Rozdział 7 – nareszcie.

ROZDZIAŁ VII
Nareszcie
— Mamo? — wyszeptała Trixie.
Kobieta stojąca kilka kroków przed nią gwałtownie zaczerpnęła powietrza, jakby jedno niepewnie wypowiedziane słowo uderzyło w nią z większą siłą niż wszystko, co przeżyła podczas czternastu lat w Azkabanie.
Przez chwilę nikt się nie poruszył. W salonie słychać było jedynie trzask drewna w kominku, ciche tykanie zegara stojącego na gzymsie oraz oddechy ludzi, którzy najwyraźniej bali się zakłócić tę chwilę choćby najdrobniejszym ruchem.
Narcyza nadal stała tuż obok Trixie, lecz nie dotykała jej i nie próbowała kierować w stronę rodziców. Pozostawiała dziewczynie możliwość zdecydowania, co zrobi dalej.
Bellatrix oddychała szybko i nierówno. Materiał długiej sukni zaszeleścił, gdy wykonała pierwszy krok, a potem drugi. Niemal natychmiast jednak się zatrzymała, jakby po całym wieczorze spędzonym na żądaniu odpowiedzi nagle zabrakło jej odwagi, by pokonać ostatni dzielący je metr.
— Tak — odpowiedziała w końcu.
Jej głos był niższy, niż Trixie sobie wyobrażała. Głęboki, ochrypły i twardy, lecz jednocześnie napięty od emocji, których Bellatrix tym razem nawet nie próbowała ukryć.
— To ja.
Trixie zacisnęła palce na srebrnym medalionie spoczywającym pod kołnierzem.
Przez całe życie znała matkę z cudzych opowieści, relacji z procesu i ostrożnie dobieranych wspomnień Narcyzy. Słyszała o jej niezwykłym talencie, gwałtowności, dumie i całkowitym oddaniu Czarnemu Panu. Wiedziała, że ludzie wypowiadali jej imię ciszej niż inne nazwiska, jakby obawiali się, że Bellatrix Lestrange mogłaby ich usłyszeć nawet zza murów Azkabanu.
Teraz stała przed nią.
Żywa, wolna i równie niepewna jak ona.
— Nareszcie — powiedziała Trixie.
W jej głosie nie było już pytania.
Zrobiła krok i zatrzymała się, a Bellatrix poruszyła się natychmiast. Trixie usłyszała szybki szelest szaty. Po chwili poczuła dłoń zaciskającą się na swoim ramieniu.
Dotyk był gwałtowny, niemal zachłanny, jakby Bellatrix musiała upewnić się, że stojąca przed nią dziewczyna rzeczywiście istnieje, zanim pozwoli sobie uwierzyć w jej obecność. Druga dłoń odnalazła policzek Trixie, przesunęła się wzdłuż linii szczęki, dotknęła czoła i zanurzyła się w ciemnych włosach.
Nie było w tym spokojnej delikatności Narcyzy. Bellatrix poznawała córkę szybko i niecierpliwie, jakby kilkoma ruchami próbowała odzyskać wszystko, czego nie mogła zobaczyć przez czternaście lat.
— Jesteś prawie dorosła — powiedziała z niedowierzaniem.
Trixie uśmiechnęła się nieznacznie.
— Jeszcze nie całkiem. Mam piętnaście lat.
— Wiem, ile masz lat — odpowiedziała Bellatrix ostrzej, niż zapewne zamierzała.
Jej palce zacisnęły się mocniej na ramieniu córki.
— Wiem dokładnie, ile czasu mi zabrano.
W salonie zapanowała ciężka cisza.
Trixie przez całe dzieciństwo wyobrażała sobie to spotkanie na dziesiątki sposobów. Czasami matka natychmiast brała ją w ramiona. Innym razem śmiała się swoim słynnym, dzikim śmiechem. W niektórych wyobrażeniach stała przed córką wyniosła i dumna, pytając, czy Trixie okazała się godna nazwiska Lestrange.
Żadna z tych wizji nie przygotowała jej na Bellatrix, która nie potrafiła odsunąć dłoni od jej twarzy.
— Wiedziałam, że wrócicie — powiedziała.
— Oczywiście, że wróciliśmy. Azkaban nie mógł zatrzymać nas na zawsze.
W głosie Bellatrix natychmiast pojawiła się twarda, niemal wyzywająca pewność.
Trixie pokręciła głową.
— Nie o to mi chodzi. Wiedziałam, że Czarny Pan was uwolni.
Bellatrix znieruchomiała. Jej dłoń zsunęła się z policzka córki tylko po to, żeby pochwycić obie jej ręce.
— Czarny Pan powiedział mi, że o nas prosiłaś — oznajmiła, a napięcie w jej głosie niemal przechodziło w radosne podniecenie. — Chcę jednak usłyszeć to od ciebie.
Trixie nie znała szczegółów rozmowy Voldemorta z rodzicami, ale nie dziwiło jej, że wspomniał o ich pierwszym spotkaniu.
— Najbardziej pragnęłam jego powrotu — odpowiedziała spokojnie. — Wiedziałam, że dopóki go nie będzie, nikt nie otworzy Azkabanu. Kiedy wrócił, poprosiłam, żeby po was przyszedł. Nie obiecał, że zrobi to dla mnie. Powiedział tylko, że nie zapomniał o wiernych.
Bellatrix wydała z siebie krótki, urwany śmiech.
— Oczywiście, że nie zapomniał.
Odwróciła głowę w stronę pozostałych.
— Słyszycie ją?
— Bello — odezwała się ostrzegawczo Narcyza.
— Nie zaczynaj, Cissy.
— Niczego jeszcze nie powiedziałam.
— Ale zamierzałaś.
Bellatrix ponownie zwróciła się do córki, nie wypuszczając jej dłoni.
— Nie bałaś się go.
Nie było to pytanie. Voldemort musiał powiedzieć jej również o tym.
— Nie — odpowiedziała Trixie. — Nie widziałam powodu.
— Podczas gdy cały ten żałosny świat drży przed samym jego imieniem — dodała Bellatrix, a w jej głosie zabrzmiała tak gwałtowna duma, że palce zacisnęły się na dłoniach córki niemal boleśnie.
Trixie nie wyrwała rąk, ale lekko poruszyła palcami.
Bellatrix natychmiast rozluźniła uścisk.
— Zrobiłam ci krzywdę?
— Nie. Po prostu trzymasz bardzo mocno.
— Przez czternaście lat nie mogłam trzymać cię wcale.
Narcyza wypuściła powoli powietrze.
— Bello, ona dopiero przekroczyła próg. Nie musisz w pierwszej minucie upewniać się, czy odpowiada twoim wyobrażeniom o córce.
Bellatrix odwróciła się ku siostrze tak szybko, że suknia zaszeleściła wokół jej nóg.
— Nie sprawdzam, czy odpowiada moim wyobrażeniom. Właśnie usłyszałam, że poprosiła Czarnego Pana o naszą wolność, nie bała się go i przez cały ten czas rozumiała rzeczy, których nie pojmowali dorośli czarodzieje. Mam udawać, że nic dla mnie nie znaczy?
— Nie. Masz tylko pozwolić jej oddychać.
— Oddycha doskonale.
Trixie nie zdołała powstrzymać uśmiechu.
Gwałtowność Bellatrix była dokładnie taka, jak opisywała ją Narcyza. Matka potrafiła w ciągu kilku sekund przejść od wzruszenia do sprzeczki i najwyraźniej nie dostrzegała w tym niczego niezwykłego.
— Ciocia ma trochę racji — powiedziała Trixie.
Bellatrix momentalnie zwróciła się w jej stronę.
— Ciocia?
Wystarczyło jedno słowo, żeby atmosfera w salonie ponownie się zmieniła. Trixie wyczuła, że matka zesztywniała, choć jej palce nadal oplatały dłonie córki.
