Rozdział 6 – list z Anglii.

Miłej lektury.

ROZDZIAŁ VI
List z Anglii
Nad zamkiem Durmstrangu unosiła się lekka mgła. Smugi dymu wydobywające się z wysokich kominów niemal natychmiast rozpływały się w szarym, zimowym niebie, a mróz pokrył kamienne parapety cienką warstwą lodu. Śnieg zalegający na dziedzińcu skrzypiał pod butami uczniów tak wyraźnie, że jego dźwięk przenikał nawet przez grube mury.
Wewnątrz zamku panował zwyczajny poranny gwar, choć od kilku godzin wyczuwało się w nim coś więcej niż codzienne rozmowy o zajęciach, ocenach i zbliżających się egzaminach. Uczniowie zatrzymywali się w niewielkich grupach, nauczyciele szybciej niż zwykle urywali rozmowy, gdy ktoś przechodził obok, a gazety dostarczone rano do biblioteki zniknęły, zanim większość młodszych roczników zdążyła zejść na śniadanie.
Trixie usłyszała pierwsze plotki już w Wielkiej Sali.
Ktoś mówił o Wielkiej Brytanii, ktoś inny o Azkabanie, a starszy uczeń siedzący kilka miejsc dalej przysięgał, że w nocy doszło do największej ucieczki w historii więzienia. Nikt jednak nie potrafił podać wiarygodnego źródła ani nazwisk, dlatego Trixie nie próbowała zatrzymywać rozmówców i domagać się szczegółów.
Wiedziała, jak szybko pogłoska rozrastała się w szkolnych korytarzach. Jedno prawdziwe zdanie przechodziło z ust do ust, zmieniając się za każdym razem, aż pozostawało z niego jedynie kilka przypadkowych słów.
Nie chciała pozwolić sobie na nadzieję tylko dlatego, że ktoś podczas śniadania wymienił nazwę Azkabanu.
Za ciężkimi drzwiami sali muzycznej gwar korytarzy cichł niemal całkowicie. Pozostawało jedynie stłumione echo odległych kroków, szelest przewracanej strony oraz spokojne dźwięki fortepianu.
Trixie siedziała przy instrumencie z wyprostowanymi plecami. Jej dłonie przesuwały się po klawiszach swobodnie, lecz uważnie, jakby każda kolejna fraza powstawała dopiero w chwili dotknięcia drewna i kości słoniowej. Długie, ciemne włosy opadały jej na ramiona, a pod kołnierzem szkolnej szaty spoczywał srebrny medalion Bellatrix, z którym od lat niemal się nie rozstawała.
Melodia nie należała do żadnego znanego utworu.
Rozpoczynała się kilkoma niskimi, ciężkimi akordami, pomiędzy którymi pozostawało więcej ciszy niż dźwięku. Po chwili z prawej dłoni wyłaniał się szybszy motyw, niespokojny i gwałtownie pnący się ku górze. Bas próbował go zatrzymać, odpowiadając powoli i rozważnie, lecz im dłużej Trixie grała, tym mocniej obie linie splatały się ze sobą, jakby nigdy naprawdę nie walczyły, tylko od początku należały do tej samej historii.
Nie planowała melodii.
Pozwalała, żeby układała się pod palcami.
Fortepian był jednym z niewielu miejsc, w których nie musiała niczego wyjaśniać. Instrument nie pytał, jak potrafi grać, skoro nie widzi klawiatury. Nie próbował poprawiać ułożenia jej dłoni bez ostrzeżenia ani nie zakładał, że pewne rzeczy muszą być dla niej niedostępne tylko dlatego, że inni wykonywali je przy pomocy wzroku.
Muzyka wymagała słuchu, pamięci, cierpliwości i techniki.
Ostatni akord wybrzmiał długo, rozpływając się w pustej przestrzeni sali. Trixie odczekała kilka sekund, zanim zdjęła dłonie z klawiatury.
— Schumann? — odezwała się Anja.
Trixie uśmiechnęła się lekko.
— Nie.
— W takim razie Chopin.
— Też nie.
Anja zamknęła książkę, z którą od kilkunastu minut siedziała na ławce pod ścianą.
— Poddaję się.
— Improwizowałam.
— Znowu.
Trixie opuściła wieko fortepianu.
— Lubię improwizować.
Anja podeszła bliżej i usiadła obok niej. Od pewnego czasu obserwowała, że przyjaciółka grała najwięcej wtedy, gdy usiłowała uporządkować coś, czego nie chciała jeszcze nazywać.
— Ty naprawdę nie umiesz odpoczywać.
— Właśnie odpoczywałam.
— Ludzie zwykle nie odpoczywają, grając coś, co brzmi, jakby dwie osoby próbowały się nawzajem udusić.
— Pod koniec osiągnęły porozumienie.
— Nie zauważyłam.
— Bo nie słuchałaś wystarczająco uważnie.
Anja trąciła ją lekko ramieniem. Przez chwilę rozmawiały o planach na resztę dnia, książce o runach odłożonej w bibliotece oraz kolejnych materiałach dotyczących języka goblinów. Trixie zamierzała spędzić tam większość czasu po obiedzie, o ile nauczyciele nie przydzielą jej dodatkowych obowiązków.
Nie zdążyła jednak dokładnie wyjaśnić Anji, dlaczego język używany przez gobliny interesował ją bardziej niż możliwość prowadzenia z nimi zwyczajnej rozmowy.
Ktoś zapukał do uchylonych drzwi.
— Panno Lestrange?
Trixie rozpoznała profesora Steinera, zanim mężczyzna wszedł do sali.
— Tak, profesorze?
— Dyrektor Karkarow prosi panią do swojego gabinetu.
Uśmiech zniknął z jej twarzy.
— Teraz?
— Natychmiast. Powiedział, że sprawa jest pilna.
Profesor nie dodał niczego więcej, lecz jego głos brzmiał poważniej niż zwykle.
Trixie wstała od instrumentu. Z miejsca obok nogi fortepianu wzięła laskę i rozłożyła ją jednym ruchem. Znała drogę do gabinetu, ale korytarze Durmstrangu były pełne uczniów, pozostawionych toreb i przedmiotów, które nie zawsze znajdowały się tam, gdzie poprzedniego dnia.
— Zaraz przyjdę.
— Dyrektor czeka.
Kroki Steinera oddaliły się korytarzem.
Anja przez moment milczała.
— To chyba nie sprawa książki z biblioteki.
— Raczej nie.
— Masz jakieś zaległe przewinienia, o których zapomniałaś?
— Gdybym zapomniała, trudno byłoby mi odpowiedzieć.
Anja westchnęła.
— Bardzo pomocne.
Trixie skierowała się ku drzwiom.
— Jeżeli nie wrócę na historię magii, zostaw mi notatki.
— Zostawię. I powiem wszystkim, że Karkarow wreszcie odkrył twoją tajną działalność.
— Jaką?
— Właśnie dlatego jest tajna.
Trixie parsknęła cicho, lecz kiedy wyszła na korytarz, jej twarz ponownie spoważniała.
Droga do gabinetu dyrektora była dobrze znana. Nie potrzebowała przewodnika. Poruszała laską przed sobą, sprawdzając przestrzeń i dostosowując krok do zatłoczonego przejścia. Rozpoznawała kolejne części zamku po zmianach temperatury, zapachach oraz sposobie, w jaki odgłos uderzeń końcówki laski i kroków odbijał się od ścian.
W szerokich korytarzach echo było długie i miękkie. W węższych przejściach wracało niemal natychmiast, a przy schodach prowadzących na najwyższe piętro pojawiał się charakterystyczny chłód, którego nie potrafiły usunąć nawet zaklęcia ogrzewające.
Gwar uczniów otaczał ją z każdej strony. Słyszała rozmowy prowadzone po niemiecku, rosyjsku, bułgarsku i szwedzku. Rozpoznawała znajome głosy, odpowiadała na powitania, lecz nie zatrzymywała się. Myśli nieustannie wracały do zasłyszanych rano pogłosek.
W połowie korytarza minęła dwóch starszych chłopców.
— Mówię ci, uciekli w nocy — powiedział jeden z nich.
— Nie wszyscy. Podobno tylko dziesięciu.
— Tylko? To byli najgorsi z całego Azkabanu.
Rozmowa urwała się, gdy Trixie przechodziła obok.
Nie odwróciła się i nie poprosiła o nazwiska. Zacisnęła jedynie palce mocniej na uchwycie laski, a później szła dalej, nieco szybciej niż wcześniej.
Przypomniała sobie słowa Voldemorta wypowiedziane podczas ich pierwszego spotkania.
Azkaban nie zatrzyma na zawsze ludzi, których potrzebuję.
Nie powiedział jej, kiedy zamierza ich uwolnić. Trixie nie wiedziała, czy to naprawdę wydarzyło się tej nocy, lecz szkolne szepty i nagłe wezwanie do gabinetu zaczynały układać się w obraz, którego bała się jeszcze uznać za prawdziwy.
Na najwyższe piętro prowadziły strome, nierówne schody. Trixie złożyła laskę i wsunęła ją pod ramię, a wolną dłonią przesuwała po kamiennej poręczy. Wspinała się spokojnie, nie próbując przyspieszać tylko dlatego, że chciała znaleźć się w gabinecie jak najszybciej. Pośpiech na tych stopniach nie świadczyłby o samodzielności, lecz o braku rozsądku.
Kilkadziesiąt stopni wyżej zatrzymała się przed masywnymi dębowymi drzwiami i zapukała trzy razy.
— Wejść.
Gabinet pachniał drewnem, pergaminem i dymem z kominka.
— Dzień dobry, panie dyrektorze.
— Dzień dobry, panno Lestrange. Proszę usiąść.
Karkarow wstał zza biurka, a Trixie od razu usłyszała napięcie w jego głosie. Przez pięć lat zdążyła poznać jego sposób mówienia wystarczająco dobrze, żeby odróżnić złość od zdenerwowania, a udawaną uprzejmość od prawdziwego niepokoju.
Tego dnia nie był zły.
Był przestraszony.
Trixie złożyła laskę i zajęła fotel naprzeciwko biurka.
Karkarow nie odezwał się natychmiast. Otworzył szufladę, przesunął jakiś przedmiot po blacie, a później rozłożył pergamin, choć nadal go jej nie podawał.
Zwykle przechodził do rzeczy bez zbędnych wstępów.
Tym razem zwlekał.
— Dziś rano otrzymałem wiadomość z Anglii — powiedział w końcu.
Trixie wyprostowała się.
— Od Lucjusza?
Dyrektor najwyraźniej spodziewał się, że zapyta najpierw o Narcyzę, lecz nie skomentował tego.
— Tak.
Przesunął pergamin po biurku.
— Proszę.
Trixie wyciągnęła dłoń i rozpoznała pod palcami chłodny lak oraz odciśnięty w nim herb Malfoyów. Następnie wyjęła różdżkę i wykonała nad pergaminem krótki, dobrze wyćwiczony ruch.
Atrament zadrżał. Litery rozpłynęły się po powierzchni, a po chwili na ich miejscu pojawiły się równe linie wypukłych punktów.
Karkarow znał to zaklęcie. Widział je podczas lekcji, egzaminów i oficjalnych sprawdzianów, dlatego nie przerywał, gdy Trixie przesuwała palcami po kolejnych wierszach.
List był zwięzły i pozbawiony szczegółowych wyjaśnień.
Lucjusz prosił o udzielenie pannie Bellatrix Lestrange kilkudniowego zwolnienia z zajęć z powodu pilnych spraw rodzinnych wymagających jej obecności w Anglii. Zapowiadał, że zostanie odebrana za pomocą świstoklika i po zakończeniu wizyty wróci do szkoły.
Trixie przeczytała list drugi raz, choć już za pierwszym nie mogła niczego przeoczyć.
Narcyza zawsze pisała bezpośrednio do niej, nawet jeśli chodziło jedynie o kilka dni spędzonych w domu. Pytała, czego potrzebuje, przypominała o cieplejszych ubraniach i zwykle dodawała kilka zdań o Draconie, Lucjuszu albo sprawach posiadłości.
Tym razem nie napisała ani słowa.
Od rana w szkole mówiono o Azkabanie.
Karkarow siedział naprzeciwko niej i bał się tego, co mogła zrozumieć.
Trixie złożyła pergamin.
— Chodzi o moich rodziców?
Dyrektor nie odpowiedział od razu.
Jedno zawahanie wystarczyło.
— Rodzina powinna sama wyjaśnić pani powód wezwania — powiedział w końcu.
Trixie zacisnęła palce na liście.
Gdyby Bellatrix i Rudolf nadal znajdowali się w Azkabanie, Karkarow zaprzeczyłby bez namysłu. Nie musiałby dobierać słów ani zasłaniać się prawem rodziny do przekazania wiadomości.
Nie potwierdził jej podejrzeń.
Nie musiał.
— Rozumiem — odpowiedziała.
Karkarow poruszył się w fotelu.
— Nie sądzę.
— Wuj wyjaśni mi resztę, kiedy wrócę.
Dyrektor spodziewał się zapewne kolejnych pytań, lecz Trixie nie zamierzała wydobywać z niego informacji, których nie chciał udzielić. Otrzymał wiadomość od Lucjusza, znał doniesienia o wydarzeniach w Azkabanie i wyraźnie obawiał się ich konsekwencji. Wszystkie te fakty prowadziły do tej samej odpowiedzi.
— Jak szybko może pan przygotować świstoklik? — zapytała.
Karkarow odetchnął nieco swobodniej.
— Za godzinę.
— Wyjadę, gdy będzie gotowy.
— List mówi o kilku dniach.
— W takim razie nie będę potrzebowała wielu rzeczy.
Dyrektor wstał i podszedł do wysokiej szafy stojącej przy ścianie. Otworzył ją, wyjął niewielkie srebrne pudełko, a następnie wybrał z niego stary mosiężny kompas.
— Profesor Steiner przyjdzie po panią, kiedy świstoklik zostanie przygotowany.
Trixie podniosła się.
— Dobrze.
Ruszyła w stronę drzwi.
— Panno Lestrange.
Zatrzymała się z dłonią na klamce.
Karkarow milczał przez kilka sekund. Próbował najwyraźniej ułożyć ostrzeżenie tak, żeby nie zdradziło, czego naprawdę się obawiał.
— Podczas pobytu w Anglii proszę zachować ostrożność — powiedział w końcu. — Nie każdy, kto mówi człowiekowi to, co ten pragnie usłyszeć, działa w jego interesie.
Trixie zwróciła twarz w jego stronę.
Nie zapytała, kogo miał na myśli. Karkarow mówił ze strachu, nie z troski. Słyszała napięcie w jego głosie, lecz nie wiedziała, czego dokładnie się obawiał, i nie zamierzała ułatwiać mu rozmowy.
— Zapamiętam.
Nacisnęła klamkę.
— Pan również powinien uważać, panie dyrektorze.
Karkarow zesztywniał, lecz Trixie opuściła gabinet, zanim zdążył odpowiedzieć.
Drzwi zamknęły się za nią cicho.
Dyrektor pozostał sam przy biurku, nadal trzymając w dłoni mosiężny kompas. Dopiero kiedy kroki uczennicy ucichły na schodach, odsunął rękaw szaty i spojrzał na Mroczny Znak, który od miesięcy pozostawał ciemny i wyraźny.
Bellatrix Lestrange odzyskała wolność.
Jej córka wracała do Anglii.
Karkarow coraz wyraźniej rozumiał, że ludzie, przed którymi próbował się ukryć, ponownie zaczynali zajmować miejsca w świecie czarodziejów.
Trixie zatrzymała się na półpiętrze, gdzie gwar niższych korytarzy docierał już jako niewyraźny szum.
Dotknęła medalionu ukrytego pod kołnierzem.
Nie pozwoliła sobie na uśmiech ani na łzy. Nadal nie otrzymała pewnego potwierdzenia, że Bellatrix i Rudolf naprawdę czekali w Malfoy Manor, choć zachowanie Karkarowa mówiło więcej niż oficjalna wiadomość.
Przez całe życie wyobrażała sobie chwilę, w której bramy Azkabanu się otworzą.
Teraz, kiedy być może naprawdę to nastąpiło, nie wiedziała, co powinna czuć.
Ruszyła w dół.
Szkoła nadal żyła własnym rytmem. Drzwi sal otwierały się i zamykały, nauczyciele przywoływali spóźnionych uczniów do porządku, a z niższego piętra docierał zapach eliksiru przygotowywanego podczas zajęć.
Dla pozostałych uczniów był to zwyczajny dzień przerwany sensacyjną wiadomością z zagranicy.
Dla niej wszystko mogło właśnie ulec zmianie.
W głównym korytarzu usłyszała szybkie kroki Anji.
— Trixie!
Dziewczyna dogoniła ją przy wejściu do bocznego przejścia.
Trixie powiedziała jej, że za godzinę wraca do Anglii. Lucjusz przysłał list w sprawie pilnej wizyty rodzinnej, choć nie wyjaśnił jej przyczyny.
Anja nie musiała długo się zastanawiać.
— Od rana wszyscy mówią o Azkabanie — zauważyła. — Starsi uczniowie twierdzą, że uciekło dziesięciu więźniów.
— Słyszałam.
— Padło nazwisko twojej matki.
Trixie nie zatrzymała się, lecz jej dłoń odruchowo powędrowała ku medalionowi.
— Kto je podał?
— Nie wiem. Podobno ktoś przeczytał angielską gazetę, zanim nauczyciele zabrali ją z biblioteki. Mogła to być prawda albo kolejna wersja plotki.
— Mogła.
Przez chwilę szły obok siebie w milczeniu.
Anja znała Trixie wystarczająco długo, żeby nie próbować wydobywać z niej wyznań. Wiedziała, że jeśli przyjaciółka zechce coś powiedzieć, zrobi to bez zachęcania.
— Myślisz, że właśnie dlatego cię wezwali? — zapytała jedynie.
— Tak.
Dotarły do wejścia do żeńskiego dormitorium. Trixie położyła dłoń na metalowej płytce umieszczonej w ścianie. Zamek rozpoznał jej dotyk, a drzwi otworzyły się z cichym kliknięciem.
Pokój dzieliły cztery uczennice. Stały w nim równo ustawione łóżka z ciężkimi kotarami, cztery kufry oraz długie biurko pod wąskim oknem. Pozostałe dziewczęta znajdowały się na zajęciach, dlatego w środku było cicho.
Trixie wyciągnęła spod łóżka kufer i otworzyła wieko.
Jednym ruchem różdżki przywołała z szafy kilka zmian ubrań, bieliznę, szatę podróżną oraz potrzebne przybory. Rzeczy uniosły się w powietrzu i ułożyły równo wewnątrz kufra. Po chwili dołączyła do nich torba z materiałami szkolnymi oraz dwa podręczniki, z których zamierzała korzystać w ciągu najbliższych dni.
Nie pakowała całego dobytku.
List jasno mówił o krótkim wyjeździe. Nawet jeśli spotkanie z rodzicami miało odmienić jej życie, nie zamierzała porzucać szkoły bez słowa ani podejmować decyzji, zanim w ogóle z nimi porozmawia.
Anja usiadła na brzegu sąsiedniego łóżka. Obiecała zostawić jej notatki z dzisiejszych zajęć, a jeśli wyjazd się przedłuży, również materiały z kolejnych dni.
Trixie przyjęła propozycję bez protestu.
Sięgnęła do nocnej szafki po niewielkie drewniane pudełko, w którym przechowywała listy od Narcyzy, spinki do włosów, fiolkę perfum i kilka drobnych pamiątek z domu. Włożyła je pomiędzy ubrania, sprawdziła różdżkę ukrytą w rękawie, a następnie zamknęła kufer.
Anja przez chwilę przyglądała się jej dłoni spoczywającej na wieku.
— Czekałaś na tę wiadomość — powiedziała.
Nie było to pytanie.
— Tak.
— A teraz wyglądasz, jakbyś najchętniej została tutaj.
Trixie przesunęła kciukiem po zamku kufra.
— Łatwiej czekać na ludzi, których się nie zna, niż stanąć przed nimi i przekonać się, kim naprawdę są.
Anja nie odpowiedziała od razu.
— Twoja matka może myśleć dokładnie to samo.
Trixie lekko pokręciła głową.
— Nie wiem, co myśli.
— Wkrótce się dowiesz.
— Właśnie tego się obawiam.
Było to więcej, niż zwykle powiedziałaby komukolwiek, dlatego nie rozwijała myśli. Anja również nie próbowała jej do tego zmusić. Zamiast tego obiecała zabrać nuty pozostawione w sali muzycznej, zanim jeden ze starszych uczniów uzna papier za porzucony.
Rozmowa o groźbie spalenia jego biurka na chwilę rozładowała napięcie.
Kilka minut później do dormitorium zapukał profesor Steiner.
— Świstoklik jest gotowy, panno Lestrange. Dyrektor czeka w sali kominkowej.
— Już idę.
Trixie uniosła kufer zaklęciem, pozwalając mu zawisnąć kilka centymetrów nad podłogą. Anja wstała i objęła ją krótko, bez przesadnych pożegnań oraz obietnic.
— Napisz, kiedy będziesz mogła.
— Napiszę.
Potem Trixie wyszła za profesorem, a kufer sunął za nimi nad kamienną posadzką.
Sala kominkowa znajdowała się na parterze, w części zamku używanej głównie przez nauczycieli i zagranicznych gości. Na wysokich ścianach wisiały mapy Europy, w kominku palił się niewielki ogień, a pośrodku stał długi stół z czarnego drewna.
Karkarow czekał obok niego, trzymając mosiężny kompas.
— Wszystko gotowe? — zapytał.
— Tak.
Dyrektor wyjaśnił, że świstoklik przeniesie ją bezpośrednio na teren posiadłości Malfoyów. Lucjusz potwierdził, że miejsce docelowe zostało odpowiednio zabezpieczone.
Karkarow położył kompas na stole, dotknął go końcem różdżki i wypowiedział cicho inkantację. Metal zadrżał, rozgrzał się, a przez moment wydał z siebie wysoki, niemal niesłyszalny dźwięk.
— Aktywuje się za trzy minuty. Proszę jedną ręką trzymać uchwyt kufra, a drugą kompas. Bagaż zostanie przeniesiony razem z panią.
Trixie podeszła do stołu i położyła palce na kompasie. Profesor Steiner odsunął się w stronę drzwi.
Karkarow przez chwilę obserwował uczennicę w milczeniu.
— Proszę pamiętać o tym, co powiedziałem w gabinecie.
— Pamiętam.
— To wszystko?
Trixie uniosła lekko głowę.
— Nie wiem, czego jeszcze pan ode mnie oczekuje.
Dyrektor zacisnął usta.
— Niczego.
Nie próbował już jej ostrzegać. Każda kolejna uwaga mogłaby zabrzmieć jak próba zatrzymania jej w szkole, a Karkarow najwyraźniej nie chciał otwarcie sprzeciwiać się Lucjuszowi Malfoyowi.
Kompas gwałtownie szarpnął Trixie za dłoń.
Poczuła znajome wrażenie, jakby niewidzialny hak zaczepił się o jej brzuch i pociągnął całe ciało naprzód. Stopy oderwały się od podłogi, powietrze uderzyło ją w twarz, a dźwięki sali kominkowej zniknęły.
Podróż trwała zaledwie kilka sekund, lecz świstokliki zawsze sprawiały wrażenie znacznie dłuższych. Trixie obracała się w powietrzu, mocno trzymając kompas oraz uchwyt kufra, aż jej buty niespodziewanie uderzyły o twarde podłoże.
Zachwiała się, lecz utrzymała równowagę.
Powietrze pachniało zimną ziemią, wilgotnymi gałęziami i wodą.
Wokół panowała cisza zupełnie inna od ciszy Durmstrangu. Tam nawet w najmniej uczęszczanych częściach zamku słyszało się wiatr, odległe głosy albo kroki strażników. Tutaj docierał do niej jedynie szelest nagich gałęzi, łagodne chlupotanie fontanny oraz cichy odgłos żwiru przesuwanego pod czyimiś stopami.
Rozpoznała miejsce natychmiast.
Fontanna znajdowała się po lewej stronie. Przed nią prowadziła szeroka alejka, a nieco dalej zaczynały się kamienne schody wiodące do głównego wejścia Malfoy Manor.
Była w domu.
— Panno Trixie!
Wysoki, piskliwy głos rozległ się kilka kroków dalej.
— Fips?
— Tak, panienko!
Skrzat podbiegł i natychmiast chwycił kufer. Służył w posiadłości od wielu lat, mówił wyjątkowo szybko i miał zwyczaj nerwowego pociągania za lewe ucho, kiedy próbował dochować tajemnicy.
— Pani Narcyza czeka w domu — oznajmił. — Pan Lucjusz również. Wszyscy czekają.
Trixie znieruchomiała.
— Wszyscy?
Fips pociągnął się za ucho.
— Fips zabierze kufer panienki.
— Oni są w domu?
Skrzat wydał z siebie cichy pisk.
— Pan Lucjusz powiedział Fipsowi, żeby niczego nie mówił.
Nie potrzebowała wyraźniejszej odpowiedzi.
Trixie zacisnęła palce na medalionie.
— Zabierz kufer.
— Fips zaprowadzi panienkę.
— Znam drogę.
— Oczywiście, panienko. Fips tylko pójdzie obok.
Skrzat ruszył z kufrem, a Trixie rozłożyła laskę i podążyła szeroką alejką.
Znała każdy zakręt, zmianę nawierzchni i liczbę stopni prowadzących do wejścia. Tego dnia posiadłość wydawała się jej jednak zupełnie obca. Każdy dźwięk nabierał znaczenia, od skrzypienia żwiru po wiatr poruszający gałęziami, ponieważ za murami domu czekali ludzie, których od niemowlęctwa nie słyszała, nie dotykała i nie znała.
Jej rodzice.
Kiedy weszła na pierwszy stopień, główne drzwi otworzyły się.
— Trixie.
Głos Narcyzy był spokojny, lecz drżał wyraźniej niż zwykle.
Trixie ruszyła w jej stronę. Ciotka natychmiast objęła ją mocniej niż zazwyczaj i przytrzymała przez kilka sekund, jakby chciała upewnić się, że dziewczyna naprawdę wróciła.
— Są tutaj? — zapytała Trixie.
Narcyza nie odpowiedziała natychmiast.
Trixie odsunęła się od niej.
— Ciociu.
— Tak — powiedziała w końcu Narcyza. — Oboje.
Słowo zabrzmiało nierealnie.
Trixie stała bez ruchu, nadal trzymając dłonie ciotki.
— Wiedzą o mnie?
— Wiedzą, że nie widzisz, że uczysz się w Durmstrangu i że czekałaś na nich przez całe życie.
— Jak zareagowali?
Narcyza zaczerpnęła powietrza.
— Twoja matka zadała kilkadziesiąt pytań, pokłóciła się z Lucjuszem, zagroziła Dumbledore’owi i prawie wyruszyła do Durmstrangu osobiście.
Na ustach Trixie pojawił się niewielki uśmiech.
— Czyli dobrze.
— To zależy od przyjętej definicji.
— A ojciec?
— Jest spokojniejszy, ale nie mniej przejęty.
Trixie ścisnęła medalion.
— Nie wiem, co mam im powiedzieć.
— Oni również nie wiedzą.
— Mama nie wygląda na osobę, która często nie wie, co powiedzieć.
— Dzisiaj po raz pierwszy od bardzo dawna nie jest pewna niczego.
Narcyza dotknęła jej policzka.
— Nie musisz od razu wiedzieć, co czujesz. Nie musisz też zachowywać się tak, jak wyobrażałaś sobie to przez wszystkie te lata.
Trixie skinęła głową, choć nie była pewna, czy potrafi spełnić tę radę.
Weszły do holu.
Fips zniknął z kufrem w bocznym korytarzu. Trixie złożyła laskę, zdjęła rękawiczki i oddała płaszcz jednemu ze skrzatów.
Potem zaczęła nasłuchiwać.
W salonie płonął kominek.
Znajdowały się tam trzy osoby.
Lucjusza rozpoznała po charakterystycznym stuknięciu laski o podłogę. Drugi mężczyzna oddychał spokojnie, choć nieco głębiej i bardziej miarowo, niż wymagałaby zwyczajna chwila oczekiwania. Kobieta stała niemal nieruchomo, lecz materiał jej szaty zaszeleścił gwałtownie, gdy Trixie zbliżyła się do drzwi.
Nie znała ich głosów.
Nie znała kroków ani sposobu oddychania.
Przez całe życie byli dla niej opowieścią, nazwiskami zapisanymi w książkach, postaciami z procesu i wspomnieniami innych ludzi.
Teraz dzieliły ją od nich tylko drzwi.
Narcyza nacisnęła klamkę.
— Trixie wróciła.
Zapadła cisza.
Lucjusz się nie odezwał.
Nieznajomy mężczyzna również milczał.
Kobieta zrobiła szybki krok naprzód, a długa szata zaszeleściła przy podłodze.
— Trixie…
Głos był niski, ochrypły i zniszczony przez lata zimna, krzyku oraz milczenia.
Zupełnie nieznany.
Wypowiedział jednak jej przezwisko tak, jakby mieściło się w nim wszystko, co wydarzyło się podczas czternastu lat rozłąki: gniew, niedowierzanie, zachwyt, ból i gwałtowne pragnienie odzyskania tego, co zostało odebrane.
Trixie znieruchomiała.
List Lucjusza, strach Karkarowa, słowa Fipsa oraz obecność dwojga obcych ludzi w salonie ułożyły się w jedną odpowiedź.
Bała się wypowiedzieć słowo, na które czekała przez całe życie.
— Mamo?

13 comments

  1. Bo jak coś robić, to porządnie, proszę pana. Dotychczasowe próby pokazują, że, choc potrafię powiedzieć, co nie gra, nie potrafię prowadzić narracji w taki sposób, żeby chociaż mi samej się ona podobała.

  2. Chłopie, im więcej studiuję, tym bardziej widzę po prostu, że pisanie literatury nie jest dla mnie.

  3. Ok, będę wiedzieć. 🙂 Ale jak ci się coś szczególnie spodoba, to daj znać, bym wiedziała, co ci się podoba. 🙂

  4. Dzięki za przeczytanie rozdziału i poświęcenie czasu na komentarz. Chciałabym jednak wyjaśnić kilka moich decyzji.
    Durmstrang nie znajduje się kanonicznie w Bułgarii. Bułgarem jest Wiktor Krum, natomiast dokładne położenie szkoły pozostaje nieznane i jest ona przedstawiana jako miejsce leżące na północy, w chłodnym, górzystym regionie. Dlatego mroźna zima i śnieg są w tej scenerii celowe.
    Sformułowanie o fortepianie jako „miejscu” miało charakter metaforyczny. Nie chodziło o dosłowne określenie instrumentu jako przestrzeni, lecz o pokazanie, że gra przy fortepianie jest dla Trixie jednym z niewielu obszarów, w których nie musi tłumaczyć swojej niepełnosprawności, bronić samodzielności ani znosić cudzych założeń na temat tego, czego nie potrafi.
    Fragment poświęcony Karkarowowi był świadomym, krótkim odejściem od perspektywy Trixie. Chciałam pokazać, że jego zachowanie nie wynika jedynie z jej przypuszczeń, ale z realnego lęku przed powrotem Voldemorta. Rozumiem, że preferujesz ścisłe utrzymanie jednej perspektywy, jednak w mojej historii narracja nie zawsze jest ograniczona wyłącznie do wiedzy głównej bohaterki. Czasem pokazuję krótkie sceny dotyczące innych postaci, jeśli mają znaczenie dla fabuły i atmosfery.
    Instrukcja dotycząca świstoklika nie miała sugerować, że Trixie nie zna sposobu podróżowania. Karkarow znajduje się w sytuacji oficjalnej i nerwowej, dlatego mówi proceduralnie i kontroluje nawet oczywiste czynności. Ten fragment miał więcej powiedzieć o jego napięciu i potrzebie zachowania pozorów niż o wiedzy Trixie.
    Przyjmuję uwagę dotyczącą konstrukcji zdania z „obrazem”, natomiast część pozostałych kwestii wynika z celowych wyborów narracyjnych, a nie z braku świadomości zasad.
    Będę też wdzięczna, jeśli przy kolejnych komentarzach, oprócz wskazywania rzeczy, które według ciebie nie działają, napiszesz czasem, co w tekście uważasz za udane. Sama krytyka bez żadnej informacji o mocnych stronach nie pomaga mi ocenić, które elementy warto rozwijać, i jest po prostu zniechęcająca, zwłaszcza że wkładam w tę historię bardzo dużo pracy.

  5. W Bułgarii taka mroźna zima ze śniegiem? Chyba że to w górach. Ale w ogóle, sprawę Durmstrangu to ignorancko zrąbała sama Rowling i tyle.
    Fortepian nie jest miejscem.
    “Obraz, który bała się uznać za prawdziwy”, tu biernik by się nadał, nie dopełniacz.
    Warsztatowo: jeśli scena jest ukazywana z punktu widzenia jednej osoby, to narracja powinna być w tym konsekwentna. Co za tym idzie, jeśli początkowo mamy perspektywę Trixie, to czemu nagle przeskakujemy w perspektywę Karkarowa? Nie ma jakiegoś konkretnego powodu, żeby tak zrobić, ta scena w gabinecie zdecydowanie nie wymaga podobnych eksperymentów. Zresztą podobnie robiłaś w poprzednich rozdziałach.
    Ta instrukcja obsługi świstoklika… Ona jest tu konieczna? Przecież ona pewnie tą drogą się zawsze dostawała do szkoły, bo to najlogiczniejszy sposób poza proszkiem fiu, więc musiała wiedzieć, jak się go obsługuje. Chodzi mi o nienaturalność instrukcji w sytuacji, która jest zdecydowanie nieoficjalna. Chyba że to taka procedura i koniec, że zawsze trzeba, bo jak nie, to urwą łeb na miejscu.

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *