczenie nie odebrało mu opanowania.
— Widzę, że Azkaban nie pozbawił cię potrzeby kłócenia się z faktami.
— Gdyby mi ją odebrał, nie byłabym sobą.
Ruszyła przed siebie, zanim ktokolwiek zdążył wskazać jej drogę.
Ciało nie chciało jej słuchać. Mięśnie osłabione wieloletnim zamknięciem drżały przy każdym kroku, a cienka więzienna szata ocierała wychudzoną skórę. Otrzymany na brzegu płaszcz ciążył jej na ramionach bardziej, niż powinien.
Bellatrix nie zamierzała jednak pozwolić, żeby ktokolwiek dostrzegł jej słabość.
Nie teraz.
Nie kiedy za jednymi z drzwi znajdował się jej Pan.
Korytarz był długi i słabo oświetlony. W metalowych uchwytach płonęły pochodnie, rzucając na wilgotne ściany niespokojne cienie. Powietrze pachniało dymem, starym drewnem oraz magią zabezpieczeń. Bellatrix wyczuwała obecność zaklęć w kamieniach, choć po tylu latach bez różdżki nie potrafiła jeszcze rozpoznać ich rodzaju.
Na końcu przejścia czekał zamaskowany czarodziej. Trzymał podłużne pudełko z ciemnego drewna, które otworzył, kiedy Bellatrix i Rudolf znaleźli się kilka kroków od niego.
Wewnątrz, na czarnym materiale, spoczywały dwie różdżki.
Bellatrix zatrzymała się tak gwałtownie, że Rudolf niemal na nią wpadł.
Rozpoznała swoją natychmiast.
Ciemne drewno orzecha włoskiego, lekko wygięta rękojeść i drobna rysa pozostawiona podczas jednego z pojedynków jeszcze przed aresztowaniem. Przez czternaście lat wyobrażała sobie jej ciężar w dłoni. Czasami budziła się na kamiennej pryczy, zaciskając palce na pustym powietrzu i przez kilka sekund wierząc, że nadal ją trzyma.
Teraz różdżka naprawdę leżała przed nią.
— Skąd ją macie? — zapytał Rudolf.
— Czarny Pan odzyskał to, co należało do jego wiernych — odpowiedział zamaskowany mężczyzna.
Nie wyjaśnił niczego więcej.
Bellatrix tego nie potrzebowała.
Wyciągnęła rękę i zacisnęła palce na drewnie.
Przez jej dłoń przebiegło gwałtowne ciepło. Z końca różdżki wystrzeliła smuga czerwonych iskier, uderzyła w kamienny sufit i rozsypała się nad nimi niczym krótki deszcz ognia.
Bellatrix roześmiała się.
Nie był to śmiech wycieńczonej więźniarki. Przez moment zabrzmiała dokładnie tak jak przed Azkabanem: głośno, dziko i niebezpiecznie.
— Nadal mnie pamięta.
— Trudno byłoby zapomnieć — zauważył Rudolf.
Wziął własną różdżkę znacznie spokojniej. Tylko sposób, w jaki jego palce zacisnęły się na rękojeści, zdradzał, jak wiele znaczył dla niego odzyskany przedmiot. Przez chwilę obracał drewno w dłoni, sprawdzając znajomy ciężar i ułożenie.
Bellatrix wykonała krótki ruch. Płaszcz poprawił się na jej ramionach, a splątane włosy odsunęły od twarzy. Zaklęcie nie było idealne. Końcówki nadal sterczały w różne strony, lecz nawet niedoskonały efekt wywołał na jej ustach szeroki uśmiech.
Po raz pierwszy od czternastu lat nie była bezbronna.
Spojrzała na zamknięte drzwi znajdujące się na końcu korytarza.
— Teraz zaprowadźcie mnie do mojego Pana.
Zamaskowany czarodziej skłonił głowę i odsunął się, odsłaniając przejście.
Kilka kroków dalej czekał Lucjusz Malfoy.
Bellatrix rozpoznała go natychmiast, choć czternaście lat zmieniło również jego. Jasne włosy opadały mu na ramiona, a twarz stała się dojrzalsza, ostrzejsza i bardziej zmęczona. Miał na sobie elegancką czarną szatę, jakby przybył na oficjalne spotkanie, a nie po grupę ludzi uwolnionych z najpilniej strzeżonego więzienia w kraju.
Przez kilka sekund patrzyli na siebie bez słowa.
Lucjusz odezwał się pierwszy.
— Bello.
Bellatrix zatrzymała się tuż przed nim.
— Nadal żyjesz.
Nie zabrzmiało to jak radosne powitanie.
Lucjusz uniósł brew.
— Jak widzisz.
Bellatrix przesunęła po nim wzrokiem. Drogie szaty, starannie ułożone włosy i srebrna laska wyraźnie świadczyły o tym, że ostatnie czternaście lat spędził w warunkach nieporównywalnych z Azkabanem.
— I nadal dobrze się ubierasz. A więc Ministerstwo rzeczywiście uwierzyło w twoją opowieść o klątwie Imperius.
Mięśnie jego twarzy lekko się napięły.
— Nie wydaje mi się, żebyśmy musieli omawiać to właśnie tutaj.
— Będziemy to omawiać wszędzie tam, gdzie zechcę.
Rudolf stanął obok żony. Nie próbował bronić Lucjusza, lecz jego spokojna obecność była wystarczającym ostrzeżeniem.
— Nie teraz, Bello.
Odwróciła ku niemu głowę.
— Nie zaczynaj wydawać mi poleceń po czternastu latach milczenia.
— To nie było polecenie. Przypominam ci tylko, kto czeka po drugiej stronie drzwi.
Wzmianka o Voldemorcie natychmiast odsunęła Lucjusza na dalszy plan.
— Jest tam?
Malfoy skinął głową.
— Czeka na was.
Dłoń Bellatrix zacisnęła się na różdżce.
— Dlaczego więc nadal stoimy na korytarzu?
Nie czekając na odpowiedź, minęła szwagra i chwyciła za klamkę.
Lucjusz położył dłoń na jej nadgarstku.
Bellatrix odwróciła się ku niemu tak gwałtownie, że płaszcz zsunął się z jednego ramienia.
— Zabierz rękę.
— Nie możesz po prostu wejść.
— Mój Pan wezwał mnie, kiedy byłam zamknięta w celi, i nie mogłam odpowiedzieć. Nie będę teraz czekała dlatego, że ty uznałeś, iż powinnam grzecznie stać pod drzwiami.
— Wejdziesz, kiedy zostaniesz zapowiedziana.
Rudolf spojrzał na Lucjusza.
— Radziłbym zrobić to szybko.
Malfoy popatrzył najpierw na niego, a później na Bellatrix, która najwyraźniej znajdowała się zaledwie o kilka sekund od wyrwania drzwi z zawiasów.
Zapukał.
Odpowiedź nadeszła niemal natychmiast.
— Wejdźcie.
Bellatrix znieruchomiała.
Głos przeniknął przez drewno, zimny, czysty i dokładnie taki, jakim go zapamiętała. Czternaście lat nie osłabiło go ani nie zatarło w jej pamięci.
Przez jedną krótką chwilę znowu miała dwadzieścia kilka lat, różdżkę w dłoni i niezachwiane przekonanie, że stoi po właściwej stronie historii.
Lucjusz otworzył drzwi.
Bellatrix weszła pierwsza.
W przestronnym pomieszczeniu stał długi stół, przy którym zgromadziło się kilkunastu śmierciożerców. Niektórzy wstali na jej widok. Inni ograniczyli się do krótkiego spojrzenia, jakby nie byli pewni, czy kobieta, która przeżyła czternaście lat Azkabanu, nadal pozostawała tą samą Bellatrix Lestrange.
Antonin Dołohow wszedł tuż za nią. Rookwood, Mulciber oraz pozostali uwolnieni więźniowie dołączyli do grupy. Wszyscy byli wychudzeni, brudni i wyczerpani, lecz na ich przedramionach ciemniały Mroczne Znaki.
Bellatrix nie patrzyła na nikogo z nich.
U szczytu stołu stał Voldemort.
Nie widziała go od nocy poprzedzającej jego upadek. Wyglądał inaczej. Twarz utraciła niemal wszystkie ludzkie rysy, skóra była trupio blada, a oczy czerwone. Wrażenie obcości pogłębiały wąskie nozdrza i palce dłuższe niż u zwyczajnego człowieka.
Bellatrix zauważyła wszystko w jednej chwili.
Nie poczuła odrazy ani zaskoczenia.
Był żywy.
To wystarczało.
Nie czekała, aż ją powita.
Opadła na kolana tak gwałtownie, że kamień boleśnie uderzył o kości. Płaszcz rozłożył się wokół niej, a włosy ponownie opadły na twarz. Bellatrix pochyliła się nisko, dotykając czołem podłogi.
— Mój Panie.
Głos odmówił jej posłuszeństwa. Był ochrypły i drżał, lecz Bellatrix nie próbowała tego ukryć.
— Wybacz mi.
W pomieszczeniu zapadła całkowita cisza.
— Za co prosisz o wybaczenie, Bellatrix? — zapytał Voldemort.
— Wezwałeś mnie.
Uniosła twarz.
— Czułam Znak. Próbowałam odpowiedzieć. Próbowałam wydostać się z celi, ale nie miałam różdżki, a zabezpieczenia…
— Wiem, gdzie byłaś.
Nie podniósł głosu. Nie musiał.
Bellatrix umilkła.
Voldemort podszedł bliżej i zatrzymał się tuż przed nią, lecz nie kazał jej wstać. Pozostali śmierciożercy czekali w ciszy, zdając sobie sprawę, że jego następne słowa nie będą skierowane wyłącznie do uwolnionych więźniów.
— Ty oraz ci, którzy opuścili dziś Azkaban, nie macie za co przepraszać — powiedział. — Nie wyparliście się mnie. Nie twierdziliście przed Wizengamotem, że działaliście pod wpływem klątwy. Nie próbowaliście kupić wolności nazwiskami swoich towarzyszy.
Jego czerwone oczy przesunęły się po sali.
Lucjusz opuścił wzrok. Kilku innych śmierciożerców poruszyło się niespokojnie.
— Czekaliście — ciągnął Voldemort. — Płacąc za lojalność własną wolnością.
Bellatrix patrzyła na niego z czymś niemal gorączkowym.
— Czekałabym następne czternaście lat, gdybyś tego wymagał.
— Nie wątpię.
Na jej twarzy pojawił się gwałtowny uśmiech.
Voldemort wyciągnął rękę. Długimi palcami dotknął jej podbródka i zmusił, żeby uniosła głowę jeszcze wyżej.
— Wstań.
Bellatrix podniosła się natychmiast. Nogi zadrżały pod jej ciężarem, lecz zdołała utrzymać równowagę.
Rudolf skłonił się przed Czarnym Panem znacznie spokojniej.
— Panie.
Voldemort przyjrzał mu się przez chwilę.
— Czternaście lat nie odebrało ci opanowania.
— Przydaje się, gdy człowiek pozostaje mężem Bellatrix.
Żona rzuciła mu oburzone spojrzenie.
— Nie próbuj rozmawiać o mnie tak, jakby mnie tutaj nie było.
Voldemort nie uśmiechnął się, lecz w jego spojrzeniu pojawił się przelotny cień rozbawienia.
— Zajmijcie miejsca.
Bellatrix usiadła najbliżej niego, zanim ktokolwiek zdążył wskazać jej inne krzesło. Rudolf zajął miejsce obok. Lucjusz usiadł nieco dalej, wyprostowany i równie starannie opanowany jak zawsze.
Voldemort pozostał u szczytu stołu.
Narada rozpoczęła się od Azkabanu. Ministerstwo miało następnego dnia poinformować społeczeństwo o masowej ucieczce, lecz nie przyznałoby, że dementorzy przestali wykonywać rozkazy. Knot potrzebował wygodniejszej wersji wydarzeń. Najbardziej prawdopodobne było obarczenie winą Syriusza Blacka, którego Ministerstwo wciąż przedstawiało jako niebezpiecznego zbiega.
Na dźwięk nazwiska kuzyna Bellatrix parsknęła pogardliwie.
— Syriusz nie zdołałby zorganizować ucieczki z własnej sypialni, gdyby drzwi były zamknięte.
Lucjusz rzucił jej krótkie spojrzenie.
— Ministerstwo nie potrzebuje prawdy. Potrzebuje historii, którą społeczeństwo przyjmie bez zadawania pytań.
— Tym lepiej. Niech ścigają zdrajcę, podczas gdy my będziemy działać.
Voldemort potwierdził, że właśnie tego od nich oczekuje. Nie zamierzał jeszcze rozpoczynać otwartej wojny. Ministerstwo nadal zaprzeczało jego powrotowi, a polityczne wpływy Dumbledore’a słabły. Dopóki przeciwnicy walczyli między sobą, należało pozwolić im pogłębiać własny chaos.
Potrzebował jednak informacji oraz wpływów. Śmierciożercy mieli ponownie przeniknąć do Ministerstwa, Hogwartu, prasy i najważniejszych urzędów. Yaxley otrzymał zadanie rozszerzenia sieci kontaktów. Lucjusz miał podtrzymywać pozory lojalnego obywatela i wykorzystywać nazwisko wszędzie tam, gdzie otwarta groźba mogłaby przynieść więcej szkody niż korzyści.
Bellatrix słuchała uważnie, choć część jej uwagi pozostawała skupiona na samym głosie Voldemorta. Każde polecenie potwierdzało, że świat ponownie znalazł się na właściwym miejscu.
Czternaście lat w Azkabanie nie zostało zmarnowane. Było próbą, którą przetrwała, podczas gdy inni klękali przed Ministerstwem i wymyślali usprawiedliwienia.
Teraz siedziała pośród nich jako jedna z nielicznych osób, których wierność nie wymagała wyjaśnień.
Kiedy Voldemort wspomniał o Harrym Potterze, Bellatrix natychmiast zwróciła się w jego stronę.
— Mój Panie, pozwól mi go odnaleźć.
Nie zdążyła powiedzieć niczego więcej.
Voldemort uniósł jeden palec.
Bellatrix umilkła, choć w jej spojrzeniu płonęła niecierpliwość.
— Potter należy do mnie.
— Oczywiście.
— Nie dotkniesz go bez mojego rozkazu.
— Nie dotknę — odpowiedziała natychmiast. — Pozwól mi jednak zająć się ludźmi, którzy go chronią. Blackiem, Lupinem, pozostałymi członkami Zakonu…
— Przyjdzie odpowiedni moment.
Bellatrix uśmiechnęła się.
— Będę gotowa.
— Tego oczekuję.
Narada trwała długo.
Omawiano dawne kryjówki, nazwiska osób możliwych do zastraszenia i tych śmierciożerców, którzy przez czternaście lat próbowali przekonać samych siebie, że służba Voldemortowi była jedynie błędem młodości. Bellatrix nie siedziała cicho. Zadawała pytania, domagała się nazwisk i kilkakrotnie przerywała Lucjuszowi, kiedy jego wyjaśnienia wydawały jej się zbyt ostrożne.
Największy spór wybuchł, gdy Malfoy wspomniał o konieczności utrzymania pozorów oraz unikaniu działań, które mogłyby zmusić Ministerstwo do uznania prawdy.
Bellatrix uważała podobną ostrożność za tchórzostwo. Lucjusz przypominał, że otwarte uderzenie doprowadziłoby do zjednoczenia ludzi, którzy obecnie wzajemnie się osłabiali.
Ich głosy stawały się coraz ostrzejsze, dopóki Voldemort nie przerwał im jednym słowem.
— Cisza.
Bellatrix natychmiast odwróciła się od Lucjusza.
Czarny Pan patrzył na nią chłodno.
— Twoja gorliwość pozostaje cenna, Bellatrix. Nie pozwól jednak, żeby czternaście lat bezczynności skłoniło cię do zmarnowania odzyskanej wolności w ciągu pierwszej doby.
Opuściła głowę.
— Nie zawiodę cię.
— Zobaczymy.
Nie była to obietnica aprobaty.
Wystarczyła jednak, by przez resztę narady Bellatrix zapanowała nad pragnieniem przerywania każdemu, kto mówił zbyt wolno.
Kiedy ostatnie polecenia zostały wydane, Voldemort wstał. Krzesła odsunęły się niemal jednocześnie.
— To wszystko.
Śmierciożercy zaczęli opuszczać salę. Bellatrix pozostała przy stole nieco dłużej niż pozostali, jakby sama bliskość Czarnego Pana była czymś, czego nie potrafiła jeszcze dobrowolnie porzucić.
Rudolf dotknął lekko jej łokcia.
— Bello.
Spojrzała na niego z irytacją.
— Wiem, gdzie są drzwi.
Ruszyła w ich stronę.
— Bellatrix.
Głos Voldemorta zatrzymał ją natychmiast.
Odwróciła się tak szybko, że włosy uderzyły ją w twarz.
— Panie?
— Rudolfie, zostań również.
Pozostali śmierciożercy opuścili pomieszczenie. Lucjusz zamierzał pójść za nimi, lecz Voldemort skinął na niego dłonią.
— Ty także.
Drzwi zamknęły się.
Bellatrix stanęła naprzeciw swojego Pana, nie próbując ukrywać napięcia. Przez chwilę sądziła, że otrzyma pierwszy rozkaz albo zostanie wypytana o ludzi przebywających w Azkabanie.
Voldemort zaczął jednak od spraw, które zmieniły się podczas ich nieobecności. Lucjusz miał przekazać im informacje dotyczące Ministerstwa, Hogwartu i dawnych sojuszników. Rudolf słuchał spokojnie, lecz Bellatrix szybko zorientowała się, że Czarny Pan nie zatrzymał ich wyłącznie z tego powodu.
— Jest jeszcze jedna sprawa — powiedział w końcu.
W pomieszczeniu zapadła cisza.
Voldemort przyglądał się Bellatrix przez moment, jakby chciał ocenić jej reakcję, zanim jeszcze wypowiedział kolejne słowa.
— Poznałem twoją córkę.
Bellatrix znieruchomiała.
Przez kilka sekund nie była pewna, czy naprawdę go usłyszała. Jej usta lekko się rozchyliły, lecz nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
Rudolf pierwszy odzyskał głos.
— Trixie żyje?
— Żyje.
Bellatrix gwałtownie zaczerpnęła powietrza.
— Widziałeś ją?
— Rozmawiałem z nią.
Zrobiła krok w jego stronę.
Pytania pojawiły się wszystkie naraz. Chciała wiedzieć, kiedy doszło do spotkania, gdzie znajdowała się córka, co powiedziała oraz czy wiedziała, przed kim stoi.
Voldemort uniósł dłoń, uciszając ją, zanim zdołała wypowiedzieć choćby połowę.
— Twoja córka nie odziedziczyła po tobie umiejętności zadawania jednego pytania naraz.
Na twarzy Bellatrix pojawił się gwałtowny uśmiech.
— Jest podobna do mnie?
— Mniej, niż chciałabyś przypuszczać. I więcej, niż prawdopodobnie uznałaby Narcyza.
Bellatrix nie wiedziała, jak zinterpretować odpowiedź. Zamiast próbować, natychmiast zadała następne pytanie.
— Dlaczego chciałeś ją poznać?
— To ona chciała poznać mnie. Dowiedziała się o moim powrocie i poprosiła Lucjusza o spotkanie. Wspomniano mi również o nietypowym sposobie, w jaki odczuwa magię.
Bellatrix zwróciła się gwałtownie do szwagra.
— Zabrałeś moją córkę do Czarnego Pana, nie pytając mnie o zgodę?
Lucjusz patrzył na nią przez chwilę z niedowierzaniem.
— Bello, przebywałaś w Azkabanie.
— To nie jest odpowiedź.
— Nie miałem możliwości wysłania sowy do twojej celi.
— Mogłeś zaczekać, aż ją opuszczę.
— Nie wiedzieliśmy, kiedy to nastąpi.
Bellatrix zrobiła krok w jego stronę.
— Przywłaszczyłeś sobie prawo do decydowania o moim dziecku.
— Wychowywaliśmy ją przez czternaście lat. Ktoś musiał podejmować decyzje.
W oczach Bellatrix pojawił się niebezpieczny błysk.
— Nie wymawiaj tego przede mną w taki sposób, jakbyś chciał przypomnieć, że znasz ją lepiej.
— Znam ją lepiej.
Rudolf poruszył się, gotów wejść między nich.
Nie musiał.
— Bellatrix.
Głos Voldemorta natychmiast odciął jej uwagę od Lucjusza.
Odwróciła się ku niemu.
— Twoja córka chciała mnie spotkać — powiedział. — Lucjusz umożliwił jej to, ponieważ wiedział, że w przeciwnym razie sama poszukałaby drogi.
Bellatrix przestała się poruszać.
— Tak powiedział?
— Nie musiał. Zauważyłem to sam.
Na jej twarzy pojawiła się duma.
— Oczywiście, że znalazłaby sposób.
— Nie boi się mnie.
Uśmiech Bellatrix stał się jeszcze szerszy.
— Moja córka.
— Nie wyciągaj pochopnych wniosków. Brak strachu może oznaczać odwagę, ale równie często wynika z niewiedzy. Trixie zna mnie przede wszystkim z opowieści i z tego, co mój powrót może dla niej oznaczać.
— Naszą wolność — powiedział Rudolf.
— Właśnie.
Voldemort spojrzał na nich oboje.
— Poprosiła, żebym otworzył Azkaban.
Bellatrix zacisnęła dłoń na Mrocznym Znaku.
— Poprosiła o nas?
— Między innymi. Chce także śmierci Dumbledore’a oraz wiedzy, której jej odmówiono.
Na ustach Bellatrix pojawił się pełen zachwytu uśmiech.
— A więc jednak jest do mnie podobna.
— Jest cierpliwsza.
Bellatrix zmrużyła oczy, niepewna, czy powinna potraktować uwagę jako krytykę.
Voldemort nie dał jej czasu na odpowiedź.
Wyjaśnił, że Trixie rozwija zdolność, którą sama nazywała magią echa. Potrafiła rozpoznawać strukturę części zaklęć, a czasami również wyczuwać intencję osoby, która je rzucała. Nie rozumiała jeszcze całkowicie własnych możliwości, jednak jej talent był wystarczająco wyraźny, by zwrócić jego uwagę.
Rudolf słuchał w skupieniu. Nie okazywał dumy tak otwarcie jak żona, lecz jego postawa stała się bardziej wyprostowana.
— Jest utalentowana? — zapytał.
— Tak.
Bellatrix przyjęła odpowiedź jak osobiste zwycięstwo.
— Wiedziałam.
Voldemort spojrzał na nią chłodno.
— Nie mogłaś wiedzieć.
— Jest moją córką.
— I dlatego uznałaś jej talent za oczywisty?
— Właśnie.
Przyglądał jej się jeszcze przez chwilę.
— Spotkacie ją wkrótce.
Całe napięcie Bellatrix skupiło się natychmiast na tych słowach.
— Gdzie ona teraz jest?
— W szkole.
Na jej twarzy pojawił się uśmiech.
— W Hogwarcie?
Voldemort przez chwilę nie odpowiadał.
— Nie.
Uśmiech zniknął.
Bellatrix odwróciła się ku Lucjuszowi.
— Dlaczego moja córka nie uczy się w Hogwarcie?
Malfoy wyprostował się.
— Dumbledore odmówił jej przyjęcia.
Bellatrix znieruchomiała.
Przez kilka sekund nie wydobył się z niej żaden dźwięk. Rudolf obserwował ją uważnie, jakby spodziewał się, że za chwilę wystrzeli klątwę w pierwszą osobę znajdującą się w zasięgu różdżki.
— Odmówił — powtórzyła w końcu.
Jej głos stał się niebezpiecznie cichy.
— Albus Dumbledore odmówił przyjęcia mojej córki do Hogwartu?
— Uznał, że szkoła nie jest przygotowana, żeby zapewnić jej odpowiednie warunki i bezpieczeństwo — wyjaśnił Lucjusz.
— Jakie warunki?
Malfoy zawahał się.
Voldemort odpowiedział za niego.
— Trixie jest niewidoma.
Bellatrix przestała oddychać.
Palce rozluźniły się na różdżce, jakby przez chwilę zapomniała, że ją trzyma.
— Co?
— Nie widzi od urodzenia — powiedział Lucjusz. — Uzdrowiciele potwierdzili to już po waszym aresztowaniu.
Bellatrix patrzyła na niego bez ruchu.
Wiadomość nie pasowała do obrazu dziecka, który nosiła w pamięci. Próbowała przypomnieć sobie twarz niemowlęcia, jej oczy i sposób, w jaki poruszały się pod wpływem głosu. Niczego jednak nie potrafiła rozstrzygnąć. Wspomnienia były zbyt stare, a wówczas nikt jeszcze nie wiedział, że coś różni Trixie od pozostałych dzieci.
— I Dumbledore uznał, że z tego powodu nie może jej przyjąć?
— Twierdził, że szkoła nie jest przygotowana do zapewnienia jej bezpieczeństwa.
Dłoń Bellatrix ponownie zacisnęła się na różdżce.
— Gdzie on jest?
— Bello — ostrzegł Rudolf.
— Zapytałam, gdzie jest Dumbledore.
— Nie pójdziesz teraz do Hogwartu — powiedział Lucjusz. — Zaledwie kilka godzin temu opuściłaś Azkaban.
— Wystarczająco dawno, żebym zdążyła go zabić.
Rudolf chwycił ją za nadgarstek, zanim zdążyła unieść różdżkę.
— Nie.
Bellatrix zwróciła ku niemu twarz.
— Puść mnie.
— Dopiero odzyskałaś różdżkę. Nie zamienisz pierwszego wieczoru na wolności w nieudaną próbę wtargnięcia do Hogwartu.
— Skąd wiesz, że byłaby nieudana?
— Ponieważ ledwie utrzymujesz się na nogach, nie znasz obecnych zabezpieczeń zamku i nie masz pojęcia, gdzie znajduje się Dumbledore.
— To są szczegóły.
— To są dokładnie te szczegóły, przez które ludzie ponownie trafiają do więzienia.
Bellatrix spróbowała wyrwać rękę, lecz Rudolf nie puścił.
— Nie zrobisz niczego bez rozkazu Czarnego Pana — przypomniał.
Dopiero to ją zatrzymało.
Powoli rozluźniła palce na różdżce i odwróciła się ku Voldemortowi. Przez moment wyglądało na to, że poprosi go o pozwolenie na natychmiastowy atak.
Czarny Pan odezwał się pierwszy.
— Dumbledore odpowie za wiele swoich decyzji. Nie zmarnujesz jednak odzyskanej wolności, próbując samotnie wedrzeć się do Hogwartu.
Bellatrix skłoniła głowę.
— Tak, mój Panie.
Rudolf puścił jej nadgarstek dopiero wtedy, gdy był pewien, że gniew nie zakończy się zaklęciem.
Bellatrix ponownie zwróciła się do Lucjusza.
— Skoro nie przyjął jej Hogwart, gdzie się uczy?
— W Durmstrangu.
— W Bułgarii?
— Tak.
— Wysłałeś moją córkę do Karkarowa?
Lucjusz wyjaśnił, że najpierw próbowali znaleźć dla niej miejsce w Beauxbatons. Tam także odmówiono. Karkarow jako jedyny zgodził się dopuścić Trixie do takich samych egzaminów, jakie zdawali pozostali kandydaci. Nie obiecywał przyjęcia i nie zamierzał obniżać wymagań.
Trixie zdała.
Bellatrix powoli wypuściła powietrze.
— Sama?
— Sama.
— Bez żadnej taryfy ulgowej?
— Karkarow nie należy do ludzi szczególnie skłonnych do litości.
Na ustach Bellatrix pojawił się uśmiech pełen gwałtownej dumy.
— Oczywiście, że zdała.
Rudolf spojrzał na nią z boku.
— Jeszcze przed chwilą nie wiedziałaś nawet, gdzie się uczy.
— Jest moją córką. Nie muszę znać wyników, żeby wiedzieć, że była najlepsza.
— Nie powiedziałem, że była najlepsza — zauważył Lucjusz.
Bellatrix rzuciła mu pogardliwe spojrzenie.
— W takim razie źle przeczytałeś jej wyniki.
Voldemort pozwolił, żeby rozmowa trwała jeszcze przez chwilę.
— Trixie wróci do Malfoy Manor — powiedział w końcu. — Zaczekasz na nią tam.
Bellatrix natychmiast odwróciła się ku niemu.
— Jak długo?
— Tyle, ile będzie konieczne.
— Karkarow może odesłać ją natychmiast.
— Lucjusz wyśle wiadomość jeszcze tej nocy.
— Nie wiadomość. Niech ją sprowadzi.
— Jest uczennicą — przypomniał Lucjusz. — Karkarow musi wyrazić zgodę na jej wyjazd.
Bellatrix roześmiała się krótko.
— Igor Karkarow zdradził Czarnego Pana, uciekł przed własnym Znakiem i nadal sądzi, że wolno mu decydować, kiedy zobaczę córkę?
— Formalnie pozostaje dyrektorem jej szkoły.
— Formalnie mogę również pojawić się w Durmstrangu i sama ją zabrać.
— Nie zrobisz tego — powiedział Rudolf.
— Dlaczego?
— Ponieważ dopiero odzyskaliśmy wolność. Nie rozpoczniemy pierwszego dnia od wtargnięcia do zagranicznej szkoły i porwania własnej córki.
— Nie można porwać własnego dziecka.
— Można, jeśli ma piętnaście lat, przebywa pod opieką szkoły i nie wie, że zamierzasz po nią przyjechać.
— Dowiedziałaby się na miejscu.
Voldemort przerwał ich rozmowę.
— Trixie wróci do Malfoy Manor. Zaczekasz.
Bellatrix zacisnęła szczękę.
— Zaczekam.
— Nie zabrzmiało to przekonująco.
— Zaczekam, ponieważ mi rozkazałeś. Nie oznacza to, że musi mi się podobać.
Na ustach Voldemorta pojawił się ledwie widoczny cień uśmiechu.
— Wystarczy.
Bellatrix ponownie opadła na jedno kolano.
— Dziękuję, mój Panie.
— Nie dziękuj mi za wolność, której zamierzam użyć.
— Możesz użyć wszystkiego, czym jestem.
Voldemort nie odpowiedział na jej deklarację. Spojrzał na nią chłodno, jakby podobne słowa nie robiły już na nim wrażenia.
— Nie zawiedź mnie przez brak cierpliwości.
Bellatrix uniosła głowę.
— Nie zawiodę.
— To dopiero zobaczymy.
Wstała.
Rudolf skłonił się Czarnemu Panu, a Lucjusz otworzył drzwi. Bellatrix opuściła salę ostatnia. Przed przekroczeniem progu obejrzała się jeszcze raz, jakby chciała upewnić się, że Voldemort nie zniknie, gdy tylko przestanie go widzieć.
Drzwi zamknęły się.
Kamienny korytarz pogrążony był w półmroku.
Bellatrix szła szybko, zmuszając osłabione nogi do utrzymywania tempa. Rudolf i Lucjusz pozostawali kilka kroków za nią. Nie zamierzała okazywać zmęczenia, choć odzyskana różdżka nie mogła w jednej chwili naprawić wszystkiego, co Azkaban zrobił z jej ciałem.
— Gdzie jest wyjście? — zapytała.
— Na końcu korytarza — odpowiedział Lucjusz.
— To miejsce ma zbyt wiele zakrętów.
— Taki jest cel kryjówki.
— Cel kryjówki nie ma znaczenia, kiedy chcę się z niej wydostać.
Lucjusz przyspieszył, żeby zrównać się z nią krokiem.
— Nadal nie potrafisz spokojnie przejść z jednego pomieszczenia do drugiego.
— Spokojnie siedziałam przez czternaście lat. Wystarczy mi na resztę życia.
Rudolf szedł po jej drugiej stronie. Przez pewien czas milczał, pozwalając żonie porządkować informacje, które otrzymała w ciągu kilku ostatnich minut.
— Myślisz o Trixie — powiedział w końcu.
Bellatrix zatrzymała się.
— Czarny Pan ją poznał.
— Wiem.
— Rozmawiała z nim. Poprosiła o nasze uwolnienie. Nie bała się.
W jej głosie brzmiała niemal dziecięca duma, lecz szybko przykrył ją gniew.
— A ja niczego o niej nie wiem.
Lucjusz nie odpowiedział.
Bellatrix natychmiast zwróciła się ku niemu.
— Powiedz mi teraz.
— Co dokładnie?
— Wszystko.
Lucjusz rozejrzał się po korytarzu. W pobliżu nadal znajdowali się ludzie, którzy nie należeli do rodziny i nie musieli poznawać jej prywatnych spraw.
— Zaczekasz, aż dotrzemy do posiadłości.
— Nie obchodzi mnie, co usłyszą.
— Mnie obchodzi. Nie będę omawiał życia Trixie na środku kryjówki.
— Przestań mówić do mnie tak, jakbyś nadal decydował o wszystkim, co jej dotyczy.
— Przez czternaście lat ktoś musiał to robić.
Bellatrix znalazła się przy nim tak szybko, że Lucjusz nie zdążył się cofnąć. Chwyciła przód jego szaty.
— Nie przypominaj mi o tym przy każdej okazji.
— To ty przy każdej okazji zachowujesz się tak, jakbyśmy celowo zabrali ci córkę.
— Miała być moja.
— Nadal jest twoja.
— Nie wiesz, co to znaczy.
— Wiem, że gdybyśmy nie zajęli się nią po waszym aresztowaniu, Ministerstwo mogłoby oddać ją obcej rodzinie albo pozostawić pod nadzorem ludzi Dumbledore’a.
Bellatrix zacisnęła palce mocniej.
— I właśnie dlatego jeszcze cię nie przeklęłam.
Rudolf położył dłoń na jej nadgarstku.
— Puść go.
— Nie dotykaj mnie.
— Bello.
Ton jego głosu sprawił, że po chwili niechętnie rozluźniła uścisk.
Lucjusz poprawił szatę.
— Narcyza czeka w domu.
Bellatrix odwróciła się ku niemu.
— Cissy.
Po raz pierwszy od opuszczenia sali jej gniew nieznacznie osłabł.
— Wie, że wróciliśmy?
— Wie o ucieczce. Nie znała dokładnej godziny waszego przybycia.
— Powinieneś był ją uprzedzić, żeby się przygotowała.
Lucjusz uniósł brew.
— Do czego dokładnie?
Bellatrix nie odpowiedziała.
Sama nie wiedziała.
Do spotkania z siostrą, której nie widziała od czternastu lat? Do rozmowy o dziecku, które Narcyza wychowała zamiast niej? Do oddania Trixie matce, która nie znała nawet brzmienia głosu własnej córki?
— Zabierz nas tam — powiedziała.
Kilka minut później teleportowali się na skraj posiadłości Malfoyów.
Bellatrix wylądowała na zamarzniętej ziemi, lecz tym razem utrzymała równowagę. Natychmiast podniosła głowę.
Malfoy Manor wyłoniło się z ciemności jako ogromny kamienny kształt. Wysokie okna odbijały blade światło księżyca. Ogrody były starannie utrzymane, drzewa rosły dokładnie tam, gdzie je pamiętała, a szeroka aleja prowadziła ku schodom.
Bellatrix stała przez chwilę nieruchomo.
Czternaście lat wcześniej opuszczała ten dom, pozostawiając w nim niemowlę. Teraz wracała jako kobieta, której córka dorastała za tymi murami bez niej.
— Nic się nie zmieniło — powiedziała.
Lucjusz ruszył ku posiadłości.
— Z zewnątrz.
Bellatrix dogoniła go natychmiast.
— Gdzie jest jej pokój?
— Na piętrze.
— Ten sam, który przygotowano dla niej jako dziecka?
— Nie. Przeniosła się do większego, kiedy miała dziewięć lat.
Bellatrix ponownie się zatrzymała.
— Sama wybrała?
— Tak.
— Co zrobiłeś ze starym pokojem?
Lucjusz westchnął.
— Dlaczego miałbym pamiętać każdy mebel, który został z niego wyniesiony?
— Ponieważ należał do mojej córki.
— Większość rzeczy przechowuje Narcyza.
Bellatrix ruszyła jeszcze szybciej.
— Oczywiście, że przechowuje.
Rudolf spojrzał na nią uważnie.
— To nie było oskarżenie.
— Jeszcze nie.
Ciężkie drzwi otworzyły się, zanim dotarli do schodów. Skrzat domowy skłonił się nisko.
— Pan Malfoy wrócił.
Bellatrix nawet na niego nie spojrzała.
— Gdzie Narcyza?
Skrzat drgnął.
— W salonie, pani.
Minęła go, nie czekając na Lucjusza.
Znała drogę, a przynajmniej znała ją czternaście lat wcześniej. Kilka obrazów na ścianach zmieniono, przy bocznym przejściu stał inny stolik, a dywan wydawał się grubszy. Bellatrix nie zwalniała.
Otworzyła drzwi salonu bez pukania.
Narcyza stała przy kominku.
Odwróciła się gwałtownie.
Przez chwilę żadna z sióstr się nie poruszyła.
Narcyza wyglądała niemal tak samo jak dawniej, choć czternaście lat pozostawiło delikatne linie wokół jej oczu i ust. Jasne włosy miała starannie ułożone, szatę zapiętą pod szyją, a dłonie splecione przed sobą.
— Bello — wyszeptała.
Bellatrix weszła do pomieszczenia.
Narcyza zrobiła krok w jej stronę.
Bellatrix pokonała dzielącą je odległość szybciej. Chwyciła siostrę za ramiona i przez kilka sekund tylko na nią patrzyła, jakby sprawdzała, czy jest prawdziwa.
Potem gwałtownie przyciągnęła ją do siebie.
Uścisk nie był delikatny. Bellatrix zacisnęła ramiona na ciele siostry, niemal odbierając jej oddech. Przez chwilę ukryła twarz w jej włosach.
— Żyjesz — powiedziała.
Narcyza objęła ją ostrożnie.
— Ty również.
Bellatrix odsunęła ją od siebie.
— Gdzie jest moja córka?
Nie zapytała, jak siostra się czuła.
Nie podziękowała.
Nie potrafiła jeszcze myśleć o niczym innym.
Narcyza zaczerpnęła powietrza.
— W Durmstrangu. Lucjusz powiedział mi, że już wiesz.
— Wiem również, dlaczego tam trafiła.
Głos Bellatrix stał się twardszy.
— O Dumbledorze porozmawiamy później. Teraz powiedz mi wszystko inne.
— Bello…
— Jaka ona jest?
Pytanie padło gwałtownie, lecz po raz pierwszy odkąd weszła do salonu Bellatrix nie brzmiała jak ktoś żądający wykonania rozkazu. Pod gniewem i niecierpliwością znajdowało się coś znacznie bardziej bezbronnego.
Narcyza spojrzała na siostrę uważnie.
— Daj mi przynajmniej usiąść.
— Nie potrzebuję herbaty ani wygodnego fotela. Powiedz mi.
Lucjusz wszedł do salonu razem z Rudolfem.
— Pozwól Narcyzie oddychać — powiedział.
Bellatrix puściła siostrę, lecz nie odsunęła się daleko.
Narcyza poprawiła rękaw sukni.
— Trixie ma piętnaście lat.
Bellatrix zamknęła oczy.
Piętnaście.
Wiedziała, ile córka powinna mieć lat. Mimo to usłyszenie tej liczby sprawiło, że coś gwałtownie zacisnęło się w jej piersi.
Usiadła dopiero wtedy, gdy nogi ponownie zaczęły drżeć. Udawała, że zrobiła to wyłącznie po to, żeby Narcyza przestała narzekać.
Pierwsze pytania dotyczyły wzroku.
Narcyza opowiedziała, że podejrzenia pojawiły się jeszcze przed aresztowaniem rodziców, lecz potwierdzenie przyszło dopiero kilka tygodni później. Trixie nie reagowała na światło ani ruch. Uzdrowiciele wykluczyli klątwę i większość znanych chorób, lecz nie znaleźli również sposobu przywrócenia wzroku.
Bellatrix chciała wiedzieć, ilu specjalistów sprowadzono, w jakich krajach szukano pomocy i dlaczego ktokolwiek ostatecznie przestał próbować. Narcyza odpowiadała cierpliwie, choć jej twarz stawała się coraz bardziej napięta.
Przez pierwsze lata sprawdzili każdą metodę, o której zdołali się dowiedzieć. Lucjusz sprowadzał uzdrowicieli z zagranicy, a Narcyza podróżowała z dzieckiem do różnych instytutów. Żaden nie potrafił obiecać skutecznej i bezpiecznej terapii.
Bellatrix przyjęła te informacje bez komentarza, ale sposób, w jaki zacisnęła palce na poręczy fotela, świadczył, że rozmowa jeszcze nie została zakończona. Na razie chciała jednak wiedzieć więcej o tym, jak córka żyła.
Pytała, czy Trixie chodzi samodzielnie, czy potrafi czytać, czy rzuca zaklęcia i jak porusza się po ogromnym zamku.
Narcyza odpowiadała, a z każdym zdaniem obraz piętnastoletniej dziewczyny stawał się wyraźniejszy.
Trixie czytała brajlem. Stworzyła także zaklęcie przekształcające zwykły zapis w wypukłe punkty. Samodzielnie poruszała się po znanych przestrzeniach, a w nowych korzystała z laski i własnych sposobów rozpoznawania otoczenia. Uczyła się w Durmstrangu, znała kilka języków, grała na fortepianie i radziła sobie znacznie lepiej, niż zakładali ludzie widzący w niej przede wszystkim niepełnosprawność wzroku.
— Kto tak zakładał? — zapytała Bellatrix.
Narcyza urwała.
Był to błąd.
Siostra natychmiast zauważyła zawahanie.
— Podaj mi nazwiska.
— Nie będę ci teraz przygotowywała listy ludzi, których zamierzasz później przekląć.
— Czy ją krzywdzili?
— Nie w sposób, który sobie wyobrażasz. Niektórzy nauczyciele oraz uczniowie mieli wątpliwości, czy poradzi sobie z nauką. Trixie udowodniła, że się mylili.
Bellatrix podniosła się z fotela.
— Nie powinna była niczego udowadniać. Powinni byli przyjąć do wiadomości, że córka Bellatrix Lestrange poradzi sobie ze wszystkim, czym zechce się zająć.
Lucjusz odłożył laskę przy fotelu.
— Właśnie taka postawa sprawia, że czasami próbuje rzeczy, do których nie jest jeszcze przygotowana.
Bellatrix zwróciła się do niego.
— Nie zapytałam cię o zdanie.
— Przez czternaście lat odpowiadaliśmy za jej bezpieczeństwo.
W oczach Bellatrix błysnęło ostrzeżenie.
— Powtórz to jeszcze raz, a sprawdzę, czy Azkaban odebrał mi umiejętność rzucania klątw bez inkantacji.
— Bello — odezwał się Rudolf.
— Wszyscy przestańcie mówić moje imię, jakby miało mnie uspokoić.
Narcyza stanęła przed nią.
— Chcesz wiedzieć, jaka jest Trixie? W takim razie przestań walczyć ze wszystkimi w tym pokoju i posłuchaj.
Przez moment wyglądało na to, że Bellatrix wybuchnie. Ostatecznie jednak ponownie usiadła. Nie dlatego, że zamierzała się podporządkować, lecz dlatego, że zrozumiała, iż stojąc, prawdopodobnie zacznie chodzić albo ponownie chwyci Lucjusza za szatę.
— Mów.
Narcyza zajęła miejsce naprzeciwko. Rudolf usiadł bliżej żony, a Lucjusz pozostał przy kominku.
Opowieść o Trixie zaczęła od jej uporu.
Nie był to jednak upór Bellatrix. Matka działała gwałtownie, często pozwalając emocjom wyprzedzać rozsądek. Córka potrafiła długo czekać. Obserwowała ludzi, słuchała ich i zapamiętywała słabe miejsca. Kiedy podejmowała decyzję, zazwyczaj miała już plan.
Bellatrix była tym wyraźnie zachwycona.
Jej uśmiech stał się jeszcze szerszy, kiedy Narcyza wspomniała o niedawnym włamaniu do zakazanej części biblioteki Durmstrangu. Zniknął dopiero po informacji, że córka dała się przyłapać.
— Tego ją oduczę.
Lucjusz parsknął cicho.
— Powiedziałem jej dokładnie to samo.
Bellatrix rzuciła mu niechętne spojrzenie.
— Nie oznacza to, że masz rację częściej niż raz na czternaście lat.
Narcyza nie pozwoliła rozmowie ponownie zmienić się w kłótnię.
Opowiadała o zamiłowaniu Trixie do wiedzy, dawnych kultur, run, historii oraz języków. Dziewczyna czytała wszystko, co udało jej się zdobyć. Interesowała się tym, w jaki sposób różne istoty rozumiały magię i jak język wpływał na kształt zaklęć.
Rudolf słuchał szczególnie uważnie. Nie znał jeszcze córki, lecz odnajdywał w opisie cechy, które rozumiał znacznie lepiej niż gwałtowność Bellatrix.
— Kiedy zauważyliście magię echa? — zapytał.
Narcyza wyjaśniła, że zdolność rozwijała się stopniowo. Najpierw sądzili, że Trixie ma wyjątkowo dobry słuch. Później zaczęła rozpoznawać część zaklęć niewerbalnych oraz reagować, zanim inkantacja została dokończona. Z czasem nauczyła się odróżniać strukturę niektórych form magii.
Większość własnych metod stworzyła sama.
— Czarny Pan ją nauczy — oznajmiła Bellatrix.
Narcyza zesztywniała.
— Nie wiesz, czy zamierza to robić.
— Powiedział, że zainteresowała go jej magia.
— To nie jest powód do radości.
Bellatrix spojrzała na siostrę niemal ze zdumieniem.
— Najpotężniejszy czarodziej naszych czasów uznał moją córkę za interesującą. Oczywiście, że jest to powód do radości.
— Jest również powodem do strachu.
— Dla ciebie wszystko jest powodem do strachu.
— Dzięki temu przez czternaście lat utrzymałam przy życiu dwoje dzieci, podczas gdy ty mogłaś pozwalać sobie na całkowity brak ostrożności.
Słowa przecięły powietrze.
Bellatrix wstała.
— Nie mów do mnie, jakbym wybrała Azkaban.
— Nie powiedziałam tego.
— Przypominasz jednak bez przerwy, że to ty ją wychowałaś.
Narcyza również się podniosła.
— Ponieważ zachowujesz się tak, jakbym zrobiła ci krzywdę, kochając dziecko pozostawione pod moją opieką.
— Nie pozostawiłam jej.
— Wiem.
— Zabrali mnie.
— Wiem.
— Więc przestań patrzeć na mnie tak, jakbym musiała cię przepraszać.
— Nie oczekuję przeprosin ani wdzięczności.
— Dobrze, ponieważ nie potrafiłabym teraz ci podziękować.
Narcyza pobladła.
Bellatrix zrobiła krok w jej stronę. Przez moment gniew przesłonił wszystko inne, lecz kiedy ponownie się odezwała, jej głos był już bardziej napięty niż agresywny.
— Nie dlatego, że nie rozumiem, co zrobiłaś. Trixie żyje, uczy się, zna własne nazwisko i poprosiła Czarnego Pana o naszą wolność. To wszystko wydarzyło się dzięki tobie.
Zamilkła na chwilę.
— Ale kiedy myślę o tych czternastu latach, nie czuję wdzięczności. Czuję wściekłość. Ty słyszałaś jej pierwsze słowo. Byłaś przy niej, kiedy zrobiła pierwszy krok. To ciebie wołała w nocy. Ty wiesz, co lubi, czego się boi i jak brzmi jej śmiech.
Narcyza milczała.
— A ja nie wiem niczego — dokończyła Bellatrix. — Nie oczekuj więc, że usiądę obok ciebie, wezmę cię za rękę i spokojnie podziękuję za zastąpienie mnie w życiu mojego dziecka.
— Nigdy cię nie zastąpiłam.
— Dla niej mogłaś.
Narcyza zaczerpnęła powietrza.
— Tego się boisz?
Bellatrix natychmiast się wyprostowała.
— Niczego się nie boję.
— Oczywiście.
— Nie używaj tego tonu.
— Boisz się, że Trixie kocha mnie jak matkę.
— Jesteś jej ciotką.
— Jestem kobietą, która ją wychowała. Możesz nazwać tę relację, jak zechcesz, ale nie sprawisz, że przestanie istnieć.
Bellatrix zrobiła kolejny krok.
Rudolf wstał, lecz nadal nie interweniował.
— Jeżeli każesz jej wybierać — powiedziała Narcyza — przegrasz.
Bellatrix znieruchomiała.
— Nie będę z tobą rywalizować o własną córkę.
— Już to robisz, choć jeszcze nawet jej nie zobaczyłaś.
Przez moment patrzyły na siebie w całkowitej ciszy.
W końcu Bellatrix odwróciła się gwałtownie.
— Co jeszcze lubi?
Zmiana tematu była tak nagła, że Narcyza nie odpowiedziała od razu.
— Muzykę — powiedziała w końcu.
— Czarny Pan nic o tym nie mówił.
— Ponieważ prawdopodobnie nie uznał tego za najważniejszą informację. Trixie gra na fortepianie.
Bellatrix odwróciła się ku niej.
— Gra?
— Tak.
Przez kilka sekund Bellatrix wyglądała, jakby nie wiedziała, co zrobić z tą informacją.
— Dlaczego?
— Ponieważ lubi.
— To nie jest wyjaśnienie.
— Większość ludzi wykonuje ulubione zajęcia właśnie dlatego, że je lubi.
Rudolf uśmiechnął się lekko.
— W rodzinie Lestrange’ów nikt dotąd nie wymagał logicznego uzasadnienia dla grania.
Bellatrix spojrzała na niego.
— Nie pomagaj Narcyzie.
— Nie wiedziałem, że jesteśmy podzieleni na strony.
— Zawsze jesteśmy podzieleni na strony. Po prostu czasami jeszcze nie wiesz, po której się znajdujesz.
Narcyza ponownie usiadła.
Mówiła dalej, a Bellatrix stopniowo poznawała kolejne szczegóły życia córki. Trixie potrafiła spędzić wiele godzin nad jednym utworem, dopóki nie uzyskała brzmienia, którego szukała. Znała niemiecki, francuski oraz bułgarski. Interesowała się językiem goblinów, ponieważ uważała, że poznanie odmiennych rodzajów magii wymaga zrozumienia sposobu myślenia ich twórców.
— To brzmi jak coś, co powiedziałby Rudolf — zauważyła Bellatrix.
— Nigdy nie powiedziałem niczego równie mądrego w wieku piętnastu lat — przyznał.
— Jest spokojna? — zapytała Bellatrix.
— Zwykle.
— Co to znaczy?
— Dopóki ktoś nie próbuje za nią decydować.
Na twarzy Bellatrix pojawił się znajomy uśmiech.
— A więc jednak.
— Bello, ona nie jest tobą.
— Wiem.
— Naprawdę?
— Czarny Pan również mi to powiedział. Wszyscy najwyraźniej uznaliście, że trzeba mnie przed tym ostrzegać.
Narcyza przyglądała jej się przez chwilę.
— Nie wiem, czego Trixie spodziewa się po waszym spotkaniu.
Bellatrix natychmiast spoważniała.
— Co jej o mnie mówiłaś?
— Prawdę.
— To znaczy?
Narcyza opowiadała córce, że Bellatrix była zdolna, gwałtowna, dumna i przerażająco pewna własnej racji. Mówiła również, że kochała ją od pierwszego dnia i że trafiła do Azkabanu, ponieważ próbowała odnaleźć Czarnego Pana.
Trixie znała historię procesu oraz sprawę Longbottomów.
— Czy uważa, że byłam zbrodniarką? — zapytała Bellatrix.
— Nie.
Bellatrix powoli wypuściła powietrze.
Narcyza dodała, że córka nigdy się jej nie wstydziła. Przeciwnie, idealizowała matkę tak bardzo, że czasami trudno było dotrzeć do niej z jakąkolwiek krytyką.
— I bardzo dobrze.
— Nie, Bello. Nie bardzo dobrze. Trixie prawie cię nie pamięta. Stworzyła sobie obraz matki, która zawsze jest silna, nigdy nie popełnia błędów i zaakceptuje córkę tylko wtedy, gdy okaże się równie bezwzględna.
Bellatrix zesztywniała.
— Dlaczego miałabym jej nie zaakceptować?
— Przez całe życie bała się, że kiedy wrócisz, będziesz nią rozczarowana.
Bellatrix odwróciła się gwałtownie.
— Z jakiego powodu?
Narcyza wyjaśniła, że Trixie długo przeżywała odmowę Dumbledore’a. Draco dorastał, opowiadając o Hogwarcie, Slytherinie i rodzinnej tradycji. Córka Bellatrix nie usiadła pod Tiarą Przydziału i nie została Ślizgonką. Choć decyzja nie należała do niej, bała się, że matka zobaczy w niej kogoś, kto nie poszedł jej śladem.
Twarz Bellatrix stała się nieruchoma.
— Myślała, że będę się jej wstydzić z powodu decyzji Dumbledore’a?
— Tak.
— I pozwoliłaś jej w to wierzyć?
Narcyza natychmiast się wyprostowała.
— Przez lata powtarzałam jej, że się myli. Nie mogłam jednak przemawiać w twoim imieniu. Nie wiedziałam, co powiesz, kiedy naprawdę ją zobaczysz.
Bellatrix zaczęła chodzić po salonie.
— Ten starzec najpierw zamknął przed nią szkołę, a później sprawił, że przez lata obwiniała o to samą siebie.
— Dumbledore zapewne nie myślał o tym w ten sposób.
— W ogóle o niej nie myślał. Właśnie na tym polega problem.
Zatrzymała się przed kominkiem.
— Kiedy Trixie wróci, powiem jej to osobiście. Nie obchodzi mnie Tiara, zamek ani zielony krawat. Jest Lestrange. Dumbledore nie ma mocy, żeby jej to odebrać.
— Ona musi usłyszeć to właśnie od ciebie — powiedziała Narcyza.
Bellatrix spojrzała na siostrę.
— Usłyszy.
Jej dłoń przesunęła się po różdżce.
— A Dumbledore pewnego dnia również usłyszy, co o nim myślę.
Po chwili zwróciła się do Lucjusza.
— Napisz do Karkarowa.
Malfoy spojrzał na zegar.
— Jest środek nocy.
— Sowy latają nocą.
— Karkarow prawdopodobnie śpi.
— Obudzi się.
— List dotrze najwcześniej jutro.
— W takim razie dlaczego nadal ze mną dyskutujesz, zamiast już go pisać?
Lucjusz popatrzył na żonę. Narcyza lekko skinęła głową.
Podszedł do sekretarzyka pod oknem i wyjął pergamin.
Bellatrix natychmiast znalazła się za jego plecami.
Zażądała, żeby napisał, iż Trixie ma zostać odesłana natychmiast. Lucjusz, ignorując jej pierwsze uwagi, rozpoczął formalny list informacją o pilnych okolicznościach rodzinnych.
Bellatrix komentowała niemal każde zdanie.
Nie podobało jej się określenie Karkarowa jako szanownego dyrektora, ponieważ uważała grzeczność wobec zdrajcy za stratę atramentu. Domagała się słowa „niezwłocznie”, a następnie dodania sformułowania „bez zbędnych pytań”.
Lucjusz odrzucił ostatnią propozycję, argumentując, że formalny list powinien pozostawiać odbiorcy możliwość zachowania pozorów dobrowolnej współpracy.
— Nienawidzę formalnych listów — powiedziała Bellatrix.
— Właśnie dlatego od lat pisałem je za ciebie.
— Od czternastu lat niczego za mnie nie pisałeś.
Lucjusz zatrzymał pióro.
Bellatrix natychmiast pożałowała tych słów, lecz nie cofnęła ich.
— Pisz — zażądała.
Malfoy wrócił do pergaminu.
Narcyza usiadła przy Rudolfie. Oboje obserwowali Bellatrix krążącą wokół sekretarzyka, poprawiającą słowa, których jeszcze nawet nie zapisano.
— Nie wiem, co wydarzy się, kiedy się spotkają — powiedziała cicho.
Rudolf śledził wzrokiem żonę.
— Ja również nie.
— Trixie czekała na nią przez całe życie.
— Bellatrix także czekała.
— To nie znaczy, że od razu będą umiały ze sobą rozmawiać.
— Nie będą.
Narcyza spojrzała na niego.
— Mówisz to bardzo spokojnie.
— Ponieważ znam Bellę.
— Ja znam Trixie.
— W takim razie oboje wiemy, że pierwsze kilka godzin będzie katastrofą.
Na ustach Narcyzy pojawił się cień uśmiechu.
Bellatrix odwróciła się ku nim.
— Słyszę was.
— Nie próbowaliśmy mówić cicho — odpowiedział Rudolf.
Lucjusz odłożył pióro.
— Skończyłem.
Bellatrix natychmiast wyrwała mu pergamin.
— Przeczytaj.
— Trzymasz list.
— Czytaj z pamięci.
Lucjusz westchnął.
List zawierał prośbę o udzielenie pannie Bellatrix Lestrange kilkudniowego zwolnienia z zajęć z powodu pilnych spraw rodzinnych wymagających jej obecności w Anglii. Uczennica miała zostać odebrana przy użyciu świstoklika, a po zakończeniu wizyty wrócić do szkoły.
Bellatrix natychmiast zaprotestowała.
— Nie chcę jej odsyłać.
— Bello — odezwała się Narcyza.
— Dopiero ją odzyskam.
— Trixie ma szkołę.
— Ma rodziców.
— Ma jedno i drugie.
— Nie potrzebuje Durmstrangu, skoro mogę uczyć ją sama.
Lucjusz odebrał jej pergamin.
— Właśnie dlatego w liście znajduje się informacja o powrocie.
— Usuń ją.
— Nie.
Bellatrix sięgnęła po dokument, lecz Malfoy uniósł go poza jej zasięg.
— Spróbuj tylko — powiedziała.
— Trixie wróci na kilka dni, spotka się z wami, a później sama zdecyduje, czy chce zakończyć rok szkolny.
— Sama zdecyduje?
— Tak.
— Ma piętnaście lat.
— I własną wolę.
Bellatrix spojrzała na Narcyzę.
— To ty ją tego nauczyłaś?
— Nie musiałam. Urodziła się z własną wolą, podobnie jak jej matka.
Przez chwilę Bellatrix nic nie mówiła.
— Dobrze — rzuciła w końcu. — Na razie.
Lucjusz opieczętował list herbem Malfoyów.
Otworzył okno i przywołał sowę. Duża płomykówka wylądowała na parapecie, trzepocząc skrzydłami.
Bellatrix podeszła tak blisko, że ptak odsunął się od niej niespokojnie.
— Leć szybko — powiedziała. — Jeżeli zgubisz ten list, znajdę cię.
— Grozisz sowie? — zapytała Narcyza.
— Motywuję ją.
Lucjusz przywiązał pergamin do nogi ptaka.
— Durmstrang.
Sowa rozpostarła skrzydła i zniknęła w zimowej nocy.
Bellatrix długo stała przy otwartym oknie.
Nie widziała już ptaka. Nadal jednak wpatrywała się w ciemność, jakby samą siłą woli mogła skrócić jego podróż.
Czarny Pan powrócił.
Azkaban pozostał za nią.
Rudolf żył i znów znajdował się przy niej.
Trixie także żyła.
Była niewidoma. Uczyła się w Durmstrangu, ponieważ Dumbledore nie pozwolił jej wejść do Hogwartu. Grała na fortepianie, znała języki obce i odczuwała magię w sposób, którego większość ludzi nie rozumiała.
Czekała na matkę.
Bellatrix powinna była czuć triumf.
Zamiast tego myślała o Narcyzie.
O tym, że Trixie zapewne rozpoznawała ciotkę po jednym kroku, że wiedziała, jak brzmi jej głos rano i jak zmienia się, kiedy jest zmartwiona i kiedy jako dziecko budziła się w nocy, wołała właśnie ją.
Bellatrix zacisnęła palce na parapecie.
Nie zamierzała prosić córki, żeby ją pokochała.
Nie zamierzała udawać drugiej Narcyzy ani cierpliwie czekać, aż Trixie sama znajdzie dla niej miejsce.
Była jej matką.
Miejsce należało do niej od dnia, w którym Bellatrix II zacisnęła małe palce na srebrnym medalionie.
Jeżeli przez czternaście lat zostało zasypane cudzymi wspomnieniami, Bellatrix odkryje je na nowo.
Nie wiedziała tylko, czy kiedy córka wejdzie do tego domu, pierwsza wyciągnie ręce do niej, czy do Narcyzy.
I właśnie ta myśl wywoływała w niej więcej gniewu niż wszystkie kraty Azkabanu.
Dzięki, cieszę się kochana. 🙂
Czytam i czytam i się nie mogę na czytać.
Imponujące, ile można wycisnąć z jednego przyimka, kiedy bardzo chce się do czegoś przyczepić. Studia nie idą w las, jak widzę.
Sformułowanie “usiąść pod Tiarą Przydziału” sugeruje, że ta tiara sobie gdzieś wisiała, a człowiek tylko sobie siadał pod nią, jak pod żyrandolem czy inną jemiołą.