— Narcyza mnie wychowała — wyjaśniła spokojnie. — Nazywam ją ciocią od dziecka.
— Wiem, kto cię wychował.
Odpowiedź padła zbyt szybko i zbyt ostro.
— Opowiadała mi o tobie przez całe życie.
— O wszystkim nie mogła.
— Oczywiście, że nie. Nikt nie potrafi opowiedzieć o drugim człowieku w całości.
Bellatrix przez chwilę milczała, jakby nie spodziewała się właśnie takiej odpowiedzi.
— W takim razie sama opowiem ci resztę — zdecydowała. — A ty opowiesz mi o sobie. O każdym roku, szkole, zaklęciu, nauczycielu i człowieku, który był przy tobie, kiedy mnie nie było.
Narcyza poruszyła się obok nich.
— Nie przedstawi ci całego życia podczas jednej rozmowy.
— Nie powiedziałam, że podczas jednej.
— Brzmiało tak, jakbyś zamierzała zatrzymać ją w salonie do rana.
— Być może zamierzam.
Trixie roześmiała się cicho.
Bellatrix natychmiast umilkła.
— Co cię bawi?
— Narcyza mówiła, że nie jesteś cierpliwa.
— Narcyza mówi zdecydowanie za dużo.
— Mówię tyle, ile trzeba — odpowiedziała siostra.
— To nigdy nie było twoją mocną stroną, Cissy.
Nawet podczas sprzeczki nie wypuszczała dłoni Trixie. Trzymała je, jakby obawiała się, że jeśli zerwie kontakt choćby na chwilę, córka zniknie albo ponownie zostanie jej odebrana.
Dopiero wtedy Trixie przypomniała sobie o drugim nieznajomym stojącym w salonie.
Mężczyzna nadal się nie odezwał. Słyszała jego spokojny oddech i od czasu do czasu lekkie przesunięcie buta po podłodze. Stał nieco dalej, nie próbując przebić się przez gwałtowną obecność Bellatrix ani wtrącać w rozmowę sióstr.
Trixie zwróciła twarz w jego stronę.
— Tato?
Bellatrix natychmiast przestała odpowiadać Narcyzie.
Mężczyzna zrobił krok naprzód.
— Jestem tutaj.
Jego głos był zupełnie inny niż głos Bellatrix. Równie niski, lecz pozbawiony chrypki, spokojny i wyważony, jakby każde słowo wypowiadał dopiero wtedy, gdy uznał je za potrzebne.
Trixie wyciągnęła dłoń w kierunku, z którego dochodził głos. Bellatrix puściła ją niechętnie, a Rudolf zbliżył się na tyle, żeby córka mogła odnaleźć jego rękę.
Była duża, chłodna i nieco szorstka.
— Zatem to naprawdę ty — powiedziała Trixie.
— Ostatnim razem, kiedy się spotkaliśmy, nie potrafiłaś jeszcze powiedzieć mi, co o mnie myślisz.
— Teraz też nie potrafię.
W jego głosie pojawiło się lekkie rozbawienie.
— To uczciwe.
Trixie przesunęła palcami po jego dłoni, a następnie zawahała się, unosząc drugą rękę.
Rudolf od razu zrozumiał. Nie chwycił jej jednak za nadgarstek ani nie poprowadził dłoni bez pytania.
— Chcesz poznać moją twarz?
— Tak.
Dopiero wtedy delikatnie ujął jej palce i przyłożył je do swojego policzka.
Trixie powoli poznawała zarys szczęki, kości policzkowych i prostego nosa. Włosy sięgały mu niemal do ramion, a w pobliżu skroni wyczuła niewielką bliznę przecinającą brew.
Zatrzymała na niej palec, ale nie zapytała o pochodzenie.
— Nie pochodzi z Azkabanu — powiedział Rudolf. — Kiedyś opowiem ci, jak ją zdobyłem, chociaż twoja matka będzie utrzymywać, że źle zapamiętałem całą historię.
— Ponieważ zapamiętałeś ją źle — wtrąciła Bellatrix.
— Właśnie tego się spodziewałem.
Trixie uśmiechnęła się.
Rudolf zamknął jej dłoń w obu swoich rękach.
— Od dnia, w którym po raz ostatni trzymałem cię jako niemowlę, zastanawiałem się, kim się staniesz. Nie przypuszczałem, że kiedy wreszcie cię spotkam, będziesz już prawie dorosła.
Jedno spokojne zdanie poruszyło Trixie mocniej niż wszystkie gwałtowne słowa Bellatrix.
— Ja też próbowałam was sobie wyobrazić.
— Wiem.
— Nie możesz wiedzieć, jak to wyglądało.
Jej głos załamał się nieznacznie, co natychmiast ją zirytowało. Rudolf nie próbował jednak jej uspokajać ani zaprzeczać.
— Nie mogę — przyznał. — Mogę jedynie żałować, że musiałaś dorastać z pytaniami, na które żadne z nas nie mogło odpowiedzieć.
Trixie zacisnęła palce na jego dłoni.
— Wszyscy powtarzali, że z Azkabanu się nie wychodzi. Niektórzy mówili, że powinnam przyzwyczaić się do tego, że nigdy was nie poznam.
Bellatrix wydała z siebie pogardliwy dźwięk.
— Głupcy.
— Mamo — powiedziała odruchowo Trixie.
W salonie zapadła cisza.
Dopiero po chwili zrozumiała, że tym razem nie zapytała niepewnie, czy stojąca przed nią kobieta jest jej matką. Po prostu ją tak nazwała.
Bellatrix znalazła się przy niej natychmiast.
Nie zatrzymała się, żeby zapytać, ani nie dała córce czasu na przygotowanie. Złapała ją za ramiona i przyciągnęła do siebie tak gwałtownie, że Trixie uderzyła policzkiem o burzę ciemnych włosów.
Ramiona Bellatrix zacisnęły się wokół niej niemal boleśnie.
Pachniała dymem, zimnym powietrzem i więzienną wilgocią, której nie usunęła jeszcze kąpiel. Na jej skórze czuć było również ciężkie, korzenne perfumy Narcyzy, zapewne pożyczone razem z suknią. Bellatrix była wychudzona, lecz w jej uścisku nie było słabości. Trzymała córkę tak, jakby chciała jednocześnie ochronić ją przed całym światem i ukarać ten świat za każdy dzień rozłąki.
— Nigdy więcej — powiedziała ochryple.
Trixie nie wiedziała, co dokładnie miała na myśli.
Nigdy więcej Azkabanu.
Nigdy więcej rozłąki.
Nigdy więcej życia, w którym o najbliższych dowiadywały się z cudzych opowieści.
Może wszystko naraz.
Ostrożnie objęła matkę. Początkowo nie wiedziała, gdzie położyć dłonie, lecz kiedy poczuła, że Bellatrix ani myśli jej wypuszczać, sama zacisnęła ramiona mocniej.
— Nareszcie jesteś — szepnęła.
Bellatrix zadrżała. Z jej gardła wydobył się dźwięk znajdujący się gdzieś pomiędzy śmiechem a urwanym oddechem.
— Jestem.
Rudolf podszedł bliżej. Położył dłoń na włosach córki, następnie przesunął ją na jej plecy i objął je obie, nie próbując odrywać Trixie od matki ani przejąć tej chwili dla siebie.
Przez dłuższy czas żadne z nich się nie odezwało.
Trixie stała pomiędzy rodzicami, wsłuchując się w ich dwa zupełnie różne oddechy: szybki i niespokojny rytm Bellatrix oraz spokojniejszy, głębszy oddech Rudolfa. Całe jej życie mieściło się dotąd w cudzych wspomnieniach, kilku przedmiotach i wyobrażeniach.
Teraz mogła ich dotknąć, poczuć bicie serca matki oraz dłoń ojca na swoich plecach.
Nie byli już jedynie więźniami Azkabanu.
Byli jej rodzicami.
Kiedy Bellatrix wreszcie odsunęła córkę od siebie, zrobiła to tylko na tyle, żeby ponownie ująć jej twarz w dłonie.
— Chcę cię zobaczyć — powiedziała.
Trixie zesztywniała.
Bellatrix natychmiast zrozumiała, jak zabrzmiały te słowa.
— Nie w ten sposób — wyjaśniła pospiesznie, zirytowana przede wszystkim własną niezręcznością. — Wiem, że ty nie widzisz. Mówię o sobie. Chcę wiedzieć, do kogo jesteś podobna i co zostało z dziecka, które pamiętam.
Jej palce przesunęły się po włosach Trixie.
— Narcyza mówiła, że mam twoje włosy i rysy Blacków.
— Tylko rysy? — Bellatrix natychmiast zwróciła się do siostry.
— Ma twoje włosy, kształt twarzy i wiele cech naszej rodziny — odpowiedziała Narcyza. — Nie ma jedynie twojej mimiki.
— Co jest nie tak z moją mimiką?
Lucjusz odezwał się po raz pierwszy:
— Większość ludzi uważa ją za niepokojącą.
— Nikt cię nie pytał, Lucjuszu.
— Znajdujemy się w moim domu.
— Tym bardziej powinieneś zachowywać się jak gospodarz i wiedzieć, kiedy milczeć.
Trixie uśmiechnęła się pod nosem.
— Wuj Lucjusz zawsze chce mieć ostatnie słowo.
Rudolf roześmiał się cicho.
— Widzę, że zdążyłaś go dobrze poznać.
— Miałam na to piętnaście lat.
Wypowiedziała to bez zastanowienia.
Bellatrix znieruchomiała. Jej dłoń zsunęła się z włosów córki. Nie było w tym gniewu skierowanego przeciwko Trixie, lecz ból, który natychmiast próbowała przemienić w coś ostrzejszego.
— Piętnaście lat jej życia — powiedziała. — Czternaście mojej nieobecności.
Narcyza podeszła bliżej.
— Bello…
— Nie.
Bellatrix uniosła rękę, uciszając ją.
— Nie będę udawała, że mnie to nie obchodzi. Ty ją znałaś. Lucjusz ją znał. Draco znał ją lepiej ode mnie. Wiedzieliście, jak brzmi jej głos, kiedy jest zła, co lubi czytać i kiedy nie należy jej przeszkadzać. Ja nie wiedziałam nawet, czy żyje.
Zaczęła chodzić po salonie. Kilka szybkich kroków w stronę kominka, gwałtowny obrót i powrót.
— Opowiadałaś jej o mnie? — zapytała Narcyzę.
— Przez całe życie.
— Prawdę?
— Tyle prawdy, ile potrafiła zrozumieć w danym wieku.
Bellatrix prychnęła.
— Czyli nie.
— Czy pięcioletniemu dziecku miałam szczegółowo opisywać tortury Longbottomów i proces śmierciożerców?
— Mogłaś powiedzieć, że jej matka nie wyparła się Czarnego Pana, kiedy inni kłamali, żeby ocalić własną skórę.
— Powiedziałam jej, że pozostałaś wierna swoim przekonaniom — odpowiedziała Narcyza. — Później poznała pełną historię.
— Przestańcie — powiedziała Trixie.
Obie siostry umilkły.
— Nie chcę, żebyście kłóciły się przeze mnie.
— Nie kłócimy się przez ciebie — odparła Bellatrix.
— Kłócicie się o mnie, co dla mnie nie jest szczególnie dużą różnicą.
Bellatrix wróciła do córki. Kiedy się odezwała, każde słowo brzmiało tak, jakby musiała siłą wydobywać je z gardła.
— Narcyza uratowała ci życie i wychowała cię, kiedy mnie zamknięto. Wiem o tym. Nie zamierzam udawać, że mnie to nie boli ani że podoba mi się, iż zna cię lepiej. Nie odbiorę ci jej jednak, jeżeli właśnie tego się obawiasz.
Trixie odetchnęła powoli.
— Nie chcę wybierać.
— Nie będziesz musiała — zapewniła Narcyza.
Niemal równocześnie Bellatrix odpowiedziała:
— Oczywiście, że nie.
Obie zamilkły, najwyraźniej zaskoczone, że po raz pierwszy tego wieczoru całkowicie się zgodziły.
— Dobrze — powiedziała Trixie. — Narcyza jest moją ciotką, wychowała mnie i zawsze będzie dla mnie ważna. Ty jesteś moją matką. Jedno nie usuwa drugiego.
Bellatrix ponownie pochwyciła jej dłoń.
— Właśnie.
W jednym słowie zabrzmiały duma, ulga i coś niemal triumfalnego, jakby najważniejsza część odpowiedzi dotyczyła tego, że nikt nie kwestionuje jej miejsca.
Bellatrix w końcu puściła dłonie córki i wskazała stojącą przy kominku kanapę.
— Usiądziemy i zaczniesz opowiadać.
Trixie odnalazła kanapę i zajęła miejsce pośrodku. Bellatrix natychmiast usiadła po jej lewej stronie, a Rudolf zajął miejsce po prawej. Narcyza i Lucjusz usiedli w fotelach naprzeciwko.
— Nie przedstawię ci całego życia podczas jednego wieczoru — uprzedziła Trixie.
— Wszyscy od chwili mojego powrotu każą mi czekać — odpowiedziała Bellatrix z wyraźnym niezadowoleniem. — Czarny Pan kazał mi czekać na odpowiedni moment, Lucjusz na wiadomość z Durmstrangu, a teraz ty każesz mi czekać na własną historię.
— Nie każę ci czekać. Przypominam tylko, że mam piętnaście lat i nie potrafię opowiedzieć ich w godzinę.
Bellatrix westchnęła.
— W takim razie zaczniesz od najważniejszych rzeczy.
— Dla ciebie wszystkie będą najważniejsze.
— Wreszcie zaczynasz mnie rozumieć.
Po chwili matka zapytała, jak długo córka może zostać w posiadłości.
— List mówił o kilku dniach. Myślę, że trzy albo cztery — odpowiedziała Trixie.
— To śmiesznie mało.
— Muszę wrócić do szkoły.
— Dopiero cię odzyskałam.
Zdanie wyrwało się Bellatrix zbyt szybko. Natychmiast zacisnęła usta, jakby zirytowała ją własna szczerość.
Trixie odnalazła jej rękę i ścisnęła palce.
— Wrócę do Durmstrangu. Będę przyjeżdżać, a wy możecie do mnie pisać.
— Po czternastu latach nie wystarczą mi listy — odpowiedziała Bellatrix.
— Mnie również nie. Listy będą tylko pomiędzy spotkaniami.
Bellatrix mocniej ścisnęła jej palce.
— Będę cię odwiedzała.
Lucjusz przesunął dłonią po srebrnej głowicy laski.
— Durmstrang ma własne zasady dotyczące wizyt. Nie możesz pojawiać się tam bez wcześniejszego uzgodnienia.
— Karkarow nie będzie mi zabraniał widywać własnej córki — odpowiedziała Bellatrix.
— Nikt nie mówi o zakazie — wyjaśnił Lucjusz. — Będziesz jednak musiała wcześniej ustalić termin ze szkołą.
— W takim razie go ustalę.
Trixie zwróciła twarz w stronę matki.
— Bez grożenia dyrektorowi.
Bellatrix przez chwilę milczała.
— Postaram się.
— To nie zabrzmiało przekonująco — zauważyła Narcyza.
— Ciebie nikt nie pytał, Cissy.
Trixie roześmiała się. Napięcie w salonie na moment osłabło.
Po chwili oparła dłonie na kolanach.
— Czarny Pan powiedział ci o Dumbledorze.
Bellatrix natychmiast spoważniała.
— Powiedział, że chcesz jego śmierci. Lucjusz opowiedział mi także o odmowie Hogwartu. Chcę jednak usłyszeć od ciebie, co dokładnie się wydarzyło.
Trixie przez chwilę milczała.
Czym innym było opowiadanie tej historii Narcyzie, Lucjuszowi czy Voldemortowi, a czym innym wypowiedzenie jej przed rodzicami, których oceny obawiała się przez całe dzieciństwo.
— Czekałam na list z Hogwartu razem z Draconem — zaczęła. — Jego przyszedł. Mój nie. Lucjusz napisał do Dumbledore’a, ale dyrektor odpowiedział, że zamek nie jest przygotowany na niewidomą uczennicę i że nie może zagwarantować mi bezpieczeństwa. Nie pozwolił mi nawet przyjechać, zdać egzaminów ani pokazać, co potrafię. Zdecydował, zanim mnie poznał.
Bellatrix znała już fakty, jednak jej twarz stwardniała, gdy usłyszała je z ust córki.
— A później przez lata zastanawiałaś się, czy będę rozczarowana, ponieważ nie zostałaś Ślizgonką — powiedziała. — Narcyza również mi o tym opowiedziała.
Trixie skinęła głową.
— Draco długo zachowywał się tak, jakby Hogwart i Slytherin czyniły go kimś lepszym. Wiedziałam, że ty, ojciec, Narcyza i Lucjusz należeliście do tego domu. Bałam się, że kiedy wrócicie, zobaczycie córkę, która nie znalazła się tam, gdzie powinna.
Bellatrix odsunęła się nieznacznie, jakby samo przypuszczenie, że mogłaby wstydzić się córki, było osobistą zniewagą.
— Posłuchaj mnie uważnie. Czy chciałabym zobaczyć cię przy stole Slytherinu, przechodzącą tymi samymi korytarzami i doprowadzającą nauczycieli do rozpaczy dokładnie tam, gdzie wcześniej robiłam to ja? Oczywiście. Jednak to Dumbledore zawiódł ciebie. Nie ty zawiodłaś nas.
Ujęła twarz Trixie w dłonie.
— Nie odmówiłaś Hogwartowi. To Hogwart odmówił tobie, ponieważ jego dyrektor nie miał odwagi sprawdzić, czy własne przekonania są słuszne. Nie będę cię obwiniała za decyzję człowieka, którym pogardzam.
— Nie jestem Ślizgonką.
— Jesteś Lestrange.
Bellatrix wypowiedziała to tak stanowczo, jakby jedno zdanie kończyło całą dyskusję.
— Żaden kapelusz, szkolny stół ani kolor szaty nie może ci tego dać ani odebrać. Gdybyś trafiła do Slytherinu, byłabym dumna. Nie trafiłaś tam i nadal jestem dumna. Przyjęłaś odrzucenie Dumbledore’a, wyjechałaś do obcego kraju i zdobyłaś miejsce, którego nikt nie podarował ci z litości.
Trixie poczuła, jak część napięcia noszonego od dzieciństwa zaczyna znikać.
Odwróciła twarz w stronę ojca.
Rudolf zastanawiał się chwilę, zanim odpowiedział.
— Jest mi przykro, ale nie z powodu tego, kim się stałaś. Żałuję, że odebrano ci możliwość wejścia do Wielkiej Sali i przekonania się, gdzie przydzieliłaby cię Tiara. Powinnaś sama zdecydować, czy Hogwart jest miejscem dla ciebie.
— Myślisz, że trafiłabym do Slytherinu?
— Być może — odpowiedział Rudolf. — Jesteś ambitna, przywiązana do własnego nazwiska, cierpliwa i niełatwo pozwalasz innym sobą kierować. Masz jednak również cechy, których nie da się zamknąć w jednym domu. Szukasz wiedzy nawet wtedy, gdy nie przynosi ci natychmiastowej korzyści.
Bellatrix poruszyła się z niezadowoleniem.
— Byłaby w Slytherinie.
— Być może — powtórzył Rudolf. — Nie została jednak zapytana. I właśnie to było niesprawiedliwe.
Zwrócił się ponownie do córki.
— Durmstrang nie uczynił cię mniej godną nazwiska Lestrange. Szkoła jest częścią twojego życia, nie definicją całej osoby. Nie chcę córki będącej kopią mnie albo Bellatrix. Chcę poznać ciebie taką, jaką naprawdę się stałaś.
Trixie spuściła głowę.
— Bałam się, że nie będę taka, jakiej oczekiwaliście.
Bellatrix przesunęła kciukiem po jej policzku.
— Nie musisz zasługiwać na prawo do bycia moją córką. Jesteś nią, ponieważ jesteś moja.
Rudolf uniósł lekko brew.
— Nasza.
Bellatrix rzuciła mu spojrzenie.
— Wiem, Rudolfie.
— Dobrze było to doprecyzować.
Trixie roześmiała się cicho, czując jednocześnie pieczenie pod powiekami.
Bellatrix ponownie przyciągnęła ją do siebie, tym razem znacznie łagodniej.
— Czarny Pan powiedział mi również, że chcesz śmierci Dumbledore’a — odezwała się przy jej włosach. — Powiedz mi dlaczego. Nie dlatego, że musisz mnie przekonać. Chcę znać twoje powody.
Trixie nie odpowiedziała natychmiast.
— Nie tylko dlatego, że nie przyjął mnie do szkoły. Dumbledore decyduje za innych, a później nazywa to troską. Sam ustala, komu wolno gdzieś należeć, jakiej wiedzy można szukać i jakie wybory są właściwe. Stoi na drodze Czarnego Pana, a ludzie wierzą, że robi to dla ich dobra. Chciałabym, żeby przestał mieć władzę nad cudzym życiem.
— I żeby umarł — dokończyła Bellatrix.
— Tak.
Matka wybuchnęła śmiechem, gwałtownym, głośnym i pełnym dumy.
— Moja córka.
Narcyza odwróciła się w stronę kominka.
— Wiedziałam, że ta rozmowa właśnie w tym kierunku pójdzie.
— Nie próbuj tłumaczyć Dumbledore’a — rzuciła Bellatrix.
— Nie zamierzałam — odpowiedziała Narcyza. — Próbuję jedynie przypomnieć wam obu, że życzenie komuś śmierci nie powinno być początkiem każdej rodzinnej rozmowy.
— Nie było początkiem. Wcześniej rozmawiałyśmy o Czarnym Panu i Azkabanie.
Narcyza zamknęła oczy.
— To rzeczywiście ogromna różnica.
Trixie mimo wszystko poczuła ciepło. Bellatrix nie próbowała łagodzić jej gniewu ani przekonywać, że Dumbledore działał w dobrej wierze. Rozumiała go, nawet jeśli robiła to z powodów, które Narcyza uważała za niepokojące.
Ciotka zakończyła temat, zanim matka i córka zdążyły przemienić wyznanie w prawdziwy plan.
Bellatrix, nadal niechętnie, zgodziła się zaczekać.
Następnie chciała usłyszeć o Durmstrangu.
Trixie opowiedziała o egzaminach wstępnych, zaklęciu przekształcającym druk w brajl oraz próbach sprawdzających, czy potrafi samodzielnie korzystać z podręczników, rozpoznawać składniki eliksirów i uczestniczyć w zajęciach praktycznych.
Karkarow zgodził się przyjąć ją, jeśli uzyska taki sam wynik jak inni kandydaci. Nie interesowało go, w jaki sposób odczytywała pytania, dopóki udzielała właściwych odpowiedzi.
— Czyli okazał się rozsądniejszy od Dumbledore’a — stwierdziła Bellatrix.
Lucjusz przesunął palcami po srebrnej głowicy laski.
— Przyjął ją również dlatego, że nosi nazwisko Lestrange.
— I bardzo dobrze.
— Nie powiedziałem, że źle.
— Zabrzmiało, jakbyś próbował umniejszyć jej osiągnięciu.
Trixie zwróciła twarz ku wujowi.
— Nazwisko na pewno pomogło. Karkarow wiedział, kim byli moi rodzice i jaką pozycję ma rodzina. Ale to nie nazwisko zdało za mnie egzaminy.
Bellatrix przez chwilę milczała, najwyraźniej zastanawiając się, czy powinna obrazić się na Lucjusza, czy cieszyć rozsądkiem córki.
Ostatecznie zwyciężyła duma.
— Oczywiście, że nie.
Rudolf zapytał o zaklęcie pozwalające oznaczać przedmioty dźwiękiem.
Trixie wyjaśniła, że stworzyła je w wieku dwunastu lat, łącząc kilka prostszych zaklęć rozpoznających przedmioty i przypisujących im różne sygnały. Dzięki temu składniki eliksirów mogły mieć odmienne brzmienia, a ona nie musiała dotykać wszystkiego ani prosić kogoś o odczytanie etykiety.
— Sama je stworzyłaś? — upewnił się Rudolf.
— Tak, ale nie było szczególnie skomplikowane.
Bellatrix nachyliła się ku córce.
— W wieku dwunastu lat stworzyłaś działające zaklęcie, ponieważ żaden dorosły nie pomyślał, żeby zrobić to wcześniej. Nie będziesz mi teraz tłumaczyła, że to nic znaczącego.
— Nie powiedziałam, że nic. Powiedziałam, że nie było szczególnie trudne.
— Działało?
— Tak.
— Zatem było wystarczająco dobre.
Trixie zaczynała rozumieć, że Bellatrix będzie przyjmowała każde osiągnięcie córki jak osobiste zwycięstwo rodu Lestrange. Nie miało znaczenia, czy chodziło o złożone zaklęcie, egzamin, czy rozwiązanie codziennego problemu.
— Co jeszcze potrafisz? — zapytała matka.
Narcyza westchnęła.
— Zaczyna się przesłuchanie.
— To nie jest przesłuchanie.
— Zadajesz jej pytania niemal bez przerwy.
— Przez czternaście lat nie mogłam zadać ani jednego.
To zdanie zakończyło sprzeczkę.
Trixie wyczuła, że Narcyza cofnęła się nieznacznie. Bellatrix również przestała niespokojnie poruszać dłonią po jej ramieniu.
— Możesz pytać — powiedziała Trixie. — Tylko nie o wszystko jednocześnie.
— Postaram się.
Narcyza cicho parsknęła.
— Nie komentuj, Cissy.
— Nic nie powiedziałam.
— Słyszałam.
Trixie uśmiechnęła się.
Opowiedziała o runach, historii dawnych zaklęć oraz językach. Znała niemiecki, francuski i bułgarski, uczyła się również języka goblinów. Interesowało ją, w jaki sposób język wpływał na rozumienie oraz tworzenie magii.
Bellatrix początkowo nie rozumiała, po co córce język goblinów, lecz zmieniła zdanie, kiedy Trixie wyjaśniła, że gobliny posiadają wiedzę, której nie zapisują po angielsku dla wygody czarodziejów.
— Wiedza jest użyteczna, jeśli można dzięki niej wpływać na innych — podsumowała Bellatrix.
— Jest również użyteczna, kiedy pozwala ich zrozumieć — zauważył Rudolf.
— Jedno nie wyklucza drugiego.
Trixie przesunęła dłonią po materiale kanapy.
Siedziała pomiędzy rodzicami, słuchając ich głosów, sprzeczek i wzajemnych uwag. Było w tym coś zaskakująco zwyczajnego. Przez całe życie wyobrażała sobie Bellatrix i Rudolfa jako ludzi niemal legendarnych, zamkniętych za murami Azkabanu, niebezpiecznych, wiernych i nieosiągalnych.
Teraz matka sprzeczała się z ciotką o sposób prowadzenia rozmowy, a ojciec poprawiał ją z taką swobodą, jakby czternaście lat więzienia nie zdołało zniszczyć wszystkiego, co wcześniej między nimi istniało.
— Narcyza powiedziała mi, że grasz na fortepianie — odezwała się nagle Bellatrix.
— Tak.
— Zagrasz mi?
Trixie odwróciła twarz w jej stronę.
W pytaniu nie było rozkazu. Po raz pierwszy matka nie brzmiała tak, jakby oczekiwała natychmiastowego spełnienia żądania. Pod ciekawością kryło się pragnienie poznania choć jednego fragmentu życia córki, który dotąd należał wyłącznie do Narcyzy, Lucjusza i ludzi z Durmstrangu.
— Mogę.
Bellatrix poderwała się pierwsza.
— Doskonale.
Trixie usłyszała, że matka natychmiast wyciągnęła ku niej rękę.
— Nie musisz mnie prowadzić — uprzedziła.
Bellatrix zatrzymała ruch.
— Nie zamierzałam.
— Zamierzałaś.
— Chciałam tylko…
Urwała.
— Bello — powiedziała Narcyza. — Trixie nie lubi, kiedy ktoś chwyta ją i prowadzi bez pytania.
Bellatrix natychmiast cofnęła rękę.
— Mogła sama powiedzieć.
— Właśnie powiedziałam — zauważyła Trixie.
Matka wypuściła powietrze z wyraźną irytacją.
— Dobrze. Nie będę cię prowadzić.
Trixie wstała, zrobiła dwa kroki, a potem wyciągnęła dłoń w stronę matki.
Bellatrix zamarła.
— Możesz iść obok mnie.
Palce matki natychmiast zacisnęły się na jej dłoni.
— To zupełnie co innego — stwierdziła Bellatrix.
Trixie nie była pewna, czy mówiła do niej, do Narcyzy, czy próbowała przekonać samą siebie.
Rudolf szedł po drugiej stronie córki, nie dotykając jej, lecz pozostając wystarczająco blisko, żeby mogła rozpoznać jego kroki. Narcyza i Lucjusz ruszyli za nimi.
Pokój muzyczny znajdował się na końcu krótkiego korytarza. Trixie znała jego układ i bez wahania odnalazła fortepian oraz stojącą przed nim ławkę.
Usiadła, ale przez chwilę trzymała dłonie na kolanach.
Dopiero teraz poczuła prawdziwe zdenerwowanie.
Nie bała się Karkarowa, egzaminów ani zaklęć. Nie bała się nawet Voldemorta. Myśl, że za jej plecami stała Bellatrix Lestrange i czekała na pierwszy dźwięk zagrany przez córkę, sprawiła jednak, że palce Trixie lekko zadrżały.
— Co zagrasz? — zapytała matka.
— Jeszcze nie wiem.
— Jak możesz nie wiedzieć?
— Najpierw zacznę, a później przekonam się, dokąd prowadzi melodia.
— Improwizuje — wyjaśniła Narcyza.
— Rozumiem znaczenie tego słowa, Cissy.
Trixie położyła dłonie na klawiaturze.
Przez kilka sekund nic się nie wydarzyło.
Potem nacisnęła pierwszy klawisz.
Dźwięk był niski i ciemny. Po nim pojawił się następny, później kolejny, a melodia rozwijała się powoli, jakby dopiero szukała kierunku. Trixie nie planowała jej wcześniej, pozwalając dłoniom podążać za tym, co czuła.
Był w niej chłód Durmstrangu, niepokój wywołany listem Lucjusza oraz napięcie głosu Karkarowa, który wiedział więcej, niż chciał powiedzieć. Było oczekiwanie przed drzwiami salonu i pierwsze słowo wypowiedziane do matki.
Potem muzyka stała się szybsza.
Prawa dłoń prowadziła gwałtowny, niemal niecierpliwy motyw, pełen nagłych zmian i uderzeń akordów. Trixie słyszała w nim Bellatrix: szybki oddech, gwałtowne kroki, śmiech i gniew kobiety, która nawet po czternastu latach Azkabanu nie potrafiła wejść do pokoju bez podporządkowania sobie całej przestrzeni.
Po chwili do melodii dołączyła druga linia, niższa, spokojniejsza i bardziej równa.
Rudolf.
Nie próbowała ich oddzielać. Motywy zderzały się, oddalały, a później ponownie odnajdywały. Jeden nieustannie rwał naprzód. Drugi utrzymywał go w granicach, których pierwszy nigdy nie uznałby dobrowolnie.
Ostatni akord uderzył nagle i pozostał w powietrzu, zanim powoli zgasł.
Trixie zdjęła dłonie z klawiatury.
Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał.
— To było o nas — powiedział Rudolf.
Nie zapytał.
Trixie skinęła głową.
— Trochę.
Bellatrix nadal milczała.
Trixie odwróciła twarz w stronę, z której wcześniej dochodził jej oddech.
— Nie podobało ci się?
— Nie mów głupstw — odpowiedziała Bellatrix, a jej głos był jeszcze bardziej ochrypły niż wcześniej.
Po chwili rozległy się szybkie kroki. Bellatrix znalazła się przy fortepianie, położyła dłonie na ramionach córki i odwróciła ją lekko ku sobie.
— Nikt nigdy nie zagrał o mnie muzyki.
— Teraz już zagrał.
— Zrobisz to ponownie.
— Kiedyś.
— Jutro.
— Być może.
Bellatrix ścisnęła jej ramiona.
— Jesteś bardzo podobna do Rudolfa.
— Dlatego, że nie wykonuję natychmiast wszystkich twoich poleceń?
— Dlatego, że odmawiasz tak spokojnie, jakbyś nie zauważała, że mnie drażnisz.
— To użyteczna umiejętność — odezwał się Rudolf.
— Nie pomagaj jej.
— Nie potrzebuje mojej pomocy.
— Właśnie zaczynam to zauważać.
W głosie Bellatrix nie było jednak irytacji.
Była w nim duma, której nawet nie próbowała ukryć.
Narcyza przypomniała, że Trixie od rana prawie nic nie jadła. Jedno zdanie wystarczyło, żeby pomiędzy siostrami ponownie pojawiło się napięcie. Bellatrix od razu usłyszała w nim przypomnienie, że Narcyza zna zwyczaje córki, podczas gdy ona dopiero zaczynała je odkrywać.
Trixie przerwała rodzącą się sprzeczkę, oznajmiając, że rzeczywiście jest bardzo głodna.
Obie siostry umilkły.
W drodze do jadalni Trixie zwróciła się cicho do matki:
— Nie podoba ci się, że Narcyza zna mnie lepiej.
Bellatrix zesztywniała.
— Nie podoba mi się, kiedy piętnastoletnie dzieci mówią mi, co czuję.
— Masz tylko jedno piętnastoletnie dziecko.
Przez chwilę Bellatrix milczała.
Potem parsknęła śmiechem.
— Już zaczynasz wykorzystywać to przeciwko mnie?
— Jeszcze nie wiem.
Matka odnalazła jej dłoń.
— Masz rację. Narcyza cię wychowała, zna cię i wie, kiedy jesteś zmęczona, głodna albo próbujesz ukryć złość. Ja nie wiem jeszcze prawie niczego.
— Wiesz, że lubię fortepian, języki i runy.
— To za mało.
— Jeszcze rano nie wiedziałaś nawet tego.
Bellatrix mocniej ścisnęła jej palce.
— Nie wystarcza mi kilka rzeczy. Chcę wszystkiego.
— Wiem.
W głosie matki pojawiło się coś, czego wcześniej nie słyszała: nie gniew ani duma, lecz strach tak szybko przykryty stanowczością, że łatwo byłoby go przeoczyć.
— Wrócę do szkoły, ale nie zniknę — zapewniła Trixie.
— Wiem — odpowiedziała Bellatrix po chwili. — Będę musiała się do tego przyzwyczaić.
Ruszyły do jadalni, nadal trzymając się za ręce.
Stół był już nakryty. Na białym obrusie stały srebrne półmiski, porcelanowa zastawa i wysokie kielichy, a świece płonące w ciężkim kandelabrze wypełniały pomieszczenie zapachem wosku.
Narcyza zamierzała podejść z Trixie do jej stałego miejsca, lecz Bellatrix natychmiast zajęła krzesło po lewej stronie córki, a Rudolf usiadł po prawej. Trixie znalazła się pomiędzy rodzicami. Lucjusz zajął miejsce u szczytu stołu, zaś Narcyza usiadła naprzeciwko siostry.
Skrzaty zaczęły nakładać jedzenie.
Bellatrix obserwowała córkę z intensywnością, jakby każdy jej ruch stanowił ważną informację. Śledziła, jak Trixie odnajduje kielich, sprawdza położenie sztućców i przesuwa palcami wzdłuż krawędzi talerza.
— Podczas posiłków jest coś, w czym zwykle prosisz o pomoc? — zapytała.
Trixie odłożyła widelec.
Pytanie było niezręczne, ale nie głupie. Bellatrix najwyraźniej zapamiętała wcześniejszą uwagę o pytaniu zamiast działania bez pozwolenia.
— Najczęściej wystarczy powiedzieć mi, co znajduje się na talerzu i gdzie to położono. Później radzę sobie sama.
— A nalewanie napojów?
— Też.
— Krojenie?
— Również.
Narcyza uniosła kielich, ukrywając uśmiech.
Bellatrix natychmiast zwróciła się ku niej.
— Nie sądzę, żeby było w tym coś zabawnego. Jeszcze wczoraj nie wiedziałam nawet, czy moja córka może samodzielnie zjeść kolację.
— Nie śmieję się z pytania — odpowiedziała Narcyza. — Cieszy mnie, że najpierw zapytałaś.
Bellatrix wyprostowała się, jakby nie była pewna, czy właśnie została pochwalona, czy potraktowana jak dziecko.
— Najważniejsze jest to, żebyś nie pomagała bez pytania — wyjaśniła Trixie. — Jeżeli czegoś potrzebuję, mówię albo przyjmuję propozycję.
— A jeżeli nie powiesz, chociaż będziesz potrzebowała pomocy?
— Wtedy będzie to mój błąd.
Bellatrix prychnęła z niezadowoleniem.
— Nie podoba mi się układ, w którym mam patrzeć, jak sobie z czymś nie radzisz, i czekać, aż łaskawie przyznasz, że mnie potrzebujesz.
— Możesz zapytać. Chodzi tylko o to, żebyś nie decydowała za mnie, zanim zdążę spróbować.
Rudolf odłożył nóż.
— Trixie porusza się samodzielnie od wielu lat. Gdyby cały czas czekała, aż ktoś zrobi coś za nią, nie wyjechałaby do szkoły w innym kraju.
— Wiem. Nie uważam jej za bezradną.
— Jeszcze nie potrafisz odróżnić troski od przejmowania kontroli.
Bellatrix zwróciła głowę w jego stronę.
— Spędziłam z nią zaledwie kilka godzin. Daj mi przynajmniej jeden dzień, zanim zaczniesz oceniać moje zdolności macierzyńskie.
— Nie oceniam — odpowiedział Rudolf. — Przypominam tylko, że miała życie przed naszym powrotem.
— Doskonale o tym wiem.
— Nie jestem pewien, czy już to przyjęłaś.
W jadalni zapadła cisza.
Rudolf nie podniósł głosu, a jednak spokojne słowa zatrzymały Bellatrix skuteczniej niż wcześniejsze ostrzeżenia Narcyzy. Matka Trixie zacisnęła palce na kielichu, po czym powoli odstawiła go na stół.
— Właśnie to jest najgorsze — powiedziała ciszej. — Miała całe życie, o którym nic nie wiem. Każdego dnia coś się wydarzało, a ja siedziałam za murami i nie wiedziałam nawet, czy jest bezpieczna ani czy ktoś jej nie krzywdzi. Nie znam jej pierwszego słowa, pierwszego zaklęcia ani ulubionego jedzenia. Wybaczcie więc, jeśli próbuję dowiedzieć się wszystkiego zbyt szybko.
Trixie zwróciła twarz ku matce.
— Teraz możesz się dowiedzieć.
— W cztery dni?
— Nie. Przez następne lata.
Bellatrix znieruchomiała.
— Następne lata — powtórzyła, jakby sprawdzała brzmienie tych słów.
— Nie zamierzam zniknąć tylko dlatego, że wrócę do szkoły.
Napięcie w jej postawie nieco osłabło.
Kolacja trwała dalej, a rozmowa stopniowo stawała się spokojniejsza. Narcyza opowiadała o dzieciństwie Trixie, wybierając wspomnienia, których dziewczyna sama nie mogła pamiętać. Bellatrix słuchała z mieszaniną fascynacji, zazdrości i bólu.
Dowiedziała się, że pierwszym wyraźnym słowem córki było „jeszcze”, wypowiedziane przy fortepianie, kiedy Narcyza przerwała graną dla niej melodię.
— Oczywiście — stwierdziła Bellatrix. — Od początku domagała się więcej.
— Nie każda cecha musi pochodzić od ciebie — zauważyła Narcyza.
— Ta z pewnością pochodzi.
Lucjusz wspomniał, że Trixie bardzo wcześnie nauczyła się rozpoznawać domowników po krokach. Bellatrix natychmiast wstała od stołu, przeszła kilka razy po jadalni i zatrzymała się obok córki.
— Rozpoznajesz mnie już?
— Tak.
— Po czym?
— Chodzisz szybko, mocniej stawiasz lewą stopę i robisz dłuższe kroki, niż przewidział ktoś, kto szył tę suknię. Materiał cały czas przesuwa się po podłodze.
Narcyza wybuchnęła śmiechem.
Bellatrix spojrzała na dół.
— Suknia jest źle uszyta.
— Nie jest — odpowiedziała siostra. — Po prostu nigdy nie chodzisz spokojnie.
— Krawiec powinien był to przewidzieć.
Trixie również zaczęła się śmiać.
Bellatrix próbowała zachować powagę, lecz po chwili dołączyła do niej. Jej śmiech był głośny, gwałtowny i zupełnie inny od spokojnego śmiechu Narcyzy. Trixie znała ten dźwięk z opisów, ale dopiero teraz odkrywała, że nie zawsze musiał oznaczać pogardę, szaleństwo albo groźbę.
Czasami Bellatrix śmiała się po prostu dlatego, że była szczęśliwa.
Później Trixie zapytała rodziców, jak się poznali.
Rudolf opowiedział o przyjęciu wydanym przez rodzinę Blacków niedługo po ukończeniu przez niego Hogwartu. Przy stole kilku starszych czarodziejów dyskutowało o Ministerstwie, a Bellatrix spierała się jednocześnie z niemal wszystkimi.
— Nie ze wszystkimi — zaprotestowała. — Z czterema.
— Dwóch powtarzało ten sam argument — dodał Rudolf — ale Bellatrix obrażała ich oddzielnie, więc nadal liczyli się jako dwie osoby.
— Nie obrażałam ich. Wyjaśniałam, dlaczego są głupi.
Rudolf powiedział wtedy, że gniew nie staje się argumentem tylko dlatego, że wypowiada się go głośniej.
Bellatrix wyprowadziła go do ogrodu i zaproponowała pojedynek.
— Powiedziała: „Skoro uważasz, że mam za dużo gniewu, spróbuj go powstrzymać” — wspominał Rudolf.
— To była propozycja.
— Zgodziliście się na pojedynek? — zapytała Trixie, starając się ukryć rozbawienie.
— Rudolf nie miał wyboru — odparła Bellatrix.
— Miałem. Mogłem wrócić do gości i pozwolić wszystkim uznać, że przestraszyłem się Bellatrix Black. Z jakiegoś powodu uznałem, że pojedynek będzie mniej uciążliwy.
— Kto wygrał?
— Ja — odpowiedziała Bellatrix.
— Nikt — powiedział równocześnie Rudolf.
Trixie roześmiała się.
Pojedynek zakończył się uszkodzoną fontanną i płonącym żywopłotem. Bellatrix do dziś uważała, że wygrała, ponieważ to jej zaklęcie wywołało większe widowisko. Rudolf twierdził, że nie doszli nawet do końca walki.
— I wtedy się w sobie zakochaliście? — zapytała Trixie.
Bellatrix parsknęła.
— Nie od razu.
— Wtedy zaczęliśmy rozmawiać — odpowiedział Rudolf. — Bellatrix uznała, że skoro nie uciekłem po pierwszym zaklęciu, mogę być interesujący. Ja odkryłem, że pod całą jej gwałtownością kryje się znacznie więcej, niż chciała pokazywać.
— Nie ukrywałam niczego.
— Oczywiście, Bello.
— Nie używaj tego tonu.
— Jakiego?
— Tego, którym zgadzasz się ze mną tylko po to, żebym przestała mówić.
Trixie uśmiechnęła się.
— Chyba zaczynam rozumieć, dlaczego jesteście razem.
W pewnym momencie Narcyza wspomniała o trzech siostrach Black. Radość w głosie Bellatrix zniknęła natychmiast.
— Nie mów o niej.
Narcyza zamilkła.
— Trixie zna jej imię.
— To nie znaczy, że chcę o niej słuchać.
— Dobrze.
Ciotka nie próbowała kontynuować tematu. Trixie również nie pytała. Usłyszała jedynie lekkie przesunięcie dłoni po obrusie. Po kilku sekundach oddech Bellatrix stał się odrobinę spokojniejszy. Trixie domyśliła się, że rodzice odnaleźli swoje dłonie.
Rozmowa wróciła do bezpieczniejszych wspomnień.
Bellatrix chciała poznać nazwiska wszystkich ludzi, którzy źle traktowali Trixie w Durmstrangu. Córka odmówiła ich podania.
— Dlaczego ich bronisz? — zapytała matka.
— Nie bronię ich. Nie chcę tylko, żebyś pierwszego tygodnia na wolności wyruszyła do Bułgarii i przeklęła kilku uczniów za rzeczy, z którymi już sobie poradziłam.
— Skąd wiesz, że właśnie to bym zrobiła?
— Ponieważ od początku wieczoru próbujesz zabić Dumbledore’a, grozić Karkarowowi i ustalać, kto traktował mnie jak bezradną.
— To nie jest dowód.
— Jest wystarczająco blisko.
Rudolf ukrył uśmiech za kielichem.
— Nie pomagaj jej — rzuciła Bellatrix.
— Nadal niczego nie powiedziałem.
— Właśnie dlatego wiem, że się z nią zgadzasz.
Trixie nie podała nazwisk. Bellatrix, choć wyraźnie niezadowolona, ograniczyła się do stwierdzenia, że pewnego dnia i tak się dowie.
Kiedy opuścili jadalnię, było już późno. Trixie czuła zmęczenie, którego nie potrafiła dłużej ukrywać. W ciągu jednego dnia opuściła Durmstrang, przebyła setki kilometrów, spotkała rodziców i powiedziała im o sobie więcej, niż początkowo planowała.
Narcyza podeszła do niej przy schodach.
— Twój pokój jest przygotowany jak zawsze. Fips zaniósł kufer i rozpakował rzeczy, które mogły się pognieść.
— Dziękuję.
— Pójdę z tobą na górę.
Bellatrix natychmiast zrobiła krok naprzód.
— Ja również.
Narcyza zwróciła się do siostry.
— Ona zna drogę do własnego pokoju.
— Wiem. Nie powiedziałam, że muszę ją prowadzić. Powiedziałam, że chcę z nią pójść.
Trixie uśmiechnęła się pod nosem.
— Możecie pójść obie.
Siostry zamilkły.
Rudolf, stojący kilka kroków dalej, poruszył się lekko.
— To rozwiązanie wydaje się rozsądne.
— Nikt cię nie pytał — odpowiedziała Bellatrix, lecz nie brzmiała na naprawdę zirytowaną.
Ruszyły razem na piętro. Narcyza szła po lewej stronie Trixie, Bellatrix po prawej. Żadna nie próbowała jej dotykać ani prowadzić, choć obie pozostawały tak blisko, że dziewczyna czuła ciepło ich ciał.
Przed drzwiami pokoju Narcyza zatrzymała się.
— Potrzebujesz czegoś? Mogę poprosić Fipsa o herbatę albo przygotowanie kąpieli.
— Nie. Chcę się tylko położyć.
— Zawołaj, jeśli zmienisz zdanie.
Narcyza objęła ją krótko i pocałowała w czoło.
— Dobranoc, kochanie. Cieszę się, że wróciłaś.
— Dobranoc, ciociu.
Narcyza odeszła w stronę schodów.
Bellatrix pozostała.
Przez chwilę stała przed córką w całkowitym milczeniu. Kobieta, która jeszcze przed kilkoma godzinami była gotowa grozić Karkarowowi, kłócić się z Narcyzą i bronić Trixie przed całym światem, nagle nie wiedziała, co zrobić z prostym pożegnaniem.
— Nie wiem, jak matka powinna mówić dobranoc piętnastoletniej córce — przyznała w końcu, wyraźnie niezadowolona z własnej bezradności. — Ostatnim razem, kiedy to robiłam, nie rozumiałaś słów.
Trixie wyciągnęła ręce.
— Możesz mnie objąć.
Bellatrix znalazła się przy niej natychmiast.
Objęła ją mocno, jakby każdy uścisk musiał pozostawić dowód, że naprawdę się wydarzył. Trixie poczuła włosy matki na policzku i jej szybki, wciąż nieco nierówny oddech.
— Dobranoc, mamo — powiedziała.
Bellatrix znieruchomiała.
— Powiedz jeszcze raz.
Trixie uśmiechnęła się w jej włosy.
— Dobranoc, mamo. Rano nadal będę tutaj.
Ramiona Bellatrix zacisnęły się jeszcze mocniej.
— Dobranoc, moja córko. I lepiej, żebyś rzeczywiście tu była, kiedy się obudzę.
— Nie zamierzam uciekać w środku nocy.
— Dobrze. Nie chciałabym już pierwszego dnia sprawdzać, jak szybko potrafię cię odnaleźć.
— To była groźba?
— Zapewnienie.
Trixie roześmiała się cicho.
Bellatrix odsunęła się dopiero po dłuższej chwili. Przesunęła dłonią po włosach córki, nadal nie mogąc uwierzyć, że wolno jej to zrobić.
— Śpij. Jutro chcę wiedzieć więcej.
— Nie wątpię.
Trixie weszła do pokoju i zamknęła drzwi.
Jeszcze przez chwilę słyszała matkę stojącą na korytarzu. Bellatrix nie odeszła od razu. Jej oddech pozostawał po drugiej stronie drzwi przez kilka długich sekund, zanim wreszcie rozległy się szybkie kroki zmierzające ku schodom.
Trixie oparła plecy o drzwi.
Jeszcze rano obudziła się w Durmstrangu, nie wiedząc, czy pogłoski o ucieczce są prawdziwe. Teraz po raz pierwszy w życiu nazwała Bellatrix swoją matką bez śladu niepewności i powiedziała jej dobranoc.
Bellatrix odpowiedziała.
Rano nadal miała tu być.
Po raz pierwszy nie była to jedynie nadzieja.
Była to obietnica.

11 comments

  1. Zainspirowałaś mnie tym komentarzem, bo kurcze, nie wymyśliłam jeszcze takich zaklęć, ale może znajdę momenty, w których się przydadzą, bo fajnie by było. 🙂

  2. ANo właśnie, zgadzam się z Julitką, tylko ze tam nie wszystko wynika jednoznacznie jedno z drugiego. no trudno. 🙂

  3. Ziomeczki, ale Potterownia zrobiła obszerny film nt szkół, można się dokształcić, jak pytacie. 🙂

  4. Poczytasz dalej, to się dowiesz, spokojnie. Wszystko przed nami, nie zdradzę. Wymieniłam kilka tych szkół tobie wyżej, a o innych nie wiemy. Bez sensu, nie? 🙂

  5. A co z nauczaniem domowym? Zwłaszcza że Bellatrix się tak stalowała chwilę temu, że potrafi? Odpada z jakichś powodów?

  6. Hm… Tak jak rozumiem informacje na ten temat, to Durmstrang powinien być gdzieś w europejskiej części Rosji. Trochę wygląda na szkołę dla bloku wschodniego. Wskazuje na to to, że Karkarov przedstawiany jest w 4 części jakoś tak, ekhem, rusko, że ogólnie reprezentacja szkoły to ludzie przyzwyczajeni do mrozów, bo i wbili od razu w futerkach, jak dobrze pamiętam, i Krum gdzieś tam bez żenady morsował. W ogóle, Bułgaria należała do bloku wschodniego, była pod kontrolą ZSRR, czemuż więc młodzi Bułgarzy, zwłaszcza tacy obiecujący jak Krum, nie mieliby trafiać do szkoły właśnie w ZSRR umiejscowionej? Skoro to znana szkoła, to mimo że to daleko, mogła być po prostu prestiżowa, nawet jeśli gdzieś bliżej znajdowały się inne. Swoją drogą, szanowna koleżanko, musiały istnieć jakieś inne, mniejsze szkoły, o których nie wiemy. Gdyby tak nie było, to po prostu w samej Europie powinno być tych szkół trochę więcej, żeby taki podział uczniów, jaki widzimy w kanonie, miał jakiś sens. Jeśli nie ma rejonizacji, to dlaczego w Hogwarcie uczą się tylko mieszkańcy Wysp Brytyjskich? Gdzie uczęszczają Holendrzy, Islandczycy, Skandynawowie? W ogóle, jaki to kurde ma sens, skoro gdzie indziej jest niemal po jednej szkole na cały kontynent? Jak to możliwe, żeby jedna szkoła dała radę skutecznie obsługiwać po kilkanaście albo i kilkadziesiąt tysięcy uczniów? Tak by wynikało, skoro na całą Afrykę jest, jeśli dobrze pamiętam, jedna szkoła? A tu na jednych Angoli z Irlandią jedna osobna. Jakim kurde prawem?

  7. Bo nie mam go gdzie umiejscowićtak na prawdę. Są problemy z tymi szkołami magii, niestety. Jest ich 11, ale spojlować nie będę, bo Trixie muszę przenieść do innej i teraz tak, Beauxbatons jej nie chce, Hogwart też nie, z Durmstrangu to zobaczysz, ale ją wywalą, niby Durmstrang leży na dalekiej północy Europy, ale nie ważne już z tymi szkołami. Trudno. Jest z nimi teraz problem. Jest Ilvermorny też, ale jakoś jej nie znam, szkoły Mahoutokoro nie chcę, Uagadou tymbardziej. Jeszcze jest Castelobruxo ale mi ona nie pasowała. U mnie pojawi się Koldovstoretz.

  8. Ale jednak piszesz, że Durmstrang jest w Bułgarii. Czyli postanowiłaś nie trzymać się do końca kanonu?

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